25.02.2014

Z serii: Ukradłem żonie bloga, czyli o Lushu, aniołach i moim kosmetycznym rozpasaniu

Dzisiejszy odcinek będzie nietypowy. W razie zbyt poważnego potraktowania przedstawionych poniżej treści reklamacji nie przyjmuję. A więc do roboty – tym razem wypowiem się gościnnie ja, czyli własny, osobisty małżonek Agaty Smarującej. Cóż mnie do tego skłoniło? Już tłumaczę. Jak zapewne wiecie, szatan gender atakuje nas od jakiegoś czasu ze wszystkich stron, w wyniku czego faceci przebierają się w sukienki i niedługo będą rodzić dzieci. W naszym domu jednak niezmiennie utrzymywał się betonowy konserwatyzm. Polegał on zasadniczo na tym, że mój kosmetyczny arsenał składał się z losowo wybranego dezodorantu, wody toaletowej Hugo Boss (niezmiennie ta sama od lat), szamponu (jakiś w zielonej butelce), pasty do zębów i spirytusu salicylowego. O jakichkolwiek innych substancjach, którymi ludzie się smarują, psikają lub malują, mam mniej więcej takie pojęcie, jak o materiałach wykorzystywanych w fuzji termojądrowej, czyli raczej mgliste. 

W tym samym czasie moja droga żona pochłonięta tworzeniem bloga, którego macie przyjemność czytać, gromadziła kolejne kontenery podkładów, cieni, kremów, maseł, maści, proszków i granulek. Minęło zaledwie kilka miesięcy i sytuacja życiowa zmusiła mnie do odstąpienia szuflady ze skarpetkami na rzecz kolekcji lakierów do paznokci, potem gdy pierwszy krok został wykonany, poszło gładko – likwidacja moich przeróżnych modelarskich gratów z szafki nad biurkiem umożliwiła rozlokowanie kilkudziesięciu preparatów do kąpieli, zakup ogromnego regału pod okno z Ikei wywołał z kolei prawdziwą ekstazę małżonki, która natychmiast umieściła w nim kilkanaście wypełnionych po brzegi szufladek i pudeł – na obecną chwilę nie mam już zielonego pojęcia, co się w nich znajduje, równie dobrze mogłyby tam być materiały rozszczepialne i kokaina. Kurierzy i listonosze dostarczający kolejne pudełka materiałów badawczych na bloga mijali się na schodach, ustawiali w kolejce do domofonu, z tego co słyszałem, to jeden nawet w końcu podupadł na zdrowiu, a kolejny zrezygnował i przeniósł się do innego, spokojniejszego rejonu. 

Efekt tego wszystkiego był taki, że zacząłem się czuć nieco jak ubogi kuzyn. Poczucia niższości i lekkiego zażenowania nie udało mi się wyleczyć nawet zakupem nowej wody po goleniu (dwie wody używane rów-no-cześ-nie – wyobrażacie sobie takie rozpasanie i zniewieściałość?! Gorzej niż Krzyś Ibisz...). Przyszedł więc czas na rozwiązanie prawdziwie radykalne. Postanowiłem – uwaga, trzymajcie się mocno – za pośrednictwem żony nabyć pierwszy własny preparat pielęgnacyjny do twarzy. A co! Wcale nie jest powiedziane, że prawdziwy facet musi koniecznie pachnieć koniem, whiskey i cygarami, a oblicze mieć ogorzałe jak kapitan Francis Drake. Szczególnie po trzydziestce warto wziąć te wskazówki pod uwagę, bo co było nie wróci i czasy gładkiej jak pupcia niemowlaka bezobsługowej cery minęły bezpowrotnie wraz z erą fajnych samochodów (dla niewtajemniczonych – fajne samochody powstawały mniej więcej do 2006 roku). 


Wychodzę w życiu z założenia, że jak coś już robić, to na bogato i bez kompromisów, dlatego pierwszym moim zakupem okazał się produkt o nazwie Angels on Bare Skin firmy Lush Cosmetics. Okazało się wnet, że Lush to nie przelewki – zamówiony przeze mnie pojemnik osobiście napełniła, zaplombowała i opatrzyła swym podpisem niejaka Wiola, którą oczywiście serdecznie pozdrawiam. To najwyraźniej jakaś głębiej zakorzeniona brytyjska tradycja, bo podobne praktyki podpisywania się na gotowym dziele stosuje Aston Martin, chociaż tam oczywiście trzeba zapłacić nieco więcej...


Co do samego produktu - żona podpowiada mi, cytuję, że jest to „pasta do mycia twarzy, która lekko peelinguje”. OK, nie czuję się kompetentny, aby twierdzić inaczej. Skąd akurat taki, a nie inny wybór? Historia jest dość prozaiczna, próbka tego specyfiku walała się u nas pod prysznicem, zasugerowano mi umycie nim mej facjaty, skorzystałem i poczułem się oczarowany przepięknym zapachem. „Angels” pachnie w bardzo naturalny sposób, co odróżnia go od większości mi znanych (czyli pewnie ze trzech) kosmetyków o podobnym zastosowaniu. Jest to aromat silnie ziołowy, nieco gorzki, z wyraźną nutką lawendy. Nie wierzcie oszczerstwom mej żony, która twierdzi że mój nos nie nadaje się do niczego, włącznie ze stwierdzeniem, czy nasze dziecko zdołało już się, że tak powiem, wypróżnić. Przysięgam, że nie jest ze mną aż tak źle i ręczę swoim honorem, że lushowy zapach jest naprawdę śliczny

Bardzo charakterystyczną cechą naszego Lusha jest jego konsystencja – gruboziarnista i grudkowata. W związku z powyższym użytkowanie jest nieco utrudnione, bo trzeba poradzić sobie z licznymi bryłkami, które uporczywie próbują się uformować w czasie mycia. Nie jest to ziarnistość związana z peelingującym charakterem preparatu, tylko „coś więcej” – „Angels” zachowuje się jak twarda modelina i nie bardzo wykazuje skłonności do współpracy. 


No dobra, ale co z efektem? Czy oprócz niewątpliwego prestiżu i dekadenckiej oryginalności odczuję jakieś inne pozytywne konsekwencje stosowanie tego kosmetyku? Wygląda na to, że tak. Po nawet stosunkowo krótkim okresie aplikowania Lusha moja nieco podmęczona życiem cera stała się wyraźnie szczęśliwsza – gładka, mniej zaczerwieniona i mniej usiana różnego rodzaju niemiłymi niespodziankami. W kategorii „skuteczność” oceniam produkt bardzo pozytywnie i obiecuję, droga żono, że będę stosować go sumiennie. 

22 komentarze:

  1. Ale genialny wpis! Uwielbiam takie gościnne, u mnie jeden też się taki pojawił :D
    Pozdrowienia dla męża, bardzo fajna recenzja :) Na angels on bare skin mam chrapkę już od jakiegoś czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też lubię czytać takie posty z innej bajki, a męska jest co najmniej interesująca ;)

      Usuń
  2. Dobra książka jest zawsze mile widziana więc pędzę zapoznać się z Twoim blogiem :)

    Świetny test, super się czytało i chwilowo jakbym moje męża słyszała :))) aczkolwiek Jego graty i skarpetki są JESZCZE bezpieczne :)))

    Cóż, Polacy na Wyspach coraz bardziej popularni i wszechstronni więc i Lusha opanowali :)))
    Zapach AOBS podoba mi się, jest przyjemny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, w których miejscach Twój mąż ma podobne obserwacje :D

      Usuń
    2. Wiesz, On ogólnie czuje się "w kątku" ze swoimi rzeczami :D Nawet dodatkowe półki w łazience zostały przeze mnie zdominowane :)))) aczkolwiek nie jest tak źle, tylko drażni się ze mną.

      Usuń
  3. Co też to gender z ludźmi wyprawia! Facet używający Lusha???
    Bardzo fajnie czytało się Twoją recenzję, osobisty małżonku Agaty, co ciekawsze fragmenty odczytane zostały na głos mojemu osobistemu małżonkowi. Kto wie, może i On zapragnie aniołów od Lusha?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, no, u Was też światowo w domostwie, jak nie Lush, to może co innego Go urzeknie :)

      Usuń
  4. Mój mąż też przy mnie też zaczął uzywać większej liczby kosmetyków - peeling do twarzy, peeling do ciała, żel do oczyszczania twarzy (zawsze ma 4 różne L'Oreale ;)), krem do twarzy. A najbardziej lubi wszelkie umilacze kąpieli - sole, płyny, olejki itp

    OdpowiedzUsuń
  5. Na bloga książkowego już zerkam!
    Miło Cię poczytać Panie Mężu Agaty Smarującej! :)

    Czyścik uwielbiam, robi cuda z moją skórą.
    Gdy tylko będę miała możliwość, powtórzę zakup :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oczywiście P. nie mógł tego wiedzieć, ale próbka Lusha to była ta od Ciebie - wiadomo :D

      Usuń
  6. hhyhyhy
    Gender to same Anioły zsyła - Żona wiadomo - a teraz jeszcze papka do mycia...
    cuda się dzieją, cuda..
    Następnie poproszę o depilacji woskowej :D

    Byłam wstępnie w książkowym - obawiam się, że nie ta sama liga - albowiem, gdyż, ponieważ obecnie czytam Towarzyszka, panienka o Monice Jaruzelskiej na przemian z Wykszłałciuchami z wioski Warszawa :D - czyli generalnie stołuję się w bibliotece rejonowej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, wyobraziłam sobie P. golącego nóżki - miałby baaaardzo dużo pracy... :>

      Usuń
  7. no przydałby się Lush u nas :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem co musiałabym obiecać Tzetowi, żeby opublikował post o kosmetyku :D Szacuneczek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, ja chyba nawet nic nie obiecywałam, po prostu to on używał Lusha, ja unikam peelingów mechanicznych ;)

      Usuń
  9. Post genialny i świetnie napisany ;) Brawa dla męża ;) Ja również przekonuję mojego chłopaka do używania kolejnych kosmetyków (oprócz Jego stałego zestawu, który swoją drogą jest bardzo podobny do zestawu innych mężczyzn - czy przypadkiem wszyscy mężczyźni nie dostali przy urodzeniu takiego wyposażenia - bo u prawie każdego taki widzę :P : mydło, żel pod prysznic, szampon, perfumy, dezodorant). Jak dobrze, że Mężczyźni mają Nas - kobiety! :D Już my wiemy, co dla Nich dobre :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Optymistyczna, rozwijaj swojego chłopaka i pokazuj nowe rozwiązania – no wiesz, można wspólnie, olejek do masażu pod prysznicem czy coś... :)

      Usuń
  10. Suuuuuuuuuper :) tego się nie spodziewałam. To, że podtykasz mężowi cuda, cudeńka, bądź też sam się na nie natyka, to mnie nie dziwi, ale cały własny post? Szacun :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się ucieszyłam, jak go dostałam mailem, aż mi się wierzyć nie chciało, że naprawdę powstał :D

      Usuń
  11. Bardzo, ale to bardzo fajny post! :) Świetnie się czytało taką recenzję, może z czasem Mąż Ci pozazdrości jeszcze innych kosmetyków i pojawi się następny taki wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale super wpis!!! Zabawnie, z humorem i z męskim spojrzeniem na kosmetyczne sprawy ;-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger