05.04.2013

O wyszczuplającym science fiction


Chciałabym wierzyć, że kremy wyszczuplają. Przez chwilę nawet wierzyłam, ale po dwóch tygodniach wcierania jednego z nich zabrakło mi systematyczności i odpuściłam. Efektów oczywiście żadnych, ale producent zapewniał, że zmianę zauważę najwcześniej po czterech tygodniach solidnego wcierania po dwa razy dziennie. Na niektórych kosmetykach widnieje nawet informacja, że efekty pojawią się dopiero za półtora miesiąca.

Nie wątpię, że kofeina z L-karnityną przyspieszają spalanie tkanki tłuszczowej, ale zawsze w przypadku kremów/maseł/musów do ciała będę podchodzić sceptycznie do tego typu rewelacji. Bo dla mnie to są marketingowe brednie, mające zachęcić konsumenta do sumiennego codziennego wcierania kremiku i dokupowania kolejnych opakowań, a tych trzeba kupić całkiem sporo, bo dwukrotne smarowanie dużych partii ciała dzień w dzień zużywa tuby i słoiki o wiele szybciej, niż użytkowniczki zakładają. Wiem po sobie.

Etykiety, fora i inni życzliwi uprzejmie donoszą, że najlepsze rezultaty osiągniemy, wcierając kremy, które „swoje muszą kosztować”, bo inaczej to pic na wodę fotomontaż. Więc potencjalna konsumentka kupuje – w zależności od zasobności portfela – te droższe lub całkiem drogie, a jak kupiła tanie i nie zadziałało, to przynajmniej wie, dlaczego, prawda? Jeśli wymięka po czterech tygodniach wcierania, bo nie widać efektów, dowiaduje się z opakowania, że to dlatego, że zabrakło jej jeszcze dwóch (tygodni, tub, słoików). A poza tym to wyraźnie było napisane, że najlepsze rezultaty osiągnie, jeśli do kremu dokupi jeszcze scrub lub żel pod prysznic z peelingiem tej samej firmy. Czyli jeśli specyfik nie zadziała, konsumentka sama jest sobie winna. Jakby nie patrzeć!

No to teraz załóżmy bardziej optymistyczny scenariusz. Konsumentka przez bite sześć tygodni stosowała się do zaleceń producenta i widzi efekty! O, na przykład dwa centymetry w talii mniej. Co dalej? To niewiele, ale przecież na dwóch centymetrach nie chce poprzestawać, poza tym producent zaznaczył, że po tych kilku tygodniach dopiero będzie widać jakiekolwiek efekty. Nic nie było o spektakularnym sukcesie. To oznacza, że musi kupić następne opakowania, no, jeszcze tylko kilka i będzie wspaniale. O ile wytrwa i sumiennie będzie wcierać kremy, scruby i nie zapomni ani o porannym, ani wieczornym rytuale.

A teraz wisienka na torcie. Chyba rzadko komu chce się wcierać mazidła i nic więcej nie robić z własnym ciałem, prawda? Z moich obserwacji wynika, że zwykle człowiek postanawia sobie: teraz będę szczupły i porządnie się do tego zabiorę! Potem przestaje się obżerać po 18, je sałatki, unika białego pieczywa, pije dużo wody i tak dalej, przy odpowiednim samozaparciu zapisuje się na fitness z siłownią i DO TEGO wszystkiego kupuje sobie kremiki. „Kto wie, może coś pomogą, na pewno nie zaszkodzą”.

Prawda jest taka, że ten, kto chce schudnąć, zmienia całe swoje życie, a nie tylko wciera kremy. A jeśli je wciera i nic poza tym, to raczej szybko się zniechęca i nie doczekuje efektów, na które producent każe czekać nawet do 6 tygodni. Brawo dla tych, którzy wymyślili kremy wyszczuplające – cóż za genialny marketingowy bulszit!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger