01.01.2014

Denko prodżekt, odc. 9

W nowym (oby lepszym!) roku pragnę przedstawić Wam świąteczny posiłek naszej zielonej krowy. Smacznego, krówko!


Tak, tak, objadła się niemożebnie. Jeśli chcecie wiedzieć, po czym się pani szanownej bekło, pierdło, rzygło, a po czym nastąpiła rozkosz nieopisana, czytajcie, co następuje.


Balea – Duschgel – Exotic Shower – tuż przed końcem roku udało mi się wystawić na blogu laurkę tej aromatycznej piance. Będę wspominać ją z czułością, z jaką wspominam bolącego pryszcza, zepsute jedzenie i psią kupę na bucie. Minirecenzja tu: KLIK. Nie i jeszcze raz nie.

Bomb Cosmetics – Raspberry Blower – masło do mycia, które zainteresowało mnie swą innością, a w praktyce okazało się zaklętymi w jednolitą masę obierkami z mydła. Niestety, z użycia na użycie coraz bardziej męczył mnie malinowy zapach, więc moja sympatia do tego masła pod koniec pudełka była już taaaaaka malutka. Myło dobrze, pieniło się zacnie, recenzja tu: KLIK. Zgadnijcie, komu się podobało? Taaaaak, mojemu przedziwnemu mężowi (<3), który z zapałem denkował malinowe obierki, a potem zażądał natychmiastowego wprowadzenia do łazienki kolejnego opakowania, tym razem waniliowego. Sama spodziewałam się wiele po wanilii, bo przecież wanilia to wanilia – czy prawdziwa, czy sztuczna, zwykle daje radę. Ta nie daje. Jest od-ra-ża-ją-ca. Czuję się skutecznie zniechęcona do Bomb Cosmetics.

Yves Rocher – żel do kąpieli i pod prysznic Owies z serii Plaisirs Nature – miniatura, która okazała się bardzo wydajna (wystarczyła na kilkanaście porządnych myć). Kremowa, ale dość płynna formuła nie wysuszała skóry, a zapach... cóż, zapach jest dla mnie bardzo intensywny. Na początku wydawał się świeży i przyjemny, ale potem mnie zmęczył i nie mogłam używać tego żelu codziennie. Moim zdaniem jest identyczny jak w kremie do mycia twarzy Uriage (miniatura była kilka miesięcy temu w boksie Shiny), czyli intensywnie mydlany (mydlano-toaletowy). Właśnie ze względu na zapach nie kupię go ponownie. Raz go kocham, raz nienawidzę. Życie jest zbyt krótkie, by wchodzić w burzliwe związki z żelami pod prysznic.


Bioderma Sensibio AR – krem do cery naczynkowej, o którym pisałam tu: KLIK. Jego największą wadą jest parafina wysoko w składzie, no i nie ma po nim spektakularnych efektów w walce z uprzykrzającymi życie rumieńcami, ale poza tym jest to dobry krem półtłusty, który łagodnie obchodzi się z cerą naczynkową. Pod koniec tuby wnerwia, bo trzeba cisnąć i cisnąć, a jak się ciśnie, to krem strzela swą półtłustą amunicją na lewo i prawo. Możliwe, że kupię go ponownie, chociaż teraz stosuję lżejszą wersję – Sensibio Light – i ta chyba bardziej pasuje do mojej cery.

Tołpa – Dermo Face Hydrativ – maska-kompres nawilżająco-odprężająca na twarz, szyję i pod oczy – długa nazwa, która dobrze opisuje działanie tej dwurazowej maseczki. Nie zawiera PEG-ów, oleju parafinowego, silikonów, formuła opiera się na glicerynie i maśle shea. Ma postać lekkiego, ale treściwego kremu i po dwóch użyciach na tyle mnie zachwyciła, że dokupiłam kilka saszetek. Nawilża genialnie, jest na tyle łagodna, że faktycznie nadaje się również pod oczy, cera staje się po niej gładka i przyjemna w dotyku. Dla mnie super.

Pervoe Reshenie – Baikal Herbals Detox – krem na noc do cery tłustej – nie umiem czytać cyrylicy, ale wierzę sprzedawcom na słowo, że ten rosyjski krem przeznaczony jest dla tłustocerych. Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o działanie, dlatego zanim napiszę obszerną recenzję, zużyję jeszcze jedno opakowanie, tylko tym razem eksperyment odbędzie się w bardziej kontrolowanych warunkach. Użyłam go na dwa razy – nie, nie, spokojnie, jest bardzo wydajny – po prostu robiłam dwa podejścia w odstępie kilku tygodni, a na pewno lepiej by było przetestować go ciągiem. Czytałam pełne zachwytu opowieści i spodziewałam się cudu, który nie nastąpił, ale na pewno poprawia stan cery skłonnej do wyprysków, uspokaja ją. Jest lekki jak na krem na noc, nieźle nawilża, pachnie trochę octowo, ale wciąż ładnie. Nie powalił mnie na kolana, bo w trakcie upałów zaliczyłam jednak kilka niemiłych przygód z ropnymi wypryskami, no i w pierwszym tygodniu stosowania zwiększa wysyp wyżej wspomnianych. Po detoksie oczywiście należałoby się tego spodziewać, po prostu uprzedzam – nie każdy musi mieć ochotę na chwilową fuchę wiedźmy z piernikowej chatki. W moim przypadku wysyp nie był duży, a cera szybko doszła do siebie. Dużo lepsze wrażenie zrobił drugim razem, późniejszą jesienią. Kolejne opakowanie przede mną, zobaczymy.

Himalaya – Under Eye Cream – krem rozjaśniający cienie – jak pisałam TUTAJ, wschodu słońca pod moimi oczami nie uczynił, cienie trochę się zmniejszyły, ale za mało, żeby cieszyć się i świętować. Z perspektywy czasu do mojej recenzji mogę dorzucić dwa fakty: jest ultrawydajny i naprawdę gęsty jak na krem pod oczy. Dotychczas przetestowałam kilka kremów under-eye i ten ma zdecydowanie najtreściwszą formułę. Jeśli więc lubicie gęste konsystencje w tym miejscu twarzy, Himalaya będzie idealna. Ja szukam dalej.


Caudalie – pianka do mycia twarzy – pisałam o niej w grudniu (KLIK), to chyba najłagodniejszy produkt myjący do twarzy, jaki miałam okazję stosować. Bardzo mi się podoba jej działanie, ale niestety, pod sam koniec opakowania (ponad trzy miesiące od pierwszego użycia) zaczęła zmieniać zapach. Pojawiła się wyraźna nuta przepoconych skarpet, co bardzo mnie niepokoi. M., może lepiej nie poluj na opakowania 150 ml... Tak czy siak rozważam kolejny zakup, między innymi po to, żeby sprawdzić, czy historia z zapachem się powtórzy. Zresztą działa świetnie, nawet gdy zalatuje skarpetami, dlatego wciąż mówię TAK.

Yves Rocher – Pure Camille – delikatny tonik rumiankowy do każdego rodzaju cery. Uwaga, teraz powiem coś bardzo dziwnego i niepokojącego (w angielskim jest na to dobre słowo: disturbing). Ten tonik od pierwszego użycia z czymś mi się kojarzył. Zapach jakiś znany... i to znany nie z kosmetyków, tylko raczej z wczesnej młodości... Żeby nie przedłużać. Tonik Yves Rocher od pierwszej do ostatniej kropli pachniał psem mojej chrzestnej. Pies to była suka, od paru lat nie występuje w przyrodzie i bardzo żałuję, bo była fantastyczna. Daisy (stokrotka) pachniała rumiankiem z nutą psa. Była bardzo zadbana. Niemniej... Tonik zaś nie był fantastyczny, ale przyjemny – to tak. Nie podrażniał, nie wysuszał, tonizował (jak to tonik). Tylko zatrzask butelki wkurzał mnie codziennie – działa opornie, jest bardzo głośny i za każdym razem, gdy zatrzaskiwałam butelkę, nasłuchiwałam, czy Niewielki się nie zbudził. Jestem niemalże pewna, że raz obudził go właśnie ten felerny zatrzask, ale to tylko pomówienie – nie mam twardych dowodów. Jak wiecie, regularnie robię zakupy w onlajnowym Yves Rocher, dlatego z ogromnym prawdopodobieństwem kupię go znowu. Choćby po to, by wrócić pamięcią do pięknych lat młodzieńczych... ;).



Tołpa – Dermo Body Mum – krem ujędrniający brzuch, uda, pośladki – mam wielki problem z analizą działania kremów ujędrniających. Albo moja skóra jest tak jędrna, że nie ma co ujędrniać, albo one wszystkie po prostu nie działają i nie spotkałam tego jedynego. Naprawdę nie wiem. Tołpa ma piękną, maślaną konsystencję, dość nieciekawy zapach, który teoretycznie u mam w wersji in progress może wywoływać cofkę (ja niebrzemienna, więc akceptowałam go bez problemu), stosowany tylko na brzuch starczył mi na kilka miesięcy i wydaje się być sensownym rozwiązaniem dla ciężarnych, które toczą nierówną walkę z rozciągającą się w tempie ekspresowym skórą. Mogę powiedzieć tyle: ten krem prawdopodobnie jest dobry.

L'Occitane – Amande – Delicious Hands – o kremach do rąk z serii Amande pisałam ostatnio (KLIK), więc powiem tylko, że mimo posiadania sporych zapasów kremów do rąk, smutno mi, że mój migdałek się skończył. Polubiłam efekt wygładzenia, jaki dawał i będę tęsknić za jego intensywnym zapachem. W dalszej przyszłości chętnie kupię ponownie.

Pat&Rub – Home Spa – peeling solny – to tylko próbka, ale na szczęście na tyle spora, że udało mi się wypeelingować wszystkie części ciała, które były w planach. Bardzo spodobał mi się prawdziwie choinkowy zapach, peeling okazał się porządnym zdzierakiem i jeśli nadarzy się okazja (czytaj: dobry rabat), zmierzę się z pełnym wymiarem. Tylko uprzedzam: zostawia tłustą warstwę, ale ona jest wartościowa i nawet mniej tłusta niż u konkurencji*. Wygląda na to, że warto.


Alterra – szampon nadający połysk Morela i Pszenica do włosów pozbawionych blasku i łamliwych – ach te blogi... gdyby nie one, nie wpadłabym na to, żeby wrzucić do rossmannowego koszyka nieznany szampon za parę złotych. Ale wrzuciłam i nie żałuję. Morela i Pszenica pachnie ani morelą, ani świeżymi bułeczkami, ale aromat jest godny sympatii. Kojarzy mi się z chemiczną wersją coli z cytryną, nietypowy, ciekawy. W składzie nie ma silikonów, żelowa konsystencja bardzo podnosi wydajność, a włosy w czasie mycia w magiczny sposób zwiększają objętość (a przecież nie to miały robić). Po wysuszeniu nie ma efektu wow, ale i tak jest fajnie. Jeszcze go kupię.

L'Biotica Biovax – Intensywnie regenerująca maseczka do włosów przetłuszczających się – w ogóle nie zapamiętałam jej działania, a to oznacza, że nie było nadzwyczajne. Zniechęcona poprzednim szamponem firmy (recenzja tu: KLIK) zawieszam dalsze eksperymenty z ich produktami do włosów.


O kremach Scholla na callusy i popękane pięty pisałam tu: KLIK. Są bardzo złe i nie wiem, czemu dopiero teraz je wyrzucam. Miałam chyba nadzieję, że wymyślę im jakieś zastosowanie, ale potem sobie przypomniałam, że ostatnim miejscem, w jakim lądują wszystkie kremobuble w tym domu, są właśnie stopy, więc następny przystanek = śmietnik. Neutrogena przeznaczona jest do suchych i zniszczonych stóp, ma odżywiać, przywracać miękkość i nawilżać na kolejne 24 godziny. Na pewno jest lepsza od niebieskich kolegów, ale i tak jej nie lubię. Na opakowaniu ma napisane: „Nie zostawia tłustej warstwy”, a jedyne, co mogę o niej powiedzieć, to że sama jest jedną tłustą, niewchłaniającą się warstwą. Po co producenci to robią? Te głupie kłamstewka na tubach i słojach? Ze złości i przeterminowaności połowa opakowania leci do kosza. Nie wrócę do was, cieniasy!


Avon – Magix Face Perfector – silikonowa baza pod makijaż z filtrem SPF 20, której już nie ma w ofercie Avon. Wygładzała twarz silikonami, sprawdzała się dobrze, ale stosowałam ją rzadko, bo boję się zapychania – i tak mam dużo problemów z moją wyjątkowo upierdliwą cerą.

Essence – pomadka nr 56 – Sweet Metal – brązowa, w całości leci do kosza, bo zanim zdążyłam ją wypróbować, złamała się i rozbabrała po całym opakowaniu. Jakiś czas później na wyprzedażach kupiłam kolejną, ale nie spieszy mi się z jej otwieraniem.

Oriflame – Lip Festive w odcieniu Dazzle Brown – sztyft był baaaaardzo długi (4 g) i nie sposób było go wykończyć, tym bardziej, że na co dzień używam błyszczyków lub odcieni nude, a ten tutaj to taka przełamana brązem śliwka. Efekt mi się podobał, ale dość mocno wysuszała usta. Nie kupię ponownie, bo i tak jest już wycofana.

Wibo – stalowy eyeliner – bardzo go lubiłam, nie podrażniał oczu (a miedziany/złoty odcień z tej samej serii szczypie!), dawał ładną, intensywną srebrną kreskę. Za pięć złotych nie ma co spodziewać się wysokiej jakości, dlatego nie dziwił mnie fakt, że pod koniec dnia był już tylko wyblakłą szarością. Dość szybko go zużyłam, ale jest tani i łatwo dostępny, więc wrócę po niego, jak mi się kiedyś przypomni.


Płatki na brodę i czoło Marion oczyszczają słabo, nie wrócę, Kojący żel myjący Bandi piekł mnie i szczypał (miałam w tym okresie mocno podrażnioną skórę, ale haloooo, miał koić), więc również podziękuję za pełny wymiar, krem Eucerin wypełniający zmarszczki zainteresował mnie, ale po jednej próbce ciężko powiedzieć, czy zasługuje na uwagę. Próbka Aloe Sun BB Cream Skin Food, którą dostałam od M. (:*), bardzo mnie zaintrygowała. Konsystencja całkiem lejąca trochę mnie przeraziła, ale okazało się, że krem pięknie współpracuje z cerą i daje ładny efekt (próbka starczyła na dwa razy). Prędzej czy później skuszę się na full opcję, ale na razie mam czym smarować moją jaśnie szanowną.

To tyle. Jestem zadowolona. Pozbyłam się kilku męczących kosmetyków, a wywalanie pudełek po nich to zawsze miłe doznanie. Ciekawe, jak u Was szło czyszczenie szafek na koniec roku. U mnie pełny worek pustaków, a miejsca w szafkach wciąż brak...


*mam na myśli peeling cukrowy Organique.

39 komentarzy:

  1. Duuże denko :)
    Tyle osób chwali zapachy Bomb Cosmetics, a tu takie zaskoczenie - jednak co osoba, to inny nos ;)
    Zaciekawiła mnie maska-kompres Tołpy, lubię wszelakie dobrodziejstwa dla cery :)
    Szampon Alterry miałam, nie zachwycił mnie.
    Scholl lubię, szkoda tylko, że są dosyć drogie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z Bomb Cosmetics interesował mnie jeszcze zapach mandarynkowo-pomarańczowy, podejrzewam, że jest najlepszy z całej gromady, ale już mi się nawet nie chce sprawdzać...

      a z Scholla uwielbiam peeling do stóp – sam pumeks, świetny zdzierak!

      Usuń
    2. Mandarynkowo - pomarańczowy ja chcę spróbować! Ale też nie wiem, czy dalej mam ochotę po tym, co przeczytałam ;)

      Usuń
    3. Jej, brzmi niesamowicie.....smacznie :D Może uda sie coś gdzieś dorwać ;)

      Usuń
    4. wiecie, samo masło złe nie jest – trochę przerost formy nad treścią, ale nie warto go skreślać, u mnie zawiodły zapachy na całej linii, ale jakby te cytrusy się sprawdziły, to by był całkiem ciekawy myjak

      Usuń
  2. Rzeczywiście nie warto tracić życia na związki z żelami pod prysznic. Ja nie jestem żadnemu wierna, a przy ich wyborze kieruję się głównie zapachem i wydajnością. Moja skóra nie jest wymagająca i jeszcze żadne gagatek nigdy skóry mi nie wysuszył.

    Pod oczy wolę lżejsze żele (bo jeszcze młoda jestem i nie potrzebuję super hiper mocno skoncentrowanych bomb antyzmarszczkowych). Ale z firmy Himalaya uwielbiam pastę do zębów. Mój mąż nie chce widzieć żadnej innej w łazience.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, nie znam tej pasty, ciekawe, jaki ma smak :)

      Usuń
  3. Po szampony Alterra też sięgnęłam przez blogerki. I muszę przyznać, że o ile wersja granatu z aloesem się u mnie totalnie nie sprawdziła tak jakaś inna wersja (albo morela z pszenicą albo papaja i bambus teraz już nie pamiętam, a nie mam jak sprawdzić) jest bardzo dobra. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aleś wyprodukowała śmieci!
    Maseczkę z Tołpy chyba mam, wypróbuję ją, bo mnie zaciekawiłaś :) A krem z Biodermy to polecam rozciąć, na pewno jeszcze coś wygrzebiesz [ ale nie musisz - kto bogatemu zabroni? ;P ] i nie będzie Ci pluł w różnych niepożądanych kierunkach ;)

    Piankę Caudalie już kupiłam w pełnym wymiarze, too late! Zobaczymy, zobaczymy, jak będzie pachnieć po 3 miesiącach :D Dam Ci znać ;)

    Kojący żel z Bandi miałam na chciejliście, ale skoro mówisz, że nie taki dobry, to skreślam - uff, jeden wydatek mniej :D To mnie przybliża do Clarisonica :D

    A na Aloe Sun BB też mam ochotę, ale muszę pozużywać podkłady, bo nimi mi ostatnio obrodziło ;) Cieszę się, że Ci się spodobał :) Bo i cenę ma fajną, pełnowymiarowe oakowanie to coś koło 3 dyszek :)

    Buziaki noworoczne! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteśmy prawdziwą rodziną śmieciarzy. Ja produkuję śmieci kosmetyczne przez miesiąc, ale poza tym CODZIENNIE wywalamy 60-litrowy worek. Okej, pieluchy Tomasza na pewno się przyczyniają, ale zanim pojawił się Niewielki, też co chwilę Piotrek ganiał z workiem do śmietnika :D nie wiem, o co kaman, naprawdę.

      Biodermę ciąć? No co Ty, Magdaleno, przecież kilkanaście innych kremów czeka hahaha. Ale sumiennie wyciskałam ją do w-miarę-ostatniej kropli ;)

      z Caudalie radź sobie zatem, ciekawe, co Twoje nozdrza rzekną za kilka miesięcy, a Bandi to wiesz... może Ciebie by nie podrażnił, ale tak sobie myślę, że jak zaognioną cerę poraził, to nic dobrego nie oznacza.

      A co do podkładów - mam duuuże zaległości w zużyciach, chociaż i tak kilka sztuk poszło w odstawkę na ciepłe miesiące (bo za ciemne).

      Usuń
    2. jesoooo, my też! I chociaż odkładam plastikowe butelki, to śmieci nam się mnożą jakimś dziwnym sposobem ;) My co 2 dzień łazimy ;p

      Kilkanaście? Dobra jesteś! ;) U mnie coś koło 4 czeka na premierę :D

      Na pewno nic dobrego to nie wróży, odpuszczę sobie... A wiedziałaś, że Bandi micela wypuścił? Ostatnio się na niego w Hebe nadziałam i zastanawiam się, czy toto dobre, ale mam z litr miceli w zapasie, więc na razie pasuję ;)

      Ja z podkładami też jestem do tyłu ;) Miałam już nawet kupić sobie ukochanego Chanelka na promo w Sephorze, ale się wstrzymałam, bo muszę zużyć to, co zalega.... eh, smutne życie kosmetykoholiczki ;)

      Usuń
    3. a o którym micelu mówisz? bo jednego recenzowałam, pamiętasz? http://smaruje.blogspot.com/2013/07/bandi-delicate-care-pyn-micelarny-do.html

      jeśli mają jakiegoś nowego, to i tak nie czuję się zachęcona po poprzednim :D

      Usuń
    4. Nie ten, inaczej wygląda. Dużymi literami jest napisane Płyn Micelarny na nim, ma 300 ml, a na karteczce z ceną jest informacja, że to limited edit.
      Chociaż w sumie mogli to samo wlać do innych butelek i posłać do Hebe...

      Usuń
    5. aaaa, już sobie przypomniałam, widziałam go w Hebe i mój proces myślowy był dokładnie taki: tamten micel był beznadziejny, więc tego sobie odpuszczam. może zmienię zdanie, jak moje ulubione blogerki go zaczną wychwalać :>

      Usuń
    6. haha, to ja też poczekam na zachwalanie ;)

      Usuń
  5. O nie, Tołpa – Dermo Body Mum - z tego słoika by się jeszcze wydrapało na jedno użycie!!! :D Wybacz, jestem walnięta na tym punkcie i wszelkie kosmetyki "wylizuję" do końca ;) Bardzo przyjemnie się Ciebie czyta. A krowie: "na zdrowie"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahaha, ale mnie rozbawiłaś tą Tołpą :D masz rację, dałoby radę na jeszcze jedno użycie, ale już nie mogłam patrzeć na ten słoik :>

      i dziękuję za komplement!

      Usuń
    2. No dobra, ale na noc, pod skarpety nawet? Nie no żartuję :D Dobrej nocki! Wpadnę do Ciebie jeszcze na pewno, bo dobrze się czyta.

      Usuń
  6. Spore denko... powiem Ci, że żadnych z tych rzeczy nie miałam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Spore to denko, ja nic z Twojego jeszcze nie miałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Twoje doznania zapachowe odnośnie Caudalie i Yves Rocher mnie rozwaliły :D hmm ciekawa jestem tego zapachu psa z rumiankiem :) Szampony z Alterry również lubię, ale najbardziej chyba wersję z granatem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pies mojej cioci nie pachniał psem, dlatego tonik rumiankowy YR nie jest psi :D

      Usuń
  9. to musiał być spory, krowi placek :D
    tyles ego sobie poużywała

    OdpowiedzUsuń
  10. Odebrałaś mi ochotę na te masełka pod prysznic Bomb Cosmetics...Może to i dobrze? Dla tych zaoszczędzonych 40 dych na pewno znajdę inne przeznaczenie:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to malinowe nie jest złe, po prostu zapach brzydnie z dnia na dzień

      Usuń
  11. Sporo tego! :) Większość tych kosmetyków jest mi zupełnie nieznana. Ja ostatnio w desperacji wrzuciłam cztery butelki tego szamponu Alterry do koszyka i stoją czekając na swoją kolej. Mam nadzieję, że również i mi nie zrobi krzywdy. Nie wiem co ja mam z tymi zapasami kosmetyków których wcześniej nie używałam. A co do peelingów i cery naczynkowej :) Ja mam cerę naczynkową, jednak moim największym problemem w tej kwestii jest rumień. Używam peelingu do twarzy przeważnie 2 razy w tygodniu i nie zauważyłam żeby mi szkodził. Chociaż były takie delikwenty, które robiły mi na twarzy "kuku". Teraz się zastanawiam czy powinnam ich używać, czy nie.... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie też problemem jest rumień. cera naczynkowa jest bardzo wrażliwa, dlatego na Twoim miejscu zrezygnowałabym z peelingów mechanicznych na rzecz enzymatycznych (wiem, wiem, to nie to samo, ale jednak o wiele bezpieczniej)

      Usuń
  12. Miałam ten tonik z Yves Rocher.
    I, kurcze, ten zapach naprawdę mi się podobał! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneto, mnie też się podobał zawsze zapach psa mojej cioci :D

      Usuń
  13. To się Krówka Zielona nieźle najadła :)

    A ja planowałam zakup czegoś z Bomb Cosmetic zachęcona wieloma pozytywnymi recenzjami, ale chyba ostudzę nieco swój zapał i zakupy porządnie przemyśle :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Banieczko, wiesz, może to tylko ja mam coś z węchem... w końcu wyczuwam martwego psa w butelce toniku... ;)

      Usuń
  14. Bomb Cosmetics lubię oglądać, ale nie czuję się zachęcona do używania w żadnym stopniu. Mam jakąś blokadę, wolę iść na zakupy do Lusha :)

    Hm, ciekawe co się stało z pianką Caudalie że zmieniła zapach. Mam za sobą kilka opakowań i nie odnotowałam nic takiego, lecz pamiętam jak jedna z moich Czytelniczek wspominała że dla Niej Grape Water ma okropny zapach.

    OdpowiedzUsuń
  15. idziesz jak burza :) wpadnij do mnie, pomożem moje zapasy zużywać, bo idzie mi bardzo opornie :P

    znam kremik L'Occitane i bardzo go lubię! szkoda tylko, że one takie małe i za szybko się kończą :/
    peelingi Pat&Rub bardzo lubię, ale poszłu trochę w kąt, gdy odkryłam te z Organique! cudnie peelingują, a warstewka jaką zostawiają jest duuużo mniej dokuczliwa jak po Patach :)

    przepocone skarpety Caudalie :D buaahahaha

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakie duże denko, gratuluję! :)
    A krówka jest naprawde urocza :)
    Znam peeling solny z Pat&Rub, ale wersję do stóp.
    Do ciała mam za to cukrowy z serii hipoalergicznej ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. podoba mi się twój styl pisania i wielką chęcią zaobserwuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Hyy hyy przepocone skarpety Otoz to kwintesencja naturalnych smrodkow lool :-) smieciarzowa Pani <3

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger