06.04.2013

The Body Shop – Chocomania – czekoladowe masło do ciała [recenzja]

Uwielbiam czekoladowo-smakowite kosmetyki, dlatego i u mnie nie mogło zabraknąć czekolady prosto z bodyshopowego słoika. Po wycofanym ze sprzedaży kremie Dax Cosmetics długo nosiłam żałobę i używałam mazideł z innych linii zapachowych, no ale w końcu trzeba się otrząsnąć, prawda? :)


Masło z serii Chocomania jest zdecydowanie jesienno-zimowe (czyli nadawało się doskonale przez ostatnie pół roku i – no proszę – wciąż się nadaje!). Ciężka, zwarta konsystencja i bardzo intensywny zapach nie komponują się zupełnie z żarem z nieba – co innego zaraz po gorącej kąpieli i tuż przed kubkiem równie gorącej herbaty... Tak, tak, właśnie w takich okolicznościach piszę tę recenzję. 6 kwietnia zimą.

Czekoladka z Body Shopu rozprowadza się nieźle, ale kiedy chcę posmarować większą partię ciała, z opakowania wyjmuję kawałki masła (podobnie jest z TBS-owym Shea Body Butter) i mimo obłędnego zapachu mam poczucie, że nie tak powinien wyglądać mój czekoladowy rytuał. Wolałabym bardziej jednolitą teksturę, no i jeszcze, żeby masło szybciej się wchłaniało i nie rolowało potem na skórze. To zdaje się już koniec mojego czepialstwa. Bo cała reszta jest naprawdę super!

Zapach ciemnej czekolady z wyraźną nutą orzechową po wsmarowaniu pozostaje cudownie przyjemny, utrzymuje się przez wiele godzin. Posmarowana wieczorem, wciąż słodko pachnę rano, dyskretnie, ale jednak! TBS obiecuje aż 48-godzinne nawilżenie, co brzmi równie pięknie, co nieprawdopodobnie. Nie wiem zresztą, jak mam odbierać to zapewnienie. Przy kremowaniu się co drugi dzień nie mam oczywiście wysuszonej na wiór skóry, ale też w drugiej dobie nie odczuwam szczególnego nawilżenia. Tak czy inaczej nawilżanie jest tu zadowalające i to miłośnikom czekolady musi wystarczyć.

Producent puszy się na swojej www, że po raz pierwszy w składzie zawarł aż 13 składników pochodzących z Community Fair Trade, czyli etycznej wymiany handlowej. Wśród nich mamy: gwatemalski organiczny wyciąg z aloesu, olej z palmy babassu (Brazylia) i brazylijskich orzechów (Peru), masło kokosowe z Ghany i masło shea wytwarzane przez Tungteiya Women’s Shea Butter Association (to musi być jakieś naprawdę niszowe stowarzyszenie...). Wiedza niekoniecznie niezbędna, ale po jej przyswojeniu jeszcze milej wciera mi się to masło. No wiecie, owoc pracy wielu rąk, ekologia, pomoc biednym i tak dalej. Mam nadzieję, że to właśnie z tego powodu płacę za 200 ml kremu aż 69 zł.

Ile razy odkręcam słoik, tyle razy jestem zła na siebie, że funduję sobie takie masochistyczne przyjemności. Bo za fakt, że to cudownie pachnące masełko w kolorze cafe latte jest niejadalne, powinnam odjąć przynajmniej jedną gwiazdkę! Niestety, producent stawia sprawę jasno: „Wear it, love it, but don't eat it”.

Plusy:
– uwodzący zapach,
– przyzwoite nawilżenie,
– cieszące oko opakowanie.

Minusy:
– cena,
– niejadalność! 

Pojemność: 200 ml (192 g)
Cena: 69 zł
Ocena: 4/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger