02.03.2014

Denko prodżekt, odc. 11

Widzę marzec w kalendarzu i już czuję to niezdrowe podniecenie zbliżającą się wiosną. Jak pokazał ubiegły rok, od marca do wiosny może być naprawdę daleka droga, ale przyznajcie, czy Wy też nie pożegnałyście się już w myślach ze śniegiem, mrozem i zamiecią? Ja mój najcieplejszy zimowy płaszcz schowałam rytualnie do szafy, a kozaki z futerkiem zamieniłam na lekkie buty ze skóry. Okej, stopy trochę mi marzną, ale czuję się lżejsza. Wiosenniejsza.


W tym miesiącu robiłam porządki w kosmetycznych zbiorach i stwierdzam, że owe zbiory nie mają absolutnie nic wspólnego z modnym ostatnio minimalizmem. Góra pudełek, słoików, tubek i innych przedmiotów napawa mnie jednak radością i wcale nie uważam, że jeśli kupię kolejne pudełko czy tubkę, jakaś anonimowa panda się rozpłacze. W życiu w miarę możliwości należy się radować. Jeżeli zakupy Was radują, dajcie już spokój z tym przygnębiającym minimalizmem, proszę* :). A poza tym przecież co miesiąc robimy miejsce na nowe skarby, prawda?

Mnie na przykład udało się załatwić czarter na wysypisko całkiem pokaźnej grupie słoików, tubek i pudelątek. Pozbyłam się kilku miniatur, zalegających resztek i pomniejszego próbkowego śmiecia. Mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku, a jak patrzę na to zdjęcie, czuję się taaaaaaka wypielęgnowana. Od mocno przerzedzonych włosów po spróchniałe pięty. 


Bomb Cosmetics – Chilla Vanilla – myjące masło pod prysznic – niespecjalnie zachwycona wersją malinową, w nadziei na lepsze doznania zapachowe otworzyłam Chillę Vanillę. To miał być zapach lodów waniliowych, w każdym razie coś waniliowego na zimowe wieczory. No cóż, jeśli lubicie lody kręcone na tłuszczu z niemytych przez miesiąc włosów, to proszę bardzo i smacznego. Ja po dwóch podejściach odpuściłam. Zgadnijcie, kto zużył resztę? Tak, tak, mój bardzo łaskawy dla wszelkich śmierdzieli małżonek, ale nawet on przyznał, że to nic specjalnego, co – tłumacząc na nasze – oznacza, że świat powinien się trzymać od tego masła z daleka. Smutne, tym bardziej że waniliowa kostka do masażu od Bomb Cosmetics pachnie cudownie. 

L'Occitane – Amande – migdałowy olejek pod prysznic – recenzowałam go tutaj: KLIK. Cała seria migdałowa pachnie zjawiskowo. To naturalny migdał, niemarcepanowy, pewnie nie każdemu przypadłby do gustu. Olejek jest fantastyczny i go uwielbiam, jest też całkiem wydajny, niestety cena dość powalająca (72 zł za 250 ml). Nie wykluczam jednak powrotu, bo miłość ma jest wielka. Jeżeli  należycie do Prowansalskiego Klubu Piękna i planujecie zakupy w L'Occitane, do 5 marca można go nabyć online za pół ceny przy zakupach powyżej 150 zł. 

Yves Rocher – Jardins du Monde – kwiat lawendy z Prowansji – lubię żele Yves Rocher, a to wydanie lawendy jest milion razy lepsze od Ma Provence (pełna krytyka tu: KLIK), chociaż niepozbawione wad. Zapach z czasem nieco się zmienia, nie jest już tak ładny jak na początku, ale do końca trzyma fason. No i ten żel naprawdę pachnie lawendą, a nie środkiem do spłukiwania resztek kupy z muszli klozetowej. Na minus zaliczam wydajność, chociaż przy różnorodności zapachowej serii Jardins du Monde to może nawet zaleta – mamy dobry powód do kolejnych pachnących zakupów. O mojej niezdrowej zabawie w kotka i myszkę z Yves Rocher pisałam tu: KLIK.


Isana – Bodycreme Sheabutter & Kakao – krem Isany pachnie ciasteczkowo, ale nie za to go wielbię – to jeden z najlepszych nawilżaczy, jakie gościły na mojej skórze. Zapach czasami mi wręcz przeszkadzał, ale to i tak nie ma znaczenia przy tych właściwościach i fajnym składzie. Na pewno do niego wrócę, szczególnie że jest śmiesznie tani (9,90 zł za pół litra) i łatwo dostępny. Tu możecie przeczytać porównanie trzech rossmannowych kremów: KLIK.

Lawendowa Farma – Mix masełko shea migdałowe – pisałam o nim niedawno, więc nie ma sensu się powtarzać. Recenzja tu: KLIK, ja już nie wrócę, za dużo shea w shea, ale obiektywnie to bardzo przyjemny, naturalny kosmetyk.

Coryse Salomé – Renaissance A.R.M.–A.D.N – krem do szyi – kupiłam go na Truskawce, recenzja niedługo. To mój pierwszy krem wyspecjalizowany szyjnie i pierwszy produkt tej marki. Była na niego dzika promocja (jak to w Truskawkowym świecie bywa), więc postanowiłam sprawdzić, o co chodzi. Używałyście już kremów do szyi? 


Delia Dermo System – dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust – wszystko o nim napisałam TU. Lipa z sosną, nie zmywa, tylko rozmywa, ale za to jest delikatny. No i co, chcecie mieć delikatnie niezmyte oczy? Miałam go w starej butelce, teraz jest w dużo ładniejszej, może też ładniej obchodzi się z makijażem? Kto sprawdzi i mi powie?

Himalaya Herbals – Purifying Neem Mask – maska do twarzy z miodlą indyjską (neem) do cery mieszanej i tłustej, czyli do mojej. Do mojej tym bardziej, że zapach mnie oczarował. Jest całkowicie kadzidlany, niczym cienkie patyczki ze „sklepu indyjskiego”, które paliłam z lubością przez pół podstawówki, a potem jeszcze pół liceum. Im bardziej tata był niezadowolony z dusznego dymu, wydobywającego się z mojej ciemnej nory, tym więcej patyczków podpalałam. Ach ta młodzież. A maseczka Himalai oczyszcza nieźle, ale paliła żywym ogniem (to chyba zemsta za gnębienie taty), więc pół tuby sobie odpuściłam i już do niej nie powrócę. Recenzja TU.

Woda termalna Uriage – czytałam blogi, na blogach zachwyty i nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Przecież to tylko woda. Może i z term, ale wciąż woda. Kiedyś takich wód używałam tylko do nawilżania maseczek na twarzy lub ochładzania rozgrzanych słońcem polików – tym razem rozszerzyłam zakres moich termalnych eksperymentów i pryskałam twarz wieczorem po oczyszczaniu, zamiast toniku. Łagodziła uczucie ściągnięcia, było fajnie, ale nadal nie umiem docenić mocy słynnego Uriage. Może w większym wymiarze przez dłuższy czas? Kolejna butelka nastąpi.


Balea Professional – Oil Repair Shampoo – oto karmelowo/ciasteczkowo pachnący, bezsilikonowy szampon z olejem arganowym do włosów suchych i zniszczonych. Olej pod koniec składu, w odżywce z tej serii jest go dużo więcej, ale po co komu olej w szamponie, który ma oleje domywać? Jest bardzo przyjemny, cudownie wygładza włosy, pisałam o nim tutaj: KLIK. Mimo że tak mi się spodobał, nieprędko do niego wrócę – na razie odpuściłam ganianie po internecie za niemieckimi kosmetykami, poza tym przyczyniał się do szybszego przetłuszczania mojej i tak bardzo tłustej skóry głowy. Ale polecam, kosmetyczne łasuchy będą zachwycone!

Joanna – Rzepa – odżywka wzmacniająca do włosów przetłuszczających się ze skłonnością do wypadania – odżywka pachnie ładniej od szamponu z tej serii, smrodliwa rzepa jest ledwo wyczuwalna. Właściwości mnie zadowalają: wygładza, nie pogłębia problemu przetłuszczania, ułatwia rozczesywanie. Nie mam poczucia, że wzmocniła moje włosy, a już na pewno nie pomogła na wypadanie, ale ważne, że nie powodowała plątania, dzięki czemu piórka nie wyrywały się pod wpływem okrutnej szczotki. Chętnie wrócę.

Batiste – suchy szampon o zapachu tropikalnym (50 ml) – zapach tropików to tutaj przede wszystkim kokos, co dla mnie jest dobrą wiadomością, bo kokosy są kul. Bałam się, że taki wyrazisty zapach na włosach będzie drażnić, ale nic takiego się nie stało. Idea suchych szamponów mnie nie porywa – wciąż wolę umyć głowę, niż pudrować tłuszcz (takie numery tylko na twarzy ;)), ale przyznaję, że ten wynalazek czasem się przydaje. O Batiste wszystko już zostało powiedziane na blogach, więc od siebie dorzucę tylko, że miniaturowe opakowania nie mają większego sensu – użyłam trzy razy i tropiki wyzionęły ducha.


Acerin Intensive – Krem do stóp na suchą i szorstką skórę z woskiem pszczelim – recenzja TU. To dobry krem do stóp, oczywiście mam na myśli stopy, które jeszcze jakoś rokują, bo na świńskie raciczki to już tylko magiczne skarpety złuszczające coś mogą zaradzić... Ten tutaj cudów nie uczyni, ale szybko się wchłania, pachnie cytrynowo i bardzo dobrze nawilża. Chętnie do niego wrócę, chociaż od kiedy odkryłam krem z linii Hipoalergicznej Pat&Rub, wyrosła mu silna konkurencja. Mimo wszystko w kategorii cena vs. jakość vs. wydajność Acerin pozostaje bezkonkurencyjny, bo Kiniowy krem do stóp – choć świetny – znika w oczach, a kosztuje niemało.

Bandi – Body Care – Aksamitny Krem do Rąk – z tym kremem i tą firmą łączy mnie niezdrowa relacja. Aksamitny Krem do Rąk jest zupełnie przeciętny, a może nawet gorzej?, a jednak go bardzo lubię, podobnie jak kilka innych produktów tej niepowalającej jakością marki. To po prostu krem designerski – fantastycznie wysmakowana, minimalistyczna szata graficzna, dobrej jakości tworzywo, łatwy w obsłudze, niezacinający się airless i przepiękny zapach. Wszystko idealnie poza jednym drobiazgiem: nie nawilża. Wygładza zewnętrzną stronę dłoni, ale to wszystko, co robi. Jeśli z jakiegoś powodu potrzebujecie nienawilżającego kremu do rąk za 27 zł, Bandi nada się perfekcyjnie. Mimo że to bez sensu, czuję, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy...
Tu recenzja: KLIK.

Yves Rocher – Hamamelis – żel do mycia rąk do skóry wrażliwej – zapach ledwo wyczuwalny, ale to nic, bo i tak nie jest zbyt piękny. Żel myje ręce i jest łagodny. Nie wysusza i chwała mu za to. Wolę myć ręce czymś, co pięknie pachnie, ale pewnie jeszcze się nawinie w czasie kolejnych postrzelonych zakupów na stronie producenta.


Catrice – Lip Peeling – z limitowanej edycji Candy Shock – smakuje jak guma owocowa i jest całkowicie pozbawiony sensu, bo cukrowe drobinki rozpłynęły się w lepiącej, błyszczykowej masie prawdopodobnie chwilę po zejściu z taśmy produkcyjnej. Nie musicie zawracać sobie nim głowy, bo już do nas nie wróci.

Catrice – Evolution To Revolution – dwustopniowa maskara, która też już została wycofana z produkcji, nad czym – dla odmiany – boleję bardzo. W tym tuszu jest coś niesamowitego – pierwszy stopień tuszowego wtajemniczenia daje nam perfekcyjnie rozczesane, lekko podkreślone rzęsy, a drugi stopień to prawdziwy odlot, jeśli chodzi o pogrubienie. Udało mi się kupić jeszcze jedną sztukę  w sklepie u Lady Makeup, ale nie będę dokupować kolejnych, bo czas znaleźć godnego następcę.

Rimmel – 1-2-3 Looks – to z kolei trzystopniowa maskara obrotowa, ale więcej nie znaczy lepiej. Nie jest bardzo zła, ale niewiele Wam powiem o trzech stopniach pogrubienia, bo w dwie minuty od pierwszego odkręcenia udało mi się zepsuć opakowanie. Przyznaję, za mocno odkręciłam, moja wina. Ręcznie dało radę odtworzyć dwa z trzech stopni i cóż. Różnica prawie żadna. Tusz nie skradł mojego serca, chociaż ma piękny, głęboki odcień czerni. Nie wrócę.


Spośród tej gromady miniatur i próbek warto wyróżnić Rosa Cure Intensive firmy Synchroline – emulsję z filtrem SPF 30 do cery z trądzikiem różowatym. Próbkę znalazłam w ShinyBoksie i bardzo mi się spodobała. Filtr jest bezzapachowy, dobrze się rozsmarowuje i dobrze współpracuje z podkładami. Chętnie kupię pełne opakowanie (51 zł w aptece Gemini). 

Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie również krem pod oczy Benefit – It's Potent! – krem ma rozjaśniać cienie i po dwóch tygodniach używania wydawało mi się, że dokonał w tej materii prawdziwego przełomu, ale jednak tylko mi się wydawało... Mimo zawiedzionych nadziei bardzo go polubiłam. Ma gęstą, treściwą formułę, podobną do Shiseido z serii Benefiance, i okazał się niesamowicie wydajny: 3 gramy tego kremu starczyły mi prawie na miesiąc! Będę o nim pamiętać, może to dobry trop w pielęgnacji okolic podocznych, ale na razie mam co innego na oku (i pod nim też).

Na zdjęciu widzicie jeszcze fajnie zrobioną próbkę kremu do ciała Dr.Hauschka – Bodymilk Citroen Lemongrass, która poza fajnością nie prezentuje żadnego zasługującego na uwagę poziomu. W składzie alkohol na czele, więc to coś (żel? kremowy poltergeist?) ekspresowo się wchłania, ale poza tym nie robi nic, nawet odrobinę nie nawilża. Pachnie ładnie cytrynami, identycznie jak cytrynowa linia The Body Shop, ale po co on komu, nie mam pojęcia. 
Ponadto mamy tu serum multiwitaminowe Organique, które pięknie pachnie żurawiną, ale kisielowo-żelowa formuła jest trochę za ciężka do twarzy i się roluje. Nie próbowałam do ciała, za mało go było. Do śmieci poleci również najgorszy tonik w historii – Clinique do cery tłustej i mieszanej, czyli najbardziej markowy i najdroższy spirytus salicylowy, jaki możecie dostać. Znęcałam się nad nim tutaj: klik


Czarterem na wysypisko poleciały też trzy lakiery Inglot, które mam od lat zbyt wielu. Co ciekawe, ingloty wcale nie gęstnieją, wręcz przeciwnie – z natury dość rzadkie, na emeryturze rozwadniają się jeszcze bardziej. Duraline tu nie pomoże, ciekawe czy Inglot ma w ofercie zagęszczacze :). Czwarty lakierowy wyrzutek to Miss Sporty z udanej serii Clubbing Colours – prawie udało mi się go zdenkować, ale też już był staruszkiem i trochę mu się przyśmierdło, więc wyrzucam, bo drogie mi moje paznokcie. Do kompletu mamy acetonowy zmywacz z Carrefoura, który posiada ekstrakt z dzikiej róży, a wyprodukowała go nielubiana przeze mnie Delia. Zmywacz jest świetny i po kilku przygodach z bezacetonowymi wynalazkami potulnie wracam do starego, niedobrego acetonu – może i truje, ale przynajmniej przez krótką chwilę. Ta „lepsza” reszta sprawia, że szoruję płytkę i doszorować nie mogę. W nosie mam taki interes.

To już wszystko. Ciekawe, jak Wam poszło w tym miesiącu. Rozpoczynam blogowe węszenie :)


*oczywiście jeśli minimalizm Was nie przygnębia, tylko raduje, podążajcie w stronę światła. Nie zapomnijcie jednak wystawić na bazarek tego, co tam skitrałyście przez długie miesiące – chętnie się rozejrzę :D.

38 komentarzy:

  1. Piękne denko! Boszzz, jak ja nie mogę się już doczekać wiosny! Jak pomyślę, że może być tak jak w zeszłym roku to mi normalnie słabo.

    A wracając do kosmetyków, to zapach tej Isany kakaowej początkowo strasznie mi się podobał, a teraz tak mnie odrzuca, że mam pół słoika i nie wiem co z tym zrobić (włosy odpadają - po shea mam mega puch). Coś czuję, że Isana skończy u mojej mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie będzie jak w zeszłym roku, mowy nie ma!!!
      a Isana potrafi dokopać zapachem, to fakt – ja bardzo lubię jedzeniowe aromaty, ale ten tutaj jest trochę nie teges...

      Usuń
  2. Spore denko :)
    Isana kakaowa mnie wymęczyła, zapachu nie mogłam zdzierżyć, a tutaj taka pojemność ;)
    Wody termalnej nie miałam ale póki co ich fenomen również mnie dziwi :)
    Zaciekawił mnie ten krem podoczny z Benefitu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. luthienn, to właśnie o nim Ci pisałam, że chyba odnalazłam lek na cienie :) niestety, jeszcze nie tym razem, ale nawilża świetnie i bywają dni, że oczy naprawdę wyglądają świetnie i świeżo, więc nie wiem, jak to jest z tym rozjaśnianiem cieni... trzeba by większy wymiar sprawdzić

      Usuń
    2. Kurczę, brzmi fantastycznie. Miałam okazję użyć kilka razy kremu Origins, który również świetnie rozjaśniał cienie. Tak więc na listę wskakują już dwie pozycje :)

      Usuń
  3. WOW, jestem pod wrażeniem ile udało Ci się zużyć. Podziel się złotą radą, jak to zrobiłaś :)
    Ja też pożegnałam się z zimą, bo właśnie kupiłam cieńszą kurtkę na marzec i mam nadzieję, że żaden śnieg nie spadnie
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiele z tych kosmetyków zalegało już od dość dawna i postanowiłam się z nimi rozprawić w ramach wiosennych porządków :)

      Usuń
  4. Mam z Himalay'i odświeżającą maseczkę i też piecze :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Muszę wypróbować masło Isany. Koniecznie i natychmiast. Chociaż nie wiem, jak ja to kakao przełknę :D.
    Ooo, kadzidlany zapach... Moja ciotka paliła, nikt nie mógł do domu wejść :D.
    Na Synchroline mam wiecznie kupony z Super-Pharmu - najczęściej na krem do cery trądzikowej, ale na problemy naczynkowe też się coś trafiło :D. Uparli się z promowaniem tej marki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to nie kakao, to zmutowane ciasteczka. dasz radę, wierzę w Ciebie :D
      a ja jakoś nie kojarzę kuponów z S-P na Synchroline, hmmm

      Usuń
  6. mam wodę uriage, pięknie odświeża i sprawdzi się w lato

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiosenne porządki widzę:) Troche tego było;P U mnie też się zanosi na odkurzanie półek z kosmetyków bo minimalizmem to one nie grzeszą:)

    OdpowiedzUsuń
  8. ło matko! ależ porządki. maska Himalaya rozwaliła system! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow. Ileż tego nazbierałaś. Tylko pogratulować :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Strasznie tego dużo ;O Gratuluję, ile miejsca Ci się musiało zwolnić! :D (domyślam się, że nie na długo).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie nie, miejsce się nie zwolniło, po prostu nie muszę już kosmetyków dopychać butem, żeby szafka się zamknęła ;)

      Usuń
  11. u mnie zimowe kozaki tez juz powędrowały do lamusa - ciskam sobie w ażurkowych botkach zadowolona :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. skoro tak, to zima nie powróci. nie może.

      Usuń
  12. Ja też uważam, że nie trzeba się ograniczać, dopóki masz miejsce można kupować :) stos kosmetyków w łazience nie wygląda dobrze, ale można chować je w innych miejscach, od tego są szafy, komody itd :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, tak, szafy i komody już pozajmowane ;)

      Usuń
  13. Świetnie ci poszło! :)
    U mnie nie może zabraknąć wody Uriage ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Zaszalałaś:) Zostało Ci jeszcze cokolwiek do maziania?;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, zostało wiele, co jest i smutne, i wspaniałe jednocześnie ;)

      Usuń
  15. W tej wielkiej stercie kosmetyków od razu w oku wpadły mi lakiery Inglot , piękny kolorki miałaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) tylko miały niemodne perłowe wykończenie hehe

      Usuń
  16. Chylę czoła przed takim dużym denkiem! Naprawdę podziwiam, ja nie umiem tak denkować, chociaż z drugiej strony pielęgnacje mam już z grubsza ustaloną od lat i raczej niewiele w niej zmieniam, a kolorówkę wykończyć to naprawdę trzeba się namęczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja mam zwykle kilka kremów/balsamów do ciała otwartych naraz – lubię mieć wybór zapachowy :)

      Usuń
  17. Ło matko! To żeś zaszalałaś :) Jestem pod ogromnym wrażeniem, od dziś jesteś moim guru!
    Szkoda, że Chilla Vanilla tak śmierdzi, miałam ogromną ochotę wypróbować te masła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no śmierdzi naprawdę :( podejrzewam, że pomarańcza z mandarynką (czy coś podobnego) może się sprawdzić, ten zapach trudno zepsuć

      Usuń
  18. Sporo tego, wow!
    Tropikalną wersję Batiste bardzo lubię.
    Podobnie jak wodę termalną Uriage. Jest niezastąpiona.
    Skutecznie odwiodłaś mnie od kupienia zapachu waniliowego z Bomb Cosmetics, dzięki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneto, a do czego wykorzystujesz Uriage na co dzień?
      Co do Bomb Cosmetics, to oczywiście co nos, to opinia, ale jeśli mój mąż nawet nie bardzo mógł strawić tę wanilię, coś jest na rzeczy...

      Usuń
  19. niezły ten Twój prodżekt :D idziesz jak burza :)
    znam tylko olejek L'Occitane.. zuzyłam butlę i zapasową dużą saszetkę (czy jak to się tam zwie :P) i baardzo się lubiliśmy! teraz mam wielką fazę i ogromną miłość do żeli Bath & Body Works, więc póki co powrotu nie przewiduję.. ale może kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaak, ten olejek jest świetny, ale ja też do niego nieprędko wrócę – teraz mam olejki Pat&Rub, ciekawe, jak się sprawdzą

      Usuń
  20. Seria Rosa Cure jest świetna, to moje odkrycie w zeszłym roku i jak tylko formuła nie ulegnie zmianie, to wrócę do niej na lato. Będzie dobrą alternatywą dla Pharmaceris R, która tak samo jest rewelacyjną serią dla cer z trądzikiem różowatym.
    Masło kakaowe z Isany źle wspominam, bardzo źle :P

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger