26.10.2013

O tym, co się tutaj dzieje...

Na chwilę zajrzałam do domu i postanowiłam wyjaśnić Wam, dlaczego mnie tu nie ma. Dziękuję za wszystkie słowa otuchy, wyrozumiałość i pozytywne myśli, dziękuję, że czekacie. Jak wcześniej pisałam, nie zamierzam porzucać mojego bloga – co więcej, chciałabym jak najszybciej do Was wrócić. Mam nadzieję, że za dwa-trzy tygodnie będzie to już możliwe. To miejsce ma być moim powrotem do normalności.

A co się stało? Od trzech tygodni mieszkam w szpitalu z naszym synem. Miał udar niedokrwienny mózgu, czego efektem jest lewostronne porażenie ciała. Dopóki nie usłyszałam diagnozy, nie miałam pojęcia, że to się w ogóle zdarza u dzieci! A jednak zdarza się – bardzo rzadko, niespełna półtoraroczny Tomek jest nieszczęśliwym wybrańcem losu. Niestety, lekarze wciąż nie znają przyczyny, co stawia nas w nieciekawym położeniu i sprawia, że Niewielki jest niczym bomba zegarowa. W niedalekiej przyszłości możliwa będzie dalsza diagnostyka, ale bardzo prawdopodobne, że nigdy nie dowiemy się, co się właściwie stało. Po intensywnej terapii i neurologii przyszedł czas na oddział rehabilitacji, na którym kilka dni temu rozpoczęliśmy walkę o sprawność Tomka.

Niewielki zaczął ruszać stawem biodrowym, czasem porusza również ramieniem, ale czeka nas wiele miesięcy (lat?) ciężkiej pracy i tak naprawdę nikt nie wie, jak to się skończy. Słyszałam wiele na temat plastyczności mózgu takiego maleństwa i z całych sił staram się wierzyć, że będzie dobrze. Tomek jest silny i uparty, co w tym przypadku może się bardzo przydać. To naprawdę bardzo asertywny i waleczny kurdupel :).

Trzymajcie kciuki za Niewielkiego, będą mu naprawdę potrzebne.

09.10.2013

Przerwa

Przerwa
Kochane, kochani. Z powodów osobistych jestem zmuszona zawiesić działanie mojego bloga. Wrócę na pewno, nie wiem tylko, kiedy... Testowanie kosmetyków i pisanie o nich zeszło na całkowicie daleki plan wobec tego, z czym przyszło nam się zmierzyć.

Jestem gdzieś tam.
Trzymajcie się,
Agata.


06.10.2013

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 3

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 3
Znowu uzbierało się kilka bezużytecznych wynalazków, które miały dać zadowolenie moim stopom, cerze i usteczkom, ale wyszło tak, że... nie wyszło. A dlaczego nie wyszło?

1. Chcesz cuksa? To posmaruj



Catrice – Lip Peeling z limitowanej kolekcji Candy Shock to doskonały peeling do ust, który doskonale nic nie robi. Formuła kosmetyku jest skiepszczona, bo maleńkie kryształki cukru, mające za zadanie zgładzić suche skórki i tym samym wygładzić usta, prawdopodobnie roztapiają się cichaczem w opakowaniu (albo ktoś powyjadał je w fazie produkcji). Wykręciłam tej mazi ze środka już naprawdę sporo, bo myślałam, że może po kiepskim starcie dalej będzie lepiej, ale lepiej nie było – na usta trafia tłusta, słodka warstwa z kilkoma drobinkami, które nie robią nic poza tym, że można je sobie zjeść. Pomysł okej, gorzej z wykonaniem. Plus jest taki, że wydostająca się z sexy dziurki maź to najzwyklejszy w świecie bezbarwny błyszczyk (szkoda, że z tych, co działają jak lep na  muchy włosy) i w takim charakterze można ten peeling stosować. Tym razem nie uronię łzy nad faktem, że Candy Shock to limitka, która powoli odchodzi w zapomnienie.


2. Plasterki przykleja się po to... by były przyklejone.



Antybakteryjne plasterki Synergen – Anti-Pickel Patches to jeden z kilku produktów, które całkiem w ciemno wrzuciłam w Rossmannie do koszyka podczas słynnej promocji -40%. Były upały, moja cera miewała się gorzej, każdy dzień witałam z nowym kumplem na twarzy i pomyślałam, że chętnie podsuszę te wyłażące dziady plasterkami z kwasem salicylowym. Kosztują ok. 8 zł za 36 sztuk, więc w sumie możecie próbować – może Wasze wypryski zostaną skuteczniej wykurzone. Moi koledzy okazali się niekulturalni, wypraszanie na nich nie działa i za każdym razem namawiają mnie na kolejną kolejkę kwasu. Plasterki mają wyciągać cały ten szit z zatkanych porów, co powinno mocno przyspieszyć gojenie. Zrobiłam mały test: miałam dwa podobne ropne wypryski – jeden potraktowałam Synergenem, a drugi – maścią ichtiolową (ok. 2 zł za tubę). Po kilku godzinach wyszło szydło z worka. Ale tylko z jednego. Cuchnąca asfaltem maść ichtiolowa pięknie wyciągnęła ropę, pryszcz pękł, wystarczyło zdezynfekować zmienione miejsce i już wszystko szło w dobrą stronę. Pod plasterkiem nic się nie wydarzyło. Nie twierdzę, że te plastry w ogóle nie działają, ale nawet jeśli robią coś dobrego w temacie pozbywania się z twarzy ropiejącej szajki, strasznie się z tym guzdrzą*. Ich działanie jest za słabe, wybieram porcję asfaltu.


3. Jesteśmy dwa kremy. Nie regenerujemy.



Scholl – Krem redukujący zgrubienia i zrogowacenia skóry i Krem regenerujący popękane pięty. Najpierw pomyślałam, że te dwa Scholle mogłyby robić za placebo. Niestety, obawiam się, że samą siłą woli nie da się sprawić, by skóra stała się gładka, a pięty nie pękały. Fakty mówią za siebie: oba kremy są złe. Skąd to wiem? Ano stąd, że moje stopy nie raz już leciały na skargę: „mamo, mamo, posmarowałaś nas grubą warstwą scholla, ale wciąż chce nam się pić!”. To naprawdę fenomenalne, jak bardzo te kremy NIE działają. Wszystko wydaje się być ok – trochę natłuszczą, trochę nawilżą, trochę wygładzą, ale tylko na chwilę. Po wyschnięciu lub wytarciu resztek w dywan wszystko wraca do nieprzyjemnej normy. Producent obiecuje, że po tygodniu będzie widać efekty. U mnie są takie, że po siedmiu dniach kremowania w jednym i drugim przypadku... ubyło kremu. Po dwóch tygodniach też bez zmian, a potem w jednym i drugim przypadku straciłam zapał. Za każdą tubę trzeba zapłacić ok. 20 zł i – zdaniem moich stóp – to pieniądze wyrzucone w błoto. Jeśli chodzi o Scholla, z czystym sumieniem mogę polecić ich peeling do stóp – składa się głównie z pumeksu i jest doskonałym zdzierakiem (pisałam o nim tu: klik).

To już koniec deutsche-bubli na dziś, do zobaczenia w kolejnym odcinku!


*albo guzdrają – obie wersje poprawne.

04.10.2013

Catrice – Evolution To Revolution – pożegnajmy go w ciszy i z należnymi honorami

Catrice – Evolution To Revolution – pożegnajmy go w ciszy i z należnymi honorami
Znowu mi się to przytrafiło! Pokochałam jakiś kosmetyk i już muszę robić mu pogrzeb. Ten tusz wygrzebałam z promocyjnego koszyka z resztkami Catrice. Kosztował niecałe 8 złotych i była to jedna z lepiej wydanych ósemek w moim życiu. Niestety, strona Catrice wyraźnie daje do zrozumienia, że tego tuszu już nie produkują i nie zamierzają, a ja łamiącym się głosem pytam: dlaczego?!

Mascara Evolution To Revolution miała premierę w 2011 roku, do nas zapewne dotarła dużo później, ale że już nie wróci? I co ja teraz zrobię? Po raz pierwszy w życiu cieszę się tak cudownie pogrubionymi rzęsami. Moja wersja, czyli Ultra Black, w istocie daje głęboką czerń dla hardkorowców, patrzę w lustro i nie dowierzam – moje rzęsy naprawdę mogą tak wyglądać?


Oczywiście można się przyczepić, że łatwo skleja rzęsy i robi z nich nieestetyczne kępki, ale już milion innych mascar tak mnie załatwiało, a przy tym nie dawało nic w zamian, więc kępki od Catrice biorę na klatę bez zająknięcia! Zresztą z daleka rzęsy wyglądają naprawdę elegancko.

Jedna szczotka, dwie odsłony.
Fajność tej mascary polega na tym, że szczotka ma dwa poziomy upaćkania w tuszu. Nr 1 daje zwyczajny, dzienny efekt, ładnie rozczesuje rzęsy i pokrywa je równomiernie głęboką czernią. Nr 2 to opłakiwane przeze mnie dziś pogrubienie, którego nie dał mi dotąd żaden inny tusz. Ja mam długie, ale niestety rzadkie rzęsy, więc nie wygląda to tak bardzo imponująco, jakby mogło. Właścicielki nieco bogatszego przyocznego owłosienia prawdopodobnie padną z zachwytu po pomalowaniu się tym cudem :D.


Fotki z bliska nie oddają zbyt dobrze wrażenia intensywnego pogrubienia, ale może przynajmniej zauważycie ten mocny efekt, który można osiągnąć już po jednym pociągnięciu szczotą w wersji nr 2. Druga warstwa daje jeszcze lepszy rezultat, ale naprawdę trzeba już bardzo uważać na sklejanie.

Jeśli poszukujecie silnego pogrubienia, zajrzyjcie do szaf Catrice i sprawdźcie, czy Evolution To Revolution gdzieś się jeszcze nie ukrywa. Mnie się udało kupić zapasowe opakowanie na LadyMakeup.pl, ale już w regularnej cenie niecałych 19 zł. Wciąż: warto.

Zdaję sobie sprawę, że kupienie zapasu to tylko przedłużanie tego, co nieuniknione, dlatego w ostatnich tygodniach jak wściekła rzuciłam się na wszelkie promocje i blogowe polecenia i zaczęłam kolekcjonować tusze z każdej półki, dające efekt pogrubienia. Będę Was informować na bieżąco, jak idą poszukiwania godnego następcy, a Wy dajcie znać, czy znalazłyście swój wymarzony tusz z takim efektem.

02.10.2013

Maślana jesień w drogeriach: czekoladowa Perfecta SPA vs. kawowa Joanna Naturia

Maślana jesień w drogeriach: czekoladowa Perfecta SPA vs. kawowa Joanna Naturia
Masła, o których dzisiaj piszę, na pewno bardzo dobrze znacie ze sklepowych półek – marki są łatwo dostępne i niedrogie. Zestawiłam je dzisiaj ze sobą, bo obie kompozycje zapachowe mają charakter otulająco-relaksacyjny i świetnie nadają się do gnieżdżenia pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. A ja od kilku dni jestem już taką herbaciano-kocykową dziewczyną. Jedyne, co mi przeszkadza w całodniowym gnieżdżeniu, to milion trzysta dwadzieścia jeden obowiązków związanych z opieką nad Tomaszem. Ale gdyby nie one...

Bardziej podoba mi się szata graficzna Perfecty, a co z wnętrzem?

Seria Otulająca Pat&Rub zachwyciła mnie zapachem (połączenie karmelu, wanilii i... no tak, cytryny, jak zwykle), ale nie każdy może sobie pozwolić na słoik kremu za 69 zł, dlatego zwracam się dziś do tych z Was, które tak jak ja uwielbiają słodkie, apetyczne zapachy, ale propozycja Pat&Rub jest dla nich nieosiągalna. Co więc oferują nam dwaj inni polscy producenci?


No cóż, przede wszystkim oferują parafinę (M. może już nie czytać dalej ;)). W maśle Perfecty na drugim miejscu w składzie, w Naturii – na trzecim, ale za to po zacnym i wartościowym składniku, czyli masełku shea. Oba składy nie zachwycą wielbicielek naturalnych kosmetyków – w Joannowej Naturii nie ma wprawdzie parabenów, które odnajdziemy u konkurenta, ale i tu, i tu czai się zło (np. pod postacią zapychającego i drażniącego ciekłego wosku – mirystynianu izopropylu). Nie jestem chemikiem, mądralą ani chemikiem-mądralą, dlatego na tym poprzestanę. Ekspertki od analizowania składu mogą powiedzieć więcej. Dla mnie znaczące jest to, że masło Joanny ma duuuużo shea, a Perfecta ni trochę i to skłania mnie ku stwierdzeniu, że bardziej podoba mi się skład kawowej Naturii

Na górze: Perfecta SPA, na dole: Joanna Naturia.

We wnętrzach słoików kryją się dwa całkiem różne kremy masłami zwane. Perfecta ma bardzo dziwną konsystencję – budyniowo-gumowatą, palec wcale nie zatapia się w kremowej masie, tylko ją dociska. Opis producenta: „puszyste masło do ciała o właściwościach ujędrniających i zmiękczających” jest więc całkowicie nieprawdziwe. Pachnie dość naturalnie i niezbyt intensywnie, gorzko, kakaowo. Kokos na etykiecie odsyła tylko do składu, czyli olejku kokosowego – jeśli chodzi o kokosowy aromat, jest całkowicie niewyczuwalny, ale kompozycja zapachowa bardzo mi się podoba. Znika dość szybko. Naturia to podręcznikowy przykład masła – idealnie gładkie, odpowiednio zwarte, nie leje się, ale zachowuje delikatność (podobną konsystencję ma Farmona z liczi i rambutanem, o której pisałam tu: KLIK). Niestety, sporym minusem jest brak ochronnej folii (w czekoladce Perfecty jest zabezpieczające przed niepowołanymi paluchami sreberko). Naturia pachnie cudownie, ale spodziewałam się tego po niej, bo miałam już olejek pod prysznic z tej serii (pisałam o nim tu: KLIK). To zapach pysznego, kawowego deseru – bardzo słodki i niesamowicie apetyczny. Nie jest tak trwały, jakbym sobie tego życzyła, ale to dobra wiadomość dla tych z Was, które nie lubią intensywnych, utrzymujących się na skórze aromatów. 

Po lewej – Naturia, po prawej – Perfecta SPA.

Oba masła rozsmarowują się dobrze, ale na pewno przyjemniej pracuje się z Naturią. W obu przypadkach trzeba trochę poczekać na wchłonięcie, oba pozostawiają ochronny film, ale u Joanny nie jest to przykra, tłusta warstwa. Z Perfectą sprawa jest nieco bardziej skomplikowana... O ile na początku masło nie pozostawiało po sobie nieprzyjemnych wspomnień, to po kilku, a może kilkunastu tygodniach stało się z nim coś naprawdę niefajnego. Rozsmarowane i zapomniane o poranku, wieczorem dawało o sobie znać w postaci... brązowych rolek. Po całym dniu można je sobie zdrapywać z łydek, zupełnie jak marnej jakości samoopalacz lub inny niewypał, z którym miałam nieprzyjemność (vide: Sally Hansen – Firming Leg Shine). 

Jeśli chodzi o działanie, tu również na czele mamy Joannę, a potem długo, długo nic. I jeszcze nic. A potem jest Perfecta. Naturia nawilża bardzo dobrze, radzi sobie z moimi lubiącymi się wysuszać łydkami. Perfecta SPA po prostu nawilża – niezapamiętywalnie, czyli nieźle, a może tak sobie. Co gorsza, Dax Cosmetics naobiecywał ujędrnianie i zmiękczanie, a wyszła z tego dupa w kwiaty. Kochamy obietnice bez pokrycia, prawda? 

Jeśli odpowiada Wam zapach słodkiej, kawowej rozpusty, wybór wydaje się oczywisty.
Testowałyście któreś z tych maseł? A może oba? Macie swojego faworyta? Ja nie mam wątpliwości, że powróci do mnie kawowa, wypełniona po brzegi masłem shea Joanna!

Dax Cosmetics – Perfecta SPA – Masło do ciała ujędrniające czekoladowo-kokosowe
Pojemność: 225 ml
Cena: ok. 13 zł
Ocena: 2/6

Joanna – Naturia – Masło do ciała z kawą, odżywcze
Pojemność: 250 g
Cena: ok. 9 zł
Ocena: 6/6

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger