30.08.2013

Denko prodżekt, odc. 5

Denko prodżekt, odc. 5
W sierpniu mój blog ma kompozycję klamrową – zaczęłam od denka i na denku kończę :). Już za parę dni wyjeżdżam na pierwszy od trzech lat urlop i nie będę miała kiedy podzielić się z Wami zużyciami z ostatniego miesiąca, a trochę się tego uzbierało. Denkowanie wciąż cieszy mnie i zachwyca – pozbywanie się kolejnych butelek to przede wszystkim: a) satysfakcja ze zużycia, b) zyskanie miejsca na nowe mazidła.




W tym miesiącu żegnają się ze mną:


Aquolina – Bagno Doccia White Chocolate & Orchid Cream Puff – żel do mycia, którego zapach okazał się totalnie paskudny, a który ku memu ogromnemu zdziwieniu stał się jednym z ulubionych zapachów mojego niemającego-ani-odrobiny-sensownego-zmysłu-powonienia-małżonka. Z przyjemnością wylewał na siebie to ohydne coś, niestety, czasami również w trakcie wspólnego prysznica, i wielokrotnie dopytywał, czy na pewno kupię mu znowu ten żel. Przypominam, że to ten sam facet, który podtyka mi obsrany tyłek dziecka pod nos z tekstem: „Jest kupa? ja nic nie czuję”. Wnioski wyciągnijcie same, a tu szersza recenzja: klik.

Aquolina – Bath Shower Cream – Chocolate & Rhum – ten żel ma dużo fajniejszy zapach od poprzednika, chociaż również nieco nietypowy. To dziwne uczucie myć się imieninową bombonierką, ale w sumie czemu nie? Końcówkę zużyłam jako mydło do rąk i tu sprawdził się super – odrobina alkoholowego relaksu w godzinach pracy – rewelacja! Kupię ponownie. Recenzja: klik.

Apis – Arbuzowy mus do ciała z mango i witaminą E – pisałam o nim niedawno, więc nie będę się rozwodzić. Przyjemny mus-niemus (po prostu balsam), który zapachem przywodzi same dobre wspomnienia z dzieciństwa. Miło się go używa, a ja chętnie do niego wrócę za jakiś czas. Recenzja: klik.




Garnier – Essentials – Tonik witaminowy do skóry normalnej i mieszanej – blogerce urodowej nie przystoi używać czegoś tak popularnego, że aż zakupionego w Carrefourze, i w dodatku się tym zachwycać. Skład nie jest przecież naturalny, firma to czyniąca samo zło korporacja, no naprawdę wstyd. Dlatego powiem Wam tylko na ucho, że to bardzo dobry, pięknie pachnący i doskonale odświeżający cerę tonik. Tylko szszszsz, nie mówcie nikomu, że kupię ponownie. Recenzja: klik.

Synergen – Fruity Flirt – żel do mycia twarzy dla cery mieszanej – rzadko kiedy widuję na sklepowych półkach produkty przeznaczone specjalnie do mojego typu cery. Nie dla mieszanej i tłustej albo normalnej i mieszanej, tylko po prostu dla mieszanej. Ten żel jest delikatny, ale skuteczny, nie zapycha, kosztuje niewiele, znajdziecie go w każdym Rossmannie i wszystko byłoby z nim w porządku, gdyby nie to, że kompletnie nie odpowiada mi jego zapach, dlatego nie kupię go znowu. Ale spokojnie mogę polecić Fruity Flirt posiadaczkom cery takiej jak moja. Recenzja: klik.

Tołpa – Dermo Face – Normalizujący tonik matujący – ten tonik z pewnością trafi do kolejnego odcinka cyklu „Moje kosmetyczne pomyłki” i tam wyjaśnię Wam, dlaczego jest STRASZNY, a jego działanie całkowicie nieakceptowalne. Opatrzność nade mną czuwa – kupiłam go w czasie słynnych promocji w Rossmannie -40% i ponad połowa butelki rozlała mi się w siatce. Nie kupię




L`Biotica Biovax – Intensywnie regenerujący szampon do włosów słabych ze skłonnością do wypadania – producent tego szamponu wyszedł z założenia, że jak coś jest w Twoim życiu nie tak, musisz zacząć od nowa. Całkiem od nowa. Od zera. Również tego na głowie. Szampon do włosów słabych, które lubią wypadać, wyobrażam sobie jako delikatny, nieobciążający i łatwy w aplikacji. Ten tutaj to całkowite przeciwieństwo. Nie kupię. Recenzja: klik.

Oriflame – Volume Boost – odżywka bez spłukiwania, która ma podnosić cienkie i oklapnięte włosy (czyli moje), ale ja nie zauważyłam, żeby robiła cokolwiek, dlatego stała w łazience, aż straciła ważność. Ładnie pachniała, ale na pewno już do niej nie wrócę




Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – to najlepszy płyn do okolic intymnych, jakiego zaznały... moje okolice intymne (szok, niedowierzanie). Przygodę z nim rozpoczęłam w ciąży i już ze mną został. Nie zamierzam go zdradzać, ponieważ: ma dobry skład bez substancji drażniących, jest niezwykle delikatny, ale skuteczny, bezzapachowy, ma wygodną pompkę, a jego wydajność jest niebywała – ta butelka starczyła mi na 4,5 miesiąca! Chyba nie muszę wspominać, że używam go codziennie? W tej sytuacji niecałe 10 zł wydaje się śmieszną kwotą. Kupię, kupię i jeszcze raz kupię.

Scholl – Złuszczający peeling do stóp – bardzo dobry zdzierak, który w 90% składa się ze sproszkowanego pumeksu. Mógłby być tylko trochę tańszy – pumeksy nie są drogie, a 25 zł za taką tubę to lekka przesada. Starczył na kilkanaście użyć. Kupię ponownie, jak tylko zobaczę go w promocji. Recenzja: klik.

Mustela – żel do mycia niemowląt – nie jest to najpiękniej pachnący żel, jaki w życiu wąchałam, ale ufam Musteli i wiem, że jak piszą, że jest delikatny i nadaje się dla dzieci od pierwszych dni życia, to tak właśnie jest. Ten tutaj to miniaturka, w sprzedaży są półlitrowe butle w cenie ok. 40 zł. Tomek zużył w pierwszych miesiącach swego żywota ok. litra tego żelu i byliśmy bardzo zadowoleni (on mniej, ale to były czasy, kiedy był bardzo niezadowolony z faktu, że musiał wyjść z brzucha – u mamy dużo bardziej mu się podobało). Nie kupię ponownie tylko dlatego, że z przyjemnością używamy bardzo udanych produktów Hipp.

Zawartość kartonika L'Occitane na moim blogu obrosła już legendą. O tym drogocennym bublu pisałam tu i tu. Nie kupiłam i nie kupię.

Honor zużytej kolorówki uratował tusz Essence – Multi Action Blackest Black – przeciętniak ze szczotką, która dobrze rozczesuje nadoczne włosie i do tego celu służy mi nawet teraz – resztką tuszu „gruntuję” rzęsy z rana, są ładnie rozdzielone i mogę spokojnie kłaść na nie następną warstwę czegoś konkretnego. Ten tusz od początku był bardzo niekonkretny – nie pogrubiał, nie dawał efektu głębokiej czerni, po prostu poprawiał kolor i tyle. Jest tani, więc może kupię go ponownie, żeby znowu robił za base coat :). Więcej przeczytacie o nim tutaj.

To tyle w sierpniowym odcinku, znacie któreś z wymienionych kosmetyków? Jak wrażenia?

PS Namieszałam trochę w zakładkach, teraz powinno być nieco czytelniej. Do następnego!

28.08.2013

Organic Shop – Organic Vanilla & Orchid Body Mousse [recenzja]

Organic Shop – Organic Vanilla & Orchid Body Mousse [recenzja]
Już dziś, po raz pierwszy na blogu Agaty co Smaruje, kosmetyk prosto z nie-tak-znowu-dalekiej-Rosji*. Na razie doświadczenie z mazidłami zza Uralu (i sprzed Uralu) mam niewielkie, ale się nadrobi. Się musi. A propos musów... ten z Organic Shop wrzuciłam do koszyka przy okazji innych zakupów, bo był w jakiejś przyjemnej promocji, a ja łasa i na musy, i na rabaty. Trafił więc do mnie przypadkiem i swoje przeleżał, nim przyszła na niego kolej. Nie mógł oczywiście leżeć w nieskończoność, bo z kremami inaczej niż z winami, a że egzema i inne pomniejsze parchy mi niemiłe, to go wreszcie otworzyłam.


W środku na dzień dobry niezbyt miła niespodzianka – żadnej folii ochronnej, ni sreberka, ni kartonika. Czyli teoretycznie ktoś mógł już wsadzać weń swe ciekawskie kończyny, bo pojemnik też nie miał żadnego zabezpieczenia do ułamania. Nieładnie. Na szczęście dalej już tylko ładnie!

Mus, jak to mus – leciutki jak chmurka bitej śmietany, przyjemnie umoczyć w nim paluch, a nawet dwa, gładko sunie po rozgrzanej kąpielą skórze... rozmarzyłam się, a to dopiero południe.
Zapach nie jest ani trochę waniliowy (nawet nie wanilinowy!), a zapachu orchidei nie kojarzę, mimo że jeden smętny storczyk stoi u mnie na parapecie. Po kwiatkach nie ma śladu, a nawet jak ślad był, to wcale nie roztaczały wokół siebie magicznej storczykowej woni, więc szczerze – pojęcia nie mam, jak powinien pachnieć i czy ten mus pachnie podobnie. Na pewno jest to aromat kwiatowy, więc dobra nasza.

Produkt ogólnie jest bardzo przyjemny – pachnie dobrze, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i nie pozostawia lepkiej lub/i tłustej warstwy. Zapach nie jest nachalny, dlatego nie gryzie się z perfumami i można sobie tę chmurkę zapodać o poranku, tuż przed wyjściem do ludzi.
Jak widzicie na opakowaniu, krem nie zawiera SLS-ów, SLES-ów, parabenów i silikonów, a sens istnienia nadają mu organiczne wyciągi z wanilii i żółtej orchidei. Nie słyszałam o tym, jakoby orchidea miała nadzwyczajne właściwości nawilżające, dlatego nie dziwi mnie wcale, że mus nawilża również nienadzwyczajnie. Ale co nieco skóra może się napić, więc nie narzekam i nie żywię urazy.

Czyli to lekki, miły krem dla niewymagającej skóry. Raczej do niego nie wrócę, bo lubię być nawilżona po czubki butów, ale na starość będę miło go wspominać.

Pojemność: 250 ml
Cena: 21-25 zł
Ocena: 5/6

*siedziba Organic Shopu znajduje się w Moskwie.

26.08.2013

Dlaczego nie lubię płynu micelarnego Avène?

Dlaczego nie lubię płynu micelarnego Avène?
Dziś będzie krótko i na temat. Wkurzył mnie ten micel, bo bardzo chciałam się z nim zaprzyjaźnić. Mieliśmy plany!



Podoba mi się pudełko. Podoba mi się butelka. Minimalistyczny, estetyczny wygląd i zachęcający swą bezbarwnością płyn, którego podstawą jest woda termalna z Francji, to coś w sam raz dla mnie. Do tego Avène dobrze mi się kojarzy – kilka lat temu używałam ich kremu regenerującego, który bardzo mi pomógł uporać się z raną na twarzy po cięciu jednego takiego chirurga-gitarzysty. No a skoro poważny krem do poważnych zastosowań tak im się udał, to co dopiero jakiś głupi micel? Tak sobie myślałam ja, nieświadoma tego, że płyn za kilkadziesiąt złotych może być tak bezsensownie zły.

Na pewno należy pochwalić jego zapach. Płyny micelarne nie kojarzą mi się z ładnymi zapachami, niektóre wręcz śmierdzą, a ten ma bardzo przyjemny, świeży, kosmetyczny aromat. I nie jest gorzki w smaku. No i pięknie, tylko ostrzegam, że to koniec moich zachwytów. Aha, na plus można dorzucić, że nawet coś tam zmywa. Podkład, cienie, niewodoodporne wynalazki zmywa całkiem sprawnie, ale mojej wodoodpornej kredki bez intensywnego tarcia nawet nie ruszy, co najwyżej trochę rozmaże. A zwykłego tuszu na rzęsach zostaje tyle, że rano efekt pandy macie jak w banku.

Regularna cena ponad 40 zł za 200 ml nie zachęca. Cztery dychy leją się ochoczo przez słusznych rozmiarów otwór, ale ok, słynna (i jeszcze droższa) Bioderma też wydajnością nie grzeszy. Niestety, w przypadku micela Avène zużywanie odbywa się w bardzo niemiłej atmosferze. Bo co mi po pięknym zapachu, jeśli moje oczęta zalewają się łzami jak przy obieraniu kilograma cebuli? Piecze i szczypie ta cholera okrutnie. Po użyciu żelu myjącego z peelingiem piecze cała twarz. A na opakowaniu jak wół stoi, że to płyn do skóry wrażliwej!

I się po nim lepię. I nie podoba mi się, że skład widnieje tylko na kartonowym pudełku, a na butelce nie. A zmieściłby się, bo jest krótki:

pentylene glycol, poloxamer 188, bisabolol, cetrimonium bromide, disodium edta, dimethicone, peg/ppg-14/4, pentaerythrityl, tetra-di-t-butyl hydroxyhydrocinnamate, propylene glycol, sodium chloride.

Nic paskudnego tam nie figuruje, więc czemu działanie jest takie słabe? Precz, micelu, precz.


Pojemność: 200 ml
Cena: 40–45 zł
Ocena: 2/6

23.08.2013

Bourjois – Color Boost – nr 03 Orange Punch [recenzja]

Bourjois – Color Boost – nr 03 Orange Punch [recenzja]
Chcecie kredkę? Będzie kredka! Może i matka Tomasza zacofana, bo flamastrów używa, ale kredkę też ma, więc nie taka ona znowu ostatnia i najgorsza ;). Najpiękniej wypomadowana jest w godzinach 12–14, kiedy syn udaje się na drzemkę – w pozostałym czasie jakoś nie wiedzieć czemu zapomina o poprawkach... hmmm, czy ma to coś wspólnego z właśnie_zaczynającym_chodzić_młodzieńcem? Ciekawe... No ale do rzeczy.

W ramach kredkowego szału jako pierwszy trafił do mnie jeden z czterech Color Boostów Bourjois, bo bardzo lubię tę firmę. Moja mama używała ich kosmetyków, od kiedy pamiętam, i jakoś w naturalny sposób przeszło na mnie. Nie twierdzę, że to mój ulubiony, najlepszy jakościowo i najciekawszy producent kolorówki, ale faktycznie mają sporo porządnych kosmetyków i nigdy się nie boję zostawić w kasie tych kilkunastu-kilkudziesięciu złotych za ich produkty.


Wybór nie był duży, a i tak ciężko mi było zadecydować, którą wezmę – to jednak bardzo żywe kolory, niekoniecznie na co dzień, a po moich flamastrowych ekscesach nie bardzo miałam ochotę na kolejny odcień z serii tych od wielkiego dzwonu. Wydawało mi się, że pomarańcz to ostatnie, co trafi na moje usta, ale pomazałam rękę, porównałam z resztą i... wyszłam z pomarańczową. Bo to taka brzoskwinka właściwie. Nie żaden żarówiasty oranż. No i w ogóle to Bourjois, więc na pewno nie zrobił głupiej kredki dla nikogo, przecież to firma z tradycjami!

Niegłupia kredka prezentuje się tak oto.

Mimo różnego oświetlenia wyraźnie widać, że Orange Punch ma jednak wiele wspólnego z oranżem... zbieg okoliczności? Spisek? :> Dziwnie dziwne – zdziwił się baranek. Okazało się, że na moich ustach w kolorze nieco topielczego brudnego różu wyszedł bardzo sympatyczny koralowy odcień, mający niewiele wspólnego z brzoskwinią na nadgarstku. Nie da się tego uchwycić na takich incognito fotkach, ale usta ubrane w Orange Punch są bardzo seksownie ożywione kolorem i zdecydowanie przyciągają wzrok.

Na zdjęciach wszystko jest dość blade i grzeczne. Lewe górne robione
w pełnym słońcu, prawe – z lampą błyskową. Dolna fotka chyba
najlepiej oddaje efekt Orange Punch.

Konsystencja jest doskonała. Kredka, która w opakowaniu trzyma się twardo i nie łamie, w kontakcie ze skórą pięknie, gładko i bez ociągania sunie tam, gdzie jej każą. Trudniej pomalować usta tylko jeśli są zbyt wilgotne, ale to przecież normalne. Ma posmak kremu, niestety tego do ciała, a nie do jedzenia, ale i tak lepsze to niż lekka gorycz moich niemodnych flamastrów.

Producent obiecuje „wodoodporny kolor”, co w przypadku kremowej pomadki, która odznacza się na szklance, w zasadzie możemy włożyć między bajki – jest waterproof o tyle, że tłusta formuła w kontakcie z wodą nie spływa ordynarnie – to jednak oferuje nam znakomita większość tradycyjnych pomadek. Trwałość też ma standardową – jeśli chcemy zachować piękny, intensywny kolor, wymaga dość regularnych poprawek. No dobra, zauważyłam, że jak już się zetrze wyczuwalna warstwa, na ustach pozostaje cień koloru niczym wspomnienie po dobrej imprezie... plus za to, że cień jest ładny i równomiernie rozłożony. No właśnie – równomiernie. Tu gładko przechodzimy do tego, co najpiękniejsze w Color Boost*: pomadka nadaje ustom intensywny odcień, a jednocześnie jest... transparentna, co stawia ją gdzieś pomiędzy pomadkami a błyszczykami ze wskazaniem na to pierwsze. Dzięki tej formule do samego końca cieszymy się idealnym kolorem, bez plam i innych pomniejszych brzydactw. Intensywność można stopniować, da się uzyskać zarówno subtelny tuning, jak i przyciężki styl wampa. Aha, jak widzicie na zdjęciach, Color Boost daje lekki połysk.

Bourjois obiecuje również: komfort, nawilżenie i filtr słoneczny SPF 15. Dwa pierwsze nawiązują do ekstraktu z jedwabiu, który możemy znaleźć w składzie. Nie należy się spodziewać, że kredka nawilży nam trwale nasze wysuszone wargi, ale kiedy na nich przebywa, faktycznie usta wydają się być zadowolone. No i fajnie. Filtr też fajnie, że jest z nami, to taki miły ukłon w stronę lata.

Orange Punch bardzo mi się spodobał – na letnie randki z mężem jak znalazł. To nic, że nasze randki odbywają się zawsze w domu i są raczej mało uroczyste. Na takich też lubię wyglądać dobrze.

Pojemność: 2,75 g
Cena: 25–30 zł
Ocena: 5/6 (odjęłam jedną gwiazdkę z pierwotnych sześciu za mydlany smak – dużo gorszy od konkurencyjnego Soft Sensation Lipcolor Butter Astor)

*mam na myśli odcień Orange Punch – spotykałam się już z opiniami, że jasny róż smuży i nie rozprowadza się zbyt dobrze, ale szczerze mówiąc, nie spotkałam jeszcze pomadki w tym kolorze, która nie robiłaby scen.

22.08.2013

Catrice – Colour Infusion nr 050, czyli początek mojego romansu z flamastrami do ust w momencie, gdy dla wszystkich to już koniec

Catrice – Colour Infusion nr 050, czyli początek mojego romansu z flamastrami do ust w momencie, gdy dla wszystkich to już koniec
Kiedy tylko przyuważyłam w drogeriach flamastry do ust*, zakochałam się w tej idei. Bo taki flamaster obiecuje coś nowego, względnie matowego, nierozmazującego, nietłustego i niewyczuwalnego na ustach. No bajka po prostu! Jako pierwsza z bajek trafiła do mnie ta o malinowym flamastrze od Catrice. Potem, jak na prawdziwą ślepą miłość przystało, w bardzo krótkim czasie zaopatrzyłam się też we flamastry w innych odcieniach, również innych firm. Jaka szkoda, że obudziłam się z ręką w nocniku (i to nie w nocniku Tomasza, on nawet nie ma jeszcze swojego nocnika, biedne dziecko). W chwili gdy me uczucie jest świeże i silne, cały świat wysmarował się już flamastrami od stóp do czubków nosów i teraz, znudzony, twierdzi, że to passe. No ale dajmy szansę wystąpić na blogu Catrice'owej malince. Wieczorową porą. Może przemkniemy cichaczem?


To była przedostatnia sztuka w sklepowej szafie, ale obejrzałam ją przez szybkę i wyglądała na dziewicę (lub względną dziewicę), zresztą tak mnie zamroczyło z zachwytu nad ideą flamastra do ust, że – spójrzmy prawdzie w oczy – pewnie nawet mocno przechodzone zwłoki zabrałabym tego dnia do domu.

Akcja Flamaster miała dwa oblicza: jak najszybciej poczuć na wargach nietypową warstwę koloru i stanąć twarzą w twarz z widokiem siebie w tak intensywnym odcieniu (który nazywa się Red & The City). Przecież chcę być szałową mamuśką, czemu nie strzelić sobie rzucającego się w oczy ciemnego różu na wysłużone wary i nie ruszyć na spacer z wózeczkiem?

W domu okazało się, że flamaster faktycznie ma się dobrze, nie jest wysuszony, ma superintensywny kolor – czyli jest moc. Nieco oszołomił mnie widok siebie po nałożeniu czegoś tak bardzo malinowego, że po samej malinie bym się nie spodziewała, postanowiłam jednak nie być pipką i trzymać się wersji, że takie usta są hot. Przy okazji wyszło, że sztuka upiększania się flamastrem ma dwie drobne niedogodności:
– jak wyjedziesz poza kontur ust, masz mały problem, bo zetrzeć szybko palcem się tego nie da,
– jeśli jesteś szczęśliwą posiadaczką górnej wargi, będziesz mieć mały problem z jej pomalowaniem, bo grawitacja uprzejmie tłumaczy, że istnieje właśnie po to, by przeszkodzić Ci w skutecznej aplikacji. Od razu przypomniał mi się spray do depilacji od Sally Hansen (klik klik), który z grawitacją też ma raczej na pieńku...


Jak widać na załączonym obrazku, wszystko jest pięknie... do czasu. Miałam wielką nadzieję, że Colour Infusion będzie sobie bladł stopniowo i równomiernie, ale niestety – wszystko, co jest wygryzioną/pogryzioną skórką, zadziorkiem, podsuszoną bruzdą w późniejszej fazie odcina się od reszty w mało atrakcyjny sposób. Muszę zaznaczyć, że ostatnie ujęcie jest zrobione po kilkunastu użyciach flamastra, kiedy już trochę podsechł. Na początku kolor dużo ładniej znikał z ust, tak jak to sobie wyobrażałam – stawał się coraz bardziej wyblakły, aż zanikał zupełnie. Na to brzydkie schodzenie pomaga szybkie peelingowanie ust przed aplikacją koloru – choćby na sucho kryształkami cukru albo cukrem z oliwą. Niestety, na zdjęciach zobaczyłam, że korekta konturu z bliska wygląda mocno tak sobie – z drugiej strony zwykle ten, kto jest na tyle blisko, żeby to dostrzec, nie zawraca sobie głowy takimi pierdołami, tylko bierze i namiętnie zasysa, no nie? :P.

Obecnie testuję inny odcień Catrice (040 Don't Call Me Princess, bledszy róż), mam też produkty Astora i NYC – zobaczymy, jak rozwinie się mój gorący romans z flamastrami. Nadal kolorowanie ust w ten sposób wydaje mi się bardzo atrakcyjne. To takie miłe oderwanie od pomadkowej rutyny, ale jak dla mnie, na pewno nie jest to zabawa na co dzień – prawda jest taka, że flamastry są fajne właśnie dlatego, że są takie... niecodzienne.

Colour Infusion to pięć odcieni – oprócz malinowego są też róże bledsze i przygaszone oraz mazaki bardziej neutralne, w tonacji brązowej. A teraz najsmutniejsze: za chwilę prawdopodobnie znikną ze sklepowych szaf na wieki. Właśnie sprawdziłam i na stronie Catrice już nie ma po nich śladu, a w Niemczech premierę miały jeszcze w 2011 roku, więc wygląda na to, że jestem najbardziej nieaktualną blogerką urodową we wszechświecie :). Komu podoba się efekt, jaki daje Red & The City, niech szybko zasuwa do Natury lub Hebe po ostatki, może akurat będą w jakiejś pięknej promocji?

Pojemność: 2,6 ml
Cena: 16,99 zł (tyle dałam w cenie regularnej w Naturze)


*czyli całkiem niedawno (no wiecie, pieluchy, nieprzespane noce, kolki, bla bla bla)

21.08.2013

Słodka linia arbuzowa Apis – mus do ciała & peeling [recenzja]

Słodka linia arbuzowa Apis – mus do ciała & peeling [recenzja]
Apis słynie z produkcji kosmetyków zawierających minerały z Morza Martwego, a ja przewrotnie postanowiłam zapoznać się z ofertą tej polskiej firmy w miłym towarzystwie linii Arbuzowe Orzeźwienie. Czeka jeszcze na mnie żurawinowy krem do twarzy, ale na razie muszę sobie poradzić z arbuzowym bratem, o którym pisałam jakiś czas temu tutaj: klik klik.


Nie jestem wielką fanką tub ze względów estetycznych* – dużo bardziej zachwycają mnie kosmetyki pielęgnacyjne zamieszkujące wygodne, przestronne słoiki (no wiem, wiem, że to mniej higieniczne, ale nie przesadzajmy – wszelkich mazi używam po prysznicu i aplikuję je umytymi rękami, więc zaraza mi niestraszna) lub butelki stojące przyzwoicie do dołu dnem. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość rzeczonym tubom – są wygodne i łatwiej zamknąć je wypaćkanymi dłońmi, niż bawić się w zakręcanie słoika. No i chwała producentowi za zatrzask – pozostawiam otwarty postulat dotyczący wprowadzenia zakazu dystrybucji kosmetyków w tubach z nakrętkami – to prawdziwie szatański obyczaj :)

Szata graficzna też nie trafia w mój gust, ale to naprawdę żaden problem wobec tego, co znajduje się wewnątrz.

Jak nietrudno się domyślić, po lewej peelingująca galaretka,
po prawej mus do ciała.

A co w tym wnętrzu? Ano to, co matki Tomaszów lubią najbardziej: cudnie pachnące kosmetyki, których używanie bez względu na właściwości jest czystą przyjemnością. Zapach w obu przypadkach jest identyczny i przywołuje najmilsze wspomnienia z dzieciństwa, o czym wspominałam już w recenzji arbuzowego kremu do twarzy. To aromat ogromnych, przezroczystych, czerwonych lizaków – cukrowo-syntetycznie owocowy, bardzo przyjemny. Nie ma nic wspólnego z zapachem arbuza, ale to naprawdę nic złego – arbuz ma dość ogórkową nutę, a tu mamy sympatycznego, nienachalnego słodziaka.

Peelingująca galaretka to drobnoziarnisty, całkiem mocny zdzierak ze zmielonymi łupinami kokosowymi, ekstraktem z arbuza, papai i ananasa. Ja stosuję ją na sucho, przed kąpielą – ładnie się wtedy rozciera, nie jest tępa w aplikacji, no i naprawdę pięknie pachnie! Po zmyciu skóra jest idealnie gładka, a ja mam wrażenie, że do ścieków spłynęła absolutnie każda martwa i dogorywająca komórka mojej skóry. Galaretkę można też stosować na zwilżone ciało, ale wtedy oczywiście efekt jest dużo słabszy, więc moim zdaniem nie warto. Aha, nie zostawia tłustego filmu, zmywa się raz dwa. No i nazwa „galaretka” jest zwykłą wariacją na temat peelingującego żelu.

Mus do ciała jest dość rzadkim, lekkim balsamem (już dawno pogodziłam się z tym, że musy do ciała nie są piankowe, a taką nazwę noszą lekkie formuły mazideł) przeznaczonym dla każdego rodzaju skóry. Oprócz arbuza zawiera wyciąg z mango, proteiny jedwabiu i witaminę E. Jak to z balsamami bywa, rozsmarowuje się łatwo i przyjemnie. Na wchłonięcie trzeba poczekać niezbyt długą chwilę i na początku jest trochę kleisty, ale kiedy wchłonie się całkowicie, nie pozostawia żadnej lepiącej, tłustej czy rolującej się warstwy. Zapach na skórze jest bardzo delikatny i dość szybko się ulatnia, nawilżenie przyzwoite, chociaż osobiście wolę bardziej treściwe formuły (kremy, masła) – po użyciu balsamu zawsze mam poczucie, że gdyby to było masło, można by z niego pocisnąć więcej nawilżenia :). 

To bardzo przyjemny, apetyczny duet. Do peelingu na pewno jeszcze wrócę. Niestety, popełniłam właśnie grzech okrutny – zajrzałam do apisowego sklepiku i przypomniałam sobie, jak wiele kosmetyków tej firmy chciałabym jeszcze przetestować... no cóż, zapowiada się kolejne większe zamówienie, ale kto nie lubi duuuuuużych kosmetycznych paczek?! :)

Pojemność: 200 ml
Cena: 13,80 zł za galaretkę i 16,10 zł za mus (dostępne w sklepie online producenta: klik klik)
Ocena: są kul, serio serio. Peeling zasługuje na szóstkę. 


*Tuba z musem do ciała ostatnio mnie wkurzyła: w trakcie wspólnie spędzanego czasu już trzy razy zdarzyła jej się żenująca przygoda, a mianowicie puszczała głośne, arbuzowe bąki, co pewnego razu wybudziło mojego próbującego zasnąć syna. Trochę się pogniewaliśmy, ale już jest zgoda.

18.08.2013

Przegląd absurdalnych kosmetycznych wynalazków

Przegląd absurdalnych kosmetycznych wynalazków
Kiedy oglądam oferty firm kosmetycznych, od czasu do czasu szeroko otwieram oczy. I przecieram. I oddaję się zadumie. 

FM Group – Hair Fragrance – perfumy do włosów


Dostępne w trzech zapachach za ok. 18 zł. Myślę i myślę, ale wymyślić nie mogę: po co ktoś miałby kupować perfumy specjalnie przeznaczone do włosów? W dodatku perfumy, będące tanimi podróbkami znanych zapachów. I to tylko trzech. Na rynku są dostępne suche szampony w sprayu, które często ładnie pachną (Batiste), no i oczywiście normalne perfumy, którymi (uwaga, uwaga!) można sobie prysnąć czuprynę, jeśli ma się taki kaprys. Osobiście polecam najprostszy sposób na pachnące włosy – regularne mycie.


Paloma – Hand SPA – Intensywnie nawilżający krem do rąk... w sprayu



Nie, nie z pompką, nie w opakowaniu typu airless, tylko z normalnym atomizerem służącym do rozpylania płynów. Wnioskując po recenzjach znalezionych w internecie – rozpylanie tego „kremu” nie jest zadaniem ani łatwym, ani przyjemnym, a do tego rzadka, lepka maź nie chce się wchłaniać, pozostawia nieprzyjemny film, no i nie nawilża, a już na pewno nie intensywnie, jak obiecuje producent. Ekipa Palomy musiała nieźle się nagłówkować, coby tu nowego wypuścić na rynek. No i wypuściła – nowiutki bubel w sprayu, tylko 9 zł za 100 ml :).


Golden Rose – Gray Hair Touch Up – pomadka do włosów


„Znakomicie pokrywa siwe włosy, idealnie współgrając z odcieniem pozostałych. Wygodny i szybki w nakładaniu. Wydłuża okres między kolejnymi farbowaniami włosów, idealny w nagłych sytuacjach. Aby zmyć, wystarczy użyć szamponu”.
Pudry zwiększające objętość to przy tym pikuś. Pomysł nie jest zły, ale niestety, ten ekspresowy korektor odrostów występuje tylko w czterech odcieniach, więc zakładam, że o dyskretnym ukryciu włosowych niedoskonałości można zapomnieć. No i bałabym się wyjść z czymś takim na ulicę przy większym zachmurzeniu.



Z serii: dla dorosłych – kremy i żele zwężające pochwę



Szukając informacji na ten temat, znalazłam co najmniej pięć różnych firm produkujących takie wynalazki, co oznacza, że pomysł chwycił. Mamy już więc nie tylko wyroby z najpopularniejszym spamowym hasłem „enlarge your penis”, ale też coś specjalnie dla kobiet – już dziś moja pochwa może przypominać „dziewiczą waginę nastolatki”. Podobno. Co ciekawe, specyfiki należy stosować na zewnątrz, bez... hmmm dogłębnej aplikacji, więc jedyne, co mogą powodować, to jakąś megaopuchliznę warg sromowych*. Mężu, niedoczekanie Twoje. 

Moim zdecydowanym faworytem dzisiejszego zestawienia jest błyszczyk Eveline o nazwie, którą możecie kojarzyć z całkiem innych źródeł:


Eveline – GoodBye Appetite, czyli nie jem, bo smaruję 



„Kuszące usta, szczupłe biodra. Innowacyjny błyszczyk hamujący apetyt dla nowoczesnej kobiety!” – oto hasło reklamowe, jakim producent zachęca do zakupu wszystkie nowoczesne kobiety, pragnące talii osy i szeroko pojętego piękna. Nie jest to wyrób nowy, bo premierę miał pod koniec 2011 roku, ale znalazł się w najnowszej gazetce promocyjnej Biedronki, więc jeśli macie ochotę, możecie go wypróbować za jedyne 8,99 zł. Dostępny w sześciu ładnych odcieniach. 

Błyszczyk zawiera supertajną, opatentowaną formułę Slim Extreme, dzięki której składniki walczące z naszymi kilogramami mają w łatwy sposób przedostawać się do organizmu przez cienką skórę na ustach. Owi odchudzający czarodzieje to zielona kawa oraz olejki z bergamotki i grejpfruta – no przecież każda szanująca się właścicielka zbędnych kilogramów na pewno słyszała o tym, że ktoś coś robił z kawą i cytrusami, żeby zwalczyć tłuszczyk, więc... to się musi udać. Prawda? Z tego co wiem, błyszczyk jest po prostu gorzki, a poza tym cuchnie. To faktycznie może nieco popsuć apetyt :D.

Już to widzę:
– Kochanie, zapraszam cię na obiad.
– Nie, dziękuję, nie jestem głodna, właśnie zjadłam błyszczyk.

Jeśli już mowa o mazidłach do ust, jest też firma, produkująca błyszczyki o zwyczajnych właściwościach, ale nietypowych smakach: bekonu, ogórka, wasabi, cheetosów, nachosów czy absyntu. Poza tym mamy chusteczki nawilżające w tabletkach, sól morską w sprayu do układania włosów, futerko do paznokci i wiele innych cudacznych kosmetyków. Producenci robią, co mogą, doceńcie ich wysiłek! :). A może macie jakieś swoje nietypowe kosmetyczne wynalazki? Umieram z ciekawości.


*A jeśli już mowa o strefach intymnych, to w sprzedaży są też... farby do włosów łonowych. 

16.08.2013

Himalaya – Under Eye Cream [recenzja]

Himalaya – Under Eye Cream [recenzja]
Krem pod oczy Himalaya to moje pierwsze spotkanie z produktami tej indyjskiej firmy i pierwsza prawdziwa przygoda z kremami pod oczy (ahoj, przygodo!). Do tej pory nie po drodze mi było z pielęgnacją podoczną, bo i bez tego robót okołotwarzowych mam dużo. Wręcz bez liku. Lik to był taki rzeczownik, który znaczył tyle co „liczba”. Stan liczebny. „Lik bardzo mierny” to bardzo niewielka liczba. O czym to ja miałam? A, o kremie pod oczy. Nie można powiedzieć, że oczu mam bez liku, bo lik jest konkretny. Jest ich dwoje. Para. Jak u każdego przeciętnego obywatela tego świata. I o skórę pod tym dwojgiem oczu postanowiłam trochę zadbać przed trzydziestką. Bo potem będzie tylko gorzej.


Wracając do kremu, mieści się on w 15-mililitrowej tubie, w której denerwuje mnie głupie odkręcanie. Czy naprawdę współcześnie nie można z urzędu tworzyć tubek z zatrzaskiem? O ile łatwiej byłoby otwierać i zamykać – moje wypaćkane kremem dłonie byłyby zobowiązane. No ale jest jak jest.

Himalaya ma przyjemną, gęstą konsystencję, właśnie takiej mogłabym oczekiwać od solidnego kremu pod oczy. Ładnie się rozprowadza, jest bezzapachowa, wymaga dłuższej chwili na wchłonięcie i zdaniem producenta należy stosować ją rano i wieczorem, żeby zauważyć rezultaty.

Zawiera składniki aktywne pochodzenia roślinnego, a wśród nich ekstrakt z korzenia bergenii, pszenica zwyczajna i roślina, która szczególnie mnie zainteresowała ze względu na urocze dane osobowe – niejaka Cipadessa baccifera, mieszkająca na stałe w Ghatach Zachodnich na południu Indii. Poza tym w składzie parafina i parabeny, czyli tak se.

Krem ma redukować cienie i drobne zmarszczki, no i zapobiegać nowym. Według producenta już po miesiącu stosowania kremu następuje redukcja cieni pod oczami o 80% i redukcja zmarszczek pod oczami i drobnych linii mimicznych o 28%. To znaczy, że od kremu należałoby się spodziewać ładnego rozjaśnienia konturu wokół oczu i nie należałoby się spodziewać pozbycia zmarszczek.

Przez ponad miesiąc wieczorami grzecznie smarowałam okolice oczu. Rano zdarzało mi się tego nie zrobić, ale zachowałam naprawdę sensowną regularność. Efekty są... tyle że niewielkie. O spłycaniu zmarszczek faktycznie można zapomnieć, za to cienie się zmniejszyły, niestety nieznacznie – na pewno nie o te magiczne 80% obiecywane przez producenta. Wciąż muszę używać korektora, więc efekt nie powala. Następnym razem zamiast w redukcję cieni, zainwestuję w sensowne działanie przeciwzmarszczkowe i nawiążę bliższą znajomość z moim rozświetlaczem.



Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest bubel. Po prostu za słabo działa, a w tyyyyyyyym wieeeeeeeeeku to... same wiecie. Dla niedospanych nastolatek Himalaya może się okazać miłym pomocnikiem w codziennej pielęgnacji, ale na pewno nie dla niedospanych matek trzydziestek. Przynajmniej nie dla tych, które są mną.


Plusy:
– dogodna cena (jak wiadomo, kremy pod oczy potrafią mnożyć cyferki w nieskończoność),
– trochę działa.

Minusy:
– zbyt słabe działanie, by zawracać sobie głowę kolejnymi opakowaniami,
– nakrętka. Moje serce wybiera zatrzask.


Pojemność: 15 ml
Cena: wydałam 19,99 zł u Nocanki, ale w official sklepiku producenta krem kosztuje 27,90 zł.
Ocena: 3+/6

15.08.2013

Kolekcja Fuzzy Coat Textured Nail Color od Sally Hansen + futrzak nr 800 z bliska

Kolekcja Fuzzy Coat Textured Nail Color od Sally Hansen + futrzak nr 800 z bliska
Kiedy zobaczyłam w drogerii pod domem kolekcję Fuzzy Coat Textured Nail Color, od razu mnie zauroczyła. Nie jestem fanką futerek czy innych posypek na paznokciach, ale te pływające kolorowe farfocle zaintrygowały mnie. Lakierowe kubraczki Sally Hansen występują w ośmiu wersjach (na zdjęciu od lewej): All Yarned Up (200), Peach Fuzz (300), Tight Knit (400), Fuzz-Sea (500), Fuzzy Fantasy (600), Wool Knot (700), Wool Lite (nr 100) i Tweedy (800).



Nie jestem pewna, czy wszystkie są dostępne w Polsce – na razie na polskiej stronie Sally Hansen nie ma ani słowa o tej kolekcji. Wujek Google podpowiada, że u nas nie będzie kolorów 400 i 700, czyli dwóch niebieszczaków, ale nie wiem, czy to prawda. 

Ja wybrałam numer 800 o imieniu Tweedy, czyli czarno-białe, uniwersalne wdzianko. 


Wczoraj wieczorem szybko maznęłam nim wytarty i sfatygowany szafir Color Club, który miał iść do zmycia, i bardzo mi się spodobało takie ratowanie nieświeżego manikiuru. Na zdjęciu widać jedną warstwę Tweedy:


Dziś opędzlowałam naprędce gołe paznokcie dwiema warstwami i – jak widać – takie dwie zapewniają całkiem dobre krycie. Producent zaleca 2 lub 3, ale myślę, że trzecią kolejkę spokojnie można sobie odpuścić. Jeżeli dwie warstwy zostaną zaaplikowane dokładnie i bez pośpiechu, efekt powinien być zadowalający. Podoba mi się, że wreszcie mam w kolekcji top, który wygląda na paznokciach tak jak w butelce. Oczywiście efekt futerka jest tylko wizualny, to zwykły bezbarwny lakier z płaskimi drobinkami, który w dotyku jest równie przyjemny co osławione piaski.

Pędzelek średniej długości i grubości, łatwo się nim manewruje. Te mało estetyczne resztki wokół paznokci to raczej efekt mojego pośpiechu (drzemka syna nie trwa wiecznie...), niż problematycznego lakieru. Konsystencja, która od nowości jest dość gęsta, pozwala przypuszczać, że butelka Fuzzy'ego nie poleży w zbiorach zbyt długo, prawdopodobnie lakier prędko zamieni się w gęstego, bezużytecznego gluta. Już teraz trzeba uważać przy malowaniu, żeby nie została gdzieś zbyt gruba, nieschnąca warstwa. 

Najsłabszą cechą mojego futrzaka jest schnięcie i trzymanie się na paznokciach. Po zaaplikowaniu na odżywkę dwóch warstw musiałam odczekać kilkanaście minut do wyschnięcia, a po kilku godzinach (wprawdzie przy użyciu sporej siły, ale mimo wszystko) jestem w stanie przesunąć warstwę Tweedy'ego po płytce. 

Nie wypowiem się szerzej na temat trwałości ani teraz (z przyczyn oczywistych), ani za jakiś czas, bo nie zamierzam nosić tego ubranka każdorazowo dłużej niż jeden dzień. Szorstka tekstura jest zbyt denerwująca i niepraktyczna, co przy okołokurduplowych czynnościach pielęgnacyjnych staje się cechą dyskwalifikującą. Jako ciekawostka na wieczór lub na jakąś bezdzieciową okazję – super, ale na co dzień matka Polka gotująca i sprzątająca nie aprobuje takich lakierowych wyborów :). 

Tak czy inaczej to fajna ciekawostka od Sally Hansen, podoba mi się efekt zarówno przy samodzielnym pełnym kryciu, jak i w ramach ożywiania koloru na paznokciach.  

Aha, widziałam Fuzzy Coaty w drogeriach Hebe i w Super-Pharmach, a do 21 sierpnia 2013 lub do wyczerpania zapasów posiadacze karty Hebe mogą kupić lakiery z tej kolekcji za niecałe 19 zł.

Pojemność: 9,17 ml
Cena: 22–25 zł

12.08.2013

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu oczu [recenzja]

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu oczu [recenzja]
Bardzo lubię firmę Yves Rocher, mimo że jakość ich kosmetyków jest bardzo różna. To u nich odkrywam największe perełki i najbardziej spektakularne buble, ale to chyba jeden z powodów sympatii do tej francuskiej marki – potrafią zaskakiwać ;). Dziś kilka słów na temat jasnej strony YR: firma posiada w ofercie nie tylko moją ulubioną wodoodporną kredkę do oczu Stylo Regard (recenzja tu) – ma też doskonały dwufazowy płyn do demakijażu, który stał się moim ulubieńcem i ciągle do niego wracam. Z tych produktów wyłania się prezent idealny: boska kredka i jej perfekcyjny zmywacz (zapamiętasz, Mikołaju? ;)).

źródło: www.yves-rocher.pl

Posiłkuję się zdjęciem promocyjnym, bo w mojej butelce niewiele już zostało, a w całości wygląda całkiem elegancko. 

Składnikiem aktywnym Pur Bleuet jest woda z pochodzącego z francuskich eko-upraw bławatka,  która wykazuje działanie łagodzące. Faktycznie, płyn jest łagodny jak baranek na talerzu, nigdy mnie nie podrażnił, nie uczulił, nie rozczarował. Zmywa z oczu wszystko biegusiem – zanim zdążę porządnie się zamachnąć nasączonymi wacikami, już mam oczy łyse, że aż niemiło (tak, tak, ten płyn zawsze przypomina mi, jak bardzo przez lata codziennych malunków spłowiały moje rzęsy).

Jest bezzapachowy, zmywa nawet najbardziej wodoodporne (toporne?) kosmetyki i ma całkiem fajny skład (można się przywalić do parabenów, ale od pewnego czasu całkiem mi one zwisają). Nie trzeba intensywnie trzeć oczu, bo wszystko elegancko schodzi po delikatnym przetarciu. Lubię go za to, że od pierwszego do ostatniego użycia trzyma równy, wysoki poziom. Wystarczy lekko potrząsnąć butelką, żeby fazy dobrze się wymieszały (co za miła odmiana po beznadziejnej dwufazówce Delii...), dlatego aż do dna proporcje obu faz pozostają te same, co sprawia, że płyn działa bez zarzutu do ostatniej kropli.

Naprawdę, nigdy nie miałam lepszego dwufazowego płynu do demakijażu. Polecam, mrugając do Was mymi beznadziejnie bladymi rzęsami. Bierzcie i zmywajcie nim wszyscy.



Plusy:
– bardzo szybko i bardzo sprawnie zmywa każdy kosmetyk, który udało Wam się zaaplikować w okolice oczu,
– fazy dobrze się mieszają.

Minusy:
– jakoś za szybko się zużywa.



Pojemność: 125 ml
Cena: 24 zł (ale jak to w Yves Rocher – co i rusz jakaś promocja)
Ocena: 6/6


10.08.2013

50 faktów o mnie

Z wielką przyjemnością czytam ten tag na innych blogach, więc pomyślałam, że i ja podzielę się z Wami moimi faktami i przestanę być dla Was anonimową blogującą mamą :).

1. Jestem jedynaczką, która była skłonna zaakceptować powiększenie rodziny tylko o starszego brata lub siostrę. Kochani rodzice, wybaczcie tę mission impossible ;).

2. Natka pietruszki, seler naciowy i skórka pomarańczowa – oto trzy sposoby na szybkie ujrzenie zawartości mojego żołądka.

3. Franz Kafka, Philip K. Dick, Wojciech Tochman – te nazwiska powiedzą Wam nieco o moim postrzeganiu literatury.

4. Marzę o kilkutygodniowej wyprawie do USA – początek w Nowym Jorku, potem dołem przez Florydę i dalej do góry i na zachód aż do LA. Wiem, że to byłaby wyprawa życia. Nie wiem tylko, kiedy będzie możliwa.

5. Moje ulubione polskie miasta to Gdynia, Toruń i Zakopane (to ostatnie już tylko poza sezonem).

6. Męża poznałam przez Soulseek – program do ściągania empetrójek, dość popularny 10 lat temu :). Tylko on jeden na całym świecie miał muzykę, której szukałam. Byłam pewna, że jest Chińczykiem albo Rosjaninem, ale okazało się, że mieszka dwie stacje metra ode mnie.

7. Mimo że zaczęliśmy starać się o potomka zaraz po ślubie, to kiedy zobaczyłam miesiąc później dwie kreski na teście… kupiłam jeszcze dwa inne testy, bo to było takie nie-do-wiary :). 

8. Już w podstawówce wymyśliłam, że chcę pracować w mediach, poszłam do liceum z klasą dziennikarską, potem na polonistykę ze specjalizacją edytorską, a w międzyczasie okazało się, że… media nie są takie fajne, jak myślałam.

9. Mój najdłuższy dzień w pracy trwał… 21 godzin. Przyszłam do redakcji w piątek o 10 rano, a wróciłam do domu o 7 w sobotę. To był pierwszy sygnał, że media nie są dla mnie.

10. Jako dziecko mocno wierzyłam w nieskończoną moc sprawczą moich rodziców. Kiedy dowiedziałam się, że planują zakup samochodu, po prostu WIEDZIAŁAM, że to będzie Pontiac – przecież kolega z klasy mówił, że to najszybsze auto na świecie. Wyobraźcie sobie moje rozczarowanie, gdy okazało się, że kupili... malucha ;).

11. Nie piję kawy, uwielbiam herbatę.

12. Mam emetofobię, co sprawia, że: 

13. Unikam imprez, unikam ludzi chorych na grypę żołądkową, unikam bulimiczek, unikam zepsutego jedzenia.

14. Przez kilka lat w naszym domu mieszkały szczury. Hodowlane. W sumie przewinęło się ich dziewięć. Same facety. 

15. Jeden z dziewięciu został znaleziony przez moją mamę na ulicy. Zanim się oburzycie, powiem tylko, że był łaciaty, oswojony i najwyraźniej komuś nawiał lub został wyrzucony. Był listopad, odmroziłby sobie dupsko, a tak – po miesięcznej kwarantannie – został naszym największym pieszczochem. Miał na imię Cudak.

16. Nie wyobrażałam sobie życia bez przewracania papierowych kartek. Do czasu, aż w moje ręce wpadł Kindle.

17. W liceum byłam straszną nogą z matmy, podobnie jak 95% mojej klasy (humaniści...). Z tego powodu wciąż regularnie śni mi się, że nie zdaję do następnej klasy, mimo że nigdy mnie to nie spotkało.

18. Do dziś jestem straszną nogą z matmy.

19. Najcudowniejsze, co przytrafiło się mojej młodości, to Radiostacja (dawna Rozgłośnia Harcerska). Dzięki temu radiu miałam swój kawałek świata, poznałam fantastyczną muzykę i fantastycznych ludzi (IRC). Nigdy nie pogodziłam się z tym, że nasze dawne 101,5 FM już nie istnieje. Na otarcie łez dziś jest Czwórka, ale niestety to już nie ten klimat. 

20. Współprowadziłam dwie audycje w rozgłośni studenckiej, to też były bardzo fajne czasy.

21. Jestem niefotogeniczna i w związku z tym nie lubię oglądać siebie na fotografiach i w telewizji (poza tym telewizja pogrubia, a kompleksy mam i bez tego :P).

22. Nie umiem jeździć na łyżwach tyłem, pływać inaczej niż żabką i jeździć na rowerze bez trzymanki. Tak, wiem, to beznadziejne. 

23. Przez sześć lat grałam na keyboardzie w zespole dziecięcym.

24. Byłam fanką rajdów samochodowych, co – oprócz empetrójek – połączyło mnie z mężem. Niestety, ten sport lata świetności dawno ma za sobą, ale z sentymentu wciąż śledzę Rajd Dakar, mimo że od kilku lat odbywa się z daleka od Dakaru (dla ścisłości: na innym kontynencie).

25. Nie wierzę w przesądy, ale chętnie je kolekcjonuję. Są takie zabawne :).

26. Jestem domorosłą psychoterapeutką – często zwierzają mi się bliscy i dalsi znajomi, a ja chętnie ich wysłuchuję, przeprowadzamy wspólną dogłębną analizę problemu i zawsze staram się pomóc. Czasem problemy bywają przytłaczające, ale lubię pomagać ludziom w ten sposób.

27. Nie lubię społeczeństwa, ale fascynują mnie jednostki.

28. Przez dwa lata w podstawówce uczyłam się włoskiego, bo patronem mojej szkoły był nikomu nieznany Włoch. 

29. Chciałabym nauczyć się języka czeskiego, ale przychodzi mi to z trudem, bo wszystko jest tam „takie jak u nas, tylko jakoś tak śmieszniej” – dużo łatwiej uczyć się zupełnie nowych słów :).

30. Mimo że tytuł magistra językoznawstwa obroniłam w 2009 roku, nadal nie odebrałam dyplomu. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek to zrobię ;). 

31. Przygnębia mnie fakt, że nie starczy mi życia na przeczytanie wszystkich książek, które mam w planach. 

32. W 4. klasie podstawówki złamałam nogę... o lodówkę, w wyścigu do kuchni po ostatni kawałek ciasta. Wyścig wygrałam, a w nagrodę dostałam gips na 7 tygodni. Aha, zawody odbyły się w Dzień Matki.

33. Mamy w domu ponad 100 pudełek z grami planszowymi. Nie, nie prowadzimy sklepu ani wypożyczalni.

34. Moją najlepszą przyjaciółką jest mama.

35. Nie umiem prasować, nie lubię i nigdy tego nie robię. Opanowałam do perfekcji rozwieszanie ciuchów po praniu tak, żeby były jak najmniej pogniecione. 

36. Noszę ubrania z metkami „basic” i „casual”. Nie umiem bawić się modą i stawiam na klasykę.

37. Zwykle nie mam problemu z podejmowaniem decyzji, ale jest jeden wyjątek: menu w restauracjach. Gdy w weekend pada koncepcja zamówienia jedzenia na wynos, na wszelki wypadek zabieram się do tego jeszcze zanim zgłodnieję.

38. Mam jasną karnację i opalam się na świnkę Peppę.

39. Moje oczy są kolorowe.

40. Uwielbiam drożdżówki, domowe wypieki, szarlotkę z lodami (Haägen Dazs <3). Mniej uwielbia je moja dupa.

41. Nie kręci mnie Brad Pitt, Robert Pattinson ani Leonardo di Caprio. 

42. Podobają mi się brunetki :D.

43. Uważam, że w mężczyznach najseksowniejszy jest intelekt, ale cieszę się, że mąż trafił mi się przystojny ;).

44. Pokochałam internet w czasach, gdy na odpowiedź na czacie czekało się cztery minuty, a jedynym sposobem, żeby się tam dostać, było skorzystanie z magicznych liczb: 0, 20, 21, 22 (tak, tak, zdawałam też starą maturę i nie chodziłam do gimnazjum :>).

45. Mimo że mam małe dziecko, wciąż uważam, że z niewielkich stworzeń najsłodsze są... szczeniaczki :P.

46. Jako nastolatka nosiłam glany (również do sukienek), od 4. klasy podstawówki słuchałam grunge'u i ogólnie muzyki gitarowej i do dziś mam sentyment do takich dźwięków, mimo że odpłynęłam muzycznie w całkiem inną, elektroniczną stronę.

47. W podstawówce chciałam mieć przekłute uszy – w jednym trzy dziurki, w drugim dwie. Mama konsekwentnie się na to nie zgadzała, ja byłam zbuntowana w środku, ale posłuszna, a uszy przekłułam dopiero parę miesięcy przed ślubem. W każdym mam po jednej dziurce i tyle jest naprawdę okej!

48. Uwielbiam i doceniam pomysłowe prezenty. Najbardziej wzruszył mnie prezent od chrzestnej dla mojego syna – 18 odręcznie napisanych listów, które ma otrzymywać kolejno w każde urodziny.

49. Jestem niecierpliwa i nie lubię czekać, dlatego nie macie pojęcia, jak bardzo jestem ciekawa, co jest w tych listach!!! (treści wielu z nich nie poznam, bo dostałam nakaz zaprzestania ich lektury, gdy tylko syn nauczy się czytać). Gosiu, I love you.

50. Piszę tego bloga, bo mimo że media mnie rozczarowały, nie umiem żyć bez pisania :). 

09.08.2013

Acerin – Intensive – Krem do stóp na suchą i szorstką skórę [recenzja]

Acerin – Intensive – Krem do stóp na suchą i szorstką skórę [recenzja]
Jakiś czas temu rozpoczęłam Wielki Stopowy Plan Naprawczy, którego celem miało być przywrócenie mych dolnych kończyn do stanu niewywołującego odrazy przeplatanej niesmakiem. Ciąża, pierwsze miesiące z dzieckiem i jego kolkami – to wszystko odbiło się na biednych stopach, które niczym człapy niestrudzonej mieszkanki jednej z afrykańskich wiosek pomykały całymi długimi dniami na golasa po podłodze, zaniedbane i dociskane kilkukilogramowym, ryczącym ciężarkiem (znanym w pewnych kręgach jako mój syn Tomasz). Efektem niniejszych wydarzeń był obrazek, który może i bym Wam pokazała, ale nie chcę przyczyniać się do czyjegokolwiek pokolacyjnego rzyga zwrotnego*. A serio, nie były może tak popękane jak w reklamach, ale słoń by się ich nie powstydził.

W ramach WSPN poddałam stopy intensywnemu tuningowi – cotygodniowe peelingi (polecam do tego celu peeling marki Scholl, o którym pisałam TU), jazda pumeksem na mokro pod prysznicem i w miarę regularne kremowanie na noc. Z kremami do stóp, które miałam na stanie, był ten problem, że wszystkie były obrzydliwie tłuste, słabo się wchłaniały (raczej wcierały w prześcieradło) i kiedy mój kilkukilogramowy ciężarek postanowił się rozpłakać zaraz po tym, jak poszłam spać, pędziłam mu na ratunek, wykonując efektowne ślizgi po parkiecie. Nie muszę chyba mówić, jaki widok zastawałam o poranku... (nie, nie umiem spać w skarpetach, szczególnie latem). Od razu mogę powiedzieć, że – w przeciwieństwie do peelingu – kremy do stóp Scholla są beznadziejne. Krem nawilżający Neutrogeny działał nieźle, ale też był masakrycznie tłusty i za nic nie chciał się wchłaniać. Najważniejsze jednak było to, że stopy się naprawiły – nie wyglądały już jak podeszwy słonia i powoli przypominały moje stare, dobre odnóża. Co wtedy zrobiła Agata? Wiadomo – przestała się nimi zajmować, w końcu pozostałe elementy wieczornej pielęgnacji zajmują tyle czasu, że każda jego oszczędność jest pożądana. Kończąc mój wywód, powiem tylko, że znów zaczęła się równia pochyła i tak, nieco przypadkiem, trafił do mnie Acerin Intensive. Wiem, wiem, urzekła Was moja historia.

Wybaczcie nieco uświnioną tubę, nie dała się łatwo doczyścić,
no i bez przesady – to tylko tuba z kremem do stóp,
a nie żaden Święty Graal.
Krem miał przynieść ulgę suchym, szorstkim stopom i dokładnie to uczynił – ulżył im jak sto pięćdziesiąt dwa osiemdziesiąt. Nie spodziewałam się cudów, więc i cudów nie podziwiałam, ale to naprawdę porządny krem, który działa zgodnie z zapewnieniami producenta i ma kilka miłych cech. Od razu mówię, że nie nadaje się dla stóp, które są w takim opłakanym stanie, w jakim były moje, zanim zaczęłam je przywracać do życia, ale dla klasycznie podsuszonych, miejscami stwardniałych powinien być super, szczególnie w duecie z peelingiem. W ogóle z całej historii przywracania stopom gładkości wyciągnęłam jeden dość przygnębiający wniosek: żaden specyfik solo nie da rady, tu trzeba regularności i kompleksowego działania. Niestety.

Acerin Intensive pachnie dość tradycyjnie jak na ten segment kosmetyczny – cytrynowo, co daje przyjemne uczucie odświeżenia. Zawiera witaminy A i E, prowitaminę B5 (czyli d-pantenol), a także olejek z kiełków pszenicy – ten zestaw ma regenerować i przyspieszać gojenie pęknięć skórnych. Do tego producent dołożył aloes i alantoinę, łagodzące szorstkość i podrażnienia i podnoszące odporność na pękanie. Specjalistą od spraw nawilżenia jest tutaj tajemniczy czynnik nawilżający NMF, który według wujka Google jest miksturą składającą się z mocznika, aminokwasów, soli kwasu mlekowego i pyrolidonowego kwasu karboksylowego. Na deser mamy ochronny wosk pszczeli, którego bałam się najbardziej (a konkretnie jego tłustości), ale na szczęście krem jest niespotykanie lekki jak na specyfik do stóp, wchłania się pięknie i nie pozostawia tłustej warstwy. Spokojnie można go wmasować w ciągu dnia, poczekać parę minut, a potem zasuwać gołymi stopami po podłodze.  I – jak już mówiłam – działa, przynajmniej u mnie. Pozbywam się szorstkości i suchych zadziorków, podeszwy są wyraźnie wygładzone i nawilżone. Nie jest to efekt długotrwały, ale nie oczekuję tego – jeśli chcę mieć gładkie stopy, to po prostu je smaruję codziennie i takie są. Cała filozofia. Nie daje rady tylko mocno stwardniałej skórze na dużych palcach, ale one są tak oporne, że jeszcze nic na nie dobrze nie zadziałało w ciągu kilkunastu ostatnich tygodni.

Acerin w każdym razie polecam, to naprawdę przyjemny, lekki i nietłusty krem do stóp. Oczywiście dam znać, jeśli znajdę coś lepszego :).


Plusy:
– wygładzanie i nawilżanie,
– nietłusta formuła.

Minusy:
– słaba dostępność (czytaj: w drogeriach nie rzuca się w oczy, trzeba szukać w aptekach).


Pojemność: 75 ml
Cena: ja kupiłam go w iaptece na Allegro za 7,90 zł + wysyłka, ale widzę, że w aptekach online cena waha się w granicach 10–14 zł.
Ocena: 6/6

*no dobra, tak naprawdę nie mam takiego zdjęcia, bo kto chciałby fotografować beznadziejne stopy?

07.08.2013

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 2

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 2
Trochę szitów ostatnio się zebrało, dlatego czas na kolejny odcinek mojego cyklu :). Dzisiejsze kosmetyczne pomyłki łączy jedno: cena nieadekwatna do jakości.

Ekskluzywny łój do rąk:



J.S. Douglas & Söhne – Hand Cream Aloe Vera & Feigenkaktus – aloes z opuncją figową to połączenie, które w mojej wyobraźni miało szansę być jednocześnie dobrym środkiem pielęgnującym i ucztą dla zmysłów. Na stronie perfumerii Douglas zachęcano mnie:
„Długo utrzymująca się świeżość i wilgotność. Już od zarania wieków cieszy się powodzeniem i uznaniem wysokowatrościowy i odświeżający sok z aloe vera oraz opuncja figowa, które były również cenione przez Kleopatrę, Nofretete oraz królów Azteków. Te obydwie substancje pielęgnują dogłębnie skóre dając jej zastrzyk wilgotności i sprawiają, że staje się ona promienna i piękna”.
I cóż, że tekst pisał analfabeta i że nie mamy jak zapytać Azteków, czy naprawdę używali soku z kaktusa. Uwielbiam zieloną herbatę z opuncją i chętnie piję sok z aloesu, więc ochoczo dorzuciłam do zamówienia jeszcze krem do ciała z tej kolekcji. Zaraz po przybyciu paczki otworzyłam krem do rąk i... od tego momentu boję się odkręcić słoik z wersją do ciała. Krem śmierdzi zjełczałym tłuszczem z domieszką czegoś, co automatycznie wywołuje cofkę. Poza tym jest tłusty, wchłania się długo i – co gorsza – jego orzeźwiający zapach trzyma się tak mocno skóry, że nawet mycie rąk silnym detergentem nie pomaga. To jedno z moich najbardziej przykrych doświadczeń kosmetycznych ostatnich miesięcy. Bilet wstępu do krainy wiecznych smrodów: 29 zł.


Z pozdrowieniami dla ociężałych nóg od ociężałych mózgów:


Yves Rocher – S.O.S. Heavy Legs, czyli żel do ociężałych nóg z wyciągiem z ziarnopłonu – na szczęście nie wydałam na ten żel ani złotówki, bo Yves Rocher są tak uprzejmi, że pozbywają się bubli z magazynu, rozdając je ochoczo klientom. Lubię YR, ale myślę, że wizerunek firmy byłby lepszy, gdyby zapas tych sympatycznie wyglądających miętuskowych żeli ktoś komisyjnie wylał do kibla, butelka po butelce, a potem wszyscy zapomnieliby o sprawie. S.O.S. Heavy Legs to cudowne połączenie kamfory i mentolu, tak dobrze mi znane dzięki bohaterowi pierwszego odcinka kosmetycznych pomyłek – pomadce wiśniowej Carmex. Dochodzę do wniosku, że łatwiej znieść mi na ustach kamforowo-mentolowego beznadziejnego Carmexa niż na nogach kamforowo-mentolową pomyłkę YR. Tutaj problemem jest nie tylko wielki smród kamfory i słabe chłodzenie (a więc słaba ulga), lecz także pozostająca na nogach obrzydliwie klejąca warstwa, która nigdy się nie wchłania. Czyli: jeśli posmarujemy nasze ociężałe nogi tym żelem, będą one tak samo ociężałe jak wcześniej, a do tego śmierdzące, klejące i pozbawione nawilżenia. I to za jedyne 59 zł!

Na koniec postanowiłam wspomnieć po raz kolejny o mydle w kostce od L'Occitane, które w regularnej sprzedaży kosztuje aż 30 zł i mimo (dla odmiany) pięknego zapachu zielonej herbaty nie jest warte nawet 1/3 tej zawrotnej kwoty. Piszę o nim znowu, ponieważ w naszej wspólnej historii właśnie nastąpił przełom (w przenośni i dosłownie). Uprzejmie donoszę, że dziś nad ranem kostka dokonała rytualnego rozczłonkowania i obecnie stanowi dwa odrębne byty. Jeden z nich już nie nadaje się do użytku – jest za mały i zbyt rozpaćkany.


Na szczęście to mydło też trafiło do mnie jako gratis, bo nie zwykłam wydawać 30 złotych na – najpiękniej nawet pachnące, ale mimo wszystko wciąż tylko – mydło. Tu możecie przeczytać mój obszerniejszy wywód na temat tego skarbu Prowansji: klik klik.

A jak tam u Was w ostatnim czasie? Jakieś spektakularne klapy? 

04.08.2013

Kremy do ciała z Isany – który wybrać? [porównanie]

Kremy do ciała z Isany – który wybrać? [porównanie]
Bohaterami dzisiejszego odcinka są trzy tanie, popularne kremy do ciała produkcji rossmannowskiej Isany: Masło Shea & Kakao, Oliwa z Oliwek, Owoc Granatu & Figa. Wszystkie przeznaczone są do pielęgnacji suchej skóry i dostępne w ogromnych, półlitrowych słojach.

Wersja z granatem i figą jako jedyna pochodzi z limitowanej (czasowo) edycji,
dlatego prędzej czy później powiemy sobie papa.

Żaden nie jest nowością, ale postanowiłam zaprezentować je wspólnie, bo pamiętam, jak sama stałam przed rossmannową półką dobre 10 minut*, zanim zdecydowałam, że jako pierwsza do koszyka wpadnie wersja kakao + masło shea. Już wtedy żal mi było zostawiać w sklepie bez opieki figę z granatem, a przy kasie zaczęłam się łamać i gotowa byłam podmienić kakao na oliwkę. Jak widzicie na załączonym obrazku, ostatecznie wszystkie odnalazły drogę do mojego domu, jedynie dla przyzwoitości popełniłam ten czyn w niewielkich odstępach czasowych. Do kupienia pozostałych wersji skłonił mnie absolutny, niczym nieskrępowany zachwyt nad działaniem kremu kakaowego z masłem shea (recenzja TU), a jedyne, co mi się w nim nie podobało, to zapach. Miałam nadzieję, że w pozostałych słoikach znajdują się tak samo wartościowe kremy, tylko z inną nutą zapachową. Okazało się, że u Isany jak w przedszkolu (znacie to?) – wszystkie są takie same. Tylko że (zupełnie) inne.

Zapach: wiadomo – o zapachach ciężko dyskutować, bo każdemu podoba się co innego. Na przykład wersja kakaowa ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Mój nos na początku nie potrafił się przyzwyczaić do tego ni to słodkiego, ni cierpkiego, intensywnego aromatu. Wąchał, wąchał i za każdym razem orzekał zrezygnowany: ni umim, a feeee! Po kilkunastu użyciach przyzwyczailiśmy się wspólnie z nosem do zapachu tego kremu, ale wciąż nie jest to nic specjalnie przyjemnego. Uwielbiam apetyczne, słodkie nuty w pielęgnacji (np. mocno duszące, ale cudowne masło czekoladowo-pistacjowe Farmony), niestety tutaj naprawdę coś jest nie tak. O ile w słoiku krem jeszcze trochę udaje smakowite ciasteczko migdałowe, o tyle na ciele przebija się wyraźnie cierpki zapach podmokłej tektury. Oliwka dla mnie również jest nieprzyjemna – ten aromat określiłabym jako połączenie świeżych, zielonych oliwek z kwaśnym, duszącym mydlanym dodatkiem. Zupełnie nieudana kompozycja. Najlepiej prezentuje się figa i owoc granatu – delikatny, niezobowiązujący aromat, przypominający sad w fazie rozkwitu. Nie ma wiele wspólnego z figą czy granatem (który chyba w ogóle niczym nie pachnie), za to otula kwiatowo-owocową nutą i jest idealny na lato.

Lewe górne: masło kakaowe, prawe: oliwkowe, na dole figa z granatem.

Konsystencja: pod względem konsystencji kremy Isany różnią się wszystkim. Każdy znajdzie tu coś  dla siebie: od gęstego, tłustego i treściwego oliwkowego, poprzez dość rzadkie i lekkie kakaowe, aż po lejący się krem z granatem i figą, który jest rzadszy od wielu znanych mi balsamów. Może Wam się nie spodobać umieszczenie rzadkiego smarowidła w szerokim słoiku, w którym zwykle spotykamy gęste, zwarte masła do ciała, ale ja nie mam nic przeciwko – wystarczy pacnąć lekko opuszkami zawartość opakowania i już można rozsmarowywać tę niewielką ilość po ciele. Więcej i tak nie ma sensu nabierać, krem dobrze się rozprowadza w niewielkich dawkach i jest dzięki temu bardzo wydajny. Wersja kakaowa też jest leciutka i przyjemna w aplikacji, ale zużywa się szybciej od figowego kolegi. Krem oliwkowy – mimo że najcięższy i najtłustszy z całej trójki – wciąż zalicza się do kremów o lekkiej formule. Rozprowadza się dobrze, najbardziej przypomina konsystencją krem do twarzy.

Skład: mimo że tylko krem kakaowy chwali się zawartością masła shea (wcale nie tak wysoko w składzie, bo dopiero na ósmym miejscu), pozostałe również posiadają ten dobroczynny składnik.  Wszystkie zawierają glicerynę i oleje: kokosowy (wersje kakaowa i figowa) i oliwę z oliwek (krem oliwkowy), w wersji z figą i owocem granatu znajdziemy też prowitaminę B5, czyli pantenol. Kremy Isana nie zawierają parafiny i silikonów, co powinno ucieszyć wiele z Was, a oliwka jako jedyna posiada cztery niechlubne związki parabenowe i ogólnie ma najgorszy skład z całej trójki.

Działanie: mimo że każda wersja ma inną konsystencję, wszystkie wchłaniają się ekspresowo (w przypadku najtłustszego kremu oliwkowego trzeba jednak uważać, żeby nakładana warstwa była cienka, bo przy obfitszej aplikacji on akurat wchłania się najsłabiej). Oliwka i granat trochę bielą skórę, ale efekt utrzymuje się krótko i w ogóle mi nie przeszkadza. Krem oliwkowy zostawia niemęczący, lekko tłusty film, pozostałe zachowują się wzorowo – znikają bez śladu. Jeśli chodzi o działanie nawilżające, to niestety żaden nie dorównał kakaowej gwieździe. Mimo że oliwka ma najtłustszą formułę, zaaplikowana na noc wcale nie pozostawia supernawilżonej skóry na cały następny dzień. Figa i owoc granatu to pod względem działania typowy średniaczek. Skóra jest po nim nawilżona i dopieszczona, ale efekt nawilżenia nie utrzymuje się tak długo, jakby tego oczekiwały posiadaczki skóry suchej, dla których przeznaczony jest ten krem.

Nie wypowiem się na temat działania kremów na włosy, bo w temacie kremowania pozostaję konserwą i używam smarowideł tylko zgodnie z przeznaczeniem. Czytałam jednak wiele pozytywnych opinii zachwyconych włosomaniaczek, więc kto wie, może jeszcze spróbuję wypaćkać nimi moje marne blond piórka.

Ocena: najsłabszy z isanowej trójki jest krem oliwkowy i moim zdaniem nie warto zawracać sobie nim głowy, pozostałe – w zależności od preferencji zapachowo-konsystencyjnych – powinny robić dobre wrażenie na każdej niewymagającej skórze. Nie wiem, czy – najlepszy moim zdaniem – krem kakaowy poradziłby sobie z głębokim, beznadziejnym odwodnieniem, ale moje lubiące się przesuszać nogi są ukontentowane jego działaniem. Wersję figową mogę z czystym sumieniem polecić właścicielkom skóry normalnej – dla sucharków, wbrew temu, co twierdzi producent, okaże się pewnie za słaba.

Jeśli zapomnimy o istnieniu wersji oliwkowej, prawdziwe stanie się stwierdzenie, że wśród kremów do ciała z niższej półki Isana zdecydowanie rządzi!

Pojemność: 500 ml
Cena: wszystkie mają tę samą cenę regularną – 9,90 zł, a jeżeli Rossmann decyduje się na promocję – obejmuje nią każdy ze swoich kremów (dwa udało mi się kupić w promocji za 7,99 zł).


*tak tak, pan ochroniarz natychmiast się mną zainteresował.

01.08.2013

Denko prodżekt, odc. 4

Denko prodżekt, odc. 4
Taka jestem szczęśliwa, że kolejne puste opakowania lecą do kosza, że aż postanowiłam się z Wami moją radością podzielić. W tym miesiącu wykończeni przeze mnie nieszczęśnicy prezentują się następująco:


Do włosów:

Garnier Fructis – Przeciw twardej wodzie – co za dziwny pomysł z tą wodą. Przyznaję, nie wpadłabym na to jako specjalista od wizerunku tudzież jakiś inny wyspecjalizowany specjalista od niespecjalnie wiadomo czego. W tym wypadku rozgrywka szampon vs. twarda woda kończy się wynikiem 1:0. Polubiłam go tak samo jak inne zielone, przezroczyste butelki Garniera i chętnie kupię ponownie. Bardzo ładnie pachnie, dobrze się pieni, nie plącze włosów i unosi je u nasady.

Garnier Fructis – Przeciwłupieżowy antyrecydywista – nazwa również mnie urzekła, a raczej urzeka po raz kolejny, bo mąż (tak, to ten mądry pan od pędzli) używa tego szamponu regularnie, a przynajmniej tak mi się wydaje, że tego, bo mnogość wersji zielonych szamponów Garnier sprawia, że nigdy nie jestem pewna, czy kupuję ten co ostatnio, czy jakiś inny. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo jeszcze żaden mnie (nas) nie zawiódł. Tego Fructisa kupię znowu, bo tak się składa, że to ja zaopatruję gospodarstwo w szampony. Warto zaznaczyć, że przez długi czas P. ciągle osypywał siebie i wszystko wokół płatami paskudnego łupieżu i nie pomagały żadne magiczne specyfiki, aż tu nagle znienacka pomógł niepozorny Fructis i tak już sobie z nami został. Ja na szczęście nie mam łupieżu, choć to marna pociecha wobec licznych przypadłości dotyczących pozostałych części mojego ciała. No i jest jak zwykle – facet umyje włosy szamponem, wyszoruje pachy, umyje zęby i już jest piękny i zadbany, tymczasem baba myje, wciera i naciera... no dobra, to temat na inną notkę ;)


Pod prysznic:

Original Source – płyn do kąpieli Raspberry & Vanilla Milk Spoiling – pisałam o nim TU. Ta malina to moja wymarzona kąpielowa... truskawka, pachnie jak smakowity budyń, jest tania i łatwo dostępna, chętnie kupię ponownie, może tym razem jako żel pod prysznic?

Joanna Naturia – Kiwi, miniaturowy żel pod prysznic – niewątpliwą zaletą tego żelu jest fakt, że kosztuje 4 zł, chociaż w sumie jest maleńki (100 ml), a mojemu nosowi robi się przykro, gdy go wącha, więc ile niby ma kosztować? Oj, nie polubiłam się z serią kiwi (napisałabym kiwową, ale to słowo na razie nie istnieje w polszczyźnie, smuteczek). Żel zawiera ekstrakt z kiwi, który podobno nawilża, ale ja w te cuda nie wierzę. Cieszę się, jeśli żel nie wysusza. Ten nie wysusza, ale i tak mu to nie pomoże, bo nie zaproszę go już do wspólnej kąpieli.


Nivea – Sunny Melon & Oil – to żel pod prysznic pachnący kosmetykami myjącymi z wczesnych lat 90. Zawiera drobne kuleczki, w których siedzi olejek, ale ta idea do mnie nie trafiła – kuleczki wydały mi się bezsensowne, może dlatego, że są tycie, to takie grudki, z których część da się rozetrzeć pod palcami, a część zwyczajnie spływa ze strumieniem do Wisły. Dobrze się pieni, działa jak należy, a jednak nie kupię ponownie. Nivea ma dużo fajniejsze produkty o olejkowej formule.

Aquolina – Bath Shower Cream – Chocolate & Rhum – recenzja była TU. Żel niesamowicie pachnie czekoladką z rumem, a poza tym jest całkiem przeciętny. Może kupię.


Do twarzy i ciała:

L'Oréal – Triple Active, krem na noc – krem ma bardzo przyjemną konsystencję, jeszcze przyjemniejszy zapach, jest lekki i jednocześnie treściwy, ale niestety, nie nadaje się dla mojej cery. O ile dość suche policzki chętnie przyjmowały jego dobrodziejstwa i rano były dobrze nawilżone, o tyle czoło i nos zupełnie nie chciały zaakceptować faktu, że paćkam je tym kremem dla ich dobra. Czoło i okolice nosa poczuły się szczególnie dotknięte (czytaj: zapchane) i odwdzięczały się widowiskowymi, tłuściutkimi wypryskami. Długo dawałam szansę temu kremowi, mając nadzieję, że moja cera jakoś się z nim oswoi, ale jednak tego nie zrobiła. Reszta poszła więc na szyję, a ja już do niego nie wrócę, mimo że wcale nie uważam, że jest zły.

DermoPharma – Compress Mask 4D, wersja oczyszczająca i przeciwtrądzikowa – maska pochodzi z czerwcowego ShinyBoxa, zrobiła na mnie dobre wrażenie, twarz była po niej gładka, czysta i zadowolona. Może kupię.

Farmona – Tutti Frutti – Liczi & Rambutan, masło do ciała – nie będę się rozwodzić, bo już recenzowałam to masło (klik klik). Ma piękny, owocowy zapach, idealnie maślaną konsystencję, ale ma też głupie czarne drobinki i brudzi ręce na różowo, więc mimo sympatii, już go nie kupię.


Inne:


Sally Hansen – Spray-On Shower-Off Hair Remover – o tym, jaka ta pianka jest perfekcyjnie beznadziejna, pisałam TUTAJ. Dorzucę tylko tyle, że na szczęście jej wydajność jest również perfekcyjnie beznadziejna i po dwóch bezsensownych sesjach depilacji z podduszaniem wybitny produkt Sally Hansen trafił do śmieci. Ku mojej nieskończonej radości Spray-On Shower-Off Hair Remover jest tak trudny do zdobycia, że ani mnie, ani Wam nie grozi korzystanie z niego w przyszłości.

Dove – Go Fresh, wersja granat + werbena – antyperspirantów w sprayu ostatnio używałam w podstawówce, chociaż wtedy to nawet nie były antyperspiranty, tylko ordynarnie pachnące dezodoranty za parę złotych prosto z osiedlowego kiosku. Potem przyszła moda na kulki i sztyfty i tak już przy nich zostałam na lata. Aż pewnego razu któraś blogerka wspomniała u siebie o tym Dove i tak go ładnie zachwalała, że kupiłam. Taka miła odmiana. Się po nim nie pocę, ładnie pachnie i mogę go nabyć w Carrefourze pod domem. Szkoda tylko, że brudzi ubrania, ale i tak już kupiłam kolejny.

Antibac – antybakteryjny żel do rąk – w porządku, szybko wysycha, nie pozostawia klejącej warstwy.

Manhattan – Ultimate Definition Mascara – dopiero po fakcie zauważyłam, że ten tusz miał wydłużać rzęsy. Z jego sztywną, małą, silikonową szczotką o bardzo króciutkich włoskach? Dziwne. Używałam tej mascary tylko do rozczesywania rzęs (w tym jest świetna), a potem zawsze szło coś mocniejszego, bo i ta czerń mało wyraźna, i efektu prawie żadnego. Po miesiącu wyschła (i chyba też się już kończyła), ale jeszcze dawała radę jako szczotka do rzęs. Ostatecznie wywalam bez żalu, na pewno nie kupię ponownie.

Takie to lipcowe denko. Jak mawia królik z ukochanej bajki mojego syna: „Paaaaa, dzieciaczki misiaczki!”.


Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger