22.08.2013

Catrice – Colour Infusion nr 050, czyli początek mojego romansu z flamastrami do ust w momencie, gdy dla wszystkich to już koniec

Kiedy tylko przyuważyłam w drogeriach flamastry do ust*, zakochałam się w tej idei. Bo taki flamaster obiecuje coś nowego, względnie matowego, nierozmazującego, nietłustego i niewyczuwalnego na ustach. No bajka po prostu! Jako pierwsza z bajek trafiła do mnie ta o malinowym flamastrze od Catrice. Potem, jak na prawdziwą ślepą miłość przystało, w bardzo krótkim czasie zaopatrzyłam się też we flamastry w innych odcieniach, również innych firm. Jaka szkoda, że obudziłam się z ręką w nocniku (i to nie w nocniku Tomasza, on nawet nie ma jeszcze swojego nocnika, biedne dziecko). W chwili gdy me uczucie jest świeże i silne, cały świat wysmarował się już flamastrami od stóp do czubków nosów i teraz, znudzony, twierdzi, że to passe. No ale dajmy szansę wystąpić na blogu Catrice'owej malince. Wieczorową porą. Może przemkniemy cichaczem?


To była przedostatnia sztuka w sklepowej szafie, ale obejrzałam ją przez szybkę i wyglądała na dziewicę (lub względną dziewicę), zresztą tak mnie zamroczyło z zachwytu nad ideą flamastra do ust, że – spójrzmy prawdzie w oczy – pewnie nawet mocno przechodzone zwłoki zabrałabym tego dnia do domu.

Akcja Flamaster miała dwa oblicza: jak najszybciej poczuć na wargach nietypową warstwę koloru i stanąć twarzą w twarz z widokiem siebie w tak intensywnym odcieniu (który nazywa się Red & The City). Przecież chcę być szałową mamuśką, czemu nie strzelić sobie rzucającego się w oczy ciemnego różu na wysłużone wary i nie ruszyć na spacer z wózeczkiem?

W domu okazało się, że flamaster faktycznie ma się dobrze, nie jest wysuszony, ma superintensywny kolor – czyli jest moc. Nieco oszołomił mnie widok siebie po nałożeniu czegoś tak bardzo malinowego, że po samej malinie bym się nie spodziewała, postanowiłam jednak nie być pipką i trzymać się wersji, że takie usta są hot. Przy okazji wyszło, że sztuka upiększania się flamastrem ma dwie drobne niedogodności:
– jak wyjedziesz poza kontur ust, masz mały problem, bo zetrzeć szybko palcem się tego nie da,
– jeśli jesteś szczęśliwą posiadaczką górnej wargi, będziesz mieć mały problem z jej pomalowaniem, bo grawitacja uprzejmie tłumaczy, że istnieje właśnie po to, by przeszkodzić Ci w skutecznej aplikacji. Od razu przypomniał mi się spray do depilacji od Sally Hansen (klik klik), który z grawitacją też ma raczej na pieńku...


Jak widać na załączonym obrazku, wszystko jest pięknie... do czasu. Miałam wielką nadzieję, że Colour Infusion będzie sobie bladł stopniowo i równomiernie, ale niestety – wszystko, co jest wygryzioną/pogryzioną skórką, zadziorkiem, podsuszoną bruzdą w późniejszej fazie odcina się od reszty w mało atrakcyjny sposób. Muszę zaznaczyć, że ostatnie ujęcie jest zrobione po kilkunastu użyciach flamastra, kiedy już trochę podsechł. Na początku kolor dużo ładniej znikał z ust, tak jak to sobie wyobrażałam – stawał się coraz bardziej wyblakły, aż zanikał zupełnie. Na to brzydkie schodzenie pomaga szybkie peelingowanie ust przed aplikacją koloru – choćby na sucho kryształkami cukru albo cukrem z oliwą. Niestety, na zdjęciach zobaczyłam, że korekta konturu z bliska wygląda mocno tak sobie – z drugiej strony zwykle ten, kto jest na tyle blisko, żeby to dostrzec, nie zawraca sobie głowy takimi pierdołami, tylko bierze i namiętnie zasysa, no nie? :P.

Obecnie testuję inny odcień Catrice (040 Don't Call Me Princess, bledszy róż), mam też produkty Astora i NYC – zobaczymy, jak rozwinie się mój gorący romans z flamastrami. Nadal kolorowanie ust w ten sposób wydaje mi się bardzo atrakcyjne. To takie miłe oderwanie od pomadkowej rutyny, ale jak dla mnie, na pewno nie jest to zabawa na co dzień – prawda jest taka, że flamastry są fajne właśnie dlatego, że są takie... niecodzienne.

Colour Infusion to pięć odcieni – oprócz malinowego są też róże bledsze i przygaszone oraz mazaki bardziej neutralne, w tonacji brązowej. A teraz najsmutniejsze: za chwilę prawdopodobnie znikną ze sklepowych szaf na wieki. Właśnie sprawdziłam i na stronie Catrice już nie ma po nich śladu, a w Niemczech premierę miały jeszcze w 2011 roku, więc wygląda na to, że jestem najbardziej nieaktualną blogerką urodową we wszechświecie :). Komu podoba się efekt, jaki daje Red & The City, niech szybko zasuwa do Natury lub Hebe po ostatki, może akurat będą w jakiejś pięknej promocji?

Pojemność: 2,6 ml
Cena: 16,99 zł (tyle dałam w cenie regularnej w Naturze)


*czyli całkiem niedawno (no wiecie, pieluchy, nieprzespane noce, kolki, bla bla bla)

22 komentarze:

  1. Mnie kredeczki do ust tylko kuszą.
    Najbardziej te z Bourjous :)
    Flamastry jakoś wcale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kuszą Cię kredki, bo jesteś na czasie, nie to co ja ;) ale spokojnie, w kredki też się zaopatrzyłam niedawno hihi

      Usuń
  2. Flamastry to interesujące stwory, ale póki co mam zamiar zabrać się za kredki do ust :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kredki są fajne, ale wiadomo - efekt jest mniej dziwaczny niż w przypadku flamastrów :)

      Usuń
  3. jakos nie moge i ja przekonac sie do flamasrow, chociaz sama marke Catrice bardzo lubie:) pozdarwiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. ja też nie jestem przekonana do flamastrów- dla mnie kolor na ustach wychodzi... płaski

    OdpowiedzUsuń
  5. znie martw się, ja też jestem opóźniona ;) Swój pierwszy i na razie ostatni [ więc w kategorii ilości wygrywasz ;P ] flamaster kupiłam z ponad miesiąc temu w Sephorze Lubię go, ale na krótsze wyjścia, bo u mnie też ściera się nierównomiernie, niestety. Ale oprócz tego jest superowy i ma ekstra nazwę - Pink Ink :)
    Pokażesz resztę flmastrów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pokażę, tylko czy kogoś to jeszcze interesuje poza nami? haha

      Usuń
    2. oj tam oj tam, może akurat znajdzie się jeszcze ktoś tak samo opóźniony w rozwoju mazideł ustnych jak my :D

      Usuń
  6. mi na szczęście udało się uniknąć kupna flamastra, bo nie za bardzo lubię takie wynalazki
    ale za to teraz kuszą mnie kredki i obawiam się, że skutecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Miałam tylko jeden tego typu flamaster z Essence i szybko powędrował do kosza. Nie dość, że jego kolor był słaby to z zamiłowaniem podkreślał wszystkie skórki, wysuszał usta i schodził plackami :/ Na razie nie mam ochoty na kolejne eksperymenty.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kolor bardzo ładny jednak ja na usta nie nakładam praktycznie niczego.Ostatnio kupiłam tylko dwa Carmexy do wypróbowania ale jeszcze ich nawet nie otworzyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Blog z literkami do czytania. Huraaaa.

    Obrazki też ok;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie przekonuje mnie ten flamaster, niestety ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że po ostatnim zdjęciu niewielu się przekona ;)

      Usuń
  11. Malina jak się patrzy! Ja niespecjalnie przepadam za flamastrami, nie lubię tej wyczuwalnej warstwy na ustach. Ale lubię efekt jaki dają :) I bądź człowieku kobietą :) Nigdy jej nie dogodzisz ;P

    OdpowiedzUsuń
  12. Nic się nie martw - ja nie wiedziałam wogóle że są na świecie takie flamastry :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Miałam ja taki flamaster, ten z Astor chyba w kolorze różu i powiem Ci że byłam z niego dość zadowolona, pewnie nawet kupiłabym ponownie, ale odkryłam tyle fajnych szminek do ust że jakoś o nim zapomniałam. Ten rzeczywiście zostawia po sobie niemiłe wrażenie, ale mi się tam idea flamastrów do ust podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Muszę dorwać kiedyś jakiś flamaster, bo nie miałam do czynienia z nimi a jestem ciekawską babą. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieję. ;)

    Pozdrawiam i obserwuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. ja z Catrice mam dwie pomadki i jestem z nich bardzo zadowolona, ale może i skuszę się na taki bajer:)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger