01.08.2013

Denko prodżekt, odc. 4

Taka jestem szczęśliwa, że kolejne puste opakowania lecą do kosza, że aż postanowiłam się z Wami moją radością podzielić. W tym miesiącu wykończeni przeze mnie nieszczęśnicy prezentują się następująco:


Do włosów:

Garnier Fructis – Przeciw twardej wodzie – co za dziwny pomysł z tą wodą. Przyznaję, nie wpadłabym na to jako specjalista od wizerunku tudzież jakiś inny wyspecjalizowany specjalista od niespecjalnie wiadomo czego. W tym wypadku rozgrywka szampon vs. twarda woda kończy się wynikiem 1:0. Polubiłam go tak samo jak inne zielone, przezroczyste butelki Garniera i chętnie kupię ponownie. Bardzo ładnie pachnie, dobrze się pieni, nie plącze włosów i unosi je u nasady.

Garnier Fructis – Przeciwłupieżowy antyrecydywista – nazwa również mnie urzekła, a raczej urzeka po raz kolejny, bo mąż (tak, to ten mądry pan od pędzli) używa tego szamponu regularnie, a przynajmniej tak mi się wydaje, że tego, bo mnogość wersji zielonych szamponów Garnier sprawia, że nigdy nie jestem pewna, czy kupuję ten co ostatnio, czy jakiś inny. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo jeszcze żaden mnie (nas) nie zawiódł. Tego Fructisa kupię znowu, bo tak się składa, że to ja zaopatruję gospodarstwo w szampony. Warto zaznaczyć, że przez długi czas P. ciągle osypywał siebie i wszystko wokół płatami paskudnego łupieżu i nie pomagały żadne magiczne specyfiki, aż tu nagle znienacka pomógł niepozorny Fructis i tak już sobie z nami został. Ja na szczęście nie mam łupieżu, choć to marna pociecha wobec licznych przypadłości dotyczących pozostałych części mojego ciała. No i jest jak zwykle – facet umyje włosy szamponem, wyszoruje pachy, umyje zęby i już jest piękny i zadbany, tymczasem baba myje, wciera i naciera... no dobra, to temat na inną notkę ;)


Pod prysznic:

Original Source – płyn do kąpieli Raspberry & Vanilla Milk Spoiling – pisałam o nim TU. Ta malina to moja wymarzona kąpielowa... truskawka, pachnie jak smakowity budyń, jest tania i łatwo dostępna, chętnie kupię ponownie, może tym razem jako żel pod prysznic?

Joanna Naturia – Kiwi, miniaturowy żel pod prysznic – niewątpliwą zaletą tego żelu jest fakt, że kosztuje 4 zł, chociaż w sumie jest maleńki (100 ml), a mojemu nosowi robi się przykro, gdy go wącha, więc ile niby ma kosztować? Oj, nie polubiłam się z serią kiwi (napisałabym kiwową, ale to słowo na razie nie istnieje w polszczyźnie, smuteczek). Żel zawiera ekstrakt z kiwi, który podobno nawilża, ale ja w te cuda nie wierzę. Cieszę się, jeśli żel nie wysusza. Ten nie wysusza, ale i tak mu to nie pomoże, bo nie zaproszę go już do wspólnej kąpieli.


Nivea – Sunny Melon & Oil – to żel pod prysznic pachnący kosmetykami myjącymi z wczesnych lat 90. Zawiera drobne kuleczki, w których siedzi olejek, ale ta idea do mnie nie trafiła – kuleczki wydały mi się bezsensowne, może dlatego, że są tycie, to takie grudki, z których część da się rozetrzeć pod palcami, a część zwyczajnie spływa ze strumieniem do Wisły. Dobrze się pieni, działa jak należy, a jednak nie kupię ponownie. Nivea ma dużo fajniejsze produkty o olejkowej formule.

Aquolina – Bath Shower Cream – Chocolate & Rhum – recenzja była TU. Żel niesamowicie pachnie czekoladką z rumem, a poza tym jest całkiem przeciętny. Może kupię.


Do twarzy i ciała:

L'Oréal – Triple Active, krem na noc – krem ma bardzo przyjemną konsystencję, jeszcze przyjemniejszy zapach, jest lekki i jednocześnie treściwy, ale niestety, nie nadaje się dla mojej cery. O ile dość suche policzki chętnie przyjmowały jego dobrodziejstwa i rano były dobrze nawilżone, o tyle czoło i nos zupełnie nie chciały zaakceptować faktu, że paćkam je tym kremem dla ich dobra. Czoło i okolice nosa poczuły się szczególnie dotknięte (czytaj: zapchane) i odwdzięczały się widowiskowymi, tłuściutkimi wypryskami. Długo dawałam szansę temu kremowi, mając nadzieję, że moja cera jakoś się z nim oswoi, ale jednak tego nie zrobiła. Reszta poszła więc na szyję, a ja już do niego nie wrócę, mimo że wcale nie uważam, że jest zły.

DermoPharma – Compress Mask 4D, wersja oczyszczająca i przeciwtrądzikowa – maska pochodzi z czerwcowego ShinyBoxa, zrobiła na mnie dobre wrażenie, twarz była po niej gładka, czysta i zadowolona. Może kupię.

Farmona – Tutti Frutti – Liczi & Rambutan, masło do ciała – nie będę się rozwodzić, bo już recenzowałam to masło (klik klik). Ma piękny, owocowy zapach, idealnie maślaną konsystencję, ale ma też głupie czarne drobinki i brudzi ręce na różowo, więc mimo sympatii, już go nie kupię.


Inne:


Sally Hansen – Spray-On Shower-Off Hair Remover – o tym, jaka ta pianka jest perfekcyjnie beznadziejna, pisałam TUTAJ. Dorzucę tylko tyle, że na szczęście jej wydajność jest również perfekcyjnie beznadziejna i po dwóch bezsensownych sesjach depilacji z podduszaniem wybitny produkt Sally Hansen trafił do śmieci. Ku mojej nieskończonej radości Spray-On Shower-Off Hair Remover jest tak trudny do zdobycia, że ani mnie, ani Wam nie grozi korzystanie z niego w przyszłości.

Dove – Go Fresh, wersja granat + werbena – antyperspirantów w sprayu ostatnio używałam w podstawówce, chociaż wtedy to nawet nie były antyperspiranty, tylko ordynarnie pachnące dezodoranty za parę złotych prosto z osiedlowego kiosku. Potem przyszła moda na kulki i sztyfty i tak już przy nich zostałam na lata. Aż pewnego razu któraś blogerka wspomniała u siebie o tym Dove i tak go ładnie zachwalała, że kupiłam. Taka miła odmiana. Się po nim nie pocę, ładnie pachnie i mogę go nabyć w Carrefourze pod domem. Szkoda tylko, że brudzi ubrania, ale i tak już kupiłam kolejny.

Antibac – antybakteryjny żel do rąk – w porządku, szybko wysycha, nie pozostawia klejącej warstwy.

Manhattan – Ultimate Definition Mascara – dopiero po fakcie zauważyłam, że ten tusz miał wydłużać rzęsy. Z jego sztywną, małą, silikonową szczotką o bardzo króciutkich włoskach? Dziwne. Używałam tej mascary tylko do rozczesywania rzęs (w tym jest świetna), a potem zawsze szło coś mocniejszego, bo i ta czerń mało wyraźna, i efektu prawie żadnego. Po miesiącu wyschła (i chyba też się już kończyła), ale jeszcze dawała radę jako szczotka do rzęs. Ostatecznie wywalam bez żalu, na pewno nie kupię ponownie.

Takie to lipcowe denko. Jak mawia królik z ukochanej bajki mojego syna: „Paaaaa, dzieciaczki misiaczki!”.


7 komentarzy:

  1. miałam kiedyś tonik L'Oreala z serii triple active. tak mnie podrażnił, że buzia była dosłownie poparzona przez kilka dni. jakbym się kwasem oblała. od tego czasu trzymam się od serii z daleka

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam ani jednej rzeczy z powyższych ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. gratuluję denka, ja również używam dezodorantu dove ale w złotej wersji. pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam zapach szamponów i odżywek Fructis :)

    OdpowiedzUsuń
  5. już wchodząc na Twój post, po zdjęciu widzę, że większość tych kosmetyków używałam :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeciwłupieżowy antyrecydywista = rewelacyjna nazwa:) Nie znam nic z Twoich denkowców ale OS mam, mam, czeka w kolejce :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Miałam ten dezodorant z Dove i pierwsze opakowanie bardzo mi się spodobało, niestety drugie jest już pechowe i działa dużo gorzej :/

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger