29.09.2013

Denko prodżekt, odc. 6

Denko prodżekt, odc. 6
Ja to się nadaję do denkowania jak krowa do grania na akordeonie. Zużyję 10 produktów i w nagrodę kupuję 20. Bo przecież zrobiło się miejsce! Już na Facebooku się chwaliłam, że mąż ostatnio zainwestował w kolejnego Expedita na moje zbiory, a ja – gdy tylko wejdę do jakiejś lepiej zaopatrzonej apteki lub drogerii – czuję się jak w mieszkaniu u dilera.


No to wiecie, chwalebny czyn popełniłam, denkowałam dzielnie przez calutki miesiąc, możecie mnie pogłaskać po głowie i pochwalić, a następnie bez skrępowania złoić dupsko za kolejne cztery tygodnie zakupowego rozpasania. Cóż, przynajmniej będę miała o czym pisać... PS wybaczcie żółcienie na fotkach, nie wiem, skąd to porąbane światło dziś.


Apis – Arbuzowe Orzeźwienie – Peelingująca galaretka do ciała – bardzo się polubiłyśmy i było mi naprawdę przykro, że się skończyła. Ślicznie pachnie lizakowo-cukierkowym dzieciństwem, dobrze ściera kokosowymi drobinami, jest bardziej wydajna, niż podejrzewałam i słowa złego o niej nie powiem. Recenzja tu: klik. Na pewno znowu kupię.

Palmolive – Aroma Therapy – Absolute Relax – kiedyś zapachy z serii Aroma Therapy wydawały mi się takie głębokie, egzotyczne i wielowymiarowe... dziś czuję w nich prostą, popularną chemię, ale to nic, bo i tak jest ładna. Żel pieni się jak wściekły (nie ma SLS-ów, ale inny, wcale nie łagodny detergent załatwia sprawę), zapach idealny na sezon jesienno-zimowy. Lubię jego łatwą dostępność i niską cenę, i w zasadzie nie widzę powodu, by nie wrócić do Relaksu Absolutnego według Palmolive – nie stanie się to jednak zbyt prędko, bo moje ogromne zapasy żeli pod prysznic obiecały mi długie miesiące życia w czystości. Dlatego może kupię w nieokreślonym kiedyś.

L'Occitane – żel pod prysznic z werbeną – poprawny cytrynowy żel pod prysznic w niepoprawnej cenie (59 zł za 250 ml). Jestem skłonna wydać tyle złotówek na kosmetyk myjący (nawet więcej, ichniejszy migdałowy olejek pod prysznic kosztuje ponad 70 zł i na pewno go jeszcze kupię), ale musi mnie oczarować. Ten ma bardzo przyjemny, świeży, cytrynowy aromat, nieźle się pieni, ale... czy ja wiem? Wersja zdenkowana to miniatura, którą dostałam w zestawie powitalnym, sama raczej bym się na niego nie skusiła za tę cenę. Ale w promocji – czemu nie?


Fitomed – Tonik oczyszczający do cery tłustej z szałwią lekarską – nie mam cery tłustej, więc właściwie nie powinnam go używać. Kupiłam duet tonik + żel do mycia twarzy, kiedy z mojej strefy T zaczęła wytapiać się słonina. To był akt desperacji, może nieco głupi, bo – jak wiadomo – cera nietłusta nie powinna sobie fundować takich wynalazków ze względu na ryzyko wysuszenia. Tonik okazał się na szczęście tak delikatny, że zło z jego strony mnie ominęło. I nie zostawia klejącej warstwy. Niezbyt jest wyjściowy – i zapach, i wygląd, i opakowanie nie zachęcają do dalszej znajomości, minusem jest to, że karmelowy odcień płynu nie pozwala stwierdzić, czy zanieczyszczenia już się wyprowadziły z naszej buzi. To wszystko jednak nie ma znaczenia, bo jest bardzo dobrym tonikiem i myślę, że jeszcze będzie miał okazję postraszyć mnie swą piękną szatą graficzną.

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – już pisałam, jaki jest fajny (klik, klik), delikatny i skuteczny, zainteresowanych szczegółami odsyłam do recenzji. To moja ulubiona dwufazówka, biorę sobie tylko za punkt honoru kupować ją zawsze w promocji, co w Yves Rocher jest dość łatwe, bo u nich co chwila pojawiają się Największe Okazje Twojego Życia. Już kupiłam kolejne opakowanie i będę kontynuować, dopóki coś nowego nie rzuci mnie na kolana.

Uriage – Crème Lavante (miniatura) – 15-mililitrowa miniatura z lipcowego ShinyBoksa starczyła na ponad dwa tygodnie, dlatego pełnowymiarowa, półlitrowa butla powinna wystarczyć na zawsze :D. Ten delikatny krem myjący do twarzy na początku zachwycił mnie zarówno zapachem, jak i działaniem. Niestety, z dnia na dzień intensywny mydlany (mimo że krem jest sans savon) zapach coraz bardziej mnie drażnił, szczególnie rano na pusty żołądek potrafił wywołać lekką cofkę. Wieczorem było lepiej, a najlepiej po kilkudniowej przerwie. Jeśli chodzi o działanie, bardzo mnie zadowolił – mył dokładnie, nie wysuszał, nie podrażniał. Już myślałam, że się pokochamy, ale niebezpieczny zapach mnie zniechęcił, dlatego przynajmniej na razie nie kupię go ponownie.



Ziaja  – Masło kakaowe do cery normalnej i suchej – żałuję, ale to krem nie dla mnie. Jest zbyt tłusty i mimo że pierwotnie przeznaczyłam go do twarzy, zużyłam wszędzie indziej (tu pozostawiam Wam pole do wyobraźni, jak bardzo wszędzie :p). Lubię jego słodki, ciasteczkowy zapach i idealną biel, ale mam cerę mieszaną, więc dla mnie jest od czapy. Jego już nie kupię, ale kremowy żel pod prysznic z tej serii – bardzo chętnie. Pachnie równie pięknie i nadaje się dla każdego kuki monstera.

Greenland – Mango Body Butter – nie będę się rozwodzić, bo niedawno pisałam o nim tu: klik. Producent kłamie co do składu, masło nie pachnie ładnie i szybko się kończy (ma tylko 100 ml), kosztuje za dużo w stosunku do jakości, dlatego już się nie spotkamy.

Ziołolek – Linomag Bobo A+E – ten tłusty krem zdenkowało dupsko Tomasza, ale warto o tym wspomnieć, bo ta wersja Linomagu naprawdę daje radę. Prawie nie pachnie, nie ma czym podrażniać, zawiera witaminy, jest porządnym tłuściochem dla kurdupli i nie tylko. Zdanie: „Skóra po regularnym stosowaniu kremu staje się gładka i delikatna” jest oczywiście głupie, bo słynna, wręcz mityczna pupa niemowlaka z natury jest gładka i delikatna, a krem li i jedynie zapobiega jej zeskorupieniu i wszelkim innym parchom. Tak czy inaczej kupię kolejne opakowanie.

Dr Irena Eris – Body Art – Intensywnie ujędrniający balsam do pielęgnacji biustu C+ – podsumujmy pewne fakty: balsam „szczególnie polecany jako kuracja ujędrniająca w trakcie stosowania diet odchudzających” (kupiłam go, żeby biust nie poleciał do kolan w trakcie diety odchudzającej i... tak sobie go używałam i używałam, aż pompka wydała ostatnie tchnienie, niestety, nie zdążyłam jeszcze zabrać się za wspomnianą dietę); przeznaczony do pełniejszego biustu C+ – jestem niska, nie mam bardzo dużych piersi, ale według brafitterki to co najmniej F! (te kobiety każdemu poprawią humor – z A zrobią C i tak dalej, polecam!). Jeśli jednak producent zaprojektował ten balsam dla biustów C+ w polskim standardzie, to moje cycki zdecydowanie się nie załapują. I nie bardzo wiem, co mogę powiedzieć o tym wyrobie Irenki. Jest praktycznie bezzapachowy, ma lekką, przyjemną konsystencję, fajnie, że siedzi w airlessie, ale... kosztuje niemało (45 zł za 100 ml), skończył się jakoś podejrzanie szybko i kompletnie nie zauważyłam działania ujędrniającego. Zero napięcia, niezłe nawilżenie... dla mnie o wiele za mało. Nie kupię.


Schwarzkopf – Gliss Kur – Ultimate Volume – odżywka do włosów cienkich, płaskich i zniszczonych, z płynnym kompleksem keratynowym i kolagenem. Łatwo dostępna, niedroga, bardzo ładnie pachnie, wygładza i ułatwia rozczesywanie. Brzmi nieźle, ale ma jedną wadę – włosy cienkie i płaskie nie lubią być dociążane, a ten Gliss Kur jest dla nich dość... przytłaczający. Dużo lepiej sprawdzał się nakładany tylko na długości, z pominięciem sekcji bliskiej skórze. No i – mimo obietnic producenta – na pewno nie zwiększa objętości. Nie mówię nie, może jeszcze kupię.

Bourjois – Kohl & Contour nr 01 – Noir Expert – honoru nieszczęsnej kolorówki broni w tym miesiącu kredka kholowa mojego ulubionego Bourjois w odcieniu Noir Expert, który faktycznie jest reprezentantem frakcji bardzo intensywnej czerni (jak to z kholami bywa). Może kupię ją ponownie, ale nieprędko – mam w domu wiele innych, włączyłam niedawno do makijażu mokre eyelinery, zakochałam się po uszy w wykręcanej kredce Yves Rocher, więc nie spieszy mi się do burżuła ni trochę. Ale jest spoko, jeśli chce Wam się paćkać w miękkim graficie w trakcie temperowania, polecam – dobra do rozcierania i na linię wodną.

Niezłe dnoooo, cooooo?

26.09.2013

Przegląd brzydactw, które zepsują wystrój każdej łazienki

Przegląd brzydactw, które zepsują wystrój każdej łazienki
Dziś luźniejszy temat, tak przedweekendowo. Matki małych Tomaszów uwielbiają estetyczne, minimalistyczne opakowania (np. Bandi) lub rzucające się w oczy, kolorowe, ale przyjemne dla oka dizajny (np. Balea, choć ta ociera się już czasem o tandetę). Niestety, jest na naszym rynku kilka firm, które kosmetyki może i mają dobre, ale gdy matki małych Tomaszów stawiają je na łazienkowej półce, starają się, by wyższe i tęższe butelki zawsze stały z przodu. Jestem wzrokowcem. Wygląd naprawdę MA znaczenie.

Best of nie obejmuje kosmetyków, które mają etykiety wyłącznie informacyjne (przykład: Biochemia Urody), dziś chodzi nam tylko o starannie zaprojektowaną brzydotę. Aha i zaznaczam, że w ogóle nie rozpatruję tych kosmetyków w kategorii działania. Dziś jesteśmy w Centrum Sztuki Współczesnej, chociaż właściwie trafniej byłoby powiedzieć – w skansenie.

1. Moim absolutnym ulubieńcem jest firma, która ma siedzibę niedaleko mnie – Fitomed. Zwróćcie proszę uwagę na to, jak pięknie komponują się kwiaty z koszyczka z różowym napisem. Ten żel do mycia twarzy jest mi szczególnie drogi również z uwagi na kuszący odcień zakiszonego bajorka. Na szczęście spędzimy ze sobą jeszcze duuuużo czasu, ponieważ jest bardzo wydajny!

Obok żelu równie urodziwy brat tonik.

2. Kolejnym umilaczem wzrokowym jest znana linia kosmetyków Polleny Ostrzeszów, czyli Biały Jeleń. Jelonka od pewnego czasu jest wszędzie pełno i nawet jest chwalony (m.in. za jakość w stosunku do ceny lub odwrotnie). Ichniejsze przywiązanie do tradycji sprawiło, że zarówno na umywalce, pod prysznicem, jak i w kuchni mamy okazję podziwiać przepiękne, klasyczne etykiety i wspominać czasy, gdy do sklepów rzucano kiełbasę i płatki mydlane.

źródło: bialyjelen.pl

3. Zauroczyła mnie szata graficzna ogórkowego kremu do twarzy Anna. Miało być nowocześnie i świeżo, a jest... mizeria. Na zdjęciu brakuje tylko kleksa śmietany i już grafika żywcem wyjęta z książek kucharskich z lat 80. Mniam, mniam. Wersja żeń-szeniowa też niczego sobie: klik.



4. Nie należy zapominać o niezwykle udanej graficznie serii szamponów Barwa Ziołowa, które od wczesnych lat 90. z powodzeniem radują moje oczy. Chciałam tylko zauważyć, że to już jest odświeżona wersja grafiki! Rozumiem, że ludzie są przywiązani do tradycji i firma być może zdecydowała się na taki oldskul, żeby babcie używające tych produktów łatwo mogły je odnaleźć w sklepie za rogiem. Ale wiecie, mamy 2013 rok... ile jeszcze pokoleń babć będzie musiało dokonać żywota, żeby szampon ze skrzypem polnym pojawił się w nowocześniejszej oprawie?

źródło: barwa.com.pl

5.  Zauważyłyście, że istnieją grupy produktów, których etykiety w większości przypadków są trochę... nie teges? Weźmy na przykład płyny do kąpieli. Ogromne pojemności zamknięte w plastikowych butlach prezentują się równie doskonale co samochodowy płyn do spryskiwaczy lub olej przemysłowy z trzeciego tłoczenia. Moja ulubiona stylistyka to płyny o zapachu leśnym z szyszką na okładce (właściwie całkiem podobne do Barwy Ziołowej powyżej) albo te, na których jakaś miła pani uśmiecha się do mnie. Ładna jest też oprawa graficzna Eco, gustowny minimal z zalotną brzoskwinką:

źródło: ecoplus.com.pl

6. Za każdym razem, gdy spaceruję po okolicznym Super-Pharmie i przechodzę koło działu marki Scholl, nie mogę się nazachwycać ich produktami przeznaczonymi do suchych, popękanych pięt. Wyobrażam sobie wtedy, jak wspaniale byłoby leżeć w wannie pełnej piany, czytać książkę i kątem oka spoglądać na te śliczne stópki:

źródło: mat. pras.

Dobrze, że sexy pięty są tylko na kartonowym pudełku... a jeśli byłoby Wam mało, polecam dokupić jakiś produkt Scholl z serii Fungal Nail Treatment. Tak, tak, zdjęcie zagrzybionego paznokcia również może ozdobić Waszą półkę pod lustrem.

7. Mojego ulubieńca zostawiłam na koniec. Nie jest to kosmetyk łazienkowy, tylko kuchenny, ale z powodzeniem możecie go używać również w łazience. To mydło w płynie, więc jest uniwersalne. I na pewno pięknie wkomponuje się w każde wnętrze.




Papryka, cebula, czosneczek... mmmm, zgłodniałam! Ten artystyczny kolaż możecie nabyć za kilka złotych w Carrefourze.

A czy Wy macie swoich ulubionych brzydali?

24.09.2013

Wyniki rozdania Catrice + NYC

Wyniki rozdania Catrice + NYC
Wczoraj minął termin nadsyłania zgłoszeń do mojego małego rozdania, więc pora wyłonić zwyciężczynię! Dziś Tomasz nie losuje, bo... ząbkuje. W takim układzie skorzystałam z onlajnowej maszyny do losowania, która wybrała...


Sandy, gratulacje! Czekam na maila z danymi do wysyłki.
Dziękuję wszystkim za udział i wiele miłych słów pod konkursowym postem. Nie martwcie się, niebawem kolejny konkurs, jak już mówiłam, parę dobroci wciąż czeka :).

Miłego dnia :)


23.09.2013

Flormar – Supermatte M124 – klasyczny, niezauważalny nude

Flormar – Supermatte M124 – klasyczny, niezauważalny nude
Firma Flormar była mi nieznana do czasu pierwszych zakupów w sklepie online Douglasa. Tam zobaczyłam włosko-tureckie lakiery po piątaku i wiadomo – musiałam sprawdzić, co to za wynalazek. Nie jestem zwolenniczką kupowania lakierów na podstawie kolorowych kółeczek imitujących odcień emalii – jedyna prawdziwa wskazówka, jaką możemy z tego wyciągnąć, to czy lakier jest ciemny, czy jasny i z jakiej grupy kolorów pochodzi. Resztę każdy monitor dopowie po swojemu. No ale za 5 zł gotowa byłam zaryzykować, wybrałam tylko mało ryzykowny kolor – jaki by nie był, nudny beż zawsze znajdzie u mnie miejsce na paznokciach.

Obecnie ta seria na douglas.pl została wyczyszczona i wcale się nie dziwię – jest tanio i dobrze. Lakier Flormar bez problemu można znaleźć w internecie, podobno są też wyspy w galeriach, ale ja nigdy żadnej nie widziałam (edit: wreszcie znalazłam jedną w Warszawie – stoisko w Promenadzie przy Ostrobramskiej).


Butelka mnie nie zachwyca – długi, biały pałąk nie trafia w mój gust, ale za to ma dwie zalety – dobrze leży w palcach i łatwo odnaleźć lakier w gąszczu innych ;). Pędzelek jest dość długi i wąski, a niezbyt gęsta formuła sprawia, że trzeba uważać na skórki. Po kilku tygodniach od otwarcia lakier odrobinę zgęstniał i teraz ma idealną dla mnie, bezpieczną konsystencję. Jeśli chodzi o odcień, to zdjęcia niżej dużo lepiej go oddają.


Jak widzicie na załączonym obrazku, nazwa może być nieco myląca. Supermatte nie oznacza głębokiego matu, wręcz przeciwnie – lakier błyszczy, jakby przyjął na klatę jakiś nabłyszczający top coat. W tym przypadku matte = kremowe wykończenie i brak drobinek. Na zdjęciach widzicie dwie warstwy – nigdy nie mam czasu i zdrowia na trzecią, ale jeśli chcecie uzyskać 100% krycie, na pewno warto dołożyć kolejną rundkę. Mnie zadowala podwójna warstwa – wygląda estetycznie, a ja nie szarpię sobie nerwów ;).


Bardzo zaskoczyła mnie trwałość. Żebyście miały punkt odniesienia – na moich paznokciach lakiery często odpryskują, a słynne Essie u mnie potrafią odpryskiwać już następnego dnia po nałożeniu (to zresztą temat na inny post...). Flormarowi trzeba dać trochę czasu na wyschnięcie (na szczęście nie jest z tych nigdynieschnących plastelinek), a kiedy już wyschnie, trzyma się dzielnie co najmniej 5–6 dni. Po tym czasie zwykle go zmywam, bo zaczyna być widoczna odrastająca płytka, ale nadal wygląda przyzwoicie – bez odprysków, trochę się tylko kruszy od strony skórek.

Odcień M124 będzie doskonały jako baza do wzorków lub ciekawych topperów, zamierzam niedługo sprawdzić na nim jakiegoś cudaka ze swojej kolekcji.

Bardzo jestem ciekawa trwałości innych kolorów. Używacie lakierów Flormar? Jak wrażenia?

Pojemność: 10 ml
Cena: 5–11 zł

22.09.2013

Nivea – Make-Up Starter – Nawilżający krem-żel do cery normalnej i mieszanej [recenzja]

Nivea – Make-Up Starter – Nawilżający krem-żel do cery normalnej i mieszanej [recenzja]
Nivea jaka jest, każdy widzi i wie. Długie lata bytności na rynku kosmetycznym, kilka owianych legendą kosmetyków i spore zaufanie klientów, mimo że na dobrą sprawę marka nie wyróżnia się ani naturalnymi składami, ani specjalnie niskimi cenami. Ich wyroby nigdy nie są NAJ, ale zwykle trzymają jako taki poziom, no i nie zapominajmy o najważniejszym atucie: wyjątkowych zapachach. Kiedy parę miesięcy temu zobaczyłam w drogerii ich nowość – nawilżający „kremożel”, pomyślałam, że może wreszcie wymyślili coś nadzwyczajnego. Musiałam to sprawdzić.


Nie mogę nie wspomnieć o czymś, co już na wstępie bardzo mi się nie spodobało. Nie raz i nie dwa konsumenci robili zadymę w takich przypadkach, i wcale się nie dziwię. Słoiczek Make-Up Startera ma standardową pojemność 50 ml i umieszczony jest w pudełku w połowie wypełnionym powietrzem. Tym razem jestem pesymistką i dla mnie szklanka jest w połowie pusta. Zwykle nie zwracam na takie rzeczy uwagi, ale to bardzo rzuciło mi się w oczy – ze sporego sześcianu wyskoczył naprawdę niewielki słoiczek. Zakładam, że chodzi o skuteczne pozycjonowanie się na sklepowych półkach w imię zasady, że duży może więcej, ale mimo wszystko rażą mnie tego typu praktyki. 
Wróćmy jednak do najważniejszego, czyli zawartości.


Konsystencja tego wynalazku jest nieporównywalna z czymkolwiek mi znanym, ale nazwa „krem-żel” doskonale oddaje sens tej formuły. Bardzo mi się spodobała ta delikatna, dość wodnista, a jednocześnie zwarta papka, również dlatego, że po zamoczeniu palca w słoju zostaje nam na opuszku zaledwie odrobina, co znacząco zwiększa wydajność. Nie potrzeba wiele do wysmarowania całej twarzy. Zapach – jak zwykle w przypadku wyrobów Nivea – bardzo mi się podoba. Jest nieco inny od tradycyjnego aromatu kremów marki, ale wciąż bardzo przyjemny. 

Krem-żel ma za zadanie ekspresowo nawilżyć i przygotować cerę do nałożenia makijażu. Ma być idealną bazą pod podkład – tak jest reklamowany i po to powstał. Chodzi o to, żeby w porannym przedpracowym pośpiechu szybko poradzić sobie z rytuałem nakładania na twarz wielu różnych warstw. Producent obiecuje, że całość wchłonie się w ciągu 60 sekund.

Trzeba mu przyznać, że wchłania się migusiem. Wsmarowywanie niewielkiej ilości kremu-żelu przypomina pracę z serum. Pozostawia uczucie ściągnięcia i zdziwiło mnie, że po aplikacji cera wydaje się rozgrzana i nawet przez chwilę lekko piecze, dlatego zajrzałam do składu. Wszystko stało się jasne. Na trzecim miejscu okrutny w swym działaniu alkohol denaturowany – największy wróg cery mieszanej, trądzikowej i moim zdaniem wszystkich innych cer. Wysusza, podrażnia, czyni szkody. Hen, hen daleko na liście INCI być może da się go jeszcze tolerować, ale żeby zaraz po wodzie??? W tej sytuacji nie dziwi mnie, że skóra nie jest po nim nawilżona – szybkie wchłanianie to po prostu odparowywanie... 

Już za sam denaturat Make-Up Starter poleciałby do kosza, ale przejdźmy do wisienki na torcie:  wyobraźcie sobie, że mimo lekkiej formuły i wyraźnego przeznaczenia tego specyfiku pod podkład, kremożel najzwyczajniej w świecie się roluje. I nie ma znaczenia, czy nałożę go mniej, czy więcej, jak dokładnie osuszę twarz po myciu itd. Nic nie ma znaczenia, bo roluje się za każdym razem (za każdym, czyli pierwszym, drugim i trzecim, bo dalszych razów nie uskuteczniałam). Czy trzeba dodawać coś więcej?

Jedną gwiazdkę przyznałam mu dlatego, że moja Mama nr 2 (popularnie zwana teściową) testuje go od pewnego czasu i... jest zadowolona. Twierdzi, że nic jej się nie roluje, cera jest po nim gładka i makijaż trzyma się dobrze. Jestem tak bardzo zdziwiona, że aż nie wiem, co powiedzieć. Zajrzałam na Wizaż i rzeczywiście, jest sporo podobnych opinii. Można by rzec: nie wszystko stracone – cery są różne, u mnie nie działa, może u Was zadziała, ale ze względu na skład i zachowanie na mojej twarzy nie śmiem go polecać. A Tobie, Mamo, też dam coś lepszego!


Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 20 zł
Ocena: 2/6

19.09.2013

Greenland – Mango Body Butter [recenzja]

Greenland – Mango Body Butter [recenzja]
Reklama: „Intensywnie nawilżające masło do ciała na bazie olejków eterycznych z mango. Pozostawia skórę wyjątkowo gładką i pachnącą”. Rzeczywistość niby podobna, ale... ale po kolei.

Holendersko-brytyjski Greenland* ma prostą filozofię ubraną w kilka modnych etykiet: organic, natural, pure itd. To zwiastuje co najmniej niezbyt niskie ceny i rozmaite niespodzianki związane z konsystencją lub/i zapachem.
W moim przypadku na pierwszy ogień poszło mango, bo uwielbiam jego smak i wiem, że aromat ma delikatny i przyjemny, a niezbyt często widuję ten owoc jako bohatera kosmetyku. Kupowałam online, więc strzelałam w ciemno, ale że akurat była fajna promocja, nie zawahałam się jej użyć.


Wszystko jest tu estetyczne: metalowa puszka z minimalistycznym nadrukiem, idealnie gładka konsystencja, kremowa biel bijąca po oczach. Jedynie niewielki format nieco zadziwia – wnętrze mieści zaledwie 100 ml produktu, co automatycznie stawia ten krem (masłem się zwący) na nieco wyższej półce i pozwala przeprowadzić krótką analizę przydatności. Co z niej wynika? Że nadaje się do torby podróżnej lub do blogowych testów, bo z oczywistych względów kończy się o wiele za szybko. A jednak wydajnością mnie zaskoczył – spodziewałam się, że starczy na 5–6 użyć, a dało radę załatwić około dziesięciu, więc brawa dla masła!

Wśród dobroczynnych składników mamy moje ukochane masło shea na drugim miejscu w składzie, a także oliwę z oliwek, czyli dwa tłuste nawilżacze i wygładzacze. Producent na swojej WWW obiecuje też masło kakaowe i wosk pszczeli, ale na puszce (a w związku z tym i w puszce) nie ma po nich śladu. Przebrzydłe kłamczuszki! W zamian otrzymujemy natural, organic kolekcję parabenów, jeśli ktoś ma ochotę.


Masło jest gęste i dość zbite, ale łatwo daje się wyprowadzić z opakowania. Nieco gorzej z rozprowadzaniem – nie chce zbyt gładko sunąć po skórze, w związku z powyższym potrzeba go niemało do zadowolenia skóry na całym ciele. To z kolei znowu kieruje moje myśli ku pytaniu: czemu jest ciebie tak niewiele, skarbie? Rozważałam sensowne wykorzystanie tej niewielkości, czyli zabranie go na urlop, ale nie zdecydowałam się, bo urlop ma być przyjemnością...

...a z tym Greenlandem jest to raczej niemożliwe. No bo tak się składa, że uwielbiam pięknie pachnące kosmetyki, a zapachy neutralne lub brzydkie akceptuję tylko wówczas, gdy pozostałe właściwości są zachwycające. Tutaj mamy niesympatyczny, cierpki aromat najmniej atrakcyjnych części mango (moim zdaniem to skórka zmielona z pestką), który w składzie widnieje jako natural, organic Parfum. Nic z tego nie pojmuję, gdzie ta natura? O co chodzi temu masłu? Na koniec dodam, że owszem, nawilża wcale przyzwoicie, ale masła shea jest tak wiele, że na długo pozostaje z nami tłusta warstwa ochronna. „Nie luuubię gooooo, nie lubię la la la la laaaa”.

źródło: greenland.nl

Na stronie producenta znalazłam jeszcze wersję 150 g, kosztuje 7,95 (ciekawe czy funtów, czy euro, niestety nie zostało to doprecyzowane...). Opakowanie ma nieco inną szatę graficzną i jestem bardzo ciekawa, czy mamy tu do czynienia z identycznym masłem w większej pojemności, czy to jakaś inna propozycja firmy. Zachęcają obietnicami uwodzącego zapachu („It smells delicious!”), więc śmiem przypuszczać, że rozmawiamy o dwóch różnych masłach. Trochę mnie nawet zaciekawił ten problem, ale nie na tyle, żeby kupić kolejną puszkę.

Nie chcę go, bo za szybko się kończy, za długo wchłania i do tego śmierdzi.

Pojemność: 100 ml
Cena: 26,50 zł (na merlin.pl)
Ocena: 3/6

*Firma jest w rękach Brytoli, ale powstała w Holandii i do dziś 95% produktów marki zjeżdża z holenderskich taśm produkcyjnych. Moje masło również pochodzi z kraju kwitnącego tulipana.

17.09.2013

Kilka słów do moich Czytelniczek + okolicznościowe rozdanie

Kilka słów do moich Czytelniczek + okolicznościowe rozdanie
Kochane Czytelniczki (i kochani Czytelnicy), dzięki poleceniu przez Esy, floresy, fantasmagorie wpisu o poprawnym wymawianiu nazw firm kosmetycznych (klik, klik), liczba obserwatorów mojego bloga przekroczyła okrąglutkie 100 osób! Ciężko nawet opisać, jak bardzo się cieszę, że mimo tylu blogowych istnień tak wiele z Was zdecydowało się dołączyć również do mojego świata. Założenie było takie, że będę pisać, choćby pies z kulawą nogą tu nie zaglądał, ale myślę, że każdy początkujący bloger zakłada podobnie, jednocześnie drżącą ręką klikając co i rusz w magiczną zakładkę „Statystyki” ;). Prawda jest taka, że to Wy jesteście siłą tego miejsca. No ale – że użyję pleonazmu – to oczywista oczywistość.

Druga sprawa: nie podejrzewałam, że pisanie bloga i zaczytywanie się w Waszych tak bardzo mnie pochłonie. Wiecie, jeszcze w marcu tego roku zajmowałam się w wolnym czasie literaturą i grami planszowymi, a teraz obie dziedziny kuleją z powodu tego niesamowicie uzależniającego miejsca. Spora w tym zasługa kilku panien, których nie będę wywoływać do tablicy, bo nie muszę – regularnie zaznaczają tu swoją obecność ;). Jesteście fantastyczne, a ja po wielu trudnych miesiącach z demonicznym niemowlakiem, które postarzyły mnie o jakieś 10 lat, przy Was odmłodniałam, tak minus piętnaście ;).

Dziękuję :*

Co jeszcze dało mi pół roku blogowania? Podwójnego Expedita wypełnionego po brzegi Absolutnie Niezbędnymi Kosmetykami i Zapasami, niekończącą się listę rzeczy, które muszę przetestować, bo inaczej wątroba wywróci mi się na lewą stronę, a także całe mnóstwo dobrych rad i „bardzo prostych tutoriali”, dzięki którym wciąż majstruję coś przy twarzy na milion nowych sposobów. W związku z tym spodziewajcie się kolejnych 1376 wpisów na moim blogu – przecież nie mogę tak po prostu używać kosmetyków, prawda? Jak o tym nie napiszę, to się nie liczy – na pewno części z Was ten stan ducha nie jest obcy...

Dziękuję again.

No dobrze, tyle w temacie, jak bardzo jesteście dla mnie ważne, a teraz mały konkurs. Tak jak ostatnio, przeznaczony jest właśnie dla moich Czytelniczek w podziękowaniu za to, że są. Przygotowałam dla Was dwa drobiazgi kolorówkowe – coś nowego i coś mniej popularnego.


1. Catrice – Liquid Metal eyeshadow, nr 080 Mauves Like Jagger – nowość od marki, którą bardzo polubiłam: delikatny, pudrowy, drobinkowy cień dający iluzję płynnego metalu. Nie powiem Wam o nim nic więcej, bo jest niemacany, sama jestem ciekawa, jaki daje efekt na powiece :)

2. NYC – Kohl Brow/Eyeliner Pencil, nr 927 Taupe, czyli kredka do brwi i kresek w kolorze brązowym, również niemacana. 

Kolory na tyle uniwersalne, że każdej z Was powinny podpasować. Żeby wygrać ten minizestaw, należy po prostu zgłosić się pod tym postem i liczyć na łut szczęścia :). Na zgłoszenia czekam do poniedziałku 23 września. Całuję i... naprawdę cieszę się, że jesteście!

A.

PS W kolejce czekają jeszcze dwa inne konkursy, same się wyrywają do ogłoszenia, więc upycham je butem pod łóżko. W każdym razie w najbliższym czasie nudno nie będzie :)

15.09.2013

Himalaya Herbals – Purifying Neem Mask [recenzja]

Himalaya Herbals – Purifying Neem Mask [recenzja]
O miodli indyjskiej, czyli tytułowym neem, nie słyszałam, dopóki w moje ręce nie trafiła ta maseczka. Ale czymże byłby świat bez wujka Google?
„Drzewa vembu (nim) są obiektami kultu i intencjonalnych okrążeń (pielgrzymek) zwanych w hinduizmie aswattanarajanapradakszina przez pragnących potomstwa hindusów”. 
No to powtórzmy raz jeszcze: aswattanarajanapradakszina, a teraz szybciej: aswattanarajanapradakszina. Ha, dobra zabawa, ale do rzeczy. Przed nami na ławie oskarżonych zasiada dziś maseczka indyjskiej firmy specjalizującej się w jak-najbardziej-naturalnych-kosmetykach (bo tak całkiem naturalne to one nie są). Zanim przejdziemy do aktu oskarżenia, obejrzyjmy fotografię przedstawiającą pozwaną:


Całkiem niebrzydka, choć w tubie. Wizualnie nie przepadam za tubami, wolę słoiki, ale to tak bardzo na marginesie, że aż nie będę kontynuować. Wewnątrz tuby znajduje się zgniłozielone błotko, o takie:



Błotko pachnie bardzo fajnie i nietypowo – to znaczy jak na produkt z Indii bardzo typowo, bo orientalnie. To zapach kadzidła. Ogromnie mi się spodobał, dlatego automatycznie pozytywnie nastawiłam się do pozwanej. Jak widać, maska lubi sobie zaschnąć wokół otworka, co jest nieestetyczne i sprawia, że z czasem trudniej jest zatrzasnąć to całe wieko prawdy, ale to też jakby na marginesie.

Składniki aktywne to wspomniana wcześniej miodla (no, powtórzcie ze mną raz jeszcze: aswattanarajanapradakszina), a także kurkuma, o której zbawiennym działaniu na cerę słyszałam już wcześniej. Ten orientalny duet obiecuje oczyszczenie i regulację wydzielania sebum wszystkim cerom normalnym, mieszanym i tłustym. No i ograniczenie wizyt nieproszonych, ropnych gości.

Producent zaleca nałożyć warstwę maseczki na oczyszczoną skórę twarzy i szyi i pozostawić do wyschnięcia na 10–15 minut. Tu płynnie przechodzimy do mojego pozwu. Otóż pozywam maseczkę Himalaya Herbals za każdorazowe 10 minut znęcania się nad moją biedną twarzą! Mimo że nie mam cery podrażnionej ani nawet specjalnie skłonnej do podrażnień, maseczka piecze okrutnie, dopóki nie zacznie zasychać. Myślałam, że może przy kolejnych podejściach skóra się przyzwyczai i będzie lepiej, ale nie jest. Jeśli chodzi o działanie, to po zmyciu z twarzy tego gorącego kartofla czuć, że cera jest oczyszczona, ale wcale mniej się nie przetłuszcza, nie zauważyłam żadnej różnicy.

Czyli moim zdaniem nie warto. Nie warto znosić na sobie ogni piekielnych w imię zwykłego oczyszczenia twarzy. Może nie na każdego tak koszmarnie zadziała to kadzidlane błotko, ale ja na pewno nie kupię kolejnego opakowania. Aha, informacja dla wytrwałych: produkt jest bardzo wydajny.

Pojemność: 75 ml
Cena: 9–12 zł
Ocena: 2/6

14.09.2013

Limitowane maślane orzeźwienie od Pat&Rub [recenzja]

Limitowane maślane orzeźwienie od Pat&Rub [recenzja]
Kiedy w 2008 roku usłyszałam o powstaniu ekologicznej marki Pat&Rub, roześmiałam się złowieszczo. Buhaha, kosmetyki od Kingi Rusin? Tej pani z telewizora? A co ona może wiedzieć o kosmetykach? I jeszcze w moim ulubionym, idiotycznym trendzie eko. To się nie może udać. Potem naśmiewałam się dalej, gdy zobaczyłam, jakie są ceny tych ekologicznych-na-pewno-gówienek. Nabijałam się w myślach zarówno z na-pewno-marnej-jakości produktów Pat&Rub, jak i wszystkich potencjalnych konsumentek, które widząc hasło „by Kinga Rusin”, rzucą się ochoczo do zakupów.

Mamy rok 2013, a ja paćkam się tymi eko-na-pewno-gównami i ze zdziwieniem odkrywam, że nie takie gówno śmierdzące, jak je malują. Ba, może nawet pachnie! Oczywiście gdybym nie dołączyła do urodowej blogosfery kilka miesięcy temu, do dziś nie wiedziałabym, jaka jest jakość produktów Pat&Rub. Ale tyle się naczytałam zachwytów nad zawartością rozmaitych kiniowych ekoplastików, że... no cóż... cóż! Rzuciłam się ochoczo do zakupów.

W moich zbiorach znalazła się chwalona linia hipoalergiczna, serum do cery naczynkowej i Orzeźwiające Masło do Ciała z limitowanej edycji, o którym dziś Wam opowiem, wstydliwie spuszczając wzrok.


Firmie Pat&Rub stuknęło niedawno pięć lat i z tej okazji na rynek wypuściła dwie limitowane serieOrzeźwiającą i Otulającą. Zakupy robiłam jeszcze w trakcie upałów, dlatego wybrałam orzeźwienie, ale teraz, w szarobure, deszczowe dni chętnie zamieniłabym moje masło na wersję otulającą. Dostałam próbkę tego zapachu i jest baaaardzo miły. To taki niemęczący słodziak. Moje masło ma orzeźwiać i robi to doskonale. Powiedziałabym nawet, że każdego postawi na nogi! Na opakowaniu jak byk stoi: „pomarańcze, grejpfruty, zioła”, dlatego spodziewałam się jakiejś dziwnej ziołowej oranżadki, a tu po odkręceniu słoja skucha: to klasyczny, bardzo intensywny zapach cytrynowy (taki ze skórką, nawet bardziej przypomina mi trawę cytrynową). Czyli właściwie nic nowego, bo Pat&Rub ma już w swojej ofercie podobną zapachowo linię – Rewitalizującą z żurawiną i cytryną (czerwone etykiety).

Cytryna w Orzeźwiającym Maśle jest tak natarczywa, że dla części z Was to mogą być zbyt silne doznania. Ten zapach jest na granicy orzeźwienia i duszenia – dla mnie jeszcze przyjemny, ale nie ręczę, że każdy będzie miał podobne odczucia.


Jeśli jednak uznamy, że aromat jest okej, dalej nie będzie już żadnych niemiłych niespodzianek. Na pocieszenie powiem, że zapach nie utrzymuje się na skórze zbyt długo – po godzinie właściwie nie ma już po nim śladu. Konsystencja została przez producenta opisana jako „tortowy krem”, ale moim zdaniem jest nawet lżejsza*. Wystarczy zanurzyć opuszki palców i już można rozprowadzać masło po ciele. Dobrze przylega, nie jest wodniste, a lekka konsystencja sprawia, że rozsmarowywanie staje się przyjemnością. Najpierw trochę bieli, ale już za chwilę o tym nie pamiętam, bo wchłania się bardzo szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Widać, że proporcje zostały dobrze dobrane – przy tak dużej zawartości masła shea (drugie miejsce w składzie, zaraz po wodzie) mogło się skończyć jak w kilku innych znanych mi kremach – dobrym nawilżeniem, ale z grubą warstwą tłuściocha na pamiątkę.

Zresztą shea to nie jedyny dobroczynny tłusty składnik, jaki tu znajdziemy. Kompozycja składa się m.in. z masła kakaowego i oliwkowego, oleju babassu i witaminy E. No i mamy też ekstrakt z cytryny (a ja obstawiałam trawę... przeca miało być z ziołami!). Oczywiście jak na Pat&Rub przystało, wszystkie surowce są naturalne i z ekocertyfikatem, co ma usprawiedliwiać wesołą cenę 69 zł, jaką zakupowy koszyk online śpiewa mi na do widzenia, jeśli nie załapię się na żaden rabat (na szczęście tych w Pat&Rub jest mnóstwo i pojawiają się regularnie). Nie bardzo wiem, gdzie się ukryły te słynne zioła, ale co tam – najważniejsze jest działanie.

No właśnie, według producenta masło ma nawilżać, uelastyczniać, wygładzać i łagodzić. Z tym wygładzaniem to takie pitu pierdu, nie o to chodzi w tym kosmetyku, ale za to nawilżenie jest wzorowe. Nie wiem, jak sprawdzi się na bardzo suchej skórze, do której również jest przeznaczony, ale na mojej normalnej porządne nawilżenie jest wyraźnie odczuwalne. I o to chodziło!

Także wiecie, nadal nie podejrzewam Kingi Rusin o posiadanie obszernej wiedzy z zakresu produkcji kosmetyków, no i nie wyobrażam sobie, że samodzielnie kręci dla nas naturalne masła i balsamy, siedząc na schodach mazurskiej chaty. Wiadomo, że jest tylko twarzą firmy (i współpoborcą wielu naszych złotówek), ale w momencie, gdy zaczęłam używać pierwszych kosmetyków Pat&Rub, w ogóle przestało mnie to interesować.

Wiem, że nie wszystkie wyroby tej firmy są doskonałe, czytałam niejednokrotnie negatywne recenzje o różnych produktach, ale moje zakupy na razie zaliczam do bardzo udanych (zobaczymy, jak się spisze słynna ekoAmpułka do cery naczynkowej), więc... cieszmy się chwilą! hurrahurra.


Plusy:
– bardzo dobre nawilżenie,
– idealne wchłanianie,
– wysoka wydajność.

Minusy:
– zapach niezwiązany z obietnicami na opakowaniu.

Pojemność: 250 ml
Cena: 69 zł (cena regularna, ale łatwo jest zapłacić mniej przy sumujących się, rozmaitych promocjach)
Ocena: 5/6

* Tortowy krem mieszka w innym słoiku – z maślanym miksem z Lawendowej Farmy, o którym opowiem Wam w niedalekiej przyszłości.

13.09.2013

Astor – Soft Sensation Lipcolor Butter nr 008 Hug Me [recenzja]

Astor – Soft Sensation Lipcolor Butter nr 008 Hug Me [recenzja]
Nawilżające szminki w kredce to szał ostatnich miesięcy. Niby nic takiego – pielęgnacyjna pomadka w formie wykręcanego sztyftu – a jednak zainteresowanie jest spore i coraz więcej firm decyduje się wprowadzić do oferty podobny produkt.

Astor ma w swojej kolekcji 8 odcieni, w tym zarówno stonowane nudziaki, jak i bardziej krzykliwe róże i czerwień, więc jest w czym wybierać (cztery Color Boosty od Bourjois w tym kontekście wypadają nieco blado). Ja zdecydowałam się na przytulaśny nr 008 Hug Me, bo po ostatnich szalonych pomadkowo-flamastrowych zakupach odkryłam, że w sumie to nie bardzo mam w co ubrać moje usta na co dzień. Same śliwki, burgundy, jakieś pokręcone kolory dobre na imprezy, na które i tak nie chodzę :D. No cóż, wiele wskazuje na to, że w najbliższym sezonie jesiennym będę zwracać uwagę otoczenia jako sexy mamuśka z wyzywającymi warami ;).

Tymczasem producent mojego stonowanego Hug Me zachwala:
„Najnowsza propozycja to połączenie pięknego i trwałego koloru szminki, nawilżających właściwości balsamu i blasku błyszczyka – to wszystko w jednym, wygodnym kosmetyku”.
Żeby nie przedłużać, od razu powiem, że Astorowi bardzo udał się ten produkt. Nie wiem, jak sprawują się pozostałe odcienie, ale mój jest rewelacyjny!


Kolor, który wybrałam, to uniwersalny zgaszony róż. Ogromnie podoba mi się ten naturalny, nieodwracający uwagi od tego co mówię odcień, który jednak jest doskonale widoczny i ładnie się prezentuje na ustach. Subtelny błysk to zasługa drobinek, które przy aplikacji są lekko wyczuwalne, ale na ustach chropowata faktura zanika.

Pierwsze zdjęcie było robione w dziennym, smętnie deszczowym świetle.
Pozostałe dużo lepiej oddają kolorystyczny sens tej pomadki.

Jeśli chodzi o kwestie – nazwijmy je – techniczne, tu też mogę rzucić garstkę pochwał. Soft Sensation Lipcolor Butter pachnie jak budyń waniliowy i smakuje dużo przyjemniej od Color Boosta, którego niedawno Wam pokazywałam (klik). Smak kojarzy mi się ze starym, dobrym waniliowym Vibovitem, wyjadanym paluchem prosto z kartonika. Ten smak sprawia, że od półtora tygodnia właściwie nie rozstaję się z Hug Me i tylko od czasu do czasu zdradzam ją właśnie z moim pomarańczowym Color Boostem lub jakimś innym wynalazkiem.

Kolejnym plusem jest zauważalne nawilżenie ust. Dopóki warstwa pomadki trwa mężnie na wargach, są one miękkie i wygładzone. Wygląda na to, że pomadko-balsamo-błyszczyki to coś w sam raz dla mnie – podoba mi się w nich zarówno forma podania (czyli wykręcana kredka), jak i pielęgnacyjne właściwości oraz to, że mimo wyraźnej pigmentacji zachowują się na ustach podobnie jak balsamy ochronne i schodzą równomiernie. Mój Hug Me nie zbiera się w załamaniach, nie tworzy brzydkich słojów od pocierania wargą o wargę. Oczywiście nie ma co liczyć na to, że kolor zostanie z nami przez pół dnia – pomadka nie jest wodoodporna i nie ma żadnych nadzwyczajnych właściwości, ale przynajmniej nanoszenie poprawek w ciągu dnia to sama przyjemność (pozdrawiam pokolenie Vibovitu!).

Zbiór korzyści ze stosowania kopiuję prosto ze strony Astor, bo wszystko zgadza się z zapewnieniami producenta:

– intensywny kolor szminki,
– nawilżenie balsamu,
– połysk błyszczyka,
– bardzo precyzyjna aplikacja.

Jestem bardzo ciekawa innych kolorów i pewnie jeszcze na jakiś jeden się skuszę. Noooo, może na dwa... Polecam gorąco, a Color Boostowi odejmuję jedną gwiazdkę z sześciu za gorszy, mydlany smak. Sorry, Bourjois :P.

Pojemność: brak informacji od producenta
Cena: 21–25 zł (ja zapłaciłam 20,99 zł w Rossmannie)
Ocena: 6/6

12.09.2013

Wyniki rozdania zestawu The Secret Soap Store

Wyniki rozdania zestawu The Secret Soap Store
Kochane i Drogie, wczoraj minął termin nadsyłania zgłoszeń do mojego rozdania, zatem czas ogłosić zwyciężczynię! Mój niewielki asystent miał wytypować jedną z Was za pomocą naszej supernowoczesnej maszyny losującej. Co z tego wyszło? Zobaczcie same.


Komora maszyny losującej zwolniła się, asystent przystąpił do losowania. Najpierw sprawdził, czy wszystko przebiega zgodnie z regulaminem i czy do spodu maszyny nikt nie doczepił nielegalnych losów. Potem była chwila przerwy na przegląd informacji dnia (Kotka Pusia poleciała na Księżyc, wiewiórki odnalazły długo poszukiwanego żołędzia, kurczak Pip policzył do trzech). Po wiadomościach nastąpiła przerwa na lunch, a następnie...

...okazało się, że asystent nie zamierza wylosować nikogo. Nie i już. Jako że głupio było mi ogłosić, że nikt nie wygrał zestawu z The Secret Soap Store, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. 

Sooooo, the winner is...


Maxi A., gratulacje! Dziękuję wszystkim za udział, niebawem kolejne rozdanie, więc bądźcie czujne :). Buziaki!

11.09.2013

Jak wymawiać nazwy firm kosmetycznych?

Jak wymawiać nazwy firm kosmetycznych?
Ile już razy zastanawiałam się, jak wymówić daną nazwę – nie tylko w kontekście kosmetyków, również w innych nieszczęśliwych kontekstach. Często kończyło się na tym, że opowiadałam coś komuś i dodawałam magiczną, legendarną frazę: „Loksitan, loksitejn CZY JAK TO SIĘ WYMAWIA”. Prawdziwie lotna wypowiedź homo sapiens sapiens. Założę się, że wiele z Was funkcjonuje podobnie i nigdy nie pamięta, żeby sprawdzić (lub nie wie, gdzie sprawdzić), jak powinno się wymawiać dane słowo.

04.09.2013

Powakacyjne rozdanie od Agaty na wakacjach :)

Powakacyjne rozdanie od Agaty na wakacjach :)
Lato dobiega końca, rok szkolny się zaczął, na studiach sesja poprawkowa... Dla niektórych nadejście jesieni jest dość przygnębiające (choć ja ją uwielbiam!), dlatego postanowiłam nieco umilić Wam ten trudny czas. Podczas gdy ja narkotyzuję się trójmiejskim jodem, Wy możecie wziąć udział w moim rozdaniu :).


Ten zestaw kąpielowej rozpusty firmy The Secret Soap Store może wygrać każdy czytelnik „Smaruję, wcieram, maluję”. Sprawa jest prosta: wystarczy, że da znać pod tym postem i... już. Na zgłoszenia czekam do środy 11 września, a potem mój niewielki pomocnik o imieniu Tomasz wylosuje zwycięzcę. Powodzenia! :)


01.09.2013

Organique – Cukrowy peeling czekoladowy [recenzja]

Organique – Cukrowy peeling czekoladowy [recenzja]
Wreszcie doczekałam pięknej chwili, gdy mogę rozpocząć zachwyty nad marką Organique, która rozkochała mnie w sobie od pierwszej wizyty. To, co dzieje się w sklepach tej polskiej (sic!) firmy, jest nie do opowiedzenia. Od kształtów, kolorów i przede wszystkim zapachów można dostać zawrotu głowy – oczywiście w pozytywnym sensie. Ja przepadłam i jestem przekonana, że sukcesywnie będę wynosić z pobliskiego (yes, yes!!) sklepu cały asortyment. No, może nie ten typowo kąpielowy, bo choć serce mi pęka, to nie chce być inaczej: w mojej łazience wanny brak. Już nawet rozważałam zakup cudownie zachęcających pudrów do kąpieli i radosne osypywanie się nimi pod prysznicem, ale wiecie, trochę stara już jestem, to się nie będę wygłupiać.

Idzie jesień (moja ukochana pora roku!), czas zmienić program pielęgnacji z orzeźwiającego na otulający, dlatego dziś przypełzłam do Was ze słoikiem cukrowego czekoladowego peelingu. Zdzierak jak dla mnie ma aromat raczej kakaowy, ale przecież kakao i czekolada dwa bratanki, więc dobre i to.


Uprzedzam, że przed przystąpieniem do rytuału złuszczania martwego naskórka trzeba dobrze obmyślić kolejne kroki. Peeling znajduje się w słoiku, który gotów jest łatwo się zamoczyć i stawiać opór przy próbach zakręcenia go zatłuszczonymi od czekoladowej papki dłońmi. Że nie wspomnę o odkręceniu kranu w celu opłukania rąk i się. Trudna to sztuka, dlatego po aplikacji polecam odstawić niezakręcony słoik poza strefę rażenia wodą i odkręcić minimalnie kran PRZED nałożeniem peelingu.


Zacny to zdzierak, powiadam Wam ja. Szoruje aż miło, a stopień wyszorowania zależy od tempa pracy i nacisku szorującego. Jak zwykle w takich przypadkach nie polecam stosowania na mokro, bo to się mija z celem – cukier stopnieje, moc zdzierania zelżeje... i po co to, i na co to? Najlepiej rozgościć się pod prysznicem lub w wannie, zapaćkać czekoladką na amen, a potem dopiero się zamoczyć. 

Peeling Organique jest okrutnie tłusty, a to za sprawą oleju sojowego na drugim miejscu w składzie. Wiem, że wielu z Was może się to nie spodobać. Mnie samej na początku się nie spodobało, ale potem odkryłam, że można się zakumplować z takim tłuściochem, bo po zmyciu z siebie ostatnich kryształków cukru skóra jest natłuszczona w bardzo przyjemny sposób – staje się gładka, wciąż wyczuwalny jest delikatny kakaowy zapach, no i po wszystkim nie trzeba używać żadnego nawilżacza. To zupełnie inny rodzaj natłuszczenia niż w przypadku popularnych peelingów Perfecty, w których na pierwszym miejscu w składzie wisi parafina (przed cukrem!), no ale tak czy srak trzeba się przyzwyczaić. Dla wyjątkowo wkurzonych faktem natłuszczenia mam jedną prostą radę: po peelingu użyjcie żelu pod prysznic i zmyjcie z siebie złoooooo. 
Mimo wszystko z uwagi na tłustą formułę sama używam tego peelingu rzadko, bo jednak więcej jest zabawy z aplikacją i zmywaniem takiej paćki, a ja nie zawsze mam na to czas i ochotę. Ale gdy już mnie ochota najdzie... to ach i oh.

Wydajność oceniam na jakieś 8 użyć (przy założeniu, że pozbywamy się naskórkowych zdechlaków z całego ciała, w przypadku zdzierania lokalnego wyjdzie pewnie z 2x tyle), więc szału nie ma za tę cenę, no ale wiadomo – to tylko 200 ml. Skład widzicie na fotce numer jeden: naturalny, w miarę krótki, i wosk pszczeli się znajdzie, i masło shea – dla każdego coś miłego. A głodomory mogą sobie co nieco powyjadać. Słodka czekoladka bez nuty goryczy. Wiem, bo próbowałam.


Pojemność: 200 ml
Cena: 59,90 zł
Ocena: 5/6

A z okazji zbliżającej się jesieni uciekam nad polskie, gdyńskie morze. Nie będzie mnie przez chwilę, ale obiecuję, że wrócę. No wiecie, one zawsze wracają. Pozdrawiam!

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger