31.03.2014

Jaśnie ciemny pan Flormar Perfect Coverage

Jaśnie ciemny pan Flormar Perfect Coverage
Włoski Flormar w moim życiu pojawił się zupełnym przypadkiem. Kiedyś podczas zakupów w internetowym sklepie Douglasa zobaczyłam ich lakier w promocji za piątaka i tak mi się spodobał, że zdecydowałam się na dalsze eksperymenty (tak, wiem, urzekła Was moja historia). Następną klasówkę zrobiłam korektorowi w płynie Perfect Coverage, bo od paru miesięcy trochę jestem potrzaskana na punkcie testowania korektorów pod oczy. Obecnie mam ich w swoich zbiorach kilkanaście i dopiero po moim ostatnim zakupie – słynnym Pro Longwear Concealer z MAC-a – przeszła mi ochota na kolejne konsilerowe uniesienia.

A tak przy okazji – czy nazwa Flormar nie wydaje Wam się taka... polska? Zanim poczytałam o tej marce, byłam prawie pewna, że stworzył ją duet Florian i Marek. Albo Florentyna i Mariusz. Albo Florczak z Markiewiczem. 


Perfect Coverage jest mało znany, a przez to niedoceniony, a to naprawdę dobry upiększacz w przyjemnej cenie. Za kilkanaście złotych dostajemy lekki, ale konkretny korektor w estetycznym i funkcjonalnym opakowaniu. Wygodnie się z nim pracuje i trzeba mu przyznać, że odwala całkiem dobrą robotę. 


Błyszczykowy aplikator jest niezwykle sympatyczny – miękki, puchaty, nabiera tyle, ile trzeba i używa mi się go nawet przyjemniej niż tego z Maybelline Affinitone. To taka miła odmiana od korektorów wyciskanych z tubek, które trzeba rozpaćkać na nadgarstku. A ja nie przepadam za rozpaćkiwaniem, gdy się spieszę. Uprzednio rozpaćkawszy taki korektor, odczuwam spory dyskomfort, szczególnie gdy w pobliżu kręci się Tomasz, który uwielbia się kręcić, a jego kręcenie intensyfikuje się, gdy matka czyni malunki.

Wracając do Perfect Coverage: jest minimalnie gęstszy od Affinitone'a, konsystencję ma idealną – spokojnie można z nim popracować pod okiem i w każdym innym miejscu, nie roluje się, nie waży, nie jest tak ciężki jak niektóre kamuflaże. W związku ze swoją lekkością nie daje też pełnego, kamuflażowego krycia, ale jest ono bardzo porządne i moim zdaniem pod oczy wystarczające. Nie obiecuję, że w 100% ukryje śliwę pod okiem (chociaż kto wie...), ale standardowe cienie – jak najbardziej. 


Jeśli chodzi o kolor, tu było największe zaskoczenie. Kupiłam go wysyłkowo u LadyMakeup i już po pierwszym zerknięciu na odcień byłam przekonana, że zaraz podam go dalej w świat. W okresie zimowym moja cera prezentuje się w odcieniach vanilla, buff, a czasem nawet porcelain, dlatego nie było szans, żeby tak ciemny korektor stopił się z używanymi przeze mnie zimą podkładami. W porównaniu z Affinitone numer 1 dwójka Perfect Coverage wypada jak średni beż z pomarańczowym akcentem. Słowo daję, to się nie mogło udać, a jednak się udało! No i na zdjęciu powyżej możecie zobaczyć, że po roztarciu (i tak sporej ilości) nie taki on już straszny, jak go w butelce malują. Z jakiegoś powodu z cieniami pod oczami dogaduje się bardzo dobrze (tudzież bardzo źle i stąd ich pogrom).

Tu znowu porównanie Perfect Coverage nr 02 i Affinitone w odcieniu Nude Beige.

Nie dość, że łatwo się go nakłada i wklepuje, mam wrażenie, że pomaga pielęgnować delikatną skórę pod oczami. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że nawilża, z natury jestem raczej pesymistką, ale na pewno nie wysusza i daje uczucie komfortu, co już znaczy dla mnie wiele. 

Niedługo po dwójce dokupiłam odcień nr 01, ale wcale dużo jaśniejszy nie jest. Wpada w różowe tony, ale również wykazuje właściwości czarodziejskie, bo po roztarciu pod okiem świnkowość znika, a cienie przestają straszyć. Jedynka jest lepsza do tych najjaśniejszych podkładów – lepiej wygląda na przykład z Revlonem Colorstay w odcieniu Buff i z Perfect Cover BB Cream nr 21 od Misshy, ale już Healthy Mix od Bourjois w odcieniu Vanilla stapia się bardzo dobrze zarówno z jedynką, jak i dwójką. Wszystkie ciemniejsze podkłady dla jasnych cer powinny komponować się świetnie z Perfect Cover nr 02 (ciemniejsze w moim rozumieniu to np.: zielony BB 8w1 Eveline w odcieniu Light lub Revlon Colorstay w odcieniu Sand Beige).

Dorzucam fotki robione dużo później, a więc w całkiem innym świetle, które pokazuje świnkowe tony jedynki i marchewkowe dwójki, ale zaznaczam, że normalnie mają mniej chamskie odcienie.  Tutaj Perfect Cover 02 wypadł bardzo ciemno, ale na wcześniejszych zdjęciach możecie zobaczyć, że wcale taki ciemny nie jest.


Trwałość korektorów Flormar oceniam wysoko – przypudrowane żyją dzielnie pod okiem przez wiele godzin. Oczywiście można nimi tuszować niedoskonałości w innych miejscach, ale zakładam, że na to wpadłyście już same :).

Nie obiecuję, że Perfect Coverage zachwyci każdą z Was (życie...), ale za tę cenę na pewno grzechem byłoby nie spróbować.

Pojemność: 5 ml
Cena: 12,50–15 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: wyspy w galeriach handlowych, strona firmowa, sklepy internetowe

29.03.2014

Catrice – Celtica Limited Edition – C03 Celtic By Nature

Catrice – Celtica Limited Edition – C03 Celtic By Nature
Kiedyś obiecywałam, że pokażę Wam ten cień i... zapomniałam. A tu już zaraz premiera nowej limitowanej edycji Catrice – Une, Deux, Trois, którą będzie można zobaczyć i obmacać w drogeriach Hebe. W Naturach limitowane kolekcje pojawiają się bez konkretnego planu, często z wielomiesięcznym opóźnieniem, dlatego nawet jeśli z Hebe zniknie styczniowa Celtica, bardzo możliwe, że odnajdziecie ją za jakiś czas właśnie w Naturze.

W zimowej edycji Celtica dostępne są cztery połyskujące wypiekane cienie: fioletowy C01 Paralilac, lawendowy C02 LOVEnder, dzisiejszy bohater, czyli C03 Celtic by Nature i beżowo-brązowy C04 The Secret Door. Mogą być aplikowane na mokro i na sucho. 


W świetle sklepowym – jak to się często zdarza – wyglądał zupełnie inaczej niż w domu. Spodziewałam się złoto-brązowego cienia na bogato, a mam złotawo-beżowy. Dobre i to, po prostu wykorzystuję go do czegoś innego, niż zamierzałam :).


Jak przystało na dobrej jakości wypiekany cień, Celtic By Nature jest mocno napigmentowany, nie osypuje się przy aplikacji (chociaż połyskujące drobinki wędrują po opakowaniu) i ma przyjemną konsystencję. Dobrze się z nim pracuje. Lubimy się. Mocny pigment mnie zaskoczył. Wystarczy delikatnie dotknąć powierzchnię cienia opuszkiem i już możemy cieszyć się pełnią koloru. 


Odcień bardzo mi się podoba, podobny mam już w palecie Nude'tude theBalm, ale tego Catrice'a lubię mieć pod ręką, bo – jak się okazało – jest wielozadaniowy. Na zdjęciach możecie oglądać shimmer w całej okazałości, ale nie widać tego, co pozostaje po cieniu po całkowitym roztarciu. Na skórze nie ma wtedy koloru, mamy tylko mieniącą się poświatę. Z tego względu cień nadaje się do tworzenia efektu blink-blink na całym ciele. Nakładany ostrożnie nada skórze blasku – taki efekt można osiągnąć balsamami zawierającymi drobinki, ale osobiście wolę kremować się dobrymi nawilżaczami, a potem ewentualnie oprószyć się taką błyskotką. Nie robię takich rzeczy na co dzień, ale na imprezę lub na randkę – czemu nie?
Poza tym cień nadaje się oczywiście do zadań standardowych: na całą powiekę, na jej fragment w dowolnej konfiguracji oraz do rozświetlenia kącików.

Jeśli macie ochotę na któryś z odcieni Celtiki, polecam – po raz kolejny w stajni Catrice mamy dobrą jakość w rozsądnej cenie. Nie lubię się z lakierami tej marki, ale cienie i róże niezmiennie robią na mnie dobre wrażenie.

Pojemność: 1,5 g
Cena: 15,99 zł
Ocena: 6/6

26.03.2014

Dlaczego fajnie robić zakupy w Stenders

Dlaczego fajnie robić zakupy w Stenders
Przytrafiło mi się kilka dni temu coś dziwnego. Zacznijmy od tego, że zzzoila zniszczyła mój mózg wpisem o aktualnych rabatach z gazet i znowu uległam. Padło na Hean (niecałe 65 złotych = koszyczek produktów do makijażu) i Stenders – bo oferta Stenders wygląda co najmniej tak pięknie jak Organique i chciałam się przekonać, co oni, jak oni, bo wcześniej nie miałam styczności z. 

Zamówienie złożyłam w niedzielę pół godziny przed północą. Wiecie, tak na dobry sen. W poniedziałek koło 14 zadzwonił domofon. Wpuściłam na górę nieco podejrzanego wizualnie pana w czarnej skórze, który przekazał mi przesyłkę. Ze Stenders. Oczy miałam jak przerażony spaniel. 

A żeby wrażenie było jeszcze większe, pracownicy zapakowali moje zamówienie tak:


Mhm, to kora cynamonu, suszone plastry pomarańczy oraz coś wyglądającego jak zwęglone granaty. Nie, Gwiazdka już za nami. Tak, pachniało nie-sa-mo-wi-cie. Nie widać tego na zdjęciu, ale dostałam też minimydełko melonowe. Tak, ono też pachnie świetnie. 

Jak bardzo kul&ołsom jest Stenders? Jak bardzo kul&ołsom będzie, jeśli się okaże, że w tych słoikach ukryte są świetne kosmetyki?

Tak, to zrobiło na mnie wrażenie.

The Body Shop – Almond Hand & Nail Cream, czyli migdałowy pachniś w metalowej tubce [recenzja]

The Body Shop – Almond Hand & Nail Cream, czyli migdałowy pachniś w metalowej tubce [recenzja]
Sklepy The Body Shop uwielbiam. Podoba mi się w nich wystrój, mnogość kolorów oraz zastępy cudownie pachnących słoików i butelek. Mimo wszystko w ciągu kilku miesięcy moje uczucie przygasło, a wynika to z dwóch prostych powodów: powód numer jeden to nieskończone zapasy kosmetyków, które postanowiłam dzielnie zużywać, zanim znowu rozmnożę byty; powód numer dwa śpi w pokoju obok z królikiem w zębach, w piżamce w krokodyle. Czasu na szperanie po TBS-owych półkach zrobiło się zdecydowanie za mało, zakupy robię teraz głównie przez internet albo w popularnych drogeriach, do których mam łatwy dostęp. Tak oto od wielu miesięcy do moich zbiorów nie dołączył żaden nowy kosmetyk The Body Shop. Hmm, przynajmniej nie dołączył z mojej ręki.

Jakiś czas temu odwiedziła mnie Asia, która o kosmetykach może prawić godzinami, a do tego – w przeciwieństwie do mnie – posiadła sztukę tajemną, jaką jest wykonywanie pięknych, radujących oko makijaży. Dawno się nie widziałyśmy, przyniosła prezenty dla Tomka, a mi wręczyła Bardzo Duże Pudełko pełne... zgadnijcie czego! 


Prezentuję je Wam w zupełnie nieartystycznym nieładzie, ale same rozumiecie, że natychmiast dokładnie je przegrzebałam ;). Moją uwagę szybko zwróciła wcaleniepseudometalowa tubka The Body Shop – to było jak zryw ćpuna. Uśmiechałam się do tego kremu, jakby był celofanem z kupką hery do podpalenia. Witaj w mych skromnych progach, migdałowy maluchu!


No tak, miałam nadzieję, że tuba okaże się tylko stylizowana na metalową, a w rzeczywistości jest z bardzo miękkiego i przyjemnego tworzywa – tak jak w kosmetykach L'Occitane. Lubię to rozwiązanie, bo dużo przyjemniej używa się niealuminiowego aluminium – opakowanie cieszy oko przez cały okres użytkowania, czego nie mogę powiedzieć o kończącym się właśnie Effaclarze K z La Roche-Posay, który wygląda jak wymemłana tuba pasty do zębów z początku lat 90. Niestety, krem The Body Shop również należy już do zbioru tych mocno wymemłanych – jest najprawdziwiej nieplastikowy, ale czy to aluminium, czy stop cyny z domieszką eko-obuwia pracowników fabryki, z której pochodzi, tego Wam nie powiem. Memła się konkretnie. Niestety, podobnie jak u L'Occitane'owej konkurencji, tuba zakręcana jest drobną, plastikową nakrętką, która w przypadku kremu do rąk jest pomysłem doprawdy chybionym. Ten czarny wypierdek jest zupełnie niepraktyczny i do tego łatwo go zgubić na puchatym, ciemnym dywanie (którego nie posiadam, ale przecież bym mogła, prawda? mam jasny). 


Wnętrze Almond Hand & Nail Cream kryje niezwykle delikatny, lekki krem, który – jak widzicie na zdjęciu – nie jest ani trochę lejący, a jednak nie ma nic wspólnego z tłustymi, treściwymi paciajami. Także wiecie, zdjęcia kłamią. Rozprowadza się przyjemnie, wchłania dość szybko – czyli fajnie i fajnie.

Od razu powiem, że krem TBS złamał mi serce, bo jest równocześnie zachwycający i niespecjalny, żeby nie powiedzieć: słaby. To, co mnie zachwyciło, to jego zapach. Zupełnie inny migdałek niż w kremach L'Occitane, o których pisałam TU i TU, a jednak piękny – nie ocenię, który piękniejszy, bo nie potrafię. 


Receptura kremu opiera się na glicerynie, lista składników odnotowuje też na wysokich pozycjach tytułowy olejek ze słodkich migdałów oraz masło shea. W pierwszej chwili przeraziłam się długością INCI – jak widzicie na zdjęciu, praktycznie cały tył etykiety to niekończąca się lista składników kremu. Wielki Uff, którego wyznaję, obwieścił jednak, że powinnam poluzować galoty, bo skład zawiera się w kilku pierwszych linijkach, a kolejne to powtórzenie w innych językach (co przy okazji uważam za totalnie idiotyczny pomysł).

Krem cudownie wygładza skórę, daje uczucie nawilżenia i odżywienia, ale niestety: efekt jest krótkotrwały. O ile gładkością dłoni możemy się nacieszyć dłuższą chwilę, o tyle nawilżenie znika za szybko. Przynajmniej z moich rąk znika. Bardzo mi smutno, że tak to wygląda, bo przez chwilę miałam nadzieję, że wyjdzie z tego wielka przyjaźń. A tak: zużyję do końca ten krem z przyjemnością, bo naprawdę miło z nim obcować, ale na pewno nie pobiegnę po kolejne opakowanie. Kremy migdałowe L'Occitane grają w tej samej lidze – kosztują podobnie i mają podobne walory zapachowe i użytkowe, a jednak wypadają dużo lepiej od Almond Hand & Nail Cream. Jeśli znowu zapragnę wygładzającej mocy oleju migdałowego, będę się uganiać za tubkami L'Occitane. W Body Shopie lepiej poszukać czegoś innego...

Pojemność: 30 ml
Cena: podobno 23 zł
Ocena: 3+/6

24.03.2014

Bandi – Young Care – Oczyszczająca Maska Drożdżowa [recenzja]

Bandi – Young Care – Oczyszczająca Maska Drożdżowa [recenzja]
Jeśli chodzi o maseczki do twarzy, to... o matko, jaka jestem leniwa! Weźmy na przykład glinkę Ghassoul z Organique. No naprawdę, daje doskonałe rezultaty, ale tak rzadko bywa na mojej twarzy, że na pewno jest jej przykro. A to dlatego, że nie cierpię zmywania. Niechętnie zmywam zarówno gary, jak i siebie. Stąd moja spontaniczna miłość do maseczek peel-off, które mimo że nie chcą się tak łatwo zdjąć, jakbym się tego po nich spodziewała, to jednak dają dużą frajdę i zwyczajnie są milsze w obsłudze. Ta dzisiejsza nie jest peel-off, więc na dzień dobry trudniej się do niej zabrać. 

Jeśli chodzi o Bandi, zdania nie zmieniłam. Wielbię estetykę ich opakowań – ten elegancki, nowoczesny minimalizm wzrusza mnie dogłębnie i sprawia, że mam ochotę używać ich kosmetyków tylko po to, żeby mieć powód do trzymania w szafce czegoś tak estetycznego. Niestety, do tej pory  jeszcze żaden kosmetyk firmy nie wywołał mojej euforii z okazji swojego działania, a część wypadła wręcz słabo. Pielęgnacyjny, ładnie pachnący świat uwięziony w airlessach? Bomba, tylko zdaje się, że z powierzchownych zachwytów powoli wyrastam. A co tam, panie, w buteleczce?


Oczyszczająca Maska Drożdżowa należy do linii Young Care, stworzonej z myślą o cerze młodych, która stereotypowo jest błyszcząca, bo tłusta lub w najlepszym wypadku mieszana, a do tego pryszczata, skłonna do zapychania i koniecznie z rozszerzonymi porami. Jakby nie patrzeć, tak wygląda moja cera – wariant optymistyczny, czyli mieszaniec, staje się czasem praktycznie niemożliwy do wypielęgnowania. Nie wiem, dlaczego wylosowała mi się cera ze wszystkimi możliwymi problemami (nie dość, że taka, jak powyżej, to jeszcze wrażliwa i naczynkowa), skoro trafił mi się także krasnoludzi wzrost (158 cm) i parę innych przywar, o których nie będę wspominać, bo jeśli nie wspomnę, to może nie zauważycie.

Maska – tu bez zaskoczenia – mieści się w półprzezroczystym, higienicznym airlessie z matowego plastiku, możemy obserwować, jak nam drożdże sukcesywnie spierniczają z butelki. Pompka się nie zacina, ale po pewnym czasie napisy trochę się ścierają, co nieco zachwiało moim zmysłem estetyki. Peszek. 


Drożdżowa maseczka Bandi ma bardzo dobrą konsystencję – nie leje się, nie jest ni glutem, ni twardą pastą. Przyjemnie rozprowadza się po twarzy, choć oczywiście capi drożdżami. Mnie ten zapach nie przeszkadzał, ale jeśli go nie lubicie, nie polecam zapoznawać się z tym wyrobem. Niestety fakt, że nie należy do rodziny peel-offów, sprawia, że będziecie mieć trochę roboty ze zmywaniem, bo część się wchłania, a część leży taka rozmazana na twarzy i wiecie, jak jest: samo się nie zmyje.

Krótki skład wydawałby się wielką zaletą, gdyby nie pewien walący po gałach drobiazg. O tak, to ona, nasza kochana parafina – jak to zwykle z nią bywa – na zaszczytnym drugim miejscu w składzie (M., możesz nie czytać dalej). W erze przedblogowej oczywiście nie interesowało mnie, co jest w składach kosmetyków. Nie znałam się na tym, ważne było, czy ładnie pachnie i czy przy okazji działa. Teraz jestem jakaś przeostrożna i wcale mi to wiosny nie czyni. Szczęśliwi ci, co składów nie czytają. Zaciekawił mnie też wpis Parfum/Fragrance, dość osobliwe, zważając na fakt, że maska naprawdę pachnie po prostu drożdżami. Nie: drożdżami z fiołkiem i nie: czymś innym niż drożdże. Musiał to więc być drożdżowy aromat – co najmniej dziwaczne, nie?

Co do działania, to jestem nieco rozczarowana, a przy okazji i radosna. Już tłumaczę. Oczyszczająca Maska Drożdżowa miała przede wszystkim eliminować wągry (tak wynika przecież z angielskiego tłumaczenia nazwy – jest na pudełku), a tak się nieszczęśliwie składa, że wągrów u mnie pod dostatkiem (o nie, przyznałam się). Maska nie pozbywa się ich i to mnie boli, ma na szczęście parę innych zalet. Maseczka jest bardzo, bardzo łagodna, a po jej użyciu cera jest wyraźnie rozjaśniona i przyjemnie gładka w dotyku. Parafino, czy to ty? Bałam się, że po tej masce zaskoczy mnie wysyp pryszczy, bo ta tłusta dziwka zdecydowanie potrafi siać ferment na twarzy. W trakcie używania maski nic strasznego się jednak nie stało, wyskoczyło sobie coś pojedynczego raz na jakiś czas, co możemy zwalić na parafinę lub nie, ale nawet jeśli, przewinienie nie jest zbyt wielkie. W każdym razie warto rozważyć ten aspekt przed zakupem, no i należy uczciwie przyznać, że umieszczanie zapychaczy w maskach oczyszczających to naprawdę kiepski pomysł. Parafinę akceptuję i czasem nawet lubię (np. w kremach do rąk), ale na twarz staram się jej nie ładować, dlatego nie wrócę do tej maseczki, mimo że jest całkiem sympatyczna.

Pojemność: 75 ml
Cena: 25 zł
Ocena: 3+/6

23.03.2014

Wyniki uPupionego konkursu

Wyniki uPupionego konkursu
Na wstępie chciałabym bardzo podziękować Wam za udział i za cenne, wyczerpujące opowieści o bublach. Czytałam z uśmiechem, niedowierzaniem, czasem z wielkim „WTF?” nad głową. Wśród Waszych bubląt i bublątek wymieniłyście: kosmetyki firmy Une, krem pod oczy Diora z linii Hydra Life, szampony z AVON, szampon ziołowy Schauma, szampon Dove z serii Color Care, odżywkę do paznokci Eveline 8w1, pożądaną przez blogerki paletkę cieni Lovely, kosmetyki do walki z cellulitem, Bloker Ziai, maskę winogronową z BingoSpa, podkład True Match od L'Oréal, wyszczuplająco-nawilżający balsam Soraya z zieloną kawą, a także ogórkową maskę peel-off firmy Freeman.

Wyszło na to, że nie zawsze warto słuchać porad innych. Niewypałem okazał się olejek do kąpieli Isana zapodany na włosy, a także chusteczki do niemowlęcej pupy z Carrefoura używane do przecierania twarzy. Dowiedziałam się też, że warto uważać u fryzjera przy „schodzeniu z koloru”, bo można – jak to się przytrafiło Vashti – skończyć z białymi pasemkami na czarnych włosach i wieloma popalonymi, wykruszającymi się kosmykami. 

Współczuję Wam tych kosmetycznych przeżyć, a na osłodę przynajmniej dla jednej z Was podam wreszcie wyniki mojego konkursu. Paletkę Pupa Rose wygrywa:


Simply, gratuluję! Czekam na maila z danymi do wysyłki: smarowanie (at) gmail.com. 

To nie koniec konkursów! Już niedługo blogowi stuknie rok – szykuje się Coś Dużego. Zaglądajcie do mnie :)

20.03.2014

Konkursowa przypominajka

Konkursowa przypominajka
Nie mam dziś weny, dlatego przypomnę, że do jutra do północy możecie wziąć udział w moim uPupionym konkursie, w którym do wygrania jest ten oto urodziwy, różą opatrzony set:


Tu klikajcie w celu się_wypowiedzenia na temat największego kosmetycznego bubla, z jakim przyszło Wam się zmierzyć. Zachęcam do udziału, bo lubię czytać o niewypałach ;)
Tymczasem miłego wieczoru!

18.03.2014

Kolejny pogrubiający niewypał: Bourjois Beauty'Full Volume Mascara [recenzja]

Kolejny pogrubiający niewypał: Bourjois Beauty'Full Volume Mascara [recenzja]
Szukam pogrubiaczy, szukam i znaleźć nie mogę. Czasem trafi się bubel, czasem doskonale NIEpogrubiający tusz, najwięcej jest średniaków, a typowej maskary z efektem, o jaki mi chodzi, nadal ni widu, ni słychu. Była taka jedna, ale już się z rynku zmyła, więc nawet nie chcę wracać do niej wspomnieniami, bo żal mi tyłek ściska. Firmę Bourjois lubię, przez lata kupowałam maskary głównie od nich. Trochę z przyzwyczajenia, ale głównie dlatego, że jakoś dawały radę. Aż pewnego dnia naszła mnie refleksja: halo, chcę czegoś lepszego! (głębokie, wiem). Tak zaczęła się moja niezbyt interesująca przygoda z testowaniem tuszów, które to jeden za drugim, gęsiego lub w parach i trójkach, przybywały do kuferka z kosmetykami, pragnąc otulić swą czarną kołderką me pięknie spłowiałe rzęsy. 

Beauty'Full Volume miał być powrotem do korzeni. Wymyśliłam, że oszukam system i po prostu cichaczem wrócę do Bourjois, capnę tusz, o którym nic nie wiem i może stanie się cud. No i tego. Cud się nie wydarzył. 


Ten tusz ma się nadać dla wrażliwych oczu, takich ze szkłami kontaktowymi, zmagających się z alergiami i wszelkim plugastwem, jakie może nas spotkać. I że ta łagodność to przez naturalne woski, witaminę B5 i pochodne witaminy E. Nie wiem, czy do naturalnych wosków producent zalicza parafinę, ale uprzejmie donoszę, że znajduje się na drugim miejscu w składzie. Mi to zwisa i powisa, ale może komuś zrobi różnicę. A poza tym kłamstwa brak: w INCI są woski, są też inne łakocie i witaminy. Parabenów brak.

„Dzięki formule ultraczarnego musu i szczoteczce umożliwiającej wyjątkową stylizację, możesz nadkładać maskarę warstwami, aż osiągniesz upragniony efekt: 10 razy większa objętość, a przy tym miękkie, jedwabiste i nieposklejane rzęsy!”. Tak, tak, właśnie tak jak mówicie. Wszystko się pięknie zgadza, podejrzyjmy ten oszałamiający efekt: 


Nie ma to tamto, jest wielkie łał. Rzęsy wcale nie są sklejone i nie wyglądają, jakby ich było pięć na krzyż. Prawda, że nie? To najpiękniej pogrubione rzęsy, jakie widziałam, a jeśli Ty widzisz co innego, znaczy, że źle patrzysz. Przecież producent obiecał! Na fotce widzicie dwie warstwy. Po tych dwóch moja ochota na dalsze „nadkładanie maskary” ulatnia się w bliżej nieokreślonym niebycie. 

Tusz skleja rzęsy okrutnie, a szczotka jest okropna. Nie wiem, czy wrażliwe oczy dałyby radę ją wytrzymać, bo dosłownie szorujemy nią po białkach – jest duża, bardzo ostra, sztywna i... czy już mówiłam, że okropna? Maluję rzęsy od wielu, wielu lat i jestem w stanie osiągnąć przyzwoity efekt nawet (za przeproszeniem) najgówniańszą szczotką, jaką da fabryka. Ale tutaj rozkładam ręce bezradnie i czekam, aż tusz wyschnie, cobym go mogła z czystym sumieniem odtransportować do śmietnika. 

Na plus zaliczam ładny, czarny kolor i to, że się nie osypuje. Aha – i nie wysycha. Cała reszta to dno.

Pojemność: 9 ml
Cena: ok. 30 zł
Ocena: 2/6

16.03.2014

Gdzie mieszkają moje kosmetyki kolorowe, skoro nie mieszkają w standach z Biedronki?

Gdzie mieszkają moje kosmetyki kolorowe, skoro nie mieszkają w standach z Biedronki?
Szał na biedronkowe plastiki do przechowywania lakierów i innych rupieci trwa. Do Biedronki zupełnie mi nie po drodze, a poza tym mam już zestaw do przechowywania kosmetyków kolorowych. Na swoim blogu 1001 Pasji Hexxana zaprezentowała niedawno plany zakupowe na najbliższe miesiące (tygodnie? :)). Na liście pojawiły się między innymi akrylowe organizery firmy MUJI, które od kilku miesięcy wiernie pełnią służbę w mojej sypialni (dziękuję za inspirację, Iwetto!). Postanowiłam pokazać Wam i Hexx, jak te przezroczyste małe mebelki prezentują się po zapełnieniu. 

Warto zaznaczyć, że akrylowe organizery są bardzo porządne i wytrzymałe. Nie rysują się, są stabilne, odpowiednio grube, przyjemnie śliskie (czyli się nie zacinają) i błyszczące. To może tłumaczyć dość wysoką cenę, jaką przyjdzie Wam zapłacić, jeśli zdecydujecie się na rozwiązania tej firmy. Tu możecie obejrzeć asortyment MUJI: klik. Kiedy szukałam miniaturowych mebli do przechowywania kosmetyków kolorowych, okazało się, że wybór jest niewielki. Ostatecznie wybrałam MUJI, bo zakochałam się w ich pięcioszufladowej szkatule, a nieco wygórowana cena 155 zł dawała nadzieję na przedmiot wysokiej jakości. Nie zawiodłam się, miłość kwitnie!


Ta kosmetyczna wieża składa się z dwóch elementów: dwuszufladowego pudełka z pokrywką i pięcioszufladowej szkatuły, od której zaczął się cały koncept. Szkatuła jest idealna do przechowywania pomadek, błyszczyków i kredek, mogą też zamieszkać w niej paletki cieni, których najczęściej używacie. Szuflady są dość głębokie, ale niskie. U mnie podręczny składzik makijażowych gratów wygląda tak:


Szuflady nie mają przegródek, więc jeśli chcecie posegregować np. pomadki, warto dokupić separatory (21 zł za komplet, ja kupiłam dwa). Nie jest to jednak konieczne – jeśli macie tyle towaru, żeby zapełnić szuflady po brzegi, i tak nic nie będzie latało przy otwieraniu i zamykaniu. 


Separatory to po prostu akrylowe płytki, które nie przylegają idealnie co do milimetra do brzegów, ale spełniają swoje zadanie. Można je układać według uznania i wyjąć w każdej chwili.


Tyle błyszczyków, flamastrów i innych koloryzujących balsamów udało mi się upchnąć do jednej szuflady bez przegródek. Jak widzicie, moja słabość do flamastrów zmalała – cała kolekcja zalega na gorzej dostępnych tyłach, biedna, zapomniana... Że tak powiem: chlip chlap chlup.


A to już dwuszufladowe pudełko z pokrywą. Pokrywa otwiera się od góry (jak to z pokrywami bywa) bez klikania i zatrzaskiwania, pozwala łatwo i szybko dotrzeć do potrzebnych rzeczy. Szufladę można oczywiście klasycznie wysunąć i na co dzień właśnie z tego rozwiązania korzystam, bo moja wieża rośnie w siłę i pokrywa stęka z przygniecenia. Tu przechowuję drobne przedmioty codziennego użytku, które zwykle walały się luzem po szafce nocnej (tudzież znikały w otchłani trudno_powiedzieć_czego i w razie potrzeby były nie do znalezienia). Dwa cwaniaki, które najczęściej bawiły się ze mną w chowanego, to nożyczki do paznokci i pęseta – jestem z siebie dumna, że udało mi się je skutecznie uwięzić!

(aha, Iwetto, pytałaś: nowa formuła kremu pod oczy Yves Rocher moim zdaniem nie różni się od starej. Skład inny, ale różany zapach, lekka konsystencja i działanie bez zauważalnych zmian)


W dolnej szufladzie mieszkają otwarte tusze do rzęs. Zwykle naraz w obiegu są maksymalnie trzy, ale pozbierałam niewypały od obu mam i... mam (za swoje). BTW na zdjęciu widać tusz Philosophy, który wielbię i otaczam czcią, kupiłam niedawno kolejny na Truskawce i co się okazało? Że już ich nie produkują. Z tego co widzę na stronie, firma Philosophy w ogóle wycofała się z kolorówki. Wielkie dzięki.


A tu już widzicie mój kącik makijażowych wzruszeń w wersji codziennej. Pędzle mieszkają w szklanym pojemniku z IKEI, nurzają się w ozdobnym piasku, ale plażę chyba będę musiała zlikwidować, bo stała się mało funkcjonalna, od kiedy pędzle w tajemniczych okolicznościach prędko się rozmnożyły. Po lewej nieśmiało wchodzi w kadr metalowy kuferek na kosmetyki z Sephory (179 zł), który w Sephorze kosztuje dużo, ale da się coś takiego kupić o połowę taniej na Allegro. Ja dostałam w prezencie, więc na cenę nie będę narzekać. Pozostaję radosna i przesyłam tęczowe uśmiechy.
W kufrze zameldowane są korektory, podkłady, primery, pudry, bronzery, róże i inne cuda, ale jak patrzę na fotkę poniżej, staje się jasne, że... czas na wiosenne porządki. To niestety nie wszystkie kolorówkowe gadżety, jakie posiadam. Jak niedawno zdradził Wam mój mąż, od wielu miesięcy szerzę kosmetyczną zarazę po sypialni i mam w tej dziedzinie same sukcesy! 


Jeśli więc nie znajdziecie w aktualnej ofercie Biedronki idealnych organizerów na swoje zbiory, zachęcam do tej wersji „na bogato” – wysoka jakość za mniej rozsądną cenę.

Miłej niedzieli!

14.03.2014

Helena Rubinstein – Eye Pencil Feline Blacks w odcieniu Black Brown

Helena Rubinstein – Eye Pencil Feline Blacks w odcieniu Black Brown
Czytałam jakiś czas temu biografię Heleny Rubinstein i byłam oczarowana tą barwną postacią. Jeśli macie ochotę, mogę Wam w oddzielnym poście nieco więcej na temat tej książki napisać. Czytałam, czytałam i nagle nadleciała myśl pozłacana: „przecież ja nigdy nie próbowałam produktów HR, natychmiast trzeba to zmienić!”. Akurat Truskawka była grana, znalazła się fajna promocja, więc dorzuciłam do koszyka kredkę. Za 38,50 zł. Dużo? Mało? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... Jak na Helenę, wyszło doskonale, około -50%.


Dotychczas kredki z wyższej półki nie pomieszkiwały na moich włościach. Pewnie dlatego, że jeszcze rok temu używałam tylko ulubionej czarnej Stylo Regard z Yves Rocher i czasem jakiegoś drogeryjnego złota czy brązu. Niedawno odkryłam, że czerń absolutna gorzej służy mojej jasnej oprawie, a brązy potrafią być również czarne. Tyle że czarne łagodniej. Lepiej, fajniej. Zazwyczaj.

Kredki z serii Feline Blacks dostępne są w trzech odcieniach: Black Black, Black Brown i Black Grey. Brąz wybrał się sam, bo tylko on był w tak dzikiej promocji. Na zwykłą czerń w drewnie za osiem dych na pewno bym się nie zdecydowała. Ale ta szara chodziła mi jeszcze po głowie.


Już na etapie składania zamówienia w Truskawkowym raju kręciłam nosem, że kredka Heleny jest otulona drewnem. Wykręcana Yves Rocher rozleniwiła mnie bardzo i wszystko, co trzeba temperować, poważnie mnie zniechęca. Korzystanie z temperówki nie byłoby straszne, gdyby nie fakt, że kredki do oczu mają tę fantastyczną właściwość, że są idealnie miękkie, a ich obierki rozmazują się nawet tam, gdzie nigdy ich nie było. Nie muszę Wam tego tłumaczyć, na pewno znacie z autopsji. Zdecydowałam się na drewnianą kredkę Feline Blacks, bo wierzyłam, że jako ta droższa, jest warta mego poświęcenia.


Kredka jest miękka, ale się nie rozpada. Moim zdaniem ma optymalną miękkość – przyjemnie się z nią pracuje, gładko sunie po powiece, równomiernie się rozprowadza i dobrze rozciera. Brąz jest ładny i ciepły, ale na dolną powiekę u mnie się nie nadał. Po roztarciu wpada w rude tony, a nawet i bez rozcierania nie jest najlepiej – oczy wydają się przekrwione, jak w chorobie. Na górnej powiece wszystko jest w porządku i tam warto jej używać. Nadaje się do kreski, roztarta solo, jako baza pod mocniejszy makijaż w brązach. To bardzo fajna kredka, ale nie jest wyjątkowa, dlatego w przyszłości nie planuję wynajmować mieszkania jej siostrze. Może gdyby była ubrana w plastik i skora do prezentowania nagości brązowego wkładu...

To całkiem miła pierwsza randka z Heleną, ale następnym razem postawię na klasykę: słynne maskary i płyn do demakijażu.


Pojemność: 1,05 g
Cena: ok. 80 zł
Ocena: jakość bez zarzutu, odcień trochę rozczarował, niech będzie 5/6
Dostępność: na Truskawce, można też poszukać w stacjonarnych Sephorach.

11.03.2014

Niebieskie niejednoznaczności od L'Oréal: Color Riche nr 610 Rebel Blue

Niebieskie niejednoznaczności od L'Oréal: Color Riche nr 610 Rebel Blue
Rzadko noszę na paznokciach naprawdę odjazdowe kolory, chociaż muszę przyznać, że coraz bardziej się z nimi oswajam. Od lat mam jednak słabość do intensywnych niebieskości – chabrowych, kobaltowych – dobrze się w nich czuję, pasują do dżinsów (w których również dobrze się czuję) i zwyczajnie cieszą me gały. Do niedawna w mojej rozrastającej się w zastraszającym tempie kolekcji lakierów był tylko jeden tego typu odcień ze stajni Color Club. Niestety, jest dość nieprzyjemny w obejściu: pigment się oddziela i na dnie mamy soczysty granat, a na górze jasny błękit z białymi przebitkami. Po wymieszaniu lakier dochodzi do siebie, ale umówmy się: to nie jest emalia marzeń, dlatego ostatnio zamieszkały ze mną nowe chabry. Dziś pokażę Wam Rebel Blue od L'Oréal.


Lakiery z serii Color Riche zawierają polimery (lepsza przyczepność), żywice akrylowe (czysty, intensywny kolor) i bazę z płynnego żelu, dzięki której łatwiej rozprowadzić równomiernie lakier. Paleta odcieni w tej kolekcji jest imponująca – kolorów jest wiele, a wśród nich sporo niejednoznacznych, niebanalnych. Mojego zaczepnego niebieszczaka przydybałam online i nie widzę go na polskiej stronie L'Oréal Paris. Nie wiem, czy faktycznie nie ma go w polskiej dystrybucji, ale w sumie nazwa sklepu, w którym dokonałam zakupu: Kosmetyki z Ameryki, daje do myślenia... Jeśli Wam się spodoba, pędźcie na ich stronę (klik), bo mają w sprzedaży parę naprawdę ładnych odcieni Color Riche w Bardzo Dobrej Cenie (8 zł). Myślę, że warto – seria wydaje się udana.


Lubię małe lakiery, bo nigdy nie udaje mi się denkować wielkich butli i ciągle mam to niemiłe poczucie zmarnowanego kosmetyku. Wydaje mi się jednak, że maluchy L'Oréal zużywają się nieco za szybko, co jest szczególnie bolesne, jeśli weźmiemy pod uwagę ich, wcale niemałą, cenę. Bez promocji musimy wydać na taką niewielką flaszkę ponad dwie dychy, tymczasem ona dosłownie znika w oczach. Może mieć z tym coś wspólnego pędzelek, który rozpycha się w niewielkiej butelce – jest naprawdę duży, szeroki, ale płaski i zaokrąglony na końcu. Jeśli lubicie pędzle z nieprofesjonalnej serii Essie, ten powinien przypaść Wam do gustu. Pracuje się z nim łatwo i szybko, chociaż mocno spłaszczona figura sprawia, że z malowaniem naprawdę należy się streszczać – lakier szybko zasycha  na włosiu (co dobrze wróży zasychaniu na płytce paznokcia).


Z top coatem Seche Vite schnięcie poszło gładko, ale wydaje mi się, że i bez niego będzie w tej kwestii całkiem kolorowo. Wielkim plusem jest bardzo dobre krycie – można zakończyć rytuał pędzlowania już po jednej, grubszej warstwie, bo prześwitów brak. Ja dołożyłam kolejną, bo nie lubię widoku jednej warstwy pod światło (widać nieregularne krycie, które zapewniają mi moje  ogromnie zdolne, trzęsące się rączki). Lakier nie smuży, zgodnie z obietnicą producenta dobrze trzyma się płytki, ale po dwóch dniach ściera się na końcach


Bardzo podoba mi się ten nieoczywisty odcień. W zależności od światła jest klasycznie niebieski, waląco po oczach kobaltowy, a w mojej ciemnej łazience wpada nawet w granat. Na paznokciach w ogóle tego nie widać, ale może chociaż w butelce dostrzeżecie dyskretny niebieski shimmer. Ja widzę go tylko po uważnym się_wlepianiu, dlatego absolutnie nie zaliczam Rebel Blue do kategorii błyskotek. W sztucznym świetle wykończenie przypomina zastygły wosk (jak fachowo nazywa się ten efekt?). Mimo że w słoneczny dzień kolor bardzo rzuca się w oczy, nie jest to najbardziej agresywny niebieski lakier, jaki mam w kolekcji. Za jakiś czas pokażę Wam żelkowy Barry M...

Lubicie takie kolory? Podoba Wam się Rebel Blue? 

Pojemność: 5 ml
Cena: ok. 20 zł (zdecydowanie warto polować na lakiery z serii Color Riche w promocjach)

09.03.2014

Jeśli hydrolat, to oczarowy. Na przykład z Biochemii Urody

Jeśli hydrolat, to oczarowy. Na przykład z Biochemii Urody
Trzeba Wam wiedzieć, że nieszczególnie podnieca mnie naturalna pielęgnacja. Półprodukty, brzydkie etykiety, zestawy małego chemika – to nie dla mnie. Uwielbiam być blisko natury, byle nie w namiocie, kocham piękną przyrodę, byle bez robaków. To taka miejska miłość, leniwa i wygodnicka.  Kosmetyki naturalne? Bardzo chętnie, ale niechże je ktoś ładnie opakuje i uszlachetni miłym zapachem. I odrobiną chemii, tak na wszelki. Taki był mój stosunek do jednoskładnikowych, mało atrakcyjnych kosmetyków jeszcze rok temu, ale zeszłego lata blogerki nękały mnie wpisami o olejach, hydrolatach i innych ekofrancach, więc postanowiłam sprawdzić, co to za wynalazki i skąd  całe zamieszanie. Jedną z ekofranc, które trafiły pod mój dach, była niespecjalnie czarująca butelka hydrolatu oczarowego z Biochemii Urody.


Butelka jest tak obmyślona, że nijak nie da się jej zrobić zdjęcia bez lustrzanego odbicia siebie w staniku i majtkach lub chociaż bez okna w sypialni i kwiatka na parapecie. Zresztą co tu fotografować? Granatowy, solidny plastik z kobaltowym połyskiem?
W środku niefotogenicznej butelki mieszka przezroczysty, bezbarwny płyn, czyli nasz tytułowy hydrolat, będący produktem ubocznym w procesie destylacji roślin z parą wodną. Woda oczarowa działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie, wzmacnia i uszczelnia naczynia krwionośne, ma też właściwości ściągające i łagodzące. Przynajmniej w teorii. Zaleca się ją dla cer tłustych i mieszanych, naczynkowych i wrażliwych.

Hydrolat z oczaru wirginijskiego pachnie ziołowo, jakby mchem? Kojarzy mi się bardzo z aromatem wilgotnej ściółki leśnej. Trudno ocenić, czy to ładny zapach, na początku wydawał mi się co najmniej dziwny, ale przy kolejnej butelce przyzwyczaiłam się i nawet go lubię. No właśnie – przy kolejnej butelce. Kupiłam kolejną, bo ten naturalny tonik oczarowy bardzo mi się spodobał. Stosuję go wieczorem jako ostatni etap pielęgnacji przed kremami, chętnie używam też rano – zmywa resztki kremów i innych specyfików, dobrze przygotowuje skórę do dalszych procedur i makijażu. Można go używać do rozrabiania glinek czy alg, ale trochę mi szkoda tak hojnie go polewać. Dla mnie okazał się łaskawy: nie piecze, nie wysusza, za to oczyszcza i tonizuje, a przy tym lekko ściąga. Podejrzewam też, że miał swój udział w poprawie stanu mojej skłonnej do pojedynczych, ropnych wyprysków cery. Oczar wirginijski wypowiada wojnę nadmiarowi sebum i jest w tym całkiem skuteczny, chociaż oczywiście na cud permanentnego odtłuszczenia nie ma co liczyć. Niestety, nie zawsze jest różowo. Czytałam sporo recenzji, w których dziewczyny narzekały, że woda oczarowa zamiast koić, podrażnia i rozpala. Jestem skłonna w to uwierzyć, bo to samo miałam z hydrolatem porzeczkowym z BU – zachciało mi się odmiany od oczaru, zapragnęłam aromatu porzeczkowych liści, no to miałam – czerwoną porzeczkę na gębie. Paliło żywym ogniem, bez względu na to, czy używałam 100% roztworu, czy po rozwodnieniu. Po raz kolejny sprawdza się teoria, że naturalna pielęgnacja jest zabawą wysokiego ryzyka: można znaleźć doskonały, nieskalany chemią produkt, można też poważnie się uszkodzić. Watch out, girls.

Wracając do działania, nie przypisywałabym temu hydrolatowi jakichś cudownych właściwości. Uszczelnianie naczyń krwionośnych? Nie zauważyłam. Zbiera tłuszcz i bakterie, tonizuje... to i tak całkiem sporo. Hydrolat z oczaru postawiłabym obok toniku oczyszczającego do cery tłustej z Fitomedu. Różnica między nimi jest taka, że ten drugi przy regularnym stosowaniu może trochę wysuszać cery mieszane – hydrolat oczarowy absolutnie tego nie robi. Fitomedowy tonik z szałwią pięknie łagodzi, nie daje uczucia ściągnięcia i jeszcze nie słyszałam, żeby kogoś podrażnił. Lubię oba, chociaż Fitomed chyba bardziej.

Okazało się, że hydrolaty nie są takie bezsensowne, za jakie je uważałam. W zapasie mam jeszcze jeden z kwiatu gorzkiej pomarańczy i... ochotę na więcej. Co powiecie na limitowaną edycję z truskawki? Brzmi kusząco!


Pojemność: 200 ml
Cena: 17,90 zł
Ocena: 5/6
Dostępność: mój hydrolat można kupić tylko na www.biochemiaurody.com, ale inne sklepy z naturalnymi kosmetykami mają swoje wersje. 

07.03.2014

Drogie Panie, dziś konkurs uPupiony!

Drogie Panie, dziś konkurs uPupiony!
Mam dla Was niezwykłej urody pupę. A raczej Pupę. Czerwoną, różaną, bardzo ą i ę. No po prostu piękną! Przyfrunęła z dalekiej Truskawki, zakupiona osobiście przez właścicielkę tego bloga z myślą o Was, moich drogich Czytelniczkach. Różyczki, na Dzień Kobiet, na wiosnę i na każdy inny dzień, jeśli tylko macie ochotę.


Chętnie bym pomacała, zeswatchowała i może nawet trochę poużywała, ale nie zrobię Wam tego. Chociaż przyznacie chyba, że kwiatki same się proszą o to, by je pomiziać? Ten zestaw do makijażu jest niezwykle elegancki, a samo pudełko wykonane z bardzo porządnej odlewki. Zakochałam się, ale oddam. Tylko w dobre ręce!


Jak wyobrażam sobie „dobre ręce”? Już tłumaczę. To takie, które od czasu do czasu zadają sobie trud, żeby wklepać adres mojego bloga lub wybrać go spośród ulubionych zakładek. To te, które pragną przerobić kwiatki na makijaż, nawet jeśli nie są w tym biegłe. To ręce, które ochoczo wklepią w komentarzu odpowiedź na konkursowe pytanie:

Jaki kosmetyk wspominasz jako ten najbardziej do... pupy?

Tak, chodzi o bubla. Okropny niewypał. Wasze najgorsze kosmetyczne (kolorowe lub pielęgnacyjne) wspomnienie. Chętnie się dowiem, czego unikać, no i... dlaczego, zatem oprócz nazwy poproszę o krótkie uzasadnienie. Bubel roku, bubel sezonu, bubel życia. Co komu leży na wątrobie. 

Na zgłoszenia czekam do 21 marca 2014 do północy. Najlepsze ręce zostaną wyłonione w drodze losowania. Powodzenia!

04.03.2014

Auriga – serum Flavo-C [recenzja]

Auriga – serum Flavo-C [recenzja]
Mijają moje trzy pierwsze miesiące z witaminą C na twarzy, dlatego czas na zwierzenia. Aurigę kupiłam, bo egri.hempe bardzo ją zachwalała. Ewa pisze rewelacyjnie, ma pasujące do moich standardów poczucie humoru i nie krępuje się rzucać mięsem na lewo i prawo w swojej blogerskiej przestrzeni, co niektórym może się nie spodobać, więc uprzedzam. Lubię ją bardzo i bardzo Wam polecam. Miała pisać o butach, ale na szczęście pisze też o kosmetykach. Oby jej się nie odmieniło. KLIK


No ale rzecz jest o witaminie C. Ta rzecz to Flavo-C w wersji dla cieniasów, czyli z 8% stężeniem witaminy C (jest jeszcze wersja 15-procentowa – wyłącznie dla gruboskórnych twardzieli i miszczów). Na początek ustalmy kilka faktów: to serum jest preparatem regenerującym o silnym działaniu przeciwzmarszczkowym i rozświetlającym skórę. Zawiera jedyną aktywnie działającą w skórze postać kwasu askorbinowego – formę lewoskrętną. Tako rzecze producent, a ja nie jestem pewna, czy chcę wnikać w temat skrętności witaminy C w dobre lewo bądź złe prawo. Biorę te rewelacje na klatę bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły i Wam radzę to samo. Witamina ma być lewoskrętna, ta jest, więc cieszmy się i klaszczmy wesoło w dłonie. Oprócz kwasu askorbinowego wcale-nie-gratis otrzymujemy jeszcze 30-procentowy wyciąg z Ginkgo biloba, znanego również pod pseudonimem miłorząb japoński. Efektem regularnego stosowania Flavo-C ma być: „spektakularne rozświetlenie skóry, dodanie skórze blasku, wygładzenie i spłycenie zmarszczek, prewencja przeciwzmarszczkowa dzięki ograniczeniu działania wolnych rodników, wzmocnienie naczyń krwionośnych”. Brzmi świetnie, a co na to moja ultrakapryśna buziunia? (jak bardzo widać, że dziś jej nie cierpię?).


Dalsza część reality show o mojej zszarganej życiem twarzy za chwilę, a tymczasem zajmijmy się przez chwilę walorami estetyczno-użytkowymi. Opakowanie i nowa szata graficzna podobają mi się bardzo (mimo że na pudełku brakuje „ę” w słowie „pielęgnacja”), a najbardziej ze wszystkiego urzekła mnie szklana pipeta, która wsysa płyn do ostatniej kropli (precz, za krótka pipeto z ekoAmpułek P&R!), nie zmusza mnie do posapywania nad końcówką flaszki i sprawia, że serum używa się przyjemnie. Mniej przyjemne są konsystencja i zapach, ale przecież bywało duuuużo gorzej. Serum jest zdatne i przydatne przez trzy miesiące od otwarcia, ale – używane raz dziennie – dokładnie na tyle starcza

Flavo-C ma postać rzadkiego, tłustego płynu, który ucieka z palców i twarzy szybciej niż stonka z ziemniaka przyłapana na gorącym uczynku. Da się to ogarnąć, ale na pewno byłoby milej stosować formułę lekko żelową. Pachnie niezbyt zachęcająco, ale też niezbyt intensywnie – jestem przekonana, że tak pachnie zdrowie i natura. Oczywiście tylko ta lewoskrętna. Wszystko da się przeżyć, byle działało, prawda?


Spokojnie, działa. Całkiem fajnie działa, ale i tak jestem rozczarowana, bo spodziewałam się naprawdę dużej zmiany, a ta jest zbyt mała. Tupnę dwa razy niczym rozżalona małolatka i do Was wracam. Tup, tup. No już. Po pierwsze, czytając etykietę, kompletnie zignorowałam informację o „spektakularnym rozświetleniu skóry”. To był błąd. Moja tłusta strefa T nie potrzebuje być rozświetlana, a Flavo-C kocha rozświetlać. Moim zdaniem to głównie zasługa tłustej formuły, ale co ja tam wiem o chemii i kosmetycznych czarach marach? W każdym razie na Auridze rozświetlający podkład Healthy Mix Bourjois wygląda, jakby był mokry – bez pudru ani rusz. Lekki Benefit Hello Flawless Oxygen Wow! to samo – żarówa na całego. Nie gniewam się, nie powinnam rozświetlać w ten sposób tłustej miejscowo skóry, no ale przecież nie dla tego efektu kupiłam serum z lewoskrętną witaminą! Chodziło o działanie przeciwzmarszczkowe i spłycanie tego, co jest, a już całkiem to chodziło o wzmocnienie naczynek. Tutaj właśnie mam mały zgryz – serum nie uspokoiło wystarczająco moich cierpiących na wściekliznę naczyń krwionośnych. Plamy są, pojawiają się i mają dobrze. Zdecydowanie za dobrze :/. A teraz o niewątpliwych plusach. Serum ładnie wyrównuje koloryt skóry, dobrze radzi sobie z przebarwieniami słonecznymi. Moja cera stała się przez trzy miesiące widocznie jaśniejsza, wygląda zdrowiej. Opowiadanie o działaniu przeciwzmarszczkowym jest nieco abstrakcyjne. Wierzę w zbawienny wpływ witaminy C na skórę i w to, że wyraźnie opóźnia proces jej starzenia – tylko na tej wierze mogę się oprzeć, póki zmarszczki nie zadomowiły się na dobre. Nie stosuję serum na delikatną skórę pod oczami, dlatego nie powiem nic o spłycaniu zmarszczek, chociaż niewykluczone, że Auriga spłyciła trochę te na czole – nie pamiętam, jak było wcześniej, ale wydaje mi się, że gorzej.

Na pewno warto wcierać takie serum – pamiętajcie, że zmarszczkom należy przeciwdziałać, a nie czekać, aż wylezą, a potem psioczyć na blogach na kolejne kremy, które nie potrafią zatynkować bruzd na twarzy, a więc „nie działają!”. Kolejna butelka Aurigi już czeka, a ja chętnie ją otworzę. Kto wie, może nawet w przyszłości pójdę na całość z wersją 15%?

Pojemność: 15 ml
Cena: bardzo różna, w Super-Pharmie i na doz.pl dochodzi do 100 zł, a ja kupiłam w Aptece Gemini za niecałe 50 zł. 
Ocena: 4+/6

02.03.2014

Denko prodżekt, odc. 11

Denko prodżekt, odc. 11
Widzę marzec w kalendarzu i już czuję to niezdrowe podniecenie zbliżającą się wiosną. Jak pokazał ubiegły rok, od marca do wiosny może być naprawdę daleka droga, ale przyznajcie, czy Wy też nie pożegnałyście się już w myślach ze śniegiem, mrozem i zamiecią? Ja mój najcieplejszy zimowy płaszcz schowałam rytualnie do szafy, a kozaki z futerkiem zamieniłam na lekkie buty ze skóry. Okej, stopy trochę mi marzną, ale czuję się lżejsza. Wiosenniejsza.


W tym miesiącu robiłam porządki w kosmetycznych zbiorach i stwierdzam, że owe zbiory nie mają absolutnie nic wspólnego z modnym ostatnio minimalizmem. Góra pudełek, słoików, tubek i innych przedmiotów napawa mnie jednak radością i wcale nie uważam, że jeśli kupię kolejne pudełko czy tubkę, jakaś anonimowa panda się rozpłacze. W życiu w miarę możliwości należy się radować. Jeżeli zakupy Was radują, dajcie już spokój z tym przygnębiającym minimalizmem, proszę* :). A poza tym przecież co miesiąc robimy miejsce na nowe skarby, prawda?

Mnie na przykład udało się załatwić czarter na wysypisko całkiem pokaźnej grupie słoików, tubek i pudelątek. Pozbyłam się kilku miniatur, zalegających resztek i pomniejszego próbkowego śmiecia. Mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku, a jak patrzę na to zdjęcie, czuję się taaaaaaka wypielęgnowana. Od mocno przerzedzonych włosów po spróchniałe pięty. 


Bomb Cosmetics – Chilla Vanilla – myjące masło pod prysznic – niespecjalnie zachwycona wersją malinową, w nadziei na lepsze doznania zapachowe otworzyłam Chillę Vanillę. To miał być zapach lodów waniliowych, w każdym razie coś waniliowego na zimowe wieczory. No cóż, jeśli lubicie lody kręcone na tłuszczu z niemytych przez miesiąc włosów, to proszę bardzo i smacznego. Ja po dwóch podejściach odpuściłam. Zgadnijcie, kto zużył resztę? Tak, tak, mój bardzo łaskawy dla wszelkich śmierdzieli małżonek, ale nawet on przyznał, że to nic specjalnego, co – tłumacząc na nasze – oznacza, że świat powinien się trzymać od tego masła z daleka. Smutne, tym bardziej że waniliowa kostka do masażu od Bomb Cosmetics pachnie cudownie. 

L'Occitane – Amande – migdałowy olejek pod prysznic – recenzowałam go tutaj: KLIK. Cała seria migdałowa pachnie zjawiskowo. To naturalny migdał, niemarcepanowy, pewnie nie każdemu przypadłby do gustu. Olejek jest fantastyczny i go uwielbiam, jest też całkiem wydajny, niestety cena dość powalająca (72 zł za 250 ml). Nie wykluczam jednak powrotu, bo miłość ma jest wielka. Jeżeli  należycie do Prowansalskiego Klubu Piękna i planujecie zakupy w L'Occitane, do 5 marca można go nabyć online za pół ceny przy zakupach powyżej 150 zł. 

Yves Rocher – Jardins du Monde – kwiat lawendy z Prowansji – lubię żele Yves Rocher, a to wydanie lawendy jest milion razy lepsze od Ma Provence (pełna krytyka tu: KLIK), chociaż niepozbawione wad. Zapach z czasem nieco się zmienia, nie jest już tak ładny jak na początku, ale do końca trzyma fason. No i ten żel naprawdę pachnie lawendą, a nie środkiem do spłukiwania resztek kupy z muszli klozetowej. Na minus zaliczam wydajność, chociaż przy różnorodności zapachowej serii Jardins du Monde to może nawet zaleta – mamy dobry powód do kolejnych pachnących zakupów. O mojej niezdrowej zabawie w kotka i myszkę z Yves Rocher pisałam tu: KLIK.


Isana – Bodycreme Sheabutter & Kakao – krem Isany pachnie ciasteczkowo, ale nie za to go wielbię – to jeden z najlepszych nawilżaczy, jakie gościły na mojej skórze. Zapach czasami mi wręcz przeszkadzał, ale to i tak nie ma znaczenia przy tych właściwościach i fajnym składzie. Na pewno do niego wrócę, szczególnie że jest śmiesznie tani (9,90 zł za pół litra) i łatwo dostępny. Tu możecie przeczytać porównanie trzech rossmannowych kremów: KLIK.

Lawendowa Farma – Mix masełko shea migdałowe – pisałam o nim niedawno, więc nie ma sensu się powtarzać. Recenzja tu: KLIK, ja już nie wrócę, za dużo shea w shea, ale obiektywnie to bardzo przyjemny, naturalny kosmetyk.

Coryse Salomé – Renaissance A.R.M.–A.D.N – krem do szyi – kupiłam go na Truskawce, recenzja niedługo. To mój pierwszy krem wyspecjalizowany szyjnie i pierwszy produkt tej marki. Była na niego dzika promocja (jak to w Truskawkowym świecie bywa), więc postanowiłam sprawdzić, o co chodzi. Używałyście już kremów do szyi? 


Delia Dermo System – dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust – wszystko o nim napisałam TU. Lipa z sosną, nie zmywa, tylko rozmywa, ale za to jest delikatny. No i co, chcecie mieć delikatnie niezmyte oczy? Miałam go w starej butelce, teraz jest w dużo ładniejszej, może też ładniej obchodzi się z makijażem? Kto sprawdzi i mi powie?

Himalaya Herbals – Purifying Neem Mask – maska do twarzy z miodlą indyjską (neem) do cery mieszanej i tłustej, czyli do mojej. Do mojej tym bardziej, że zapach mnie oczarował. Jest całkowicie kadzidlany, niczym cienkie patyczki ze „sklepu indyjskiego”, które paliłam z lubością przez pół podstawówki, a potem jeszcze pół liceum. Im bardziej tata był niezadowolony z dusznego dymu, wydobywającego się z mojej ciemnej nory, tym więcej patyczków podpalałam. Ach ta młodzież. A maseczka Himalai oczyszcza nieźle, ale paliła żywym ogniem (to chyba zemsta za gnębienie taty), więc pół tuby sobie odpuściłam i już do niej nie powrócę. Recenzja TU.

Woda termalna Uriage – czytałam blogi, na blogach zachwyty i nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Przecież to tylko woda. Może i z term, ale wciąż woda. Kiedyś takich wód używałam tylko do nawilżania maseczek na twarzy lub ochładzania rozgrzanych słońcem polików – tym razem rozszerzyłam zakres moich termalnych eksperymentów i pryskałam twarz wieczorem po oczyszczaniu, zamiast toniku. Łagodziła uczucie ściągnięcia, było fajnie, ale nadal nie umiem docenić mocy słynnego Uriage. Może w większym wymiarze przez dłuższy czas? Kolejna butelka nastąpi.


Balea Professional – Oil Repair Shampoo – oto karmelowo/ciasteczkowo pachnący, bezsilikonowy szampon z olejem arganowym do włosów suchych i zniszczonych. Olej pod koniec składu, w odżywce z tej serii jest go dużo więcej, ale po co komu olej w szamponie, który ma oleje domywać? Jest bardzo przyjemny, cudownie wygładza włosy, pisałam o nim tutaj: KLIK. Mimo że tak mi się spodobał, nieprędko do niego wrócę – na razie odpuściłam ganianie po internecie za niemieckimi kosmetykami, poza tym przyczyniał się do szybszego przetłuszczania mojej i tak bardzo tłustej skóry głowy. Ale polecam, kosmetyczne łasuchy będą zachwycone!

Joanna – Rzepa – odżywka wzmacniająca do włosów przetłuszczających się ze skłonnością do wypadania – odżywka pachnie ładniej od szamponu z tej serii, smrodliwa rzepa jest ledwo wyczuwalna. Właściwości mnie zadowalają: wygładza, nie pogłębia problemu przetłuszczania, ułatwia rozczesywanie. Nie mam poczucia, że wzmocniła moje włosy, a już na pewno nie pomogła na wypadanie, ale ważne, że nie powodowała plątania, dzięki czemu piórka nie wyrywały się pod wpływem okrutnej szczotki. Chętnie wrócę.

Batiste – suchy szampon o zapachu tropikalnym (50 ml) – zapach tropików to tutaj przede wszystkim kokos, co dla mnie jest dobrą wiadomością, bo kokosy są kul. Bałam się, że taki wyrazisty zapach na włosach będzie drażnić, ale nic takiego się nie stało. Idea suchych szamponów mnie nie porywa – wciąż wolę umyć głowę, niż pudrować tłuszcz (takie numery tylko na twarzy ;)), ale przyznaję, że ten wynalazek czasem się przydaje. O Batiste wszystko już zostało powiedziane na blogach, więc od siebie dorzucę tylko, że miniaturowe opakowania nie mają większego sensu – użyłam trzy razy i tropiki wyzionęły ducha.


Acerin Intensive – Krem do stóp na suchą i szorstką skórę z woskiem pszczelim – recenzja TU. To dobry krem do stóp, oczywiście mam na myśli stopy, które jeszcze jakoś rokują, bo na świńskie raciczki to już tylko magiczne skarpety złuszczające coś mogą zaradzić... Ten tutaj cudów nie uczyni, ale szybko się wchłania, pachnie cytrynowo i bardzo dobrze nawilża. Chętnie do niego wrócę, chociaż od kiedy odkryłam krem z linii Hipoalergicznej Pat&Rub, wyrosła mu silna konkurencja. Mimo wszystko w kategorii cena vs. jakość vs. wydajność Acerin pozostaje bezkonkurencyjny, bo Kiniowy krem do stóp – choć świetny – znika w oczach, a kosztuje niemało.

Bandi – Body Care – Aksamitny Krem do Rąk – z tym kremem i tą firmą łączy mnie niezdrowa relacja. Aksamitny Krem do Rąk jest zupełnie przeciętny, a może nawet gorzej?, a jednak go bardzo lubię, podobnie jak kilka innych produktów tej niepowalającej jakością marki. To po prostu krem designerski – fantastycznie wysmakowana, minimalistyczna szata graficzna, dobrej jakości tworzywo, łatwy w obsłudze, niezacinający się airless i przepiękny zapach. Wszystko idealnie poza jednym drobiazgiem: nie nawilża. Wygładza zewnętrzną stronę dłoni, ale to wszystko, co robi. Jeśli z jakiegoś powodu potrzebujecie nienawilżającego kremu do rąk za 27 zł, Bandi nada się perfekcyjnie. Mimo że to bez sensu, czuję, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy...
Tu recenzja: KLIK.

Yves Rocher – Hamamelis – żel do mycia rąk do skóry wrażliwej – zapach ledwo wyczuwalny, ale to nic, bo i tak nie jest zbyt piękny. Żel myje ręce i jest łagodny. Nie wysusza i chwała mu za to. Wolę myć ręce czymś, co pięknie pachnie, ale pewnie jeszcze się nawinie w czasie kolejnych postrzelonych zakupów na stronie producenta.


Catrice – Lip Peeling – z limitowanej edycji Candy Shock – smakuje jak guma owocowa i jest całkowicie pozbawiony sensu, bo cukrowe drobinki rozpłynęły się w lepiącej, błyszczykowej masie prawdopodobnie chwilę po zejściu z taśmy produkcyjnej. Nie musicie zawracać sobie nim głowy, bo już do nas nie wróci.

Catrice – Evolution To Revolution – dwustopniowa maskara, która też już została wycofana z produkcji, nad czym – dla odmiany – boleję bardzo. W tym tuszu jest coś niesamowitego – pierwszy stopień tuszowego wtajemniczenia daje nam perfekcyjnie rozczesane, lekko podkreślone rzęsy, a drugi stopień to prawdziwy odlot, jeśli chodzi o pogrubienie. Udało mi się kupić jeszcze jedną sztukę  w sklepie u Lady Makeup, ale nie będę dokupować kolejnych, bo czas znaleźć godnego następcę.

Rimmel – 1-2-3 Looks – to z kolei trzystopniowa maskara obrotowa, ale więcej nie znaczy lepiej. Nie jest bardzo zła, ale niewiele Wam powiem o trzech stopniach pogrubienia, bo w dwie minuty od pierwszego odkręcenia udało mi się zepsuć opakowanie. Przyznaję, za mocno odkręciłam, moja wina. Ręcznie dało radę odtworzyć dwa z trzech stopni i cóż. Różnica prawie żadna. Tusz nie skradł mojego serca, chociaż ma piękny, głęboki odcień czerni. Nie wrócę.


Spośród tej gromady miniatur i próbek warto wyróżnić Rosa Cure Intensive firmy Synchroline – emulsję z filtrem SPF 30 do cery z trądzikiem różowatym. Próbkę znalazłam w ShinyBoksie i bardzo mi się spodobała. Filtr jest bezzapachowy, dobrze się rozsmarowuje i dobrze współpracuje z podkładami. Chętnie kupię pełne opakowanie (51 zł w aptece Gemini). 

Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie również krem pod oczy Benefit – It's Potent! – krem ma rozjaśniać cienie i po dwóch tygodniach używania wydawało mi się, że dokonał w tej materii prawdziwego przełomu, ale jednak tylko mi się wydawało... Mimo zawiedzionych nadziei bardzo go polubiłam. Ma gęstą, treściwą formułę, podobną do Shiseido z serii Benefiance, i okazał się niesamowicie wydajny: 3 gramy tego kremu starczyły mi prawie na miesiąc! Będę o nim pamiętać, może to dobry trop w pielęgnacji okolic podocznych, ale na razie mam co innego na oku (i pod nim też).

Na zdjęciu widzicie jeszcze fajnie zrobioną próbkę kremu do ciała Dr.Hauschka – Bodymilk Citroen Lemongrass, która poza fajnością nie prezentuje żadnego zasługującego na uwagę poziomu. W składzie alkohol na czele, więc to coś (żel? kremowy poltergeist?) ekspresowo się wchłania, ale poza tym nie robi nic, nawet odrobinę nie nawilża. Pachnie ładnie cytrynami, identycznie jak cytrynowa linia The Body Shop, ale po co on komu, nie mam pojęcia. 
Ponadto mamy tu serum multiwitaminowe Organique, które pięknie pachnie żurawiną, ale kisielowo-żelowa formuła jest trochę za ciężka do twarzy i się roluje. Nie próbowałam do ciała, za mało go było. Do śmieci poleci również najgorszy tonik w historii – Clinique do cery tłustej i mieszanej, czyli najbardziej markowy i najdroższy spirytus salicylowy, jaki możecie dostać. Znęcałam się nad nim tutaj: klik


Czarterem na wysypisko poleciały też trzy lakiery Inglot, które mam od lat zbyt wielu. Co ciekawe, ingloty wcale nie gęstnieją, wręcz przeciwnie – z natury dość rzadkie, na emeryturze rozwadniają się jeszcze bardziej. Duraline tu nie pomoże, ciekawe czy Inglot ma w ofercie zagęszczacze :). Czwarty lakierowy wyrzutek to Miss Sporty z udanej serii Clubbing Colours – prawie udało mi się go zdenkować, ale też już był staruszkiem i trochę mu się przyśmierdło, więc wyrzucam, bo drogie mi moje paznokcie. Do kompletu mamy acetonowy zmywacz z Carrefoura, który posiada ekstrakt z dzikiej róży, a wyprodukowała go nielubiana przeze mnie Delia. Zmywacz jest świetny i po kilku przygodach z bezacetonowymi wynalazkami potulnie wracam do starego, niedobrego acetonu – może i truje, ale przynajmniej przez krótką chwilę. Ta „lepsza” reszta sprawia, że szoruję płytkę i doszorować nie mogę. W nosie mam taki interes.

To już wszystko. Ciekawe, jak Wam poszło w tym miesiącu. Rozpoczynam blogowe węszenie :)


*oczywiście jeśli minimalizm Was nie przygnębia, tylko raduje, podążajcie w stronę światła. Nie zapomnijcie jednak wystawić na bazarek tego, co tam skitrałyście przez długie miesiące – chętnie się rozejrzę :D.

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger