27.06.2013

Mało mięty w mięcie, czyli Kobo – Colour Trends nr 29 – Athens [recenzja]

Mało mięty w mięcie, czyli Kobo – Colour Trends nr 29 – Athens [recenzja]
Lakiery młodziutkiej polskiej marki Kobo przez długi czas były dla mnie nieosiągalne, bo gdy chodziłam po dzielni z brzuchem, a potem z wózkiem, wewnątrz którego znajdował się mikroczłowiek, miałam tylko Rossmanny i Super-Pharmy, a w nich oczywiście ani śladu Kobo-szaf. To się zmieniło w momencie, gdy niedaleko moich rodziców otworzyli Naturę, a w niej egzotyczne dla mnie cuda oraz dziwy, takie jak właśnie Kobo, Catrice czy My Secret.

Kilka słów przypomnienia. Kolekcja Colour Trends to 27 połyskujących odcieni, z których każdy dostał jakąś geograficzną nazwę (nie rozumiem, czemu są to same duże miasta plus jedna, biedna, goła Brazylia...). Mimo naklejki „NEW” lakiery nie należą do nowości – kolekcja pojawiła się na rynku niecały rok temu.

W tym sezonie czuję miętę do... mięty, więc wrzuciłam do koszyka wyglądający w sklepie dość miętowo kolor Athens (nr 29). W domu okazało się, że tak naprawdę to po prostu błękit, zielonych tonów w nim nie dostrzegam. Athens jest bezdrobinkowy, o kremowym wykończeniu. Miesiąc temu na blogu Riki tiki kosmetyki (klik klik) widziałam ten lakier i miał tam jeszcze więcej niebieskości niż u mnie na zdjęciach. W mojej szerokości geograficznej Athens wygląda o tak:


Miło zaskoczyła mnie trwałość lakieru Kobo. Po pięciu dniach wciąż mocno trzyma się na paznokciach, a jedyne, co mu dolega, to prawie niewidocznie wytarte końcówki. Na zdjęciach widzicie właśnie pięciodniowy lakier – moim zdaniem wygląda tak samo dobrze, jak zaraz po pomalowaniu*. Tutaj tego nie widać, ale niestety po utlenieniu widocznie ciemnieje względem koloru w butelce. Wciąż jest ładny, ale wolę lakiery, które nie wywijają mi (aż) takich numerów. Krycie ma dobre – dwie warstwy wystarczą aż nadto. Schnie średnio na jeża, bo nakłada się na bogato.

Producent zapewnia, że „dzięki składnikowi o nazwie Eusolex kolor nie blaknie, a dodatek specjalnego żelu tworzy elastyczną i odporną na pękanie powłokę na paznokciu”. Eusolex to handlowa nazwa czterech pochłaniaczy promieni UV, ale powiedzcie mi, czy którekolwiek lakiery bledną? Nie przypominam sobie, żeby przydarzyło mi się coś takiego, mimo że miałam na paznokciach emalie z każdej półki. Ale co ja tam wiem o lakierach... Ten w każdym razie utrzymuje swój kolor, nie zawiera toluenu i formaldehydu i prezentuje się bardzo przyzwoicie. Niestety, ma też pewne wady. Jedną z nich jest mało sympatyczny pędzelek, który w połączeniu z konsystencją sprawia, że pokrycie paznokci równą warstwą za pomocą moich trzęsących się rąk jest niezwykle trudnym zadaniem. Nie umiem sprecyzować, co z nim jest nie-halo, ale jakoś nie współgra z moją nierówną płytką i dość lejącą konsystencją.

Niepozorny pędzelek, a jednak zło czyni.

Pomijając ułomny pędzelek, lakier z serii Colour Trends zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Nabrałam zaufania do emalii polskiego producenta i na pewno dorzucę do moich zbiorów inne kolory.

Plusy:
– cena, trwałość, kolor.

Minusy:
– pędzelek.


Pojemność: 7,5 ml
Cena: 9,99 zł (ja kupiłam go w promocji za 6,99 zł)
Ocena: 5/6

*no dobrze, wiadomo, że trochę oszukiwałam, bo nie maluję paznokci, jeśli pod spodem nie ma base coatu (u mnie Essie) albo odżywki.

25.06.2013

Smaruję, wcieram i maluję na BlogLovin.com

Odpaliłam kolejny kanał obserwacyjny dla mojego bloga. Zapraszam :)

Follow my blog with Bloglovin

Garnier – Essentials – Tonik witaminowy do skóry normalnej i mieszanej [recenzja]

Garnier – Essentials – Tonik witaminowy do skóry normalnej i mieszanej [recenzja]
Widać go na półkach w drogeriach i marketach, jest bardzo popularny, więc można by sądzić, że blogerka urodowa nie tknie takiego byle czego dla mas. Bo blogerki urodowe tonizują skórę tonikami firm nieznanych, tylko tymi z naturalnych składników, również hydrolatami. Ja jednak używam toniku Garnier regularnie i chętnie. Mimo że zawiera parabeny, PEG-i, a „usuwający toksyny ekstrakt z winogron” znajduje się na samiuśkim końcu składu. Dlaczego tak czynię? Można to wyjaśnić na dwa sposoby: albo za krótko jestem „w branży”, albo... Garnier Essentials jest po prostu dobry.


Mam wiele sympatii dla firmy Garnier. Ma szampony Fructis, które moje włosy bardzo lubią, krem do rąk w czerwonej tubie (pisałam o nim TUTAJ) dał sobie świetnie radę z wysuszonymi chemią dłońmi. Oczywiście trafiło się też parę słabeuszy, ale wspomniane przyjemniaki zachęciły mnie do sięgnięcia po tonik Essentials. I tak już sobie ze mną został.

Od pierwszego niuchnięcia zakochałam się w jego zapachu. Jest tak świeży, rześki, przyjemny, że gdy tylko zdejmuję go z półki za lustrem, już cieszę michę na samą myśl, co się zaraz stanie :D. 
A dzieją się same dobre rzeczy: tonik genialnie odświeża, delikatnie usuwa resztki makijażu i zanieczyszczenia z całego dnia – pył, pot, nadmiar sebum. Nawilża powierzchniowo i dobrze przygotowuje skórę do przyjęcia wszelkich dobrodziejstw od kremu do twarzy. Jest łagodny jak baranek, bezalkoholowy, nie ma mowy o podrażnieniu. Latem często używam go przede wszystkim w celu orzeźwienia i bardzo lubię za to, że po przemyciu skóra się nie lepi, co ma miejsce po wielu tonikach i płynach micelarnych. 

Zielony tonik jest przeznaczony do skóry normalnej i mieszanej (czyli mojej), w serii Essentials są jeszcze buteleczki w kolorze różowym (ekstrakt z róży, cera sucha) i niebieskim (ekstrakt z nenufaru, cera wrażliwa). 

Na dzikie letnie upały w sam raz, polecam!

Plusy:
– dobrze wykonuje swoją pracę, 
– nie zawiera alkoholu,
– pięknie pachnie,
– jest łatwo dostępny.

Minusy:
– nie znalazłam.

Pojemność: 200 ml
Cena: 11–15 zł
Ocena: 6/6

23.06.2013

Farmona / Tutti Frutti – masło do ciała Liczi & Rambutan [recenzja]

Farmona / Tutti Frutti – masło do ciała Liczi & Rambutan [recenzja]
Oto ja, pragnąca odrobiny orzeźwienia w ten morderczy upał, przychodzę do Was z opowieścią o... no tak, maśle. „Wibrująca słodycz liczi i intrygująca nuta rambutanu! Tropikalne szaleństwo, które wyzwala zmysły!” – tak zachęca producent, a ja cichutko przypominam, że z kremami i masłami Farmony trzeba być ostrożnym – pachną obłędnie i dla niektórych to może być zbyt wiele.


Opakowanie jak za starych, dobrych bodyshopowych czasów (okropne są te nowe słoiki z masłami do ciała! a poprzednia szata graficzna była taka smakowita...), od razu przykuło moją uwagę. A jak doczytałam dwa słowa o maśle karite w składzie, to bach & sru szybko do koszyka. 
Wewnątrz ukrył się apetycznie wyglądający, soczyście różowy krem o idealnie maślanej konsystencji. Wreszcie prawdziwe masło do ciała, a nie kremobalsamy i tłuste, rolujące się szity udające masła. I pachnie słodko-owocowo, chociaż przyznać trzeba, że ciężko ocenić ten zapach w kontekście naturalności. Farmona zastosowała sprytny trik. No bo wiem, jak pachnie liczi, coś tam z tego liczi nawet można wyczuć w farmonowym słoju, ale rambutan? Pojęcia nie mam, jaki ma aromat. Może pachnieć jakkolwiek. A jak patrzę na to zdjęcie ☟, mam ochotę na szejka truskawkowego, też tak macie? Mniam, mniam. Wracając do farmonowego Tutti Frutti – wszystko wygląda super, ale... 


...bo zawsze musi być jakieś ale. Gdy coś wygląda jak szejk, a jest niejadalne, wiedz, że jest nie halo ;).  
W tym wypadku problemy są aż trzy. 

Pierwszy to fakt, że masło nawilża poprzez natłuszczanie. Nie lubię tłustych filmów, a tutaj po kilku godzinach od aplikacji na skórze pozostaje warstewka, która wprawdzie wciąż słodko pachnie, ale kto latem lubi, jak mu się smalec leje po ciele? Ja nie. I ja nie. I ja, i ja, i ja. No właśnie. Każde moje alterego również nie lubi. Bardzo możliwe, że przedobrzyli z wielbionym przeze mnie masłem shea (występuje na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie). Przekonałam się, że karite może czynić cuda (vide: krem Isany), ale wiem też, że w czystej postaci jest po prostu kostką orzechowo pachnącego tłuszczu. Może Tutti Frutti na przesuszoną skórę zadziała doskonale, ale moja nie jest bardzo wymagająca i kręci nosem (komórkami?) z niezadowoleniem. 

Drugi problem to czarne drobinki, które na fotce nr 2 są widoczne po lewej stronie. Zupełnie nie rozumiem, po co zostały stworzone. To znaczy producent wyjaśnił, że mają masować ciało, ale to tak idiotyczne, że aż trudne do skomentowania. Jest ich po nałożeniu masła dosłownie kilka na krzyż, nie są twarde i po jakimś czasie rozpadają się pod wpływem wcierania specyfiku w skórę. Niedokładnie rozsmarowane, zostawiają czarne smugi. Są tak bezsensowne, że aż mi smutno.

Tu gładko przechodzimy do ostatniego problemu, który postaram się zilustrować tą oto fotografią: 


No cóż. Krem jest tak bardzo szejkowo-truskawkowy z wyglądu, że po zaaplikowaniu go następuje szybka, całkiem trwała koloryzacja dłoni. Tak, są ordynarnie różowe. Tak, da się je domyć. Za drugim albo trzecim razem. 

Dziwię się sobie, ale mimo wielu wad wciąż pozostawiam dla tego masła odrobinę sympatii. Widziałam o wiele gorsze przypadki, a tu producent chciał dobrze i... po prostu przedobrzył. Tutti Frutti przynajmniej ładnie pachnie i ma miłą, maślaną konsystencję. Zawsze coś.

Plusy:
– konsystencja, zapach, cena, dostępność.

Minusy:
wypunktowałam je i wyboldowałam powyżej, do tego dorzucę fakt, że:
– zawiera parafinę i parabeny, co wielu osobom może nie pasować. 

Pojemność: 250 ml
Cena: ok. 15 zł
Ocena: 3/6


22.06.2013

Złote rozdanie – wyniki

Złote rozdanie – wyniki
Na początku tygodnia zorganizowałam minirozdanie, dziś pora na losowanie i ogłoszenie zwyciężczyni. Najpierw zgłoszenia trafiają do nowoczesnej maszyny losującej...


...następnie mój profesjonalny asystent losuje zwycięzcę...


...a kto nim jest?


Gratulacje :) czekam na maila z adresem do wysyłki: smarowanie@gmail.com

Udanego weekendu i do następnego!

20.06.2013

Benefit – Hello Flawless Oxygen Wow, podkład rozświetlający [recenzja]

Benefit – Hello Flawless Oxygen Wow, podkład rozświetlający [recenzja]
Ja tak ciągle o cielesnych przyjemnościach i nieprzyjemnościach, a przecież nie samym kremowaniem ciała człowiek żyje. Przychodzi taki moment, że trzeba przysiąść i przykremować wierną przyjaciółkę... twarz*. Właściwie nie tyle przykremować, co... przyfluidować. Przypudrować. Przyfasolić podkładem. Jakbyśmy nie nazwali tej czynności, wiadomo, o co chodzi: piękną być nie jest rzeczą – naturalnie – prostą.

Sama do niedawna używałam podkładów od wielkiego dzwonu, na specjalne wyjścia, do (i tak zawsze nieudanych) zdjęć dokumentowych itd. Nie czułam się komfortowo z warstewką zabarwionej tapety, która w każdej chwili gotowa jest spłynąć z potem, rozmazać się na deszczu i uczynić wiele innych niesympatycznych występów. I odbija się na telefonie w trakcie rozmowy. I jak mnie zaswędzi twarz, kawałek zostaje mi pod paznokciem. Nie ma jednak co narzekać – gdy nadchodzą trudniejsze czasy dla mojej cery, wyciągam grzecznie z pudełka niezbędne przedmioty i robię się na tak zwane bóstwo.

Dotychczas najczęściej całe lato spędzałam z nietkniętą fluidami twarzą, bo przecież po co w upale dowalać sobie do nadmiaru sebum i kropelek potu jeszcze jakieś chemiczne dodatki. A jednak zauważyłam, że naprawdę miłą odmianą jest nie ociekać smalcem, nie straszyć czerwienią naczynek i śliczną, również czerwoniutką, pijacką opalenizną. No to używam. Postawiłam jednak na lekkie krycie, dlatego w tym sezonie na zmianę z kremem BB na moją twarz trafia Hello Flawless Oxygen Wow od Benefitu.


Amerykański producent stworzył podkład rozświetlający, który ma dawać delikatne krycie i naturalny efekt. Oxygen Wow to handlowa nazwa kompleksu nawilżającego, którego zadaniem jest dotleniać komórki i chronić skórę przed zanieczyszczeniami środowiska. Zawartość witamin C i E, przyzwoity filtr UVB (SPF 25) i UVA (PA+++) i formuła beztłuszczowa to zalety podkładu, które zadecydowały o zakupie.

Ja mam odcień Ivory o nazwie I'm Pure 4 Sure** i przez długi czas zastanawiałam się, czy nie jest za jasny. Rozmazany na nadgarstku ma bardzo podobny kolor do Healthy Mix Bourjois w odcieniu Vanilla, może nawet jest ciut od niego ciemniejszy, ale na twarzy inaczej się utlenia (Bourjois ciemnieje, a Benefit chyba nawet jaśnieje). Hello Flawless czasem daje ziemisty efekt, ale odkryłam, że dzieje się tak, jeśli nałożę go w większej ilości (np. pędzlem). Przy zachowaniu zdrowego umiaru prezentuje się bardzo dobrze i naturalnie stapia z cerą. Nie zawiera różowych ani żółtych tonów, to klasyczny, miły dla oka, neutralny jasny beż.


Krycie daje lekkie lub średnie, czyli dokładnie takie, jakie lubię. Ładnie wyrównuje koloryt, ale przebijają się przez niego piegi i inne naturalności. Przy większych niedoskonałościach konieczny jest duet z korektorem. Szkoda, że nie ma właściwości matujących, bo przydałyby się latem na moją wiecznie świecącą strefę T. Za to na policzkach i w miejscach, w których nie występuje efekt żarówy, prezentuje się dobrze, dlatego Hello Flawless – wbrew sugestiom sprzedawcy, że jest stworzony do cery tłustej lub mieszanej – najlepiej sprawdzi się na normalnej. Na szczęście ma lekką formułę, nie zapycha porów, jest bezzapachowy. Ładnie się rozprowadza i doceniam brak tłustej warstwy po aplikacji.
Na deszczu nie spływa beżowymi kroplami po brodzie i jego trwałość oceniam wysoko, wieczorem twarz wciąż wygląda ładnie. Na problem ze świecącą cerą mam tylko jedną radę – jeżeli zależy nam na trwałym macie, trzeba po prostu brać ze sobą puder albo bibułki matujące...

Hello Flawless Oxygen Wow to dobry, wysokiej jakości całoroczny podkład, który polecam osobom stawiającym na naturalny wygląd. Dostępny jest w dziewięciu odcieniach, w Polsce do kupienia wyłącznie w Sephorze.


Plusy:
– filtry UVA i UVB, formuła beztłuszczowa, brak parabenów,
– konsystencja i wynikająca z niej wysoka wydajność,
– trwałość,
– brak efektu maski,
– pompka typu airless.

Minusy:
– przy zbyt dużej ilości podkładu zamiast efektu rozświetlenia mamy niezdrowo wyglądającą cerę,
– niespecjalnie nadaje się dla cery tłustej i mieszanej (a mimo to używam go z przyjemnością :)).

Pojemność: 30 ml
Cena: 159 zł (w Sephorze), cena producenta to 36$
Ocena: 5/6


*nie, nie dupę :P.

** jest też drugi Ivory do wyboru – nazywa się Ivory Fair Believe in Me i teoretycznie powinien być jaśniejszy, chociaż strona Benefit sugeruje, że jest odwrotnie.


18.06.2013

Urodzinowy ShinyBox

Urodzinowy ShinyBox
To pierwszy ShinyBox, jaki dotarł w moje skromne progi. W ogóle to pierwsze pudełko, bo ani Shiny, ani Glossy, ani żadne inne jeszcze mnie nie odwiedzały. Na to też bym się pewnie nie zdecydowała, ale zobaczyłam na stronie, że to urodzinowa edycja, więc pomyślałam: oho, w środku na pewno znajdę coś miłego z tej okazji :). I uległam. I oto jest. A co kryje wnętrze?


Czerwcowy ShinyBox zawiera aż cztery pełnowymiarowe kosmetyki! Faktycznie, bardzo miły urodzinowy prezent. W moim pudełku znalazły się:

1. Trzystumililitrowy słój peelingu cukrowego z różą piżmową i zieloną herbatą od Green Pharmacy, który od razu został wywąchany przez mój wścibski nos i muszę powiedzieć, że zapach jest bardzo miły i naturalny. Na ulotce informacyjnej od Shiny napisali wprawdzie, że to peeling solny, ale ja wiem swoje – mój równie wścibski język nie kłamie, słoik wypełniony jest po brzegi słodyczą :D (wartość: 16 zł / 300 ml)

2. Organique – Odświeżający krem do stóp – od dawna chodzi za mną pomysł odwiedzenia sklepu Organique, który stoi przy jednej z wózkowych tras spacerowych, ale w związku z tym, że kosmetyki wysypują mi się z szafek, odkładałam tę wizytę. Okazało się, że mój humanistyczny umysł wspaniale policzył: nie opłaca się kupować nowego kosmetyku od nowej firmy, więc zamówię ShinyBoxa, dzięki czemu otrzymam pięć zamiast jednego. Prawdziwa oszczędność miejsca. Genialne. Wracając do kremu z pudełka – niech będzie i do stóp, mój Wielki Stopowy Plan Naprawczy wciąż wdrażam, więc chętnie wypróbuję to cudo z tymiankiem (27 zł / 75 ml).

3. Paese – Szminka w płynie Manifesto – z Paese mam tylko jeden lakier do paznokci, a szminka w płynie to bardzo fajny pomysł. Na co dzień używam głównie błyszczyków, bo są szybsze w obsłudze i mniej zobowiązujące. Pomadka w błyszczykowym formacie to zdecydowanie coś dla mnie. Nie jestem tylko pewna, czy dla mnie jest ten kolor – otrzymałam bladziutki róż, który świeżo po aplikacji wywołał efekt słodkiej blondi z tipsami, ale teraz, po godzinie od aplikacji jest już dużo bardziej naturalny. Mimo wszystko usta mi mocno zbladły i muszę się zastanowić, czy mi to odpowiada (17,90 zł / 6 ml).

4. Dermo Pharma – Maska kompres 4D – ostatni produkt pełnowymiarowy (trudno byłoby go zrobić w postaci próbki :)) to maska na płacie włókninowym. Ja otrzymałam wersję aktywnie oczyszczającą i redukującą trądzik – ciekawe, kto z ekipy ShinyBox podglądał mnie przez ostatni tydzień, kiedy to dumnie prezentowałam światu ogromnego, odpornego na wszelkie próby mordu pryszcza na samiutkim czubku nosa. Wciąż mam po nim różową plamę, więc z przyjemnością wypróbuję maskę normalizującą wydzielanie sebum (6,99 zł za sztukę).

5. KMS California – Hairplay Makeover Spray – to po prostu suchy szampon na bazie mąki ryżowej. Produkt nie jest w pełnym wymiarze, ale i tak wystarczy mi w zupełności – butelka o pojemności 75 ml akurat przyda się na wakacyjny wyjazd. Po co komu wielka, 250-mililitrowa gaśnica? (87 zł / 250 ml)

Ekipa ShinyBox dorzuciła w prezencie miniaturowy zestaw ścierno-polerujący do paznokci. Miły gest, doceniam :). Oprócz kosmetyków znalazłam dwa kupony rabatowe – 5% zniżki do sklepu ekobieca.pl i voucher o wartości 25 zł na zakupy w Heppin.com. Skończyłam na razie z zakupami, więc tradycyjnie – jeśli ktoś ma ochotę, chętnie oddam w dobre ręce!

Jestem zadowolona z mojego pierwszego pudełka. Myślę jednak, że ewentualne kolejne tego typu nabytki będę zamawiać dopiero po odkryciu zawartości. Tym razem mi się udało, ale to specjalna edycja bogata w pełnowartościowe kosmetyki. Wiem, że zazwyczaj nie jest tak słodko i bez problemu mogę wymyślić lepszy sposób na wydanie pięciu dych. Ja takie ShinyBoxy potrafię zorganizować sobie sama – wystarczy, że w promocyjnym szale wpakuję różne nowości do koszyka, szybko zapłacę, wybiorę się na kilkugodzinny spacer, a potem w domu rozpakuję i już spokojnie mogę się dziwić, co też znowu przytargałam do domu ;).

Na koniec pamiątkowe zdjęcie grupowe czerwcowego pudełka:


...i już wszyscy mogą się grzecznie rozejść do swoich szuflad, szafek i pojemników.

Przepraszam, jeśli zepsułam Wam niespodziankę. Już więcej nie będę, następnym razem to Wy popsujecie moją (ku mej całkowitej aprobacie).

16.06.2013

Agata smaruje i... złoto rozdaje!

Agata smaruje i... złoto rozdaje!
Witajcie! To nic takiego. Dziś zamiast recenzji mam dla Was garść fantów i prawie wszystkie ociekają złotem w ten czy inny sposób :). Na moje „nic takiego” składają się:


1. maska pod oczy Shiseido Benefiance z retinolem,
2. Cashmere HydraLIFT – antyoksydacyjne serum na dzień i na noc 35+,
3. mydełko L'Occitane z masłem shea, które zrobiło chyba najlepsze wrażenie wśród produktów ze słynnego promocyjnego koszyczka krążącego po blogach, a które ja posiadam z innego legalnego źródła i chętnie się podzielę,
4. złoty pękacz W7 z limitowanej edycji,
5. Manhattan Be Glamorous – bardziej miedziany niż złoty lakier, a do tego dwie złote próbki, nad którymi nie ma sensu się rozwodzić.

Jeśli chcesz, droga Czytelniczko lub równie drogi Czytelniku, otrzymać ode mnie ten oto barokowy zestaw, musisz tylko dodać się do okienka obserwatorów lub/i polubić moją stronę na Facebooku. Każdy z wymienionych czynów daje Ci jeden los, który wpadnie do maszyny losującej w postaci metalowej miski*. Następnie zostaw w komentarzu zgłoszenie o wzorze:

Obserwator: TAK/NIE
FB: TAK/NIE (jako kto)

i czekaj na ogłoszenie wyników. Póki co to ja czekam na zgłoszenia, powiedzmy do piątku 21 czerwca. Potem uruchomię maszynę losującą i jak najprędzej poinformuję Was o wynikach. Całuję czule wszystkich naraz i każdego z osobna.

A.


*lub garnka o większej niż miska pojemności w przypadku niespodziewanie wielkiego zainteresowania rozdaniem.

14.06.2013

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 1

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 1
Regularnie dzielę się z Wami moimi negatywnymi kosmetycznymi doświadczeniami. Kosmetyków złych i bardzo złych jest wiele, na szczęście grasują w gąszczu tych dobrych i wspaniałych. Niektóre nie wymagają osobnej recenzji – wystarczy parę słów komentarza i już wiadomo, czemu nie warto zawracać sobie nimi głowy i portfela.

Wyciska siódme poty:




The Body Shop – DeoDry – Dry Effect Deodorant 24 hr Protection – ten dezodorant w sztyfcie ma zapobiegać przykremu zapachowi potu przez całą dobę (jak rozumiem – całą dobę od aplikacji?), a do zakupu zachęca brak parabenów i aluminium oraz to, że nie pozostawia białych plam na ubraniu. Kosmetyk jest w formie nigdy niekończącego się woskowego kamienia, moja różowa wersja pachnie staromodnie płatkami róży (babcia używała wody różanej o takim zapachu, kiedy miałam z 5 lat), aplikować się tego po prostu nie da – jest tak suchy, że prędzej zedrę sobie skórę spod pachy, niż dokładnie rozsmaruję bodyshopowy dezodorant. Warto też podkreślić, że łatwo się nabrać – 24 h, deo dry – te wszystkie hasła sugerują porządny antyperspirant. To jednak NIE JEST antyperspirant, tylko zwykły dezodorant, który w dodatku wcale nie niweluje smrodu potu – wręcz przeciwnie, przemiło go podkreśla. Nigdy więcej.


Możesz nasmarować nim stopy:



Carmex – Cherry Moisturising Lip Balm – był w promocji w Super-Pharmie, potrzebowałam na szybko jakiegoś nawilżacza do spierzchniętych ust, więc go wzięłam, przygarnęłam, no i jest. I leży. I powoli go zużywam, bo trochę szkoda po prostu wywalić. A w ogóle to nie użyłam go od razu, ponieważ mojej tubki nie dało się odkręcić – była jakoś dziwnie przytrzaśnięta i sprasowana i dopiero w domu mąż odkręcił ją zębami z niemałym trudem. Przy okazji mojego wiśniowego zakupu popadłam w całkowite niezrozumienie dla zachwytów nad firmą Carmex. Czy cała blogosfera została sowicie wynagrodzona za pisanie o tym, jaki Carmex jest cudowny? Przyznajcie się, bo nie wierzę, że tylko ja jestem odmieńcem, który na kilometr wyczuwa z tuby zapach kamfory wymieszanej z mentolem i nie zauważa działania nawilżającego. Polecam do smarowania stóp na rozgrzewkę w trakcie choroby.


Wierny nazistowskiej tradycji:


Sally Hansen – Spray-On Shower-Off Hair Remover – idea była piękna: nie mazać się w piance do golenia, nie marnować czasu na żmudne usuwanie owłosienia maszynką, oszczędzić bezcenny matczyny czas dla siebie na coś lepszego niż golenie. Wystarczy tylko spryskać nogi pianką, nie dotykać, odczekać trzy minuty, a potem spłukać jak pani na obrazku. Teoretycznie. W praktyce już samo spryskiwanie jest katorgą. Przypominam, że aerozole słabo działają odwrócone do góry dnem, zatem spróbujcie zaaplikować samodzielnie na własne, osobiste nogi tę piankę. Powodzenia! Potem pozostaje nam jeszcze kilkuminutowe kiblowanie na golasa pod prysznicem bez odkręconej wody i czekanie, aż włosy się wypalą (świetna rozrywka, można przestudiować etykietę żelu pod prysznic i poczytać o właściwościach stojącej obok odżywki do włosów). Tyle że po trzech minutach włosy wcale nie są wypalone. Po pięciu też niekoniecznie. Nie wspomnę o efekcie komory gazowej – w powietrzu unosi się odór charakterystyczny dla kremów do depilacji (czytaj: zapach palonego włosia), który skutecznie poddusza depilacyjnego śmiałka, uwięzionego w kabinie prysznicowej. Na golasa. Bez wody. I jeszcze „Great Vanilla Scent” – buahahaha.

12.06.2013

NYC – Get Up To Speed! Turbo Dry Top Coat [recenzja]

NYC – Get Up To Speed! Turbo Dry Top Coat [recenzja]
Nie cierpię malować paznokci. Oczywiście lubię mieć ładnie pomalowane, ale sama czynność jest zbyt czasochłonna i ujawnia wszelkie niedoskonałości – mogę podziwiać z bardzo bliska ślicznie wyszarpane skórki na kciukach i artystycznie trzęsące się ręce oraz celebrować swój absolutny brak cierpliwości. Na to ostatnie na szczęście znalazłam sposób. Jest zamknięty w tej oto magicznej buteleczce:


Top coatów do niedawna w ogóle nie używałam, bo myślałam, że służą tylko do przedłużania trwałości manicure'u, a na takie luksusy to ja nie mam czasu. Aż któregoś razu odkryłam top coat z funkcją turbo dry – ależ to cudownie zabrzmiało! „Turbo dry” to zupełnie jak frytki XXXL, lody z potrójną polewą i „kup jedno, dostaniesz cztery gratis”.

Na początku nie dowierzałam, że to cudeńko w ogóle zadziała i nie rozumiałam, jak można malować paznokcie nie do końca wyschnięte czymś przezroczystym i nie sprawić, że butelka po tygodniu będzie zawierała płyn z pigmentami we wszystkich kolorach tęczy. A jednak – w mojej wciąż mieszka przezroczysty płyn, którym pokrywam ostatnią warstwę lakieru, kiedy tylko trochę obeschnie. Według producenta po 60 sekundach lakier powinien być już suchy, ja mówię, że potrzeba trochę więcej, ale faktycznie przy rzadkich lakierach nakładanych cienkimi warstwami wszystko schnie w ekspresowym tempie. NYC – czego można się spodziewać – zostawia ładny połysk, dlatego nie nadaje się do pełnych matów, no chyba, że chcemy je trochę zeszklić.
Jako klasyczny top coat też daje sobie radę, przedłuża żywotność manicure'u co najmniej o dobę (zależy od lakieru, czasem nawet o kilka dni), a jedyne, czemu nie podołał, to Wibo z serii blogerskiej – Mglista Poświata od Miratell po godzinie dała się ugniatać w palcach, ale na te lakiery to chyba w ogóle nie ma mocnych.

Gorąco polecam top coat NYC, szczególnie że jest bardzo tani. Dla zabieganych (nie tylko)mam – jak znalazł. 

Plusy:
– dobrze działa i jest tani.

Minusy:
– widziałam go tylko w sprzedaży internetowej (m.in. u Nocanki i w eZebrze), ale w XXI wieku to chyba żaden problem?

Pojemność: 9,7 ml
Cena: ok. 5 zł
Ocena: 6/6

10.06.2013

Apis – Arbuzowe Orzeźwienie – nawilżający krem do twarzy z arbuzem i kwasem hialuronowym [recenzja]

Apis – Arbuzowe Orzeźwienie – nawilżający krem do twarzy z arbuzem i kwasem hialuronowym [recenzja]
Bydgoską firmę Apis odkryłam dzięki blogosferze (a jakże!) i bardzo się cieszę, bo to takie fajne, swojskie kosmetyki :). W niemodnych opakowaniach rodem z początku lat 90. (bawiłam się takimi w pierwszych klasach podstawówki) znajdują się dobrej jakości smarowidła do twarzy i ciała w bardzo przystępnych cenach. Firma słynie głównie z produkcji kosmetyków zawierających minerały z Morza Martwego, ale tych jeszcze nie próbowałam. Mój pierwszy raz z Apisem to linie arbuzowa i żurawinowa.

Z serii arbuzowej wypróbowałam też mus do ciała
 i peelingującą galaretkę – każdy z nich pachnie ogromnym,
owocowym lizakiem.

Nawilżający krem z serii Arbuzowe Orzeźwienie zaskoczył mnie pojemnością. W ogromnym jak na krem do twarzy opakowaniu (110 g) znajduje się solidny zapas bladoróżowego specyfiku, który pachnie bardzo oldskulowo. Mnie się ten zapach kojarzy z wielkimi, przezroczystymi, czerwonymi lizakami, które mama kupowała mi na wakacjach – dość dziwny aromat jak na krem do facjaty, ale... właściwie czemu nie? Taka miła odmiana od kremów do twarzy pachnących... kremami do twarzy. W każdym razie pojemność nieprzyzwoita, a na pudełku znaczek 6M – mam poważne obawy, czy da się zużyć całość w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Do wysmarowania twarzy, szyi i nawet dekoltu nie potrzeba wiele – jednorazowo znika niezauważalna ilość.

Krem zawiera ekstrakt z arbuza, kwas hialuronowy, kolagen morski, proteiny jedwabiu i witaminę E – lista dobrodziejstw brzmi zachęcająco. W gratisie dostajemy jeszcze SPF15 – dość symboliczne filtry UVA/UVB, ale i tak miło, że są i chronią (jak mogą) przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego, odpowiedzialnego nie tylko za dokarmianie czerniaka, ale też za fotostarzenie się skóry. Kwas hialuronowy obiecuje solidne, dogłębne nawilżenie, kolagen – uelastycznienie, a proteiny jedwabne mają sprawić, że skóra stanie się gładka i przyjemna w dotyku. Tyle teorii, a jak jest w praktyce?

Prawdziwe kremowe złoża w staromodnym słoiku
z miękkiego tworzywa.


Pierwsze spotkanie mojej twarzy z Arbuzowym Orzeźwieniem przebiegało w atmosferze napięcia i niepewności. Czy cukierkowy specyfik w ogóle się do czegoś nadaje? Przecież pachnie i wygląda tak... mało poważnie. Po nałożeniu na skórze pozostaje mokra, lekko tłusta warstwa i trzeba chwilę (naprawdę tylko chwilę) poczekać na całkowite wchłonięcie. Początkowo myślałam, że krem nie nada się na dzień do mojej mieszanej cery i będzie zbyt ciężki, okazało się jednak, że nadaje się całkiem nieźle. Przyzwoicie nawilża (choć z przesuszoną cerą raczej sobie nie poradzi), nie zapchał, a proteiny jedwabiu dają bardzo delikatny efekt liftingu. Nie roluje się, dlatego bez stresu można go nakładać pod makijaż. Jedyne, co mi się nie podoba, to fakt, że skóra po aplikacji trochę się lepi – prawdopodobnie winowajcą jest carbomer, czyli zagęstnik, który widnieje w składzie na wysokim, piątym miejscu.

Po dłuższym stosowaniu widzę, że moja cera jest zadowolona z takiego codziennego pielęgnacyjnego kompana. Jest gładka, nie ocieka smalcem, rzadko kiedy atakuje ją jakiś upierdliwy pryszcz. Mimo wszystko na upały wybrałabym krem o lżejszej formule, nieklejący i o bardziej orzeźwiającym zapachu. Ale arbuzowy Apis wciąż wydaje mi się sympatyczny.


Plusy:
– przyjazny, naturalny skład,
– przyjemny, owocowy zapach, przywołujący miłe skojarzenia z dzieciństwa :),
– niezłe nawilżenie,
– cena.

Minusy:
– dostępność (kosmetyki Apisu spotkałam tylko w sprzedaży online),
– uczucie lepkości po nałożeniu.


Pojemność: 110 ml
Cena: 15 zł (w firmowym sklepie Apis)
Ocena: 4/6

07.06.2013

L'Occitane – Amande – Koncentrat do Ciała – migdał [recenzja]

L'Occitane – Amande – Koncentrat do Ciała – migdał [recenzja]
Kosmetyki Amande to – jak na razie – najbardziej udana seria L'Occitane, jaką miałam okazję wypróbować. Migdałowy krem do rąk uratował honor prowansalskich kosmetyków pielęgnujących dłonie, olejek pod prysznic uwodzi cudownym aromatem i właściwościami, nadszedł więc czas na najdroższy (179 zł!) krem do ciała, jakiego kiedykolwiek używałam. 

Migdałowy Koncentrat do Ciała jest intensywnie reklamowany i wciskany konsument(k)om – a to jakaś promocja, a to dwie saszetki kremu do zakupów... W sklepie internetowym na wszelki wypadek Concentre de Lait dostał już etykietę bestseller, więc albo marketing działa, albo... to kolejny z jego chwytów. Poznajcie tę ambrozję wśród kremów nawilżających:


Chwalipięty piszą: „L'Occitane połączyło tradycję (wykorzystanie białka migdałów) z nauką (synteza kolagenu) w jedwabisty koncentrat głęboko nawilżający i odżywiający skórę. Jego delikatna, kremowa konsystencja szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustych śladów. Skóra staje się miękka i delikatnie pachnąca”. Nie bardzo wiem, jak z tym odżywianiem, ciężko ocenić jego efekty na mojej normalnej skórze, która jest przesuszona tylko na łydkach. Ale z resztą mogę się zgodzić. Ten super_sexy_overpriced krem jest naprawdę dobry. 


Elegancki, szklany słój kryje w sobie cudownie lekki krem, który z przyjemnością wydobywa się z wnętrza i rozprowadza po ciele. Cena i opakowanie robią swoje – smarowanie się koncentratem mleczka migdałowego to prawdziwa pielęgnacyjna celebracja. Zapach słodko-cierpkiego mleka migdałowego jest bardzo naturalny i intensywny, na granicy piękna i brzydoty. Do aromatu zdążyłam się  przyzwyczaić przy okazji używania migdałowego wygładzającego kremu do rąk (recenzja klik klik) – na początku jego prawdziwość nieco mnie odrzucała, ale potem z każdym dniem wydawała mi się przyjemniejsza. Teraz bardzo go lubię, a mężowi spodobał się od pierwszego niuchnięcia. Mimo wszystko zanim zdecydujecie się przeznaczyć absolutnie szaloną kwotę na 200 ml migdałowego koncentratu, przetestujcie go w sklepie lub poproście o próbkę. 

Jeśli przełkniecie cenę i zapach, dalej będzie już tylko lepiej. Krem bardzo szybko się wchłania, pozostawiając skórę dobrze nawilżoną i wygładzoną. Zapach utrzymuje się kilka godzin i jest intensywny – w upalny dzień taka forma pielęgnacji może okazać się zbyt dusząca, ale na chłodne dni – ideał. Wszystko jest super, tylko wciąż nie mogę znaleźć usprawiedliwienia dla mojego zakupu. Równie zachwycające (a może nawet bardziej?) okazało się nawilżenie kremem Isany za 10 zł, a tu płacimy po prostu za wydobywającą się ze szklanego słoja odrobinę luksusu.


Plusy:
– naturalny migdałowy zapach (uprzedzam: dla niektórych może być drażniący),
– lekka konsystencja, 
– szybkie wchłanianie,
– dobre właściwości nawilżające,
– efekt wygładzenia.

Minusy:
– cena!!!
– zbyt niska wydajność (jak na tę cenę).


Pojemność: 200 ml
Cena: 179 zł
Ocena: 5/6 (minus jeden za całkowicie nieakceptowalną kwotę, którą – mimo wszystko – należy zaakceptować po włożeniu karty płatniczej do terminala...)

05.06.2013

L`Biotica – Biovax – Intensywnie regenerujący szampon do włosów słabych ze skłonnością do wypadania [recenzja]

L`Biotica – Biovax – Intensywnie regenerujący szampon do włosów słabych ze skłonnością do wypadania [recenzja]
Na wstępie mego listu pragnę wyjaśnić, że nie mam wielkiego pojęcia o fachowej pielęgnacji włosów, a blogi włosomaniaczek czytam z wypiekami na twarzy i traktuję jako doskonałą literaturę science-fiction. Ja określająca porowatość włosów? Ja sporządzająca wywar z naturalnych składników i chodząca przez cały wieczór w śmierdzącej paćce? Ja odróżniająca silikony rozpuszczalne w wodzie od nierozpuszczalnych? Nonsens. Może kiedyś będę w stanie mądralować się w tematach włosowych, bo moje osobiste kłaczęta wymagają specjalnej troski i chciałabym im zrobić dobrze, więc czytam i się szkolę, ale póki co jestem w stanie stwierdzić wyłącznie najprostsze, najbardziej oczywiste fakty dotyczące efektów zastosowanej pielęgnacji. I stwierdzam, że szampon Biovax jest beznadziejny.


Zacznijmy od tego, że śmierdzi. I nawet trudno powiedzieć, czym. Śmierdzi czymś śmierdzącym i to mi wystarczy. Nie zdyskwalifikowałam go oczywiście z tego powodu, bo jestem dużą dziewczynką i wiem, że diabeł tkwi w szczegółach, nie można oceniać książki po okładce, a szampon rzepowy Joanny jest bardzo dobry, mimo że cuchnie.

No więc śmierdziel Biovaxu, nawet jeśli nie ocenimy jego smrodliwości, wciąż pozostaje dla moich włosów beznadziejny. Nie nie, nie dam mu jedynki, bo myje i to na tyle dokładnie, że włosy aż skrzypią z czystości. Tyle że dopiero po drugim razie skrzypią, a drugi raz warto uczynić, bo z powodu braku SLS-ów, SLES-ów i wszelkich innych składników umożliwiających wytworzenie jakiejkolwiek piany nie idzie namydlić głowy tym szamponem. W ogóle w kategorii „ultratępe kosmetyki wszech czasów” Biovax do włosów słabych i wypadających jest w absolutnej czołówce. Jego ultratępość ma też dalsze następstwa. Sprawia, że w trakcie mycia cebulki są szarpane i włosy sypią się jak choinka po świętach. Dlatego zdanie: „Szampony BIOVAX to unikatowe produkty stworzone na bazie wyjątkowo łagodnych substancji myjących, które nie podrażniają skóry głowy oraz nie wysuszają włosów” nie znaczy nic. Substancje łagodne, ale aplikacja – dla włosów mordercza. I naprawdę, wcieram ten szampon najdelikatniej jak umiem, mimo że zabiera mi to dużo czasu i denerwuje okrutnie.

Po podwójnym umyciu włosy są aż nadto czyste, nie mają żadnej warstewki ochronnej, plączą się, są gołe jak nudyści na plaży i błagają o odżywkę (tak, tak, słyszę ich cichutkie kwilenie w tej sprawie). Wymyśliłam nawet na tę okazję Tępy Duet Roku – w skład wchodzą: omawiany szampon Biovax oraz odżywka Ultra Doux z białą glinką. Ta druga całkiem dobrze radzi sobie z ograniczaniem przetłuszczania, ale rozprowadzanie jej jest równie miłym doznaniem co słuchanie skrobania paznokcia po tablicy*.

Szampon może poszczycić się zawartością witaminy PP i 100-procentowego soku z aloesu. Nie zawiera parabenów i glikolu propylenowego, porządnie myje, a ja mimo wszystko nadal go nie lubię. Dziwna jakaś jestem.

Po zużyciu 2/3 opakowania nic się nie zmieniło – włosy nie są wzmocnione, wypadło ich jeszcze więcej, a ja końcówkę zamierzam zużyć w połączeniu z jakimś innym, popularnym szamponem, który mi zalega w szafce, a potem zapomnieć o sprawie.


Plusy:
– nie zawiera parabenów, SLS-ów, SLES-ów, glikolu propylenowego.

Minusy:
– śmierdzi, nie pieni się, a jego tępe nakładanie sprawia, że wymagane są dwie rundki mycia, włosy wypadają w trakcie pielęgnacji, a na koniec błagają swoją mamusię o odżywkę.

Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 15 zł
Ocena: 2/6



*mimo wszystko Ultra Doux o wiele milej się rozprowadza niż bohater dzisiejszego odcinka.

02.06.2013

Aquolina – czekolada, podejście drugie: orzechowa vs. rumowa [recenzja]

Aquolina – czekolada, podejście drugie: orzechowa vs. rumowa [recenzja]
Pierwsze podejście do smakowicie pachnących żeli pod prysznic/płynów do kąpieli Aquoliny było bardzo nieudane. Trafiłam jak kulą w płot. Jak białą czekoladą w orchideę (klik, klik). Mnogość czekoladowych wariacji zachęciła mnie jednak do podjęcia kolejnej próby zażycia kąpieli w oparach tabliczek Milki czy innego Lindta. Jakem łasuch.




Te dwie pękate butle o standardowej pojemności 250 ml oryginalnie wypełnione były po brzegi dwiema atrakcyjnie zapowiadającymi się kompozycjami zapachowymi: czekoladą z orzechami laskowymi oraz czekoladą z rumem. Uwielbiam mleczną czekoladę z całymi orzechami*, mogłabym pochłaniać ją w nieskończoność – tylko resztki przyzwoitości sprawiają, że tego nie robię. Za to słodycze z alkoholem rzadko mnie porywają, dlatego butelkę rumową spisałam raczej na mężowskie straty. Testowanie zaczęliśmy od orzecha. A było to tak... mój najdroższy małżonek jako pierwszy wlazł pod prysznic, ja w tym czasie zmywałam z twarzy resztki (prawie) naturalnego piękna. Nagle słyszę, co następuje: – Chodź tu szybko, wziąłem ten z orzechem, jest świetny, pachnie super! Nie musiał dwa razy powtarzać. Prędko, zwinnie, niczym łania wskoczyłam do naszej spa-komory i wtedy doleciał do mnie cudowny aromat... przepoconej skarpety. Skarpeta oczywiście pachniała intensywnie prażonym orzechem laskowym, tudzież migdałem w czekoladzie, ale rozumiecie, ciężko docenić orzechową nutę po tym, jak ktoś nieoczekiwanie zdjął buty po całym dniu kiszenia. Nic dziwnego, że według zasad savoir-vivre'u nie należy ściągać paputków w gościach.
Na szczęście dużo lepsze wrażenie zrobiła wersja z rumem. Pachnie dokładnie tak, jak powinna: rumem i czekoladą. I nawet przyjemnie się tą gorzałą umyć! Co ciekawe, męża chyba bardziej urzekł zapach skarpety, więc zużywamy nasze żele odwrotnie, niż zakładałam.

Jeśli chodzi o właściwości, obydwa mają podobne: pienią się średnio, przez co wydajność też jest średnia, zapach utrzymuje się długo w kabinie prysznicowej, ale na skórze prawie wcale (inna sprawa, że nie oczekuję wcale od płynu prysznicowo-kąpielowego, żeby jego aromat pozostawał ze mną po osuszeniu ręcznikiem, to cokolwiek idiotyczne założenie). Zawierają naturalne kakao, znane ze swych właściwości antyoksydacyjno-tonizujących, a po kąpieli pozostawiają skórę wygładzoną i przyjemną w dotyku, choć przyznać trzeba, że jest to uczucie ulotne.

Jeśli macie ochotę na odmianę i wyraźne, apetyczne zapachy w kąpieli, możecie śmiało spróbować któregoś produktu z bogatej oferty Aquoliny zapach jest dla tej marki priorytetem, widać, że bardzo przykładają się do swoich kompozycji. Z orzechem oczywiście nie jest tak źle, faktycznie płyn wali nugatem, po prostu jest to tak intensywne doznanie, że aż za(latuje). Nie polecam za to używania Bagno Doccia Chocolate & Rhum na kacu – zapach gorzałki jest bardzo sugestywny, a pamiętam jeszcze jak przez mgłę, że w przypadku przeholowania z alkoholem ostatnią rzeczą, z jaką ma się ochotę obcować, jest... alkohol.

Przy okazji: dziwi mnie fakt zastosowania w nazwie słówka rhum w pisowni przez h, to równie częste jak współczesne używanie zwrotu grzecznościowego „witaj zdrów”.

Jedynie cena mi trochę nie gra – butelka ma standardową pojemność, zużywa się standardowo szybko, a poza promocją kosztuje niestandardowo: 30–34 zł. No cóż, tyle się należy za dobre odwzorowanie apetycznych zapachów, tylko czy na pewno warto?

Pojemność: 250 ml
Cena: 16,99 zł (w promocji w Hebe), cena regularna to ponad 30 zł
Ocena: według mojego męża, wielbiciela różnych kosmetycznych smrodów, oba zapachy powinny dostać 6/6, ja mogę za to powiedzieć, że Aquoliny mają całkiem przeciętne właściwości – żadnych zachwytów, żadnych rozczarowań. W przypadku tej firmy powinno się oddzielnie oceniać linie zapachowe i sprawy techniczne, ale nie zapominajmy, że ile nosów, tyle opinii.


*najlepsza jest ogromna Milka albo równie ogromny Lindt w złoto-granatowym papierze.


Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger