29.11.2013

Denko prodżekt, odc. 8

Koniec kolejnego paskudnego dla mnie miesiąca zwiastuje porządki w kosmetycznych śmieciach. Czy Wy też macie ciągle w głowie: „byle do wiosny”? Z czeluści szafki wydobyłam już kubek z napisem: „Zimo wypierdalaj” – niestety, w zeszłym roku nie zadziałał, więc obawiam się, że mógł już stracić swą czarodziejską moc. W każdym razie zamierzam pić w nim gorące napary, ile się da. Gdyby jednak zasypało Was śniegiem na kolejne pół roku, wiedzcie, że robiłam co mogłam.


W tym miesiącu oprócz tradycyjnych zużyć pozbyłam się kilku zalegających staroci i zabrałam wreszcie za próbki, których w próbkowym pudełku wciąż przybywa. Pukają się ze sobą czy jak? 


Balea – malinowe mydło w płynie – no dobra, wystarczy już tych malin. Te pachniały doskonale, mydło bardzo mi przypadło do gustu, ale malinowe masło pod prysznic od Bomb Cosmetics trochę mnie wykończyło (tu recenzja: klik), dlatego chwilowo nie planuję powtórki z tym mydłem. Obiektywnie jest jednak warte zakupu.

Balea – kokosowo-nektarynkowy żel pod prysznic – plus milion punktów za zapach (!!!). Ta Balea pachnie jak moje dzieciństwo. Taki aromat miała któraś z gum do żucia z początków lat 90., mąż obstawia, że to stary dobry Donald, mi chodziła po głowie jeszcze guma Turbo, ale męski specjalista twierdzi, że to wykluczone i na pewno chodzi o gumę z historyjkami o słynnej kaczce. Żebyśmy dobrze się zrozumieli: nie cierpię klasycznego zapachu i smaku gumy do żucia dla dzieci – tej obecnej w lodach i paście do zębów. Coś okropnego. Kokosowo-nektarynkowa Balea to całkiem inna historia, po prostu tamte gumy też pachniały inaczej :). Kupię znowu.

Hipp – Pielęgnacyjny płyn do kąpieli – Hipp w międzyczasie zmienił opakowania na białe, mam nadzieję, że nie zmienił składu. Ten płyn do kąpieli jest naprawdę super. Głównie używał go Tomasz, ale mnie też się zdarzyło i było bardzo sympatycznie. Jest bardzo delikatny, ma dobry skład, na pewno do niego wrócimy. Tu recenzja: klik.

Luksja – Care Pro Nourish – mleczko pod prysznic z olejem z pestek dyni (próbka) – to ma być porządnie nawilżające mleczko do mycia, ale tradycyjnie wsadzam ten tekst między bajki. Naprawdę nie ma sposobu, żeby skóra była dobrze odżywiona od preparatu, który zmywa się natychmiast po aplikacji. Niemniej jednak zapach tego mleczka spodobał mi się na tyle, że rozważam zakup pełnego wymiaru. No i plus za pojemność próbki – starczyło na dokładne wyszorowanie mnie i jeszcze ze dwóch chomików, gdyby tylko miały ochotę.


Apis – Arbuzowe Orzeźwienie – nawilżający krem do twarzy z kwasem hialuronowym – ten krem to prawdziwa neverending story (100 ml!). Zaczęłam używać go pod koniec kwietnia, producent przewidział pół roku na wykorzystanie, a ja go wykończyłam dopiero w zeszłym tygodniu. Pod koniec stosowałam już tylko na szyję, tak na wszelki wypadek, chociaż nie zmienił ani konsystencji, ani zapachu. Jest naprawdę sympatyczny, mimo że nieco staroświecki. Pachnie... uroczo, jak cała seria Arbuzowe Orzeźwienie. Tu recenzja: klik. Chętnie do niego wrócę... kiedyś.

Bandi – Krem Intensywnie Nawilżający z serii Hydro Care – w recenzji, którą możecie przeczytać tutaj: klik, nagadałam temu kremowi parę niemiłych rzeczy. Głównie taką, że przyczynia się do przetłuszczania mojego i tak tłustego czoła, mimo że jest przeznaczony do skóry mieszanej i tłustej. Ale to było latem. W sezonie szaro-buro-zimnym krem w domowych warunkach sprawdza się bardzo dobrze, więc już się na niego nie gniewam. Poza tym dzięki niemu stała się rzecz niesłychana: mój mąż (tak, facet!!!) zaczął używać kremu nawilżającego do twarzy. Dałam mu resztkę Bandi, jak do mnie przybył z wysuszonym ma wiór, łuszczącym się nosem, a po paru dniach przyleciał z wiadomością dobrą („to działa!”) i złą („już się skończył :(”), dlatego natychmiast zamówiłam kolejne opakowanie. W ten sposób małżonek stał się istotą kosmetycznie cywilizowaną, za co chwała i cześć Bandi!

Flos-Lek – Żel ze świetlikiem lekarskim i chabrem bławatkiem do powiek i pod oczy – zużyłam go malutko, miał datę ważności 3 miesiące od odkręcenia słoika, miał łagodzić pieczenie zmęczonych oczu, co udawało mu się w bardzo nietypowy sposób – rozgrzewał posmarowane okolice. Nie spodziewałam się takiego efektu, ale to wcale nie było złe. Mimo wszystko jakoś o nim zapomniałam i połowa wyparowała z opakowania. Dawno jest po terminie, konsystencja już nie ta, dlatego leci do kosza, chociaż nie był zły. Będę go miło wspominać, bo dzięki niemu dowiedziałam się, że bławatek to chaber :D.

YSL – serum Forever Light Creator (próbka) – ma rozświetlać, więc właściwie jest nie dla mnie (cudowne rozświetlenie całej twarzy regularnie oferuje mi mój nieodłączny przyjaciel, może go znacie, nazywa się Nadmiar Sebum. Byłam jednak ciekawa, jak sprawuje się na mojej twarzy serum za prawie 400 zł (385 zł w Douglasie) i cóż – sprawuje się. Po próbce więcej nie powiem, bo producent twierdzi, że pierwsze zmiany zauważę po tygodniu, a te najbardziej niesamowite i zapierające dech – po miesiącu stosowania. Nie planuję zakupu, więc nigdy się nie dowiem, czy to kolejna ściema, czy cud z kosmosu.


Fitomed – Ziołowy żel do mycia twarzy do cery tłustej – niech żyje Fitomed i żel jego – mąż nie tylko zaczął smarować się kremem nawilżającym, ale też od paru miesięcy myje twarz żelem do tego przeznaczonym, zamiast tym, co akurat znajdzie pod prysznicem. Mój kosmetyczny troglodyta robi się coraz lepiej wypielęgnowany, a mi serce roście. Żel Fitomedu, mimo plugawej etykiety, dość plugawego (na szczęście łagodnego) zapachu i koloru jest świetny. Działa doskonale, dobrze się pieni, nie ściąga skóry, usuwa wszelkie nieczystości. Mimo że przeznaczony do cery tłustej, nie wysuszył mi policzków, taki z niego łagodny wujcio.

PS Małżonek trafił do mnie z przesuszonym nosem dlatego, że butelka z Fitomedem nagle zniknęła z łazienki i znowu powrócił do troglodyckich obyczajów mycia twarzy, czym popadnie. Wiemy już, czemu zniknęła i wiemy, dlaczego prędko powróciła na swoje miejsce. Tak, tak, już kupiłam ponownie, mydlnica lekarska górą.

Siquens – Prévention – krem pod oczy – pisałam o nim niedawno, więc nie będę się powtarzać. Krem dla młodych cer, a ratunek dla mnie to już tylko retinol i zastrzyki z krwi ;). Recenzja: klik.

Yves Rocher – płyn micelarny (miniatura 50 ml) – micel YR z wyciągiem z trzech herbat wywołał u mnie mieszane uczucia. Ładnie pachnie, nie lepi się, ale był jakiś taki... kapryśny? W zależności od dnia zmywał dobrze albo beznadziejnie, zwykle delikatny – czasem podrażniał oczy. Nic z tego nie rozumiem, ale nie planuję dalszych testów. Pełny wymiar, czyli 200 ml, kosztuje 37 zł, Yves Rocher ma w ofercie jeszcze jeden płyn micelarny w serii Hydra Vegetal. Tamten ma podobno nawilżać. We'll see.


L'Occitane – werbenowe mleczko do ciała (miniatura) – o duecie werbenowym pisałam tu: klik, dlatego będzie krótko: orzeźwiająco pachnie cytryną, ekspresowo się wchłania, nie zostawia lepkiej warstwy, ma przeciętne właściwości nawilżające. Raczej już się nie skuszę, bo wolę konkretne nawilżacze.

Kamill – Classic Hand & Nagel Lotion – to takie mleczko do rąk. Nie spodobało mi się, w wersji bezzapachowej wyczuwałam nieprzyjemną nutę, niemiło się używało tego lejącego czegoś, dlatego przepadł w otchłani kosmetycznego pudła, stracił ważność i wywalam go bez żalu.

L'Occitane – odżywka 5 ziół (miniatura) – wraz z szamponem tworzyła zgrany ziołowy duet. Na minus zaliczam dużo gorszy od szamponu, BARDZO ziołowy zapach, ale co kto lubi. Może jeszcze kupię, tylko poczekam na promocję :).


Lovely – Color Mania nr 83 – bardzo lubiłam ten lakier, jako jeden z niewielu prawie dobił dna, był mleczny, nieźle kryjący, miał satynowe wykończenie. Niestety, nie widzę go już w szafach Lovely.

Wibo – Express Growth nr 158 – moja pierwsza w kolekcji mięta właśnie trafia do kosza, prawie niezużyta. Lakier od początku był zbyt rzadki i miał słabe krycie, zalewał skórki, bez sensu. Zniechęcił mnie do dalszych poszukiwań lakierowych w szafach Wibo.

Oriflame – kredka do oczu Double Trouble – czarna część była miękka i dawała ładną, wyrazistą czerń, biała – twarda i praktycznie niemożliwa do użycia na linii wodnej. Na rynku jest sporo takich dwustronnych kredek, więc na pewno można znaleźć coś dużo lepszego. Nie kupię.


Bath&Body Works – świeca zapachowa z kolekcji White Barn o zapachu Frosted Cupcake – wspominam o niej tylko dlatego, żeby Wam powiedzieć, że ją uwielbiam. Pachnie cudownie, wypaliła się pięknie do końca, mam ją znowu, tym razem w gigarozmiarze.

Lancôme – Trésor EDP – stary, kwiatowy zapach, który premierę miał w 1990 roku. Jest ładny, ale mnie nie porwał. Bardzo głupia była ta próbka, po drugiej stronie kartki, której przecież i tak nigdy nikomu bym nie wysłała, znalazło się kilka kropli perfum ukrytych pod folijką w kształcie flakonu. Jak każdy, wolę maleńkie szkła z atomizerem. Ta nie zachęciła mnie do zakupu.

Tym sposobem wspólnie dobrnęliśmy do końca. Znalazłyście wśród moich śmieci swoje hity i kity?

27 komentarzy:

  1. Mój jest niestety uparty i kremów nie chce stosować, a jak go do tego zmuszę to potem przez pół godziny narzeka, ze tłuste i fu :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaprasza na konkurs do mnie, możliwość wygrania ciekawych nagród : ) http://ewulette.blogspot.com/2013/11/love-me-green-konkurs.html

    Pozdrawiam i przepraszam za spam, chciałabym aby sie więcej osób o tym dowiedziało, może Tobie przypadną do gustu nagrody :)

    OdpowiedzUsuń
  3. będziesz moim łącznikiem między mną a świeczkami BBW?:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. póki co nadałam dziś do Ciebie różanego przeboja :)

      Usuń
  4. Balea kokos nektarynka - chcę!
    Powąchałabym sobie świeczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mogę Ci odkroić kawałek i będziesz miała wosk :D

      Usuń
    2. Weź, nie rób sobie bałaganu w świeczce, jeszcze Ci się nierówno wypali i będzie lipa ;)

      Usuń
  5. Narobiłaś mi smaka na gumę donaldówkę - jak żyć mam no jak ? turbo brzoskwiniową też bym pociamkała

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) nie orientuję się na razie, czy jakieś współczesne są równie fantastyczne, taką wiedzę będę miała dopiero za parę lat, jak Tomasz zacznie żuć :D

      Usuń
  6. U siebie posprzątałam trochę kosmetyki i poustawiałam te, które muszę koniecznie zużyć. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, to też jest dobre, najpilniejsi w pierwszym rządku ;)

      Usuń
    2. A potem przyjemności :D

      Usuń
  7. Ta świeczka musiała pięknie pachnieć!

    Ja ten płyn micelarny z YR stosowałam jako tonik.
    W tej roli sprawdzał się bardzo dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, dla takich wielbicieli smakowitych zapachów jak Ty w sam raz ta świeczka, szkoda, że nie mają wosków :)

      Usuń
    2. a z tym tonikiem to dobry pomysł, ja też go widzę raczej w takiej roli

      Usuń
    3. Jakąś świeczkę muszę sobie przed świętami sprezentować :)
      Kuszą mnie takie "jedzeniowe" zapachy :)
      Idealne dla mnie!

      Usuń
  8. niezle denko i do tego widzę same dobroci :) nic dziwnego, że już ich nie ma :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawe zużycia!
    Uwielbiam zapachy Balei :)
    Mam żel Floslek, ale w tubce.
    Bardzo przyjemny nawilżacz-odświeżacz w ciągu dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam ten krem z Apis ale czeka na swoją kolej!

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten kokosowy zel pod prysznic bym przygarnela :-) nigdy nie uzywalam produktow z Balea, ale co rusz czytam cis nowego :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Też bym chciała tyle zużywać! Chce teraz wszytsko z Balea!

    OdpowiedzUsuń
  13. Mnie niestety ten żel z Balea nie kojarzy się z żadnym zapachem gumy balonowej, a szkoda, bo mogłabym go chętniej zużywać.
    Czemu arbuzowy krem jest staroświecki? Ja bym go chętnie przygarnęła :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger