30.01.2014

Jak zgrzeszyć w Sephorze online? Moja propozycja: Benefit SUGARlicious

Jak zgrzeszyć w Sephorze online? Moja propozycja: Benefit SUGARlicious
W związku z otwarciem internetowego sklepu Sephory (witamy w XXI wieku!) postanowiłam pokazać Wam, co ciekawego można tam kupić. Sephora, jako wyłączny dystrybutor marki Benefit w Polsce, kusi bogatą benefitową kolekcją, którą z powodzeniem poznaję dzięki zestawom miniatur. Jest to dobra opcja, jeśli chcemy w krótkim czasie odkryć jak najwięcej produktów danej firmy, a benefitowe zestawy są naprawdę sensowne. Poza tym fajna oprawa graficzna cieszy oko, a ja lubię, gdy ono się raduje. 


Mój SUGARlicious służy do upiększania ust i policzków, a skusiłam się na niego, bo rozwiązywał dwie kwestie naraz: chciałam przetestować słynny rozświetlacz High Beam i poznać Benetint (od początku planowałam przelotny romans zamiast stałego związku, dlatego był daleeeeeko, daleko na liście zakupów). Na High Beam nigdy nie mogłam się zdecydować, bo rzadko używam rozświetlaczy i wiedziałam, że się zmarnuje – data przydatności od otwarcia to tylko 6 miesięcy, a cena: 115 zł za 13 ml. Tutaj High Beam ma pojemność 4 ml i jak najbardziej jest do zużycia. Równie mała butelka kryje w sobie BeneTinta, co w zupełności wystarczy do swobodnego nacieszenia się nim. 


SUGARlicious mnie zauroczył, a przy okazji odnalazłam fantastyczny róż dzienny, ale to już historia, którą opowiem Wam innym razem :). Stonowane odcienie mają nadać skórze naturalny, świeży wygląd, co u mnie wiecznie jest na topie i po okresowych kolorystycznych odpałach z podkulonym ogonem powracam do wszystkiego co nude, fresh i natural.

W skład zestawu wchodzą:
róż w płynie Benetint, 4 ml
rozświetlacz High Beam, 4 ml
róż Sugarbomb, 3 g
błyszczyk Sugarbomb Ultra Plush, 6,5 ml
pędzel do różu.

Myślę, że 129 zł za ten komplet to dobra, uczciwa cena, oczywiście w zestawieniu z cenami pełnowymiarowych produktów. Nie tylko kosmetyki wewnątrz pudełka są interesujące. Zobaczcie:


Producent dołączył „Tips&Tricks”, czyli szybki kurs obsługi otrzymanych poprawiaczy urody. Z przyjemnością przejrzałam te porady i warto było – choćby po to, żeby upewnić się, że nie wykonuję którejś czynności w idiotyczny sposób. Szczególnie przydał mi się punkt pierwszy dotyczący aplikacji tinta. Nigdy wcześniej nie pracowałam z tego typu kosmetykiem na policzkach, dlatego warto było skonsultować podpowiedzi intuicji z założeniami twórców. Aha, z dedykacją dla wszystkich nieanglojęzycznych producent dorzucił biało-czarny świstek z tłumaczeniem. Jest brzydki, to za karę.


Po zapoznaniu z literaturą fachową naszym oczom ukazuje się spore lusterko, co jednoznacznie, bez zastanowienia oceniam jako fajne_i_w_ogóle. Kurs makijażu można wyciąć i schować do pamiątkowego albumu. Gdyby nie lusterko i pudełko zamykane na magnes, pewnie już dawno wyjęłabym wszystkie elementy i powtykała je tu i ówdzie. No ale skoro to wszystko takie urocze, dopracowane i... dopasowane, żal stosować separatystyczne praktyki. 


Róż Sugarbomb nie zdobył mego serca od pierwszego wejrzenia. Popatrzyłam na niego i stwierdziłam, że na bank będzie pomarańczowy i obleśny, a w najlepszym razie okaże się zupełnie niespecjalny. W praktyce jest piękny, delikatny i niezwykle naturalny, uwielbiam go, ale więcej pokażę Wam może za jakiś czas w oddzielnym poście. W każdym razie jeśli szukacie nieinwazyjnego, dyskretnego podkreślacza policzków, który przy okazji rozświetla, z ręką na sercu mogę Wam polecić właśnie Sugarbomb. Nie jestem tylko pewna, jak sprawdzi się w trudniejszych dla mojej cery czasach (na przykład latem) – rozświetlanie na pewno uwydatnia problemy smalcowo-trądzikowe, więc zastanów się, droga Czytelniczko, może nie twój ci on. Moja jasna, poprawiona Effaclarem K cera jest obecnie niezwykle ukontentowana.

Nie próbowałam bawić się dołączonym do zestawu pędzelkiem, bo do aplikowania różu używam zwykle okrągłych końcówek, a poza tym po co tracić czas na wypierdka, gdy obok stoi pękaty, szklany słój wypełniony po brzegi profesjonalnym sprzętem malującym :). Pędzel z zestawu może się za to przydać w podróży – wydaje się wcale niezły.


A to moje prawdziwe powody zakupu SUGARlicious. Okazały się ciekawymi umilaczami codziennego samoupiększania, ale cieszę się, że mam je w wersji mini – ten rozmiar jest naprawdę wystarczający

Benetint ma cudowny, różany zapach i chociaż nie jestem wielką miłośniczką różanych kosmetyków, ten wywołał we mnie sensualny odlot. Często odkręcam butelkę tylko po to, żeby go powąchać. Jeśli chodzi o działanie, jest zupełnie przyzwoite – na ustach po roztarciu kilku kropli mamy delikatny róż, efekt można stopniować. Przy większym nasyceniu koloru efekt bardzo przypomina flamastry do ust. Po pierwszych testach zrezygnowałam ze stosowania go na policzkach – ładnie się rozprowadza, ale za bardzo przypomina mi moje naturalnie przyjarane naczynkowe policzki. No wiecie, wychodzą takie... wypieki. I nie podoba mi się, że jest gorzki

High Beama odpieczętowałam niedawno i wciąż uczę się go prawidłowo stosować. Na cerze mieszanej z tłustą strefą T wszelkie rozświetlacze to spore ryzyko i na pewno nie można z nimi przesadzać. O High Beam napisano już wiele, więc powiem tylko, że w porównaniu z podróbką Technic High Lights efekt na skórze moim zdaniem jest... taki sam. Zeswatchowane na nadgarstku wyglądają nieco inaczej – High Lights ma mniej subtelne drobinki, ale po roztarciu naprawdę nie widzę różnicy, więc może nie warto przepłacać? Na pewno oba rozświetlacze dają bardzo ładny efekt.

Błyszczyk Sugarbomb Ultra Plush ma niewyczuwalne na ustach drobinki, które fundują nam metaliczny połysk. Prezentuje się ciekawie, a najfajniejszy efekt daje użyty po zagruntowaniu Benetintem. 

Wszystkie przedmioty zebrane w SUGARlicious mają razem sens i moim zdaniem warto zainwestować 129 zł w ten zestaw. Jeśli nie do końca odpowiada Wam charakter tego kompletu, w ofercie Benefit są też inne: koralowy goTROPICORAL, bardziej różowy feelin'DANDY. Myślę, że przy odrobinie zaangażowania każda z Was znajdzie swój powód do grzechu rozpusty!

To co, napełniamy koszyczki?

27.01.2014

Moja idealna zimowa szarość: Joko – Find Your Color – J144 Moroccan Mud

Moja idealna zimowa szarość: Joko – Find Your Color – J144 Moroccan Mud
Szarość absolutna. Tak wygląda mój mózg zimą. Ciężko mi znaleźć cokolwiek pozytywnego w tej porze roku, bo chłód tak bardzo wgryza się w każdą komórkę mojego ciała, że wszystkie siły skupiam na tym, aby mnie nie zjadł. On, ten chłód. Dlatego też jednym z bardziej przejmujących filmów, jakie widziałam, był „Marsz pingwinów”. One tam stały, te pingwiny, długimi tygodniami i wystawały jajka z kolejnymi, niewielkimi pingwinami, które na pewno nie mogły się doczekać, aż postawią stopy na lodzie i postoją z pozostałymi, większymi pingwinami na wietrze, w zamieci i niekończącej się pizgawicy. Na samą myśl cierpną mi stopy. Jak już mówiłam, zima to dla mnie szarość absolutna. Zilustrujmy ją lakierem o gorącej nazwie Moroccan Mud.  


Moroccan Mud to pierwszy lakier od Joko, jaki trafił do mojej kolekcji i od razu okazał się strzałem w dziesiątkę. Gdy przybył na natolińskie włości, była późna wiosna i faktycznie kilka razy nosiłam go w czasie dni słonecznycha, ale wypiękniał w mych oczach dopiero wśród pierwszych jesiennych liści, po to, by zachwycić całkiem, gdy nadeszły śniegi. Tyle filozofowania, a sprawa jest prosta. Moroccan Mud to pięknie błyszcząca, kremowa szarość. Ot, po prostu. 


Zdjęcia są brzydkie, bo paznokcie niechlujnie pomalowane. Z tego co pamiętam, niewiele zostało z drzemki Tomasza, a ja chciałam pomalować i jeszcze obfotografować. Byłam dumna z efektu, cyknęłam fotki, a potem na ekranie laptopa skórki i nierówności wstrząsnęły mną i moim poczuciem piękna. Zdjęcia przeleżały na dysku kilka miesięcy, nie zrobiłam nowych, aż w końcu stwierdziłam, że muszę się z Wami podzielić miłością do Moroccan Mud. Dlatego wybaczcie i wyobraźcie sobie, że u Was będzie on wyglądał pięknie. Bo będzie. Serio, serio.


Pędzel jest gruby i szeroki (producent nazywa go z jakiegoś powodu panoramicznym), podobny do tych w nieprofesjonalnej wersji lakierów Essie, bardzo łatwo się nim manewruje. Lakier jest przyjemnie gęsty i podobną gęstość trzyma po kilku miesiącach od otwarcia. Dobrze kryje już po jednej warstwie i najczęściej tak go zostawiam. Na zdjęciach widzicie właśnie jedną kolejkę. Schnie szybko, nieprędko ściera się na końcach, trzyma się dobrze (4–5 dni na pewno), nie barwi płytki i jedyne, co sprawiło, że odchodził płatami, to jakaś niewydarzona baza. Powiedziałabym, że jakość zachwycająca. Konsystencja i efekt po wyschnięciu przypominają mi Essence z serii Nude Glam (pisałam o nim tu: KLIK), tyle że w przeciwieństwie do Essence, J144 trzyma się paznokci. 

Seria Joko Find Your Color to lakiery z polimerami winylowymi, które mają chronić płytkę przed lakierowym złem i poprawiać trwałość. W kolekcji są odcienie o różnym wykończeniu, ale od razu mówię, że te ze świecidełkami mogą już nie robić takiego wrażenia jak odcień J144. Mam w kolekcji również złoto-zielonkawy Arabian Princess i mimo że sam kolor jest piękny, to łatwiej o prześwity i smugi (szarak nie smuży ani trochę). Tu możecie podejrzeć wszystkie odcienie: KLIK.

Uwielbiam mojego szaraka!

Pojemność: 10 ml
Cena: 12,99 zł (tyle dałam w drogerii Jasmin)
Ocena: 6/6

25.01.2014

And the winner is... [wyniki Lushowego rozdania]

And the winner is... [wyniki Lushowego rozdania]
Lush najlepszy jest na świeżo, dlatego postanowiłam nie trzymać Was dłużej w niepewności i podzielić się wiedzą tajemną, jaką jest informacja o tym, kto wygrał w moim Lushowo-smakowitym rozdaniu :). Im szybciej nagrody dotrą do zwyciężczyni, tym lepiej! 

Przypominam, co tym razem było do zdobycia:


Znalazłam bardzo fajną maszynę do losowania, która od razu przypomniała mi dzieciństwo. Może niektóre z Was pamiętają słynne zdanie wypowiadane przez uczestników Koła Fortuny na początku lat 90.: „Wybieram poduchę i podusię”. Wąsy Wojciecha Pijanowskiego, zgniłozielony samochód osobowy z proszkami do prania w bagażniku... Tego się nie zapomina.
Późniejsze Koło Fortuny, prowadzone przez Stanisława Mikulskiego czy Krzysztofa Tyńca, to już nie było to. Samochód osobowy przestał być atrakcją, a pomysł i wykonanie trąciły myszką, nie wnosząc przy tym niczego ciekawego. Teleturniej zakończył emisję w 2009 roku i chyba nikt już nie tęskni za jego uwspółcześnioną formą.

W teleturnieju udziału już nie wezmę, ale przynajmniej raz mogłam sobie zakręcić słynnym kołem, mała rzecz a cieszy! Kogo wylosowałam?


Fabryczna, gratulacje! Czekam na maila z danymi do wysyłki. Dziękuję wszystkim za udział i obiecuję więcej :). Miłego weekendu!


23.01.2014

Wy macie Naked 2, a ja... nagie panienki od theBalm

Wy macie Naked 2, a ja... nagie panienki od theBalm
Stąpa po tym świecie taki chłopiec, który słyszy wiele tygodni wcześniej: „Oh, bo Maxineczka poleciła paletę theBalm Nude 'tude, rozumiesz? to najlepsza paleta na świecie, muszę ją mieć!”, a potem przychodzą moje urodziny i dostaję to:

Nie, to nie są dwie palety The Balm, li i jedynie
paleta we własnej osobie plus jej okładka. 

Tak sobie rzuciłam, często coś rzucam, kiedy buszuję po sieci i odkrywam różne piękne przedmioty. Ale On to bierze na serio. Moje urodziny i rzucanie. A teraz najlepsze: dobrze wie, kim jest Maxineczka! Uwielbiam tego chłopca. Ma na imię Piotr i jest absolutnie fantastycznym Tatą Tomasza, a przy okazji moim mężem (wazelina mode: off).

Wbudowane lustro jest duże i ładnie w nim wyglądam,
lubimy się.
Żeby nie było: paletę theBalm również uwielbiam, a urzekła mnie od pierwszego otwarcia – koślawo powkładane cienie oraz chętne i gotowe panie robią naprawdę miłe wrażenie. Pomysł graficzny moim zdaniem świetny, a jego największą zaletą jest to, że radośnie przełamuje kolorówkową nudę – te wszystkie eleganckie, poważne flaszki i pudełka... ile można? :) Z tego samego powodu od dawna mam słabość do marki Benefit – mogłabym kupować ich produkty wyłącznie ze względu na opakowania i nazwy. 


Nude 'tude to 12 dobrze napigmentowanych cieni, z których zdecydowana większość jest perłowa lub zawiera połyskujące drobinki. Jedyne, czego mi w niej brakuje, to jakiegoś zupełnie neutralnego, matowego beżu, który robiłby za bazę. Tutaj mamy biel i tego żółtka Snobby, ale ja i tak używam oddzielnego cienia na całą powiekę. Dołączony do zestawu dwustronny, płaski pędzelek ma porządne włosie i jest bardzo przydatny – jedną stroną można podmalować brwi, a drugą manewrować przy dolnej powiece. Nie nakładam nim cieni z palety, ale warto go wyjąć i zachować w zbiorach na inne makijażowe okoliczności.

Mmmm, sexy, silly brunetka jest bardzo w moim typie.
Paleta theBalm bardzo wiele zmieniła w moim makijażu. Pierwszym krokiem w stronę oświecenia była Sleekowa Au Naturel, ale dzisiejsza bohaterka naprawdę dała czadu. Cienie są miękkie i bajecznie proste w aplikacji, dobrze się rozcierają i nie osypują. Trwałość jest mi ciężko ocenić, bo moje powieki są ekstremalnie tłuste i prędzej czy później w załamaniach zbiera mi się absolutnie wszystko, dlatego bez bazy nawet nie zaczynam machać pędzlem. Najważniejsze jest jednak to, że  odcienie świetnie do siebie pasują – każda dowolna kombinacja wychodzi ciekawie, co przy moich minimalnych zdolnościach makijażowych jest na wagę złota. Większość cieni doskonale wygląda również solo. Czyli: Nude 'tude jest skrojona na miarę takiej niewprawionej, makeupowej pipki jak ja. Wybornie, prawda?

Tu macie swatche (tylko światło dzienne):


Wszystkie jasne cienie połyskują, co nie do końca mi się podoba. Matowy, brudny róż byłby tu bardzo na miejscu, ale z drugiej strony Stubborn i Stand-Offish są piękne! Nawet nie umiem zdecydować, który bardziej mi się podoba. Dla blondynek idealne. Moje opadające powieki ożywają dzięki nim natychmiast, oba nadają się też do rozświetlania wewnętrznego kącika.


Dalej mamy interesujący, szarobrązowy Selfish, jedyny w tej czwórce mat Sultry (ciepły brąz), ciemniejszy Sophisticated i piękny, złoto-miedziany Seductive. Na tych zdjęciach wygląda trochę jak rozmazana kupa, ale jest naprawdę wdzięczny. 


Cztery ostatnie cienie to głównie maty. Śliwkowy Sexy, fioletowo-brązowy Silly, który ma pojedyncze brokatowe drobinki, a do tego matowy, czarny Serious i bardzo ciemny matowy brąz Sleek. Jak widać, tą paletą można wykonać również intensywny smokey, którego ja akurat nigdy nie robię, bo: a) nie umiem, b) w mojej sytuacji (jasny blond, opadające powieki, nieduże oczy) stawiam raczej na rozświetlanie. 

Paleta Nude 'tude jest prawie idealna (gdyby tylko biel zamienić na matowego cielaka), a jej ostatnią zaletą jest sporo niższa cena od innego golasa – Urban Decay Naked 2. Chciałam napisać, że dużo lepiej również z dostępnością, ale okazało się, że w żadnym polskim sklepie nie mają jej obecnie na stanie... 
Ja w każdym razie polecam, zarówno makeupowym leszczom, jak i tym, które potrafią tworzyć piękne rzeczy na powiekach.  

Cena: 100–120 zł
Ocena: 5/6
Dostępność: drogerie Marionnaud w Polsce przechodzą do historii, więc teraz głównie online, np. na bestmakeup.pl, mintishop.pl, cocolita.pl (obecnie wszędzie wysprzedana, w bestmakeup.pl spodziewana dostawa w lutym)

20.01.2014

10 uspokajaczy sumienia dla każdej blogerki zakupoholiczki

10 uspokajaczy sumienia dla każdej blogerki zakupoholiczki
Złożyłaś gorące jak miska zupy postanowienie noworoczne, że będziesz ograniczać się w zakupach? To wspaniale, ja też mam taki plan, a teraz przyznaj się: jest 20 stycznia, a Ty już kupiłaś coś nadprogramowego! To nieprawda? Świetnie, w takim razie ten tekst nie jest dla Ciebie. Jeśli odpowiedź była twierdząca, a Ty nie czujesz się z tym dobrze, łapią Cię dziwne wyrzuty sumienia i nie możesz spać spokojnie, przeczytaj ten tekst. Od razu będzie Ci lepiej! Oto 10 powodów, dla których nie powinnaś się stresować tym, że kosmetyki same wpadają do Twojego koszyka.


1. Będę piękna!


Jeśli kupisz dwudziestą ósmą paletkę cieni nude lub sześćdziesiąty dziewiąty lakier w kolorze fuksji, a potem posmarujesz się jednym z osiemnastu kremów nawilżających, jakie masz w zapasach, istnieje naprawdę spora szansa, że wypiękniejesz w oczach (w najgorszym wypadku wyłącznie w swoich). Przecież wśród tylu cieni, lakierów, kremów mogą znaleźć się prawdziwe perełki, szkoda by było, gdyby przeszły Ci koło nosa...

2. Filantropia, wielkoorkiestryzm 


Kupując kosmetyki, wspierasz gospodarkę, a jeśli kupujesz od małych sklepików internetowych lub sprzedawców w niewielkich budkach, dokładasz się do ich wypłaty. Ta pani z osiedlowej drogerii też musi z czegoś żyć, prawda? Nie wiem jak Ty, ale ja uwielbiam pomagać!

3. Diabeł tkwi w szczegółach


Każdy cień, tusz, puder, rozświetlacz, lakier jest INNY. Czasem różnice są niewielkie, ale przecież diabeł tkwi w szczegółach. A nawet jeśli odcienie trudno będzie odróżnić (bielszy odcień bieli?), można skupić się na różnych właściwościach – zachowaniu na skórze/paznokciach, trwałości i tym podobnych sprawach wielkiej wagi. O, taka na przykład kolekcja miętowych lakierów: mięta w dużej butelce, mięta w małej, mięta matowa, mięta satynowa, mięta bąblująca i długo_się_trzymająca, mięta ładna, mięta brzydka. Tyle jest mięt do wyboru!

4. Haulujące wishlisterki


Inne też kupują! I to ile! Masz problem z wysypującymi się z szafek kosmetykami? Czarnych eyelinerów w swej kolekcji naliczyłaś więcej niż palców u stóp? Nie martw się, ONE też mają tak dużo. A może nawet więcej? W dodatku co chwilę chwalą się nowymi łupami (keyword: HAUL) oraz planami na przyszłość (keyword: WISHLISTA). Naprawdę z Tobą nie jest tak źle. A nawet jeśli jest źle, to z NIMI jest jeszcze gorzej.


5. Liczby nie kłamią


Jeżeli masz problem z tym, że kolejne dwie dychy poszły na puder matujący czy masło do ciała, pomyśl, ile takich dwudziestek wydajesz na: fast food, piwo ze znajomymi, taksówkę po piwie, tabletki odchudzające po piwie i fast foodzie... Jeśli zaś Twoje zakupy liczone są w setkach, nie zapomnij skonfrontować ich z comiesięcznym haraczem dla ZUS-u, który do czasu Twojej emerytury i tak pewnie upadnie.

6. To se ne vrati


Jaki sens ma regularne zaopatrywanie się w kolorówkę z limitowanych edycji? Ach, ogromny! Przecież ten róż do policzków zaraz zniknie z półek, i to już na zawsze! Kto wie, czy nie będzie kiedyś tak cenny jak paleta Naked 1? Poza tym mamy tu jeszcze jeden ważny aspekt: kolekcjonerski, patrz niżej.

7. Każdy coś zbiera


Ty zbierasz kosmetyki. Mój tata zbiera filmy. Jego kolekcja obejmuje na oko kilkaset tytułów (kto wie, może już ponad tysiąc?) i ciągle przybywa nowych. Kiedyś kupował gazety z dołączanymi DVD, teraz poszerza kolekcję o przyrodnicze Blu-Raye, nie zapominając przy tym o dokładaniu klasyków polskiej kinematografii. Od kiedy stał się Dziadkiem Tomasza, jego obszar zainteresowań poszerzył się o bajki. Każdy film zapisuje w pliku .xls (takim z wieloma filtrami), a gdy nowości zbierze się kilka, zdejmuje WSZYSTKIE płyty z półek i układa je od nowa. Dlaczego? Bo filmy ułożone są ALFABETYCZNIE. Czy wobec tych faktów Twoja kolekcja pomadek, cieni i kremów nie wydaje Ci się licha? No właśnie, miłych zakupów.



8. Wyższy stopień filantropii


Uzbierałaś już tyle pudełek, słoików i tubek, że nie ma szans wyczyścić zbiorów przed upływem dat ważności? No to się podziel! Tylu jest potrzebujących, tyle dziewcząt ucieszy się, gdy oddasz im parę przedmiotów ze swojej kolekcji. To daje nieograniczone możliwości dla dalszych zakupów: NIGDY nie jest za dużo, ZAWSZE jest kogo obdarować. Jeśli wszystkie przyjaciółki własne i dalekie znajome sąsiadów dostaną od Ciebie upominki, a kosmetyków wciąż masz zbyt wiele (co powoduje dyskomfort przy dalszych zakupach), zorganizuj rozdanie na blogu. Potem kolejne. I jeszcze jedno. Tylko nie zadawaj trudnych pytań – chyba nie chcesz ryzykować, że nikt nie weźmie udziału?

9. Filantropia doskonała


Kupujesz dla dobra innych. Przecież musisz przetestować, a potem napisać recenzję. To nic, że sto osiemdziesiąt innych blogerek opisało już swoje wrażenia. Twoja opinia jest równie cenna!

10. Wolnoć Tomku w swoim domku


Ostatecznie kogo obchodzi to, co robisz? To WYŁĄCZNIE Twoja sprawa. A że dzielisz się swoimi zakupami z rzeszą czytelniczek na blogu? Cóż, w końcu wszystkie jesteśmy nienormalne...

17.01.2014

Agata smaruje i... Lusha rozdaje!

Agata smaruje i... Lusha rozdaje!
No dobrze. Sprawa jest taka. Ja mam dla Was nagrody, a Wy bierzecie udział w moim konkursie. Nagrody są fajne, a jedna przybyła z daleka i nie może dłużej czekać. W komentarzu zgłaszacie chęć udziału i... już. Będzie mi bardzo miło, jeśli osoby, które wpadną tu po Lusha i spółkę, okażą się Obserwator(k)ami, ale nie jest to konieczne. Umowa stoi?


Lush – Honey I Washed the Kids – słyszałyście o Lushu? To taka firma z Wielkiej Brytanii, która ma brzydkie opakowania, jej kosmetyki często śmierdzą i mają krótką datę ważności. Może coś Wam się obiło o uszy :D. To mydło akurat pachnie słodko i pięknie, więc może znajdzie się tu jakaś amatorka miodowej pielęgnacji?

Bomb Cosmetics – kremowa babeczka do kąpieli Budyń z Rabarbarem – nie mam wanny, więc nie powiem Wam, jak babeczki Bomb Cosmetics zachowują się w wielkim zbiorniku wodnym. Musicie przekonać się same.

Tołpa – Dermo Face Hydrativ – maska kompres nawilżająco-odprężająca – pisałam o niej w ostatnim denku: KLIK. Zachwyciła mnie mocami nawilżającymi, a teraz... moc jest z Wami!

Nuxe Body – miniatura żelu pod prysznic z migdałami i płatkami kwiatu pomarańczy – dobra okazja, żeby sprawdzić, jakiej jakości kosmetyki oferuje firma Nuxe. 

A ten mało ciekawy słoiczek z odręcznie nabazgranym napisem to próbka Organique Mask&Wash Cream w wersji z trawą cytrynową, o taka: KLIK. Przeznaczona jest do ciała, ale pani z Organique zachęcała do testowania na twarzy. Czy jest na sali jakaś odważna dama?

Z osobą, która wygra, chętnie podzielę się również Coalface od Lush, czyli węglową myjką do twarzy. 


Na zgłoszenia czekam do 24 stycznia. Potem odbędzie się losowanie i uroczyste ogłoszenie zwycięzcy. To co, 3,2,1... START!

15.01.2014

CeCe of Sweden – Argan Body Elixir [recenzja niesponsorowana]

CeCe of Sweden – Argan Body Elixir [recenzja niesponsorowana]
Zanim zdążyłam powcierać eliksir od CeCe of Sweden, a potem zwierzyć się Wam z moich odczuć, rozpanoszyły się na blogach recenzje sponsorowane na temat całej linii kosmetyków do pielęgnacji włosów i ciała z olejem arganowym. Spora kampania blogerska CeCe uświadomiła mi, że coraz trudniej zaskoczyć Was nowościami. Może stąd moje ostatnie retro-posty – podświadomy bunt przed nowym? Postanowiłam jednak nie poddawać się i napisać na temat Argan Body Elixir z perspektywy osoby nieobdarowanej. Szczególnie, że nie widziałam ani jednej recenzji dotyczącej akurat tego specyfiku. 


Tę niewielką, niepozorną, plastikową flaszkę kupiłam w pobliskim Super-Pharmie. Nie było na nią żadnej promocji, więc zapłaciłam niecałe 30 zł. Zobaczyłam Argania Spinosa Kernel Oil wysoko w składzie (trzecie miejsce) i pomyślałam, że to będzie dobre i ciekawe pierwsze bliskie spotkanie ze sławnym olejem z kozich bobków*. 

Eliksir przeznaczony jest do skóry suchej, ale nie wiem, czy sprawdziłby się dobrze akurat na takiej. Moja sucha nie jest, nawet w sezonie grzewczym, ponieważ od kiedy mam bloga, nawilżam ciało codziennie (taka ze mnie pilna Petronela). Chociaż może to nie tak. Chodzi o to, że jeśli szukacie porządnego nawilżacza, Argan Body Elixir się nie nada, ale nie wiem, czy ktokolwiek kupuje minibutelkę czegoś podejrzanego po to, żeby natchnąć swe sucharki wilgocią nieopisaną. Ja w każdym razie bym na to nie wpadła i nie po to kupiłam ten eliksir. Tu nie chodzi o głębokie nawilżenie. Chodzi o uczucie ekstremalnie zadbanej skóry. W ogóle nie spodziewałam się takiego efektu po niepozornej, mało ciekawej buteleczce od CeCe.

Do rozpaczy doprowadza mnie mikronakrętka, która zdecydowanie zbyt łatwo upada na ziemię, a jej mikrość sprawia, że jest niebywale trudna do odnalezienia na moim długowłosym dywanie.

Przejdźmy do rzeczy. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, kiedy spróbowałam Argan Body Elixir, to jego bardzo konkretne przeznaczenie: oto mamy kosmetyk, który idealnie nada się na randkę z serii kolacja ze śniadaniem. Ma delikatny, nieco słodki, może trochę orzechowy aromat, o którym najprościej powiedzieć: niezwykle dyskretny. Nie wiem, jak pachnie olej arganowy solo, ale może to właśnie jego zapach? Trudno orzec, bo w składzie jest Parfum, w każdym razie zapach jest ledwo wyczuwalny, idealny do stworzenia dowolnego duetu z ulubionymi perfumami lub do samodzielnej prezentacji. Zapewniam, że nie odwróci uwagi drugiej osoby dramatu od tego, co kluczowe. No. A teraz działanie. No więc. Kosmetyk działa. Działa wprost niebywale! Wchłania się błyskawicznie, dużo sprawniej niż suche olejki, o których ostatnio pisałam (klik), do tego pozostawia skórę aksamitnie gładką i ani trochę tłustą, mimo oleistej formuły. Po pierwszym użyciu pomyślałam, że tak naprawdę to wszystko pic na wodę fotomontaż, bo na drugim miejscu w składzie znajduje się Dimethiconol, czyli silikon z grupy suchych emolientów. Silikony zawsze wszystko pięknie wygładzają, ale robią to, tworząc warstwę okluzyjną, a nie poprzez jakieś wyszukane działanie pielęgnacyjne. Dimethiconol należy na szczęście do grupy tzw. przyjaznych silikonów, czyli łatwo go zmyć najlżejszym detergentem (łagodnym szamponem lub żelem myjącym). Reszta składu okej – krótko i bez zastrzeżeń, chyba że nie lubicie parabenów. Mi one ani trochę nie przeszkadzają. 


Nie wiem, czy wyraziłam się odpowiednio jasno: ten eliksir w kilka sekund sprawia, że Wasza skóra staje się idealnie gładka, zadbana i niesamowicie przyjemna w dotyku. Nie poczujecie wyjątkowego nawilżenia, ale nie jest też tępo-gładka. Efekt genialny. No i takie właśnie gładkie, lekko aromatyzowane ciałko możecie poddać rozkoszom wszelakim bez wstydu, a nawet z dumą. Tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia ;). Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby korzystać z arganowych dobrodziejstw dla własnej przyjemności i satysfakcji. W szczegóły nie wnikam... Wspominałam o pierwotnym podejrzeniu silikonowej ściemy. Otóż podejrzenie okazało się bezpodstawne, ponieważ następnego dnia po aplikacji skóra wciąż jest gładka i pozostaje taka nawet po wieczornym prysznicu. Czy to znaczy, że olej arganowy pielęgnuje? Na to wygląda. Może nie bez powodu cały świat się nim zachwyca? Tutaj macie go pod dostatkiem, dlatego jeśli potrzebujecie na cito zadbanego, dobrze_się_prezentującego cielska, wpadnijcie do sklepu po Argan Body Elixir. Ja już kończę ten list, bo to się robi nieprzyzwoite ;).

Pojemność: 75 ml
Cena: 25–30 zł
Ocena: 6/6


*Pewnie większość z Was słyszała o tradycyjnej metodzie pozyskiwania oleju arganowego. Jeśli nie, przypomnę, że polega ona na zmieleniu ziaren owoców drzewa arganii do postaci oleistej pasty, z której następnie ręcznie wyciska się olej. Problem w tym, że ziarna trudno rozłupać, dlatego zbiera się je wyplute lub wydłubuje z kozich odchodów. Smacznego i przepraszam. Oczywiście współcześnie znakomita większość oleju dostępnego w sprzedaży solo lub w kosmetykach pozyskiwana jest mechanicznie, podobno w okresie owocowania drzewa arganowe chronione są przed inwazją kóz przez specjalnie do tego celu zatrudnionych strażników. Świat jest niesamowity, prawda?



Moja passé kolekcja pomadek we flamastrze

Moja passé kolekcja pomadek we flamastrze
Wybaczcie, ale muszę o nich napisać, zanim staną się tak niemodne jak spodnie aladynki, tapir z zaczeską i przeboje De Mono. 

Idea pomadek we flamastrze spodobała mi się jeszcze latem – oczami wyobraźni widziałam te pięknie, soczyście podkreślone usta, na których nie czuć ważącej się w upale, ciężkiej warstwy. Nic, tylko kolor. Prawda okazała się niestety trochę brutalna, a niespełnione marzenie o bajkowych ustach miało wiele wspólnego między innymi z... grawitacją. 


Jako pierwszy w moich zbiorach pojawił się Colour Infusion od Catrice. Najpierw malinowy Red&The City (recenzja + swatch tutaj: KLIK), a następnie jaśniejszy, bardziej cukierkowy Don't Call Me Princess. Kiedy już wiedziałam, że nie jest tak pięknie, jak się spodziewałam, postanowiłam dać szansę innym firmom i kupiłam online dwóch reprezentantów flamastrowych Astor: wesoły róż (Perfect Stay lip tint nr 152 – Nude Pink) i teoretycznie bardzo mój brąz (Perfect Stay lip tint nr 302 – Noisette). Na koniec obrzydliwie rzucający się w oczy LipStain NYC (Smooch Proof LipStain 16H nr 499 Forever Mine Wine) i gotowe. Oto moja kolekcja bezsensownych pomadek we flamastrze, która przede wszystkim charakteryzuje się tym, że zawiera odcienie, jakich nie używam, bo są krzykliwe, różowe lub bordowe, a ja jestem brązowo-nudną panią. Ale taki miałam kaprys.

Od góry: NYC, 2x Catrice, 2x Astor

Latem okazało się, że te szalone róże są trochę nie-teges. Było mi z nimi ciężko, flamastrowa formuła zupełnie się nie sprawdzała (brak właściwości pielęgnacyjnych, motyw Sahara, szczegóły niżej), a poza tym wcale nie chciałam krzyczeć do ludu maliną i bordo, bo jakbym krzyknęła, od razu zwróciłabym uwagę na świeżutki, lejący się ochoczo ze strefy T smalczyk. Miałam plan, że w okresie jesienno-zimowym wrócę do flamastrów i będę ordynarnie zwracać na siebie uwagę tuptaniem w skórzanym płaszczyku z ustami mówiącymi: jestem zadbaną, wyzwoloną matką Polką, trochę zdzirą, krzyczę to do ciebie, przechodniu z puszką piwa! Niestety, z jesiennego manifestu również nic nie wyszło. Głównie dlatego, że o mojej kolekcji... zapomniałam. 

Ale oto dziś są tutaj z Wami. Przybyły wszystkie! Specjalnie dla Czytelników bloga Smaruję, wcieram, maluję postanowiły ukazać swą ułomność i ukrytą brzydotę! Oto mój best of lip-uglifiers


Catrice Colour Infusion w obu wariantach kolorystycznych charakteryzuje się szybkim wysychaniem wkładu i problematyczną aplikacją na górnej wardze. W dniach pierwszej świeżości dało się to jeszcze jakoś zrobić, ale po kilku razach tudzież tygodniach flamastry przestały współpracować. Uczucie w trakcie zupełnie zbliżone do nieudolnych prób podpisania listy obecności  w pozycji „o ścianę”, kiedy to listonosz lub kurier przynosi paczkę i w zamian oczekuje autografu. Znacie to na pewno. Ten przerywający długopis, lekkie posapywanie zniecierpliwienia i tak dalej. To samo z Colour Infusion – nasapiecie się przy malowaniu górnej wargi, aż Wam się odechce tego matu, żywego koloru, tego czegoś_innego. Ponadto flamastry ścierają się nierówno, co możecie zobaczyć w podlinkowanym już przeze mnie poście. Co z tego, że kolory ciekawe, jeśli nie da się z nimi żyć? Jedyne sensowne zastosowanie, jakie przychodzi mi do głowy, to używanie flamastrów przy sesjach zdjęciowych. Jeśli modelka nie będzie dużo gadać w trakcie, jest duża szansa, że zrobią dobre wrażenie.

fot. materiały promocyjne

Flamastry Astor Perfect Stay trzymają podobny poziom. Podobnie trudne w aplikacji (róż wysechł bardzo szybko, brąz jeszcze w dobrym stanie), lekko gorzkie w smaku, ale producent wpadł na wyborny pomysł dołączenia balsamu do ust w skuwce. Balsam to jakiś niezbyt wysokich lotów tłuszczyk i oczywiście można go nakładać tylko po zmalowaniu się flamastrem, ale całkiem to niegłupie i rozwiązuje problem pustynnej suszy, jaką odczuwamy na wargach w przypadku Catrice.  Szkoda tylko, że owy balsam jest tłusto-kleisty i nie bardzo się nadaje... Odcień Nude Pink nawet mi się spodobał, szkoda tylko, że szybko znika z odbicia w lustrze. Z kolei Noisette, w którym pokładałam największe nadzieje, kolorystycznie zawiódł na całej linii. To jakiś płaski, nieciekawy brąz, który na ustach wygląda dokładnie tak, jak sugeruje nazwa: jakbym zrobiła make-up przy użyciu szkolnych flamastrów. Nawet nie chciało mi się robić zdjęć, kiedy go miałam na ustach, więc wybaczcie, ale podglądu nie będzie.


Najbardziej zaskoczył mnie Smooch Proof LipStain 16H od NYC w odcieniu nr 499 Forever Mine Wine. Maźnięty po ręce wygląda jak fuksja, ale na ustach jest sporo ciemniejszy – rasowy buraczek. Ładnie pachnie (tak jakoś gruszkowo?), jest bardzo mokry, więc przyjemnie się aplikuje i grawitacja nie jest przeszkodą, no i ma ostrą końcówkę, co ułatwia obrysowanie konturu ust (w moim przypadku jest to utrudnienie, gdyż daleko mi do precyzji chirurga – ręce trzęsą mi się jak u 70-latki z parkinsonem). Producent obiecuje 16-godzinne trwanie na ustach, co jak zwykle jest grubą przesadą, ale zaskoczył mnie tym, jak się trzymał skóry i nie chciał sobie pójść, nawet gdy ja już chciałam go wyprosić. Fotka na dole pokazuje LipStaina po dwóch godzinach i kubku herbaty. Z bliska nie prezentuje się najlepiej, ale z daleka wciąż wyglądał dobrze. Jaśnieje względnie równo (dużo lepiej od malinowego Catrice), tylko ciężko mu zrobić ostateczne do widzenia – trę, trę, micelem, mleczkiem, dwufazą, a ten się trzyma mych ust jak rzep psiej dupy. Da się go zmyć, ale nie jest to łatwe. No cóż, producent ostrzega, że Forever Mine Wine jest nie do zajechania :). 


Zatem jeżeli którejś z Was przyszłaby jeszcze ochota na spróbowanie tej dwudziestej wody po kisielu, z mojej strony specjalnej zachęty nie będzie. No, może warto rozważyć niezniszczalną NYC, ale reszta – wielkie nic specjalnego. Flamastry powoli wychodzą już z użycia, ale można je jeszcze tanio kupić w internecie. 

12.01.2014

Suche olejki: Nuxe Huile Prodigieuse vs. Yves Rocher Monoi de Tahiti – który lepszy?

Suche olejki: Nuxe Huile Prodigieuse vs. Yves Rocher Monoi de Tahiti – który lepszy?
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o suchych olejkach, nawet nie umiałam ich sobie wyobrazić. Przecież olejek z natury jest tłusty, sprawdziłam to dokładnie na milutkim ciałku Tomasza i mniej milutkim własnym. O co więc chodzi z olejkami suchymi? To prawie tak absurdalne jak woda w proszku. Tak sądziłam.


Pierwszym suchym olejkiem, jaki trafił w moje ręce, był yvesrocherowy Monoi de Tahiti. Zainteresował mnie po przeczytaniu recenzji u Magdy na Wakacjach i podczas jednego z szalonych rajdów po stronie Yves Rocher wrzuciłam go do koszyka. Blogowy klasyk – Nuxe Huile Prodigieuse – dołączył do zbiorów niedługo później. Kupiłam go na wrześniowym urlopie w Gdyni i jego zapach chyba już zawsze będzie mi się kojarzył właśnie z tymi wakacjami. 

Teraz już wiem, że suchość tych olejków wiąże się z ich szybkim wchłanianiem – tłusty płyn po krótkiej chwili znika z powierzchni skóry, pozostawiając po sobie tylko ledwo wyczuwalną pod palcami warstwę ochronną. Ten efekt jest interesujący, ale nie zachwyciłby mnie, gdyby nie intrygujące nuty zapachowe, jakie odnalazłam w obydwu butelkach. 


Zacznijmy od klasyka. Nuxe Huile Prodigieuse [czyt. niuks łil prodiżjuz] mieści się w eleganckiej, szklanej butelce z atomizerem, która ma pewną wadę – jest okrutnie niewygodna. Gdy zaczynamy aplikować olejek, dłonie ślizgają się po ciężkim szkle, a kwadratowa, spora butelka bardzo źle leży w tłustej dłoni. To chyba jedyne, co mi się w nim nie podoba. Ja mam największą pojemność – 100 ml, ale są też pięćdziesiątki, które na pewno łatwiej okiełznać. 

Oleje: ze słodkich migdałów, kamelii, ogórecznika, orzechów makadamia i laskowych, olej słonecznikowy i oliwa z oliwek, to tylko niektóre z tłustych składników Huile Prodigieuse. W składzie znajdziecie też ekstrakt z dziurawca, liści rozmarynu, wyciąg z pomidora i witaminę E. Wiele cennych składników plus absolutnie tajemniczy parfum/fragrance. Czym pachnie ten olejek? Nie mam pojęcia, ale jest to jeden z najpiękniejszych zapachów, jakie aplikowałam na skórę. Jak go określić – orientalny? To za mało, w każdym razie jest piękny, może trochę kadzidlany, sama nie wiem... Bez wątpienia to największa zaleta olejku od Nuxe. 

Producent określa go jako multifunkcyjny i przeznacza do ciała, włosów, a nawet twarzy! Właściwości pielęgnacyjne pośladków mi nie urwały, ale chodzi raczej o ogólne właściwości suchych olejków – brakuje mi spektakularnego nawilżenia, brakuje tego ukojenia, jakie dają najlepsze masła i kremy nawilżające. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość tego typu produktom – nawilżenie jest zadowalające, a do tego oleje dają efekt cudownego wygładzenia, zatem wcieranie oleistej mazi w ciało, włosy czy twarz swój sens posiada. I to całkiem spory. Nie pryskałam włosów na całej długości, tylko końcówki. W tej roli sprawdził się dobrze. Twarz chętnie przyjmuje olejowe dobrodziejstwa od Nuxe, ale nie każdemu może odpowiadać wyrazisty zapach tak blisko nosa. Moja teściowa jest zachwycona, ja na sobie nie sprawdzałam z uwagi na kapryśną cerę. Mimo zdecydowanej zapachowej nuty olejek Nuxe nie jest duszący. Aromat utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, ale jest delikatny, niedrażniący. Zupełnie inaczej sprawa ma się z Monoi de Tahiti od Yves Rocher...


Olej monoi de Tahiti to macerat kwiatów monoi, czyli gardenii tahitańskiej, w oleju kokosowym. Nie całkiem jeszcze otwarte kwiaty monoi są ręcznie zbierane, a potem macerowane nie krócej niż 10 dni. To może oznaczać tylko jedno: propozycja Yves Rocher sadzi tahitańską gardenią aż miło. Zapach tego olejku jest bardzo egzotyczny, bardzo ciekawy i jednocześnie tak intensywny, że wciąż jeszcze zastanawiam się, czy pachnie cudownie, czy poddusza smrodem. Łatwo przekroczyć cienką granicę przy takich zdecydowanych, mocnych aromatach. Są dni, gdy zapach Monoi de Tahiti mnie zachwyca, są i takie, gdy kompletnie nie mam na niego ochoty. Nie jest oczywiście tak intensywny jak perfumy czy woda toaletowa, ale za to bardzo trwały – po zbliżeniu nosa nawet po pięciu godzinach wciąż czuć tahitańską gardenię bardzo wyraźnie. Po takim czasie po olejku Nuxe zapachowo nie ma już śladu. Lekko odparowany na skórze pachnie dużo lepiej niż zaraz po się_spryskaniu. Odwrotnie do Nuxe, który ucieka spod nosa zdecydowanie za szybko i szybko zaczynam za nim tęsknić. Monoi de Tahiti to zapach wakacji – takich, na które sama nigdy się nie wybieram, czyli plaża, drinki z palemką i usmażona w słońcu skóra. Miło jednak pomarzyć o słońcu i rozgrzanych pośladach – szczególnie gdy za oknem śnieg z deszczem, mimo dość zaawansowanego stycznia. 

Olejek Yves Rocher mieszka w plastikowej butelce, która dużo lepiej pasuje do dłoni, ale nie jest już tak estetyczna jak Nuxe. Mimo wszystko moim zdaniem wciąż ładna. W obydwu przypadkach atomizer jest niebezpieczny – łatwo obryzgać wszystko naokoło olejkiem, który – mimo że suchy – to jednak wciąż zachowuje swoje tłuste właściwości i niechętnie wyprowadza się z ubrań. 
Właściwości suchego olejku Yves Rocher są zbliżone do Nuxe. Szybko się wchłania, nie pozostawia nieprzyjemnej tłustej warstwy, dobrze pielęgnuje. Dopieszcza zmysły, rzecz jasna jeśli akceptujecie ten specyficzny zapach. Wrażliwym nosom sugeruję powąchanie go w sklepie stacjonarnym – ja poszłam na całość, ale uwielbiam słodsze, cięższe zapachy kosmetyków, więc istniała duża szansa, że mi się spodoba. Olejek można stosować do ciała i włosów, ale nie nadaje się do twarzy, choćby ze względu na ten trudny zapach.

Który jest lepszy? Trudno powiedzieć. Zależy, co dla Was jest najważniejsze w tego typu kosmetykach. Cenowo zdecydowanie wygrywa Monoi de Tahiti, właściwości mają podobne, a zapach to sprawa indywidualna. Gdybym miała wybierać, postawiłabym raczej na produkt Nuxe – aromat tego olejku jest dla mnie jednoznacznie cudowny, no i nie jest tak intensywny jak Yves Rocher, co sprawia, że zawsze mam na niego ochotę. Warto też zwrócić uwagę na jego multifunkcyjność – z powodzeniem można używać go do twarzy, podczas gdy producent Monoi de Tahiti nawet tego nie zaleca. Mimo wszystko tahitańska gardenia też daje radę i jako produkt do pielęgnacji ciała jest godna polecenia. Jeżeli lubicie wyraziste, egzotyczne nuty zapachowe, a wydanie przynajmniej 70 zł na 100 ml olejku to dla Was rozbój w biały dzień, polecam propozycję Yves Rocher – jakością nie ustępuje słynnemu Huile Prodigieuse. Francuzi jednak wiedzą, co dobre!


Yves Rocher – Monoi de Tahiti
Pojemność: 125 ml
Cena: 39 zł (cena regularna, w Yves Rocher bardzo łatwo o promocje)

Nuxe – Huile Prodigieuse
Pojemność: 50 lub 100 ml
Cena: bardzo różna, można go kupić solo i w zestawach, ceny zaczynają się od 45 zł za 50 ml; większą pojemność widziałam już za niecałe 70 zł.

09.01.2014

Yves Rocher – Riche Crème – przeciwzmarszczkowy krem pod oczy – starsza wersja [recenzja]

Yves Rocher – Riche Crème – przeciwzmarszczkowy krem pod oczy – starsza wersja [recenzja]
Kremy pod oczy zainteresowały mnie, kiedy niebezpiecznie zbliżyłam się do trzydziestki. Dla beauty-blogerek to pewnie jak pierwszy pocałunek na emeryturze, ale moja mama do niedawna też nie używała żadnego kremu pod oczy, więc kto niby miał mi dać dobry przykład? Zaczęłam od lekkich nawilżaczy, potem próbowałam czegoś na zmniejszenie cieni, ale kiedy pewnego poranka przy aplikacji korektora pod oczy (tak, tak, krem przeciw cieniom nie zadziałał zbyt dobrze) zauważyłam, że brzydko wchodzi w zmarszczki, w mózgownicy coś się zatliło... Najpierw była to myśl: „co za beznadziejny korektor!”, potem: „w sumie nie jest zły, tylko czemu brzydko zbiera się w tych bruzdach?” i nagle lampka się zapaliła: „yyyy, zaraz, zaraz, jakich bruzdach? mam coś pod oczami!”. Stąd do rozważań o istocie wszechrzeczy i nieuchronności przemijania droga niedaleka, ale jednak skupię się na kremowaniu delikatnych okolic wokół oczu. Zmarszczek dużych nie mam, ale przecież to dopiero początek...


Riche Crème trafił pod moje skrzydełka jako jeden z gratisów, którymi regularnie raczy mnie Yves Rocher (o szczegółach mojego romansu z YR pisałam niedawno TU). Krem przeznaczony jest do cery dojrzałej (znajduje się w dziale 50+), więc mogłabym poczuć się urażona tym prezentem, ale ja nie z tych. Z tamtych też nie. Upominek przybył w starszej szacie graficznej z dawnym logotypem, a dzięki Marilyn ze Świata Kosmetyków, która do recenzji nowej wersji dorzuciła fotkę INCI, dowiedziałam się, że lifting opakowania zbiegł się z liftingiem składu. To będzie jego co najmniej trzecia generacja, bo skład z mojego pudełka nie zgadza się z tym wklejonym na Wizażu. Póki co na stronie Yves Rocher można nabyć zarówno starszą, jak i nowszą generację Riche Crème pod oczy, dlatego jeśli któraś z Was wielbi go w wersji, którą właśnie prezentuję, radzę zrobić zapasy.


Producent kusi tymi oto słowy:
„Krem pod oczy o działaniu przeciwzmarszczkowym to kosmetyk idealny dla suchej, dojrzałej cery. Lekka, świeża konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie się kosmetyku w delikatną skórę. Krem odmładza spojrzenie, wygładzając skórę wokół oczu, głęboko odżywia i regeneruje naskórek. Skóra jest gładsza, bardziej napięta i mocniejsza, a zmarszczki płytsze”.
A ile z tego pitu-pitu to prawda? Hmmm, całkiem sporo. Przynajmniej z perspektywy okołotrzydziestki.


Krem faktycznie jest lekki (zupełne przeciwieństwo kremu Himalaya, o którym pisałam tu: KLIK), a jednocześnie ma półtłustą formułę, co znaczy, że nie znika tak szybko, jak to sobie wyimaginował specjalista od reklamy Yves Rocher, ale też nie obciąża wrażliwej skóry pod oczami. Nadaje się na dzień i na noc, nie utrudnia pracy z korektorem, bardzo przyjemnie pachnie (nieco trąci różą, ale to całkiem logiczne w kremie dla starszaków – w składzie olejek z róży muscat, pewnie dlatego), nie podrażnia, nawet jeśli lubicie ładować krem zaraz pod rzęsami (czego nie polecam, ale wiem, że to dość częsty obyczaj). Jest dość wydajny – starczył mi na prawie dwa miesiące wklepywania raz lub dwa razy dziennie (różnie bywało).

Skład jest długi jak kolejka po wódkę w sylwestrowy wieczór i zawiera same cuda oraz dziwy. Zaraz po wodzie mamy ślaz dziki (który zniknął w nowej odsłonie) i mocznik, dalej glicerynę, silikony, a potem całą listę modnych INCI-ulubieńców. Producent przysięga, że wlał tam 30 olejków roślinnych. W sumie nie wiem, po co aż tyle i nie liczyłam, więc wierzę na słowo, ale miłe dla czytelników składów słówka lecą jedno po drugim: shea, winogrona, wiesiołek, oleje z orzechów, awokado, bawełny, ryżu, pszenicy... nawet ćwierć kropli oleju arganowego się znalazło (przedostatnie miejsce w składzie). Gdzieś pomiędzy tym wszystkim mamy parafinę i parabeny, ale doprawdy trudno je dostrzec w tym olejowym gąszczu.

Co z tego wynikło? Ano sporo. Zmarszczki nie zaginęły na kartach historii, nie wiem nawet, czy choć trochę się spłyciły, ale skóra pod oczami jest w wyraźnie lepszej kondycji. Dobrze nawilżona, odżywiona, może i nawet bardziej napięta. Warto stosować ten krem dwa razy dziennie, bo efekt jest dużo lepszy. Nie ma co liczyć, że Riche Crème ocali przed marszczeniem umęczoną przewlekłym życiem skórę babci Józefiny, ale zdecydowanie może przynieść jej ukojenie i porządne nawilżenie. Dla babć Józefin, pragnących ukryć wylewającą się spod oczu metrykę, to będzie za mało. Dla tych, które starzeją się z godnością – w sam raz.

Ciekawe, jak sprawdzi się nowsza generacja. Dam Wam znać.


Pojemność: 15 ml
Cena: 92 zł (cena regularna, ale – jak zwykle w przypadku YR – trudno kupić ten krem tak drogo)
Ocena: 5+/6

05.01.2014

L'Oréal – Super Liner Diamantissime [recenzja]

L'Oréal – Super Liner Diamantissime [recenzja]
Ten liner kupiłam jeszcze latem, ale wtedy rzadko go używałam. Dopiero gdy nadeszły chłody, słoty i wszechogarniający jesienny mrok, nabrałam ochoty na wyjątkowość Diamantissime.


Super Linery od L'Oréal bywały różne. Mniej lub bardziej czarne, w wersji duo, w formie żelka w słoiku. Diamantissime była serią limitowaną na Boże Narodzenie 2012 i nie ma jej od dawna w ofercie marki. Na szczęście są jeszcze sklepy, które schomikowały w magazynach linery Diamantissime, w dodatku można je dostać nawet za pół ceny (TU, TU, na Allegro np. TU). 


Trzeba Wam wiedzieć, że moja umiejętność robienia kreski na górnej linii rzęs jakimkolwiek eyelinerem czy nawet kredką jest zbliżona do makijażowych predyspozycji konika morskiego. No dobra, konik ma gorzej, bo genetycznie odjęto mu kończyny, ale ja niewiele lepsza. Eyeliner w pisaku to naprawdę najprostsze, co mogło mi się przytrafić, a jednak nawet jego się bałam. Doświadczenie mówiło mi, że zwykłym linerem we flamastrze można zrobić piękną kreskę lub koncertowo spierniczyć wykończenie makijażu – jeden fałszywy ruch i już mocna, trwała, krzywa linia zamiera na powiece niczym gips na łydce.


W tym wypadku mamy do czynienia z elastycznym, gąbkowym pisakiem, którym da się wykonać dość cienką kreskę (jednak nie z tych najcieńszych), ale jak zwykle jest to trudne i wymaga wprawy, za to pięknie i bajecznie łatwo wychodzi gruba, konkretna krecha. Jeśli więc takiej potrzebujecie i ma być to pierwsza kreska w Waszym życiu, polecam serdecznie.


Jeśli zaś chodzi o walory kolorystyczne, eyeliner jest czarny, ale ze świecidełkami, które są słabo widoczne na oku, a jednak nadają spojrzeniu „to coś”. Swatch zrobiłam kilka miesięcy temu w pośpiechu, potem miałam poprawić, a potem nadeszły chłody, słoty i jesienny mrok i jakoś już nie wyszło. W każdym razie z załączonego obrazka wynika jasno, że świecidełka są, widać też, że jeśli szybko i mocno dociśniemy aplikator do skóry, kreska wyjdzie blada w środku i intensywna na brzegach, co może być pewną wadą. Sytuacja jak najbardziej do opanowania: jeżeli liner świeżo nałożony na gąbkowy aplikator niespiesznie trafi do miejsca przeznaczenia, wyjdzie ładna, intensywna czerń, połyskująca zalotnie. Innym sposobem jest poprawienie drugą warstwą. To pewna niedogodność, ale dla mnie niegroźna.

Trwałość na powiece w porządku, na koniec dnia kreska wciąż jest tam, gdzie być powinna. Dużą zaletą jest też trwałość w opakowaniu – po kilku miesiącach od otwarcia nadal mam do czynienia z pełnowartościowym produktem, który nie wysechł, nie zmienił właściwości i nic złego mu się nie przytrafiło po drodze. Producent wyznaczył 6 miesięcy na zużycie Diamantissime. Aha, przed każdym użyciem trzeba wstrząsnąć butelkę – kuleczka w środku wie, co ma robić.

Nie mam problemów z demakijażem, liner nie podrażnia mi oczu, choć oczywiście nie gwarantuję, że i u Was będzie tak kolorowo. Ja w każdym razie bardzo go lubię i polecam, nie tylko w karnawale.

W tym sezonie Super Linery występują w kolekcji Luminizer, której założenie jest takie, że produkty dopasowują się do tęczówki dzięki odbijającym światło pigmentom. Mamy do wyboru cztery wersje kolorystyczne. Ciekawe, czy to faktycznie działa, czy kolejna marketingowa ściema. Używałyście Luminizerów?

Pojemność: 6 ml
Cena: obecnie 16–20 zł
Ocena: 5/6

03.01.2014

Orly – Smolder, czyli piękna, winna błyskotka

Orly – Smolder, czyli piękna, winna błyskotka
Nie mam dziś weny na pisanie tłuściutkich, rzetelnych recenzji, więc pójdę na łatwiznę i pokażę Wam lakier. W odcieniu Smolder zakochałam się przy oglądaniu swatchy i zapragnęłam zaszaleć z czymś tak ciemnym po raz pierwszy w karierze nie-lakieromaniaczki. Tak się jakoś złożyło, że na szaleństwo wzięło mnie w Wigilię i przez dwa świąteczne dni paradowałam z prawie czarnymi (z perspektywy babci, cioci i pozostałych biesiadników) paznokciami. Zupełnie jak nie ja. Matka Polka Smolderka.



Mój lakier wywołał nieme poruszenie przy stole, tymczasem Smolder to piękny, wielowymiarowy, winny odcień, któremu daleko do czerni. W świetle ukazują się niezwykłej urody drobinki – ba, miliony drobinek! – które momentami wpadają w czerwień, co widać na zdjęciu poniżej (tym z dnem butelki). Na paznokciach nie uświadczymy tak zdecydowanej czerwieni – drobinki w butli ewidentnie poprzyklejały się do ścianek :). Trochę szkoda, ale i bez tego Smolder jest interesujący.



Nałożony grubszą warstwą spokojnie wystarczyłby bez dokładki. Producent zaleca jednak dwie warstwy i przychylam się do jego opinii – druga wydobywa głębię kolorystyczną tego lakieru.
Na zdjęciach nie wygląda tak pięknie jak na żywo, ale wierzcie mi, to niezwykle głęboki i przede wszystkim bardzo elegancki kolor.



Pędzelek jest dość długi, średniej grubości (chociaż może i cienki?), maluje się nim łatwo. Konsystencja idealna. Lakier nie rozlewa się, ale nie jest gęsty i nie ścina się w trakcie aplikacji. Pojemność jest ogromna: 18 mililitrów – prędzej się zważy, niż zostanie zużyta, dlatego malować nim mogą wszyscy krewni i znajomi królika. Na zdrowie!

Na razie w kolekcji mam dwa lakiery Orly i oba spisują się bardzo dobrze. Jedyne, co im dolega po trzech-czterech dniach, to ścieranie z końców, ale gdyby nie to, mogłabym je pewnie nosić, dopóki nie odrosłyby mi brand new paznokcie. Trwałość oceniam więc bardzo wysoko.

Na szczególną pochwałę zasługują nakrętki, które trzyma się w ręku nadzwyczaj dobrze z powodu całkiem zwyczajnego zabiegu – są gumowe. Nie rozumiem, czemu wszystkie lakiery świata w cenie powyżej, dajmy na to, 15 zł nie są ogumione. Przecież to kompletnie zmienia postać rzeczy, kompletnie.

Podoba się Wam Smolder? Ja jestem zachwycona!

01.01.2014

Denko prodżekt, odc. 9

Denko prodżekt, odc. 9
W nowym (oby lepszym!) roku pragnę przedstawić Wam świąteczny posiłek naszej zielonej krowy. Smacznego, krówko!


Tak, tak, objadła się niemożebnie. Jeśli chcecie wiedzieć, po czym się pani szanownej bekło, pierdło, rzygło, a po czym nastąpiła rozkosz nieopisana, czytajcie, co następuje.


Balea – Duschgel – Exotic Shower – tuż przed końcem roku udało mi się wystawić na blogu laurkę tej aromatycznej piance. Będę wspominać ją z czułością, z jaką wspominam bolącego pryszcza, zepsute jedzenie i psią kupę na bucie. Minirecenzja tu: KLIK. Nie i jeszcze raz nie.

Bomb Cosmetics – Raspberry Blower – masło do mycia, które zainteresowało mnie swą innością, a w praktyce okazało się zaklętymi w jednolitą masę obierkami z mydła. Niestety, z użycia na użycie coraz bardziej męczył mnie malinowy zapach, więc moja sympatia do tego masła pod koniec pudełka była już taaaaaka malutka. Myło dobrze, pieniło się zacnie, recenzja tu: KLIK. Zgadnijcie, komu się podobało? Taaaaak, mojemu przedziwnemu mężowi (<3), który z zapałem denkował malinowe obierki, a potem zażądał natychmiastowego wprowadzenia do łazienki kolejnego opakowania, tym razem waniliowego. Sama spodziewałam się wiele po wanilii, bo przecież wanilia to wanilia – czy prawdziwa, czy sztuczna, zwykle daje radę. Ta nie daje. Jest od-ra-ża-ją-ca. Czuję się skutecznie zniechęcona do Bomb Cosmetics.

Yves Rocher – żel do kąpieli i pod prysznic Owies z serii Plaisirs Nature – miniatura, która okazała się bardzo wydajna (wystarczyła na kilkanaście porządnych myć). Kremowa, ale dość płynna formuła nie wysuszała skóry, a zapach... cóż, zapach jest dla mnie bardzo intensywny. Na początku wydawał się świeży i przyjemny, ale potem mnie zmęczył i nie mogłam używać tego żelu codziennie. Moim zdaniem jest identyczny jak w kremie do mycia twarzy Uriage (miniatura była kilka miesięcy temu w boksie Shiny), czyli intensywnie mydlany (mydlano-toaletowy). Właśnie ze względu na zapach nie kupię go ponownie. Raz go kocham, raz nienawidzę. Życie jest zbyt krótkie, by wchodzić w burzliwe związki z żelami pod prysznic.


Bioderma Sensibio AR – krem do cery naczynkowej, o którym pisałam tu: KLIK. Jego największą wadą jest parafina wysoko w składzie, no i nie ma po nim spektakularnych efektów w walce z uprzykrzającymi życie rumieńcami, ale poza tym jest to dobry krem półtłusty, który łagodnie obchodzi się z cerą naczynkową. Pod koniec tuby wnerwia, bo trzeba cisnąć i cisnąć, a jak się ciśnie, to krem strzela swą półtłustą amunicją na lewo i prawo. Możliwe, że kupię go ponownie, chociaż teraz stosuję lżejszą wersję – Sensibio Light – i ta chyba bardziej pasuje do mojej cery.

Tołpa – Dermo Face Hydrativ – maska-kompres nawilżająco-odprężająca na twarz, szyję i pod oczy – długa nazwa, która dobrze opisuje działanie tej dwurazowej maseczki. Nie zawiera PEG-ów, oleju parafinowego, silikonów, formuła opiera się na glicerynie i maśle shea. Ma postać lekkiego, ale treściwego kremu i po dwóch użyciach na tyle mnie zachwyciła, że dokupiłam kilka saszetek. Nawilża genialnie, jest na tyle łagodna, że faktycznie nadaje się również pod oczy, cera staje się po niej gładka i przyjemna w dotyku. Dla mnie super.

Pervoe Reshenie – Baikal Herbals Detox – krem na noc do cery tłustej – nie umiem czytać cyrylicy, ale wierzę sprzedawcom na słowo, że ten rosyjski krem przeznaczony jest dla tłustocerych. Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o działanie, dlatego zanim napiszę obszerną recenzję, zużyję jeszcze jedno opakowanie, tylko tym razem eksperyment odbędzie się w bardziej kontrolowanych warunkach. Użyłam go na dwa razy – nie, nie, spokojnie, jest bardzo wydajny – po prostu robiłam dwa podejścia w odstępie kilku tygodni, a na pewno lepiej by było przetestować go ciągiem. Czytałam pełne zachwytu opowieści i spodziewałam się cudu, który nie nastąpił, ale na pewno poprawia stan cery skłonnej do wyprysków, uspokaja ją. Jest lekki jak na krem na noc, nieźle nawilża, pachnie trochę octowo, ale wciąż ładnie. Nie powalił mnie na kolana, bo w trakcie upałów zaliczyłam jednak kilka niemiłych przygód z ropnymi wypryskami, no i w pierwszym tygodniu stosowania zwiększa wysyp wyżej wspomnianych. Po detoksie oczywiście należałoby się tego spodziewać, po prostu uprzedzam – nie każdy musi mieć ochotę na chwilową fuchę wiedźmy z piernikowej chatki. W moim przypadku wysyp nie był duży, a cera szybko doszła do siebie. Dużo lepsze wrażenie zrobił drugim razem, późniejszą jesienią. Kolejne opakowanie przede mną, zobaczymy.

Himalaya – Under Eye Cream – krem rozjaśniający cienie – jak pisałam TUTAJ, wschodu słońca pod moimi oczami nie uczynił, cienie trochę się zmniejszyły, ale za mało, żeby cieszyć się i świętować. Z perspektywy czasu do mojej recenzji mogę dorzucić dwa fakty: jest ultrawydajny i naprawdę gęsty jak na krem pod oczy. Dotychczas przetestowałam kilka kremów under-eye i ten ma zdecydowanie najtreściwszą formułę. Jeśli więc lubicie gęste konsystencje w tym miejscu twarzy, Himalaya będzie idealna. Ja szukam dalej.


Caudalie – pianka do mycia twarzy – pisałam o niej w grudniu (KLIK), to chyba najłagodniejszy produkt myjący do twarzy, jaki miałam okazję stosować. Bardzo mi się podoba jej działanie, ale niestety, pod sam koniec opakowania (ponad trzy miesiące od pierwszego użycia) zaczęła zmieniać zapach. Pojawiła się wyraźna nuta przepoconych skarpet, co bardzo mnie niepokoi. M., może lepiej nie poluj na opakowania 150 ml... Tak czy siak rozważam kolejny zakup, między innymi po to, żeby sprawdzić, czy historia z zapachem się powtórzy. Zresztą działa świetnie, nawet gdy zalatuje skarpetami, dlatego wciąż mówię TAK.

Yves Rocher – Pure Camille – delikatny tonik rumiankowy do każdego rodzaju cery. Uwaga, teraz powiem coś bardzo dziwnego i niepokojącego (w angielskim jest na to dobre słowo: disturbing). Ten tonik od pierwszego użycia z czymś mi się kojarzył. Zapach jakiś znany... i to znany nie z kosmetyków, tylko raczej z wczesnej młodości... Żeby nie przedłużać. Tonik Yves Rocher od pierwszej do ostatniej kropli pachniał psem mojej chrzestnej. Pies to była suka, od paru lat nie występuje w przyrodzie i bardzo żałuję, bo była fantastyczna. Daisy (stokrotka) pachniała rumiankiem z nutą psa. Była bardzo zadbana. Niemniej... Tonik zaś nie był fantastyczny, ale przyjemny – to tak. Nie podrażniał, nie wysuszał, tonizował (jak to tonik). Tylko zatrzask butelki wkurzał mnie codziennie – działa opornie, jest bardzo głośny i za każdym razem, gdy zatrzaskiwałam butelkę, nasłuchiwałam, czy Niewielki się nie zbudził. Jestem niemalże pewna, że raz obudził go właśnie ten felerny zatrzask, ale to tylko pomówienie – nie mam twardych dowodów. Jak wiecie, regularnie robię zakupy w onlajnowym Yves Rocher, dlatego z ogromnym prawdopodobieństwem kupię go znowu. Choćby po to, by wrócić pamięcią do pięknych lat młodzieńczych... ;).



Tołpa – Dermo Body Mum – krem ujędrniający brzuch, uda, pośladki – mam wielki problem z analizą działania kremów ujędrniających. Albo moja skóra jest tak jędrna, że nie ma co ujędrniać, albo one wszystkie po prostu nie działają i nie spotkałam tego jedynego. Naprawdę nie wiem. Tołpa ma piękną, maślaną konsystencję, dość nieciekawy zapach, który teoretycznie u mam w wersji in progress może wywoływać cofkę (ja niebrzemienna, więc akceptowałam go bez problemu), stosowany tylko na brzuch starczył mi na kilka miesięcy i wydaje się być sensownym rozwiązaniem dla ciężarnych, które toczą nierówną walkę z rozciągającą się w tempie ekspresowym skórą. Mogę powiedzieć tyle: ten krem prawdopodobnie jest dobry.

L'Occitane – Amande – Delicious Hands – o kremach do rąk z serii Amande pisałam ostatnio (KLIK), więc powiem tylko, że mimo posiadania sporych zapasów kremów do rąk, smutno mi, że mój migdałek się skończył. Polubiłam efekt wygładzenia, jaki dawał i będę tęsknić za jego intensywnym zapachem. W dalszej przyszłości chętnie kupię ponownie.

Pat&Rub – Home Spa – peeling solny – to tylko próbka, ale na szczęście na tyle spora, że udało mi się wypeelingować wszystkie części ciała, które były w planach. Bardzo spodobał mi się prawdziwie choinkowy zapach, peeling okazał się porządnym zdzierakiem i jeśli nadarzy się okazja (czytaj: dobry rabat), zmierzę się z pełnym wymiarem. Tylko uprzedzam: zostawia tłustą warstwę, ale ona jest wartościowa i nawet mniej tłusta niż u konkurencji*. Wygląda na to, że warto.


Alterra – szampon nadający połysk Morela i Pszenica do włosów pozbawionych blasku i łamliwych – ach te blogi... gdyby nie one, nie wpadłabym na to, żeby wrzucić do rossmannowego koszyka nieznany szampon za parę złotych. Ale wrzuciłam i nie żałuję. Morela i Pszenica pachnie ani morelą, ani świeżymi bułeczkami, ale aromat jest godny sympatii. Kojarzy mi się z chemiczną wersją coli z cytryną, nietypowy, ciekawy. W składzie nie ma silikonów, żelowa konsystencja bardzo podnosi wydajność, a włosy w czasie mycia w magiczny sposób zwiększają objętość (a przecież nie to miały robić). Po wysuszeniu nie ma efektu wow, ale i tak jest fajnie. Jeszcze go kupię.

L'Biotica Biovax – Intensywnie regenerująca maseczka do włosów przetłuszczających się – w ogóle nie zapamiętałam jej działania, a to oznacza, że nie było nadzwyczajne. Zniechęcona poprzednim szamponem firmy (recenzja tu: KLIK) zawieszam dalsze eksperymenty z ich produktami do włosów.


O kremach Scholla na callusy i popękane pięty pisałam tu: KLIK. Są bardzo złe i nie wiem, czemu dopiero teraz je wyrzucam. Miałam chyba nadzieję, że wymyślę im jakieś zastosowanie, ale potem sobie przypomniałam, że ostatnim miejscem, w jakim lądują wszystkie kremobuble w tym domu, są właśnie stopy, więc następny przystanek = śmietnik. Neutrogena przeznaczona jest do suchych i zniszczonych stóp, ma odżywiać, przywracać miękkość i nawilżać na kolejne 24 godziny. Na pewno jest lepsza od niebieskich kolegów, ale i tak jej nie lubię. Na opakowaniu ma napisane: „Nie zostawia tłustej warstwy”, a jedyne, co mogę o niej powiedzieć, to że sama jest jedną tłustą, niewchłaniającą się warstwą. Po co producenci to robią? Te głupie kłamstewka na tubach i słojach? Ze złości i przeterminowaności połowa opakowania leci do kosza. Nie wrócę do was, cieniasy!


Avon – Magix Face Perfector – silikonowa baza pod makijaż z filtrem SPF 20, której już nie ma w ofercie Avon. Wygładzała twarz silikonami, sprawdzała się dobrze, ale stosowałam ją rzadko, bo boję się zapychania – i tak mam dużo problemów z moją wyjątkowo upierdliwą cerą.

Essence – pomadka nr 56 – Sweet Metal – brązowa, w całości leci do kosza, bo zanim zdążyłam ją wypróbować, złamała się i rozbabrała po całym opakowaniu. Jakiś czas później na wyprzedażach kupiłam kolejną, ale nie spieszy mi się z jej otwieraniem.

Oriflame – Lip Festive w odcieniu Dazzle Brown – sztyft był baaaaardzo długi (4 g) i nie sposób było go wykończyć, tym bardziej, że na co dzień używam błyszczyków lub odcieni nude, a ten tutaj to taka przełamana brązem śliwka. Efekt mi się podobał, ale dość mocno wysuszała usta. Nie kupię ponownie, bo i tak jest już wycofana.

Wibo – stalowy eyeliner – bardzo go lubiłam, nie podrażniał oczu (a miedziany/złoty odcień z tej samej serii szczypie!), dawał ładną, intensywną srebrną kreskę. Za pięć złotych nie ma co spodziewać się wysokiej jakości, dlatego nie dziwił mnie fakt, że pod koniec dnia był już tylko wyblakłą szarością. Dość szybko go zużyłam, ale jest tani i łatwo dostępny, więc wrócę po niego, jak mi się kiedyś przypomni.


Płatki na brodę i czoło Marion oczyszczają słabo, nie wrócę, Kojący żel myjący Bandi piekł mnie i szczypał (miałam w tym okresie mocno podrażnioną skórę, ale haloooo, miał koić), więc również podziękuję za pełny wymiar, krem Eucerin wypełniający zmarszczki zainteresował mnie, ale po jednej próbce ciężko powiedzieć, czy zasługuje na uwagę. Próbka Aloe Sun BB Cream Skin Food, którą dostałam od M. (:*), bardzo mnie zaintrygowała. Konsystencja całkiem lejąca trochę mnie przeraziła, ale okazało się, że krem pięknie współpracuje z cerą i daje ładny efekt (próbka starczyła na dwa razy). Prędzej czy później skuszę się na full opcję, ale na razie mam czym smarować moją jaśnie szanowną.

To tyle. Jestem zadowolona. Pozbyłam się kilku męczących kosmetyków, a wywalanie pudełek po nich to zawsze miłe doznanie. Ciekawe, jak u Was szło czyszczenie szafek na koniec roku. U mnie pełny worek pustaków, a miejsca w szafkach wciąż brak...


*mam na myśli peeling cukrowy Organique.

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger