02.04.2014

Denko prodżekt, odc. 12

Od pewnego czasu czyszczę szafki z zapasami. Mimo że szuflady jeszcze mi się nie pourywały od nadmiaru kosmetyków z etykietą „na później” (Iwetto, pozdrawiam!), staram się pozbywać kolejnych butelek, tubek i słoików, zanim znów wyruszę na dzikie łowy. W tym miesiącu ze zużywaniem zapasów nie poszło mi za dobrze, ale w plastikowym worku opuszczą lokal pewne zalegające, otwarte od dawna kremy. Lubię mieć wybór zapachowy i konsystencyjny, ale na niektórych państwa zdecydowanie przyszedł czas.


Tradycyjnie w zużywaniu kosmetyków kolorowych postępów brak, za to są ogromne sukcesy w gromadzeniu nowych. Odkryłam, że zbieractwo w tej dziedzinie jest cudownie wciągające i zachwyca! No to zbieram.  A tymczasem do śmietnika lecą:


Lirene – żel pod prysznic z oliwką z bawełny – z tej serii najbardziej kochałam fioletową wersję z oliwką z winogron. W związku z tym, że darzyłam ją tak głębokim uczuciem, Lirene wycofało tę wersję z produkcji (niesatysfakcjonujące wyniki sprzedaży, zdarza się). Zawartość niebieskiej butelki jest przyjemna i ładnie pachnie, ale jak zwykle... to już nie to. Zapach jest na tyle mało porywający, że już go nie pamiętam, a oliwkowa moc znana z fioletowej butelki tutaj jakoś nie występuje. To po prostu miły żel pod prysznic, który nie wysusza i pozostawia skórę gładką.

Ziaja – Oliwka do masażu antycellulitowa – fantastyczna, pięknie pachnąca pomarańczą oliwka, którą wywalam, bo straciła ważność, a ja kupiłam ją do masażu bańką chińską, ale do dziś tej bańki w domu nie mam ;). Jeśli chcecie szukać antycellulitowych właściwości, to upatrywałabym ich właśnie w tym połączeniu: pomarańcza od Ziai plus bańka. 

Lush – Angels On Bare Skin – to nie moje, ja nie używam takich wynalazków, opinii szukajcie u mojego męża, który kiedyś w przypływie natchnienia wysmarował dla mnie recenzję tego Lushowego bajeru: klik.

Organique – Creamy Whip – Milk – pianki do mycia od Organique to hit! więcej o nich już niebawem, ale moja miłość do nich jest olbrzymia. Ta mleczna pachnie „toaletowo”, bardzo przyjemnie. W kolejce już czeka okaz afrykański i pomarańczowy. Mmmmm, nie mogę się doczekać :).


Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazówka z wyciągiem z chabra bławatka – moja ulubiona, pisałam o niej nie raz. Tu recenzja, a w użyciu kolejna butelka.

Fitomed – Tonik oczyszczający ziołowy do cery tłustej z szałwią lekarską – ja mam cerę mieszaną, ale ona bardzo lubi się z tym tonikiem w przeciwieństwie do oczu, które nie lubią się z jego etykietą. Ale to nic, ukrywam brzydala na tyłach kosmetycznej gwardii i cichaczem zużywam, bo jest przyjemnie delikatny, niedrogi, daje uczucie świeżej, dobrze oczyszczonej skóry i pomaga trzymać w ryzach coś, co szumnie nazywa się moją wrażliwą, naczyniową, mieszaną w kierunku tłustej cerą. Do kosza leci kolejna butelka i na pewno pojawią się następne.

Bioderma – Sébium H2O – płyn micelarny do cery mieszanej, tłustej i trądzikowej – ja też należę do miłośniczek różowego micela Biodermy (czyli Sensibio H2O), chociaż dostrzegam pewne jego wady (i nie mówię tu wcale o cenie). Jedną z przebrzydłych właściwości, które wykazuje także wersja zielona, jest obrzydliwie gorzki smak. Z tego względu nie da się używać obu płynów w okolicy ust, a przynajmniej ja nie mam na to ochoty. Ale oba dobrze radzą sobie z demakijażem oczu, co jest naprawdę rzadkością w przypadku płynów micelarnych w ogóle. Nie zauważyłam wielkich zmian w wydzielaniu sebum po zużyciu zawartości zielonej butelki, dlatego następnym razem znowu kupię zapas różowych – one faktycznie są bardzo delikatne dla upierdliwych cer naczyniowych. 

Bioderma – Sensibio Light – krem nawilżająco-łagodzący do cery wrażliwej – doskonały krem i moje duże odkrycie. Lekka konsystencja, łagodność i bardzo dobre właściwości nawilżające czynią go jednym z najlepszych kremów na dzień, z jakimi miała przyjemność moja złośliwa cera. Do tego jest jeszcze wydajny. Zdecydowanie polecam, nie tylko naczynkowcom czy przetłuszczającym się (recenzja).

Auriga – Flavo-C – serum witaminowe – jak już pisałam w recenzji, to była ośmioprocentowa wersja dla cieniasów. Jeśli macie jaja i nie boicie się podrażnień, spróbujcie Flavo-C Forte (stężenie witaminy C: 15%). Ja się przymierzam, niech no tylko zużyję kolejną ósemkę... Serum mi się spodobało, wyrównuje koloryt, cera wygląda po nim zdrowiej. Niestety, nie uspokoiło naczynek, a bardzo mi na tym zależało, dlatego właśnie planuję zmierzyć się z wersją Forte. 


Joanna – Rzepa – Szampon wzmacniający do włosów przetłuszczających się ze skłonnością do wypadania – ta długa nazwa idealnie oddaje stan moich piórek. Przy okazji: jestem załamana ich stanem, sypią się garściami, a biotyna brana już piąty tydzień na razie tylko delikatnie ograniczyła ten straszny proceder. Zapewne jest to wysyp postresowy, po wydarzeniach z października (to zawsze dzieje się z opóźnieniem), ale załamkę mam konkretną – jak żyć z 1/3 objętości (and still counting)? Jeśli macie jakieś sposoby na szybkie zatrzymanie tego procederu, piszcie. Aha, większość suplementów diety odpada, bo zawierają cynk, po którym czuję się jak w pierwszym trymestrze ciąży. Jeśli chodzi o szampon Joanny, sprawdzał się u mnie dobrze. Rzeczywiście ogranicza przetłuszczanie, chociaż nie można stosować go zbyt często, bo potrafi przesuszyć i głowa swędzi jak po desancie 13. dywizji pancernych komarów. Odżywka rzepowa pachnie dużo ładniej, a tu mamy regularny, warzywny smrodek, ale da się wytrzymać. Na pewno jeszcze się spotkamy.

Batiste – suchy szampon, wersja Original (miniatura 50 ml) – nie ma żadnego konkretnego zapachu, ale to dobrze, bo mnie raczej drażnią syntetyczne wisienki i tropiki. Efekt po suchym szamponie nie jest moim ulubionym, ale po kolejnej minibutelce stwierdziłam, że jednak będę się zaopatrywać regularnie w suche szampony w ramach walki z codziennym myciem głowy. Taki przypudrowany tłuszcz jednak jakoś lepiej wygląda. Przydatny wynalazek. Tylko nie polecam kupowania tych kurduplastych opakowań, bo szampon kończy się po 3–4 użyciach.


Joanna – Naturia – Masło do ciała z kawą, odżywcze – wielbię to masło za słodki, deserowy zapach i idealnie maślaną konsystencję. I choć powstało na bazie parafiny, a firmie Joanna należy się kocówa za brak folii ochronnej, złego słowa nie powiem. Tu powiedziałam wiele dobrych: klik.

Pat&Rub – Hipoalergiczny balsam do ciała – nie będę się rozpisywać, bo niedługo pojawi się na blogu recenzja porównawcza trzech balsamów P&R. Powiem tylko tyle: jest dobrze, choć za krótko. Wydajność tych balsamów jest beznadziejna, na szczęście mają inne ważne zalety.

Yves Rocher – Culture Bio – odżywcze mleczko do ciała (miniatura) – według Yves Rocher połączenie miodu z muesli daje zapach... migdała. Bardzo logiczne, nie będę się spierać :). Mleczko Culture Bio to całkiem nic specjalnego – jak ktoś lubi marcepanowe wydanie migdała, zapach mu się spodoba, ale o właściwościach łatwo zapomnieć. Mleczko szybko się wchłania, nie pozostawia tłustego filmu... właściwie nie pozostawia po sobie niczego poza zapachem. Dla mnie bez sensu.

Organic Shop – Organic Vanilla & Orchid – kolejny mus do ciała, który jest po prostu bardzo lekkim kremem. Ten, podobnie jak kawowa Joanna, też nie miał folii zabezpieczającej przed wścibskimi paluchami, ale poza tym był okej. Zapach niewaniliowy – kwiatowy. Czy orchidea? No idea, ale pachniał świeżo i przyjemnie. Wchłaniał się dobrze, nawilżał przyzwoicie, ale niczym szczególnym mnie nie zachwycił, więc ganiać za nim po internecie nie będę. Tu recenzja


Style Pen – Nail Polish Remover, czyli zmywacz o zapachu cytrynowym – nie, nie, nie. Tłuste, źle domywające płatki, które wyschły, nim zdążyłam je zużyć. Nie rozumiem tego zjawiska przyrody, ale się na nie nie godzę.

Inglot – Long & Curly Mascara – dostałam w spadku od teściowej (spokojnie, teściowa żyje i ma się dobrze!), której coś w nim nie pasowało (może uczulał? nie pamiętam). Bardzo miłe zaskoczenie, bo to tusz z serii tych, których sama nigdy bym nie kupiła: wydłuża i podkręca, a ja mam rzęsy długie i ładnie wywinięte, za to smutnie rzadkie. Cienka szczotka z krótkimi włoskami daje bardzo ładny efekt delikatnie podkreślonych, idealnie rozczesanych firanek. Na niezobowiązujące, dzienne malunki – ideał. Świetny okazał się też do malowania dolnych rzęs. No naprawdę nie spodziewałabym się, a już na pewno nie szukałabym tuszu do rzęs w salonie Inglota.


Na koniec trochę próbkowego śmiecia, wśród którego możecie dojrzeć pełny wymiar maski algowej z żurawiną od Organique. Miałam już dawno Wam o niej napisać, ale mam brzydkie zdjęcia, a maska – jak widzicie – już nie istnieje i nie wiem, czy szpecić bloga brzydkimi fotografiami, czy sobie darować :). Ogólnie pod koniec zeszłego roku zakochałam się w maskach algowych, które dają fantastyczne nawilżenie, no i super się je ściąga (jak charakteryzację Fantomasa). Przynajmniej maski Organique i Bielendy dają taki efekt, za resztę nie odpowiadam. Maseczka oczyszczająca Korres (tu: występ gościnny jako próbka) bardzo mnie zainteresowała i rozważam zakup pełnego wymiaru, bo po peelingu enzymatycznym Organique dopełniła dzieła zniszczenia brudu i nawet wągrów. Fantastyczny efekt. Chciałabym się dowiedzieć, czy naprawdę jest taka doskonała, czy tylko mi się zdawało. 

Tyle na dziś, tak mi lekko i cudownie, gdy kolejne kosmetyczne śmieci opuszczają lokal!

37 komentarzy:

  1. Świetne denko i kilka znajomych produktów:) Tuszem z Inglota mnie zaintrygowałaś, też by mi przez myśl nie przeszło szukać u nich maskary, ale może warto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest naprawdę sympatyczny. nie spodziewałam się :) choć oczywiście nie ma mowy o jakimkolwiek pogrubieniu, ale wyraźnie w jego nazwie stoi, do czego służy i czego się spodziewać ;) obiecanki producenta spełnione w 100%

      Usuń
  2. Ale masz śliczny szablon! Strasznie mi się u Ciebie podoba :D Ładne denko, uwielbiam produkty pat rub <3 no i bioderma :D same cuda zużyłaś i to jak dużo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szablon wykonała Paula z bloga one little smile :)

      Usuń
  3. Ten szampon z Joanny muszę kiedyś kupić, bo przetłuszczają mi się włosy niemiłosiernie!
    Maseczkę z Organique mam, ale na trądzik :D Fajna jest :)
    Za to te pianki do mycia to chodzą za mną od ho ho :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. luthienn, to bardziej Ci polecam Seboradin Niger, też śmierdzi, tyle że rzodkwią ;)

      Usuń
  4. Ogromne to denko i fajne kosmetyki. :) Też nie lubię chemicznych zapachów. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Poszło świetnie! :)
    Mam piankę afrykańską z Organique, brałam w ciemno.
    I teraz niemiłosiernie męczę się z tym zapachem!
    Wąchałaś ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wąchałam i uwielbiam ten zapach! najpierw miałam go w próbce ich masła shea, ale to masło jest zdecydowanie dla mnie za tłuste, dlatego ucieszyłam się, że w piance do mycia też można znaleźć Afrykę. co nos, to inne zdanie :)

      Usuń
  6. U mnie produkty P&R zupełnie się nie sprawdzają, niby nawilżają, ale jakoś mało spektakularnie jak na swoją cenę. Za to masło Joanna kawowe też uwielbiam. Pięknie pachnie, ładnie i długotrwale nawilża. Kocham.

    OdpowiedzUsuń
  7. To nie denko, to dnooooo! Swietne zuzycia! Znam Bioderme (no bo kto jej nie zna) i pianke z Organique. Mialam mleczna, teraz uzywam na spolke z partnerem kolonialna, a na uzycie czeka jeszcze grecka. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w ogóle nie pamiętam zapachów kolonialnego i greckiego, muszę sobie odświeżyć pamięć w najbliższym czasie :) na pewno te pianki będą u mnie w domu pojawiać się regularnie

      Usuń
  8. a ja mam rzęsy długie i ładnie wywinięte, za to smutnie rzadkie
    Ja też! Znajdź mi tusz doskonały :(
    Tak, jak Ci kiedyś wspominałam, dla mnie nie do pobicia jest Volume Million Lashes na razie. Miło wspominam też One by One Maybelline. A pamiętasz, co Ci polecałam? Volumythic Miss Sporty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. znalazłam już ze trzy doskonałe i wszystkie wycofali :(. Volume Million Lashes – ten złoto-czarny, no nie? ten tusz jest niesamowity, nigdy nie wysycha, nigdy się nie kończy, mam jeden prawie od roku i dziś nim pomalowałam rzęsy i nadal jeszcze jakoś się trzyma. no ale wyrzucę go już, bo to niezdrowo chyba ;)). Miss Sporty mam zapisany, że do sprawdzenia, ale ciągle mi było nie po drodze do Rossmanna

      Usuń
    2. oo, One By One znalazłam w zapasach! zaraz się nim zainteresuję :)

      Usuń
  9. Ja uwielbiam Biodermę Sensibio, Sebium niestety mnie wysusza.Z serii Flavo pokusiłam się na maskę, ciekawe jak się sprawdzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też jestem ciekawa tej maski, będę czekać na recenzję

      Usuń
  10. przymierzam się do zakupu Flavo-C i wybiorę raczej to mocniejsze stężenie. miałam truskawkowe masełko joanny- zapach niesamowity.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z Waszych komentarzy wynika, że wszystkie wersje maseł Joanny pachną bosko!

      Usuń
  11. Zamiast tego szamponu z Joanny spróbuj wzmacnaijażcego z Pharmaceris http://www.iwetto.com/2013/12/idealny-szampon-pharmaceris-h-keratineum.html

    Spokojnie, sytuacja z szufladą została opanowana... przełożyłam do drugiej :D
    Nie tak na serio, to ogarnęłam temat. W sumie naskrobię o tym posta... może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dopisuję do listy tego Pharmacerisa, na razie używam Seboradin Niger – bardzo dobrze się sprawdza, zobaczymy, czy nie wysuszy skóry.

      Usuń
  12. Świetne denko i same fajne produkty. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Nieźle ci poszło z denkiem!

    OdpowiedzUsuń
  14. oj tak pianki Orgnique to świetne myjki, "toaletowej" jeszcze nie miałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślałam, że szybko się będą zużywać, ale jestem mile zaskoczona wydajnością

      Usuń
  15. Wow. Sporo tego nazbierałaś. Gratuluję zużyć :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Lush, i to w dodatku mój ulubieniec :) próbowałaś ampułek z palcentą na wypadnie? mi pomogły
    Wpadnij do mnie, może zechcesz wziąć udział w spotkaniu, przepraszam za spam, ale w słsuznej sparwie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Spore denko, miałam masło z Joanny, ale w wersji waniliowej, pozytywnie mnie zaskoczyło :)
    A co do kolorówki to fakt, te kosmetyki szybciej się kupuje i gromadzi niż zużywa :D

    OdpowiedzUsuń
  18. łoo, podziwiam małżonka za rozszerzoną pielęgnację cery :D

    OdpowiedzUsuń
  19. A ja właśnie zakupiłam ten tonik Fitomedu, u mnie trzecia butelka :) Bardzo duże zużycia, gratuluję :D

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja mam dużą wersję suchego szamponu o którym piszesz i mam wrażenie, że nigdy mi się nie skończy :) Tusz z Inglota to jeden z moich ulubieńców, ale nie ideał. Podobnie, jak Ty też go dostałam w spadku ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  21. Aj ile tego, a tyle jeszcze czeka w kolejce :) Gratuluję blogowych urodzin, dałaś czadu i oby tak dalej. Buziaki :***

    OdpowiedzUsuń
  22. Zaczniemy od końca:
    zmywacz w płatkach jest BEZNADZIEJNY! Nie rozumiem jego fenomenu. W ogóle.
    Zdziwiła mnie dobra jakość tuszu do rzęs z Inglota - nigdy o nim nie słyszałam. :)
    Biodermę Sebium mam w mniejszej buteleczce i nawet jestem zadowolona. Jeszcze nie jestem pewna czy jestem bardziej na TAK czy bardziej na "nie kupię ponownie". :)

    OdpowiedzUsuń
  23. kocham żurawinowe algi od Organique <3 ale wersję z papają kocham jeszcze bardziej :)

    łączę się w bólu, bo mi też kłaki się sypią. ale to od karmienia piersią, więc dużo nie zrobię ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. też mam problem z wypadającymi włosami obecnie od niedawna używam szamponu z ziaji kuracja wzmacniająca przeciw wypadaniu włosów i maski regenerującej henna wax jeszcze nie wiem jakie będą efekty ale mam nadzieję, że dobre bo moje włosy strasznie straciły na objętości

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger