02.06.2014

Denko prodżekt, odc. 14

Szkoda, że miesiące upływają szybko wyłącznie w kontekście zużywania kosmetyków. Dopiero pisałam o śmieciach i usuwałam je sprzed mojego pełnego czarnych kropek nosa, a tu już następna grupa pustaków czeka na życzliwe słowo. Denkowanie idzie sprawnie, czego nie mogę niestety powiedzieć o współczesności z mym słodkim (po)Tomkiem. Dwulatku, daj żyć!


W maju żywota dokonało sporo produktów kolorowych, co – jak wiemy – jest niezwykle rzadkie. Nie wszystkie dobiły dna, część po prostu śmiertelnie (lub śmierdząco) się pochorowała, a ja postanowiłam ukrócić ich cierpienie i przyspieszyć proces kosmetycznej reinkarnacji, zwanej przez niektórych recyklingiem. Żegnajcie i do zobaczenia w kolejnych wcieleniach.


Vintage Washing Gel Cranberry – pisałam o nim niedawno, więc odsyłam tu. Bardzo przyjemny, urodziwie pachnący żel z Tesco, którego największą wadą jest fakt, że ma na opakowaniu napis „limited edition”. 

Hipp – Pielęgnacyjny płyn do kąpieli dla niemowląt – mimo zmienionej etykiety właściwości wciąż te same. Nadal jest to cudownie łagodny i ładnie pachnący płyn, którego z powodzeniem może używać cała rodzina. O kosmetykach Hipp pisałam kiedyś tu. Aha, trochę wkurzająca jest butelka, bo choć z miękkiego plastiku, to jest bezsensownie długa, płaska i resztki wychodzą w asyście (na szczęście pachnących) pierdnięć. 

Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – wciąż nie znam lepszego i nie zamierzam poznawać, bo ten jest idealny. Bezzapachowy, nie podrażnia, dobrze się pieni, chroni przed stanami zapalnymi, a do tego wydajny – kolejna butelka, którą zużywałam przez kilka miesięcy. Poza tym plus za pompkę. Największym minusem jest etykieta, ale widziałam gorsze przypadki, więc w tym miejscu kończę się czepiać. 

Stara Mydlarnia – Home Spa, Mango & Maracuja, mydło do rąk – całkiem nic specjalnego. Ledwo wyczuwalny zapach, myje ręce, bo czemu miałoby nie? Na dnie zostaje sporo produktu, którego nie da się wycisnąć bez dolewania wody. Moje pierwsze spotkanie ze Starą Mydlarnią zdecydowanie rozczarowujące.

Lush – Dreamwash – o tym, dlaczego nie zatraciłam się w nacieraniu ściółką leśną, poczytacie w recenzji

Lush – Honey I Washed The Kids – nie widać go na zdjęciu, ale trudno pokazać kostkę mydła, które rozpłynęło się w radosnym, kosmetycznym niebycie... Ten Lush, w przeciwieństwie do poprzednika, pachnie wybornie, jest wydajny, ma apetyczny karmelowy kolor i jeśli zamieszka w otwartej mydelniczce, roztacza wokół przepiękny, słodki aromat. Nie sprawdził się u mnie jako myjak do ciała, ale to dlatego, że nie cierpię tej charakterystycznej cierpkości skóry po użyciu mydła w kostce. Mimo wszystko dla niego (i dla Sultana Of Soap) warto zrobić zakupy w Lushu! 

Body Farm – Cocoa Cookies, żel pod prysznic – pisałam o tych żelach ostatnio, więc nie będę się powtarzać. Wersja ciasteczkowa to najprawdziwsze zmielone ciastka kakaowe. Zastanówcie się, czy na pewno macie ochotę umyć się czymś takim – odpowiedź wcale nie jest oczywista :).


Lirene – Selected From Nature – lekki krem bioaktywnie nawilżający – wszystko w tym kremie byłoby wspaniałe, zaczynając od delikatnego, przemiłego zapachu, przez lekką konsystencję, na przyjemnej dla oka etykiecie kończąc, ale niestety, krem zapycha (prawdopodobnie dlatego, że utkany jest parafiną) i choć nie odnotowałam po nim wysypu tłustych, czerwonych pryszczy i pryszcząt, na brodzie pojawiły się podskórne gule. Wielka szkoda, bo gdyby nie to, byłby naprawdę przyjemnym kremem na dzień (oraz dobrą bazą pod makijaż) i chętnie bym do niego wróciła. Gdy odkryłam fakt zapychania, zużyłam go do rąk i ciała – bardzo dobrze się sprawdził ;).

Bandi – Young Care – Oczyszczająca Maska Drożdżowa (recenzja tu) – nie eliminuje wągrów, chociaż miała, ale za to rozjaśnia cerę. Podobnie jak poprzednik, została stworzona na bazie parafiny, ale na szczęście nie spowodowała wysypu – może dlatego, że maski nie używa się tak regularnie jak kremu? 

Apis – Żurawinowa Witalność – ujędrniający krem z żurawiną i olejkiem arganowym – skład ma świetny, pojemność mocno przesadzoną (110 ml!), trudno go zużyć w wyznaczonym terminie 6 miesięcy od otwarcia. Uwielbiam go za delikatny, żurawinowy zapach i lekką konsystencję, ale nie powiem Wam, jak sprawuje się na twarzy, bo używałam tylko do szyi. Wszystko dlatego, że byłam ciekawska i wymacałam go zaraz po zakupach, a potem kilka miesięcy przeleżał w szafce zapomniany. Nie miałam jąder, żeby aplikować go na wrażliwą skórę twarzy po tym czasie, szczególnie w okresie, w którym moja cera zachowywała się jak rozkapryszona gówniara. Na szyi  krem sprawdził się doskonale, dawał odpowiednie nawilżenie i jędrność pewnie też, ale tego drugiego nigdy nie umiem dobrze ocenić. Na pewno kiedyś wypróbuję go zgodnie z przeznaczeniem.

Yves Rocher – Hydra Vegétal – koncentrat nawilżający – czymże byłoby moje denko bez choćby jednego produktu Yves Rocher? Sekta czuwa, newslettery z przebrzydłymi rabatami regularnie wysyła, więc wciąż robię u nich o wiele za duże zakupy. No i masz ci koncentrat. Ten tutaj jest niezły, ale nieporywający. Mam jeszcze jedną butelkę, ale nie wiem, czy nie poślę jej dalej w świat. Tu recenzja.


La Roche Posay – Effaclar K – została mi resztka i tak sobie leżała w pomiętej butelce jak wyrzut sumienia. Zamiast jednak wyrzucać sumienie, zużyłam i wyrzucam puste opakowanie po Effaclarze. U mnie retinoidy zadziałały doskonale (szczegóły tu), za jakiś czas planuję powrót. Z pudła z zapasami wciąż straszy Redermic R, ale po horrorystycznych historiach M. i egri.hempe nie zanosi się na to, bym kiedykolwiek miała skazić nim swoją bezcenną twarz.

Dermedic – Hydrain 3 Hialuro – płyn micelarny – przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej, czyli bardzo nie do mojej, ale co za różnica, przecież to micel. W cenie regularnej moim zdaniem nie jest wart grzechu, ale nabyłam go kiedyś wraz z magicznymi kuponami zniżkowymi w Super-Pharmie za niecałą dychę i to już ma jakiś sens. Micel ma ładny, orzeźwiający zapach (zmierzający w stronę ogórka, ale ogórkiem niebędący), jest delikatny i niegorzki (wielki plus, który jest jednocześnie największym minusem mojej ulubionej Biodermy). Niestety, zupełnie nie radzi sobie z demakijażem oczu. Właściwie to nie jest jeszcze dyskwalifikacja, bo i tak najczęściej zmywam oczy dwufazówkami, ale mimo wszystko jeśli mam wybierać, wolę płyn micelarny, który i na usmarowane różnymi wynalazkami oczy coś zaradzi.

Dear Body – Vanilla Lace – balsam do ciała – nabyłam go dawno, dawno temu, we wrześniu w Gdyni. Zużywałam powoli, ale z dużą przyjemnością, bo pachnie bardzo waniliowo i uroczyście ;). To właściwie mleczko, a nie balsam, jest bardzo rzadkie, dobrze się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy i otula zapachem na dość długo. No i całkiem przyzwoicie nawilża. Moje serce należy do maseł i treściwych kremów, ale urzekł mnie zapachem i chętnie do niego wrócę. Tu recenzja: klik.

Pat&Rub – ekoAmpułka nr 5 pod oczy – ostatnio o niej pisałam, więc nie będę od nowa nadawać o ścierających się napisach i o tym, jak dobrze działa w duecie z kremem. Jeśli przegapiliście, zapraszam tu.

Miniaturka kremu na noc Caudalie zaprezentowała się nieźle, ale zapach mnie nie oczarował, nie poczułam aury niezwykłości, dlatego na razie nie planuję pełnego wymiaru.


BeBeauty – Peeling do stóp złuszczający – niezbyt mocno zdziera, fajnie, że ma naturalny pumeks. Z instrukcji dowiadujemy się, że należy intensywnie, energicznie trzeć i w tym szaleństwie jest metoda – rytmiczne, prędkie szorowanie przynosi całkiem niezłe rezultaty, a zawarte w peelingu kwasy owocowe dają efekt gładkiej, przyjemnej w dotyku skóry. Oczywiście pod warunkiem, że nie macie słoniowych podeszew. Na to poradzą już tylko kwasowe skarpety i gruboziarnista tarka.

Beauty Friends – Tomato Maskpack – dostałam jako gratis do zamówienia w ekobieca.pl. Miły gest, tym bardziej że nie znałam tej firmy. Maska jest przyjemna w stosowaniu, bo w postaci bawełnianej płachty. Wyprodukowana z myślą o azjatyckich kobietach nie bardzo pasuje rozstawem dziur do moich sarnich (psich?) oczu, ale nic to. Nawilża dobrze, więc to korzystny gratis.

The Body Shop – Almond Hand&Nail Cream – pisałam już o tym kremie tutaj. Oszałamiający zapach, ekspresowe wchłanianie i krótkotrwały efekt wygładzenia. Pielęgnacyjnie nic ciekawego, ale przyjemność z używania ogromna!

Flos-Lek – Wazelina kosmetyczna & ochronna do ust (wersja pomarańczowa) – uwielbiam! Prosty składnik, który wykonuje dobrze swoją robotę, czyli natłuszcza (ale cieniutką warstwą), chroni przed mrozem i skwarem, a do tego obłędnie pachnie i smakuje pomarańczką. I jest bardzo wydajny. To jeden z najlepszych balsamów ochronnych, jakich używałam, do tego niska cena i dobra dostępność zachęcają do zakupów.

Oriflame – Perfecting Face Primer – jakiś artefakt odnaleziony na dnie kosmetycznego kufra. Wyrzucam, bo nie mogę sobie przypomnieć, kiedy otworzyłam tę bazę, ale wiem, że było to zdecydowanie zbyt dawno temu. Z tego co pamiętam, baza jest dość zwyczajnym kremem, który nie daje spektakularnych efektów. Nie ma sensu kupować ponownie – na co dzień używam serum i kremu dostosowanego do potrzeb mojej skóry, a jak potrzebuję porządnego wygładzenia od czasu do czasu, to ładuję silikony. 


Na koniec słów kilka o kolorówce. Do kosza lecą zużyte tusze, o których niedawno pisałam, czyli mój ukochany, wycofany Philosophy, Catrice Fake It! z dziwaczną szczotką, brązowa maskara Slim Effect od Elite, która jest poprawna, ładnie rozczesuje rzęsy, ale trudno odnaleźć w niej choćby odrobinę wyjątkowości i mój ulubieniec od L'Oréal – klasyczna wersja Million Volume Lashes, która jest nie do zajechania, ale otworzyłam ją już tyle miesięcy temu, że dalsze jej używanie robi się nieprzyzwoite. Po tym najdłuższym zdaniu świata nastąpi kolejne, krótsze, w którym przestrzegam Was przed zbyt prędkim otwieraniem dawno nieotwieranych opakowań. Wodoodporny eyeliner Max Factor Colour X dostałam od teściowej, która z jakiegoś powodu go nie chciała. Ja użyłam go kilka razy, zupełnie nie pamiętam, czy było fajnie, a potem zapomniałam o jego istnieniu. Teraz otworzyłam go z radością na licu, a chwilę później miałam upierniczoną szafkę, podłogę i stopę, ponieważ eyeliner wyrzygał się na mnie jakąś niebieskawą wodą (naprawdę mu gorzej, bo urodził się jako czarnuch).

W tym miesiącu żegnam się też z długą kredką z Lovely, która zła nie była, ale też już mieszka ze mną za długo, a ja w wersji czarnej używam głównie ukochanej Stylo Regard Waterproof z Yves Rocher, więc ta leżała zapomniana. Czerń Lovely nie jest głęboka, ale z kredką pracuje się nieźle. Za takie pieniądze nie ma co narzekać. Na rodzinnej fotografii widzicie jeszcze korektor Astor SkinMatch, również sędziwy rezydent mojego kuferka, który był używany rzadko, bo wybrałam zbyt jasny odcień Ivory, przez co uzyskiwałam pod oczami śliczny efekt blondyny po solarce, która regularnie opalała się w goglach. Na koniec mamy dumnie wykończony puder Rimmel Stay Matte, który bardzo lubię i uważam, że w tej cenie (ok. 20 zł minus częste megarabaty w drogeriach) jest naprawdę wart odnotowania. Mojej bardzo tłustej strefy T nie matowi rzecz jasna na dzień cały, powiedziałabym, że wyniki ma raczej średnie (2-3 h bez świecenia), ale w duecie z bibułkami matującymi stanowi odpowiednią ochronę przed smalcowym obciachem. Oczywiście istnieją na świecie lepsze pudry matujące, ale jeśli szukacie dobrego prasowańca w rozsądnej cenie, tego mogę polecić.

Ufff, to już jest koniec, nie ma już nic. Kto nie doczytał do końca, ten trąba.

42 komentarze:

  1. Jestem w szoku. Jak to jest, że co miesiąc sypiesz tymi śmieciami jak z rękawa? ;)
    Odnieść się mogę jedynie do nieistniejącego na zdjęciach mydełka Lush w dwóch wersjach, bo dostałam od Ciebie kawałki - super się u mnie sprawdziły do rąk, pamiętam wciąż zapach, jaki pozostawiał na dłoniach Sultana ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Redermica sprzedaj na allegro, będzie na jakieś porządne mazidło!

      Usuń
    2. Sama nie wiem, skąd tyle śmieci, chyba uciekam przed problemami dnia codziennego w kosmetyki :P. Pielęgnuję się i pielęgnuję, aż mi uszami wychodzi heheh. Dobry pomysł z tym Redermikiem, nie wpadłam na to!

      Usuń
  2. Duuuuuuuużo tego, oj duuuuuuużo :).
    Na krem Apis czaję się od długiego czasu. Super, że sprawdził się na szyi, właśnie z myślą o niej chciałam go kupić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to też ciekawe, nigdy nie kupowałam kremu z myślą o szyi, chyba że był to.. krem do szyi ;)

      Usuń
  3. oo matko ile śmieci uzbierałaś:)

    OdpowiedzUsuń
  4. powiem szczerze, że dla mojej cery jest bez znaczenia czy to maseczka czy to krem jest na parafinie, tak czy siak mnie wysypie... niekiedy nawet po pierwszej aplikacji! a przy opisie eyelinera z Maxfactora myślałam że posikam się ze śmiechu! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aleksandro, tu się nie ma z czego śmiać, to była bardzo smutna przygoda :P

      Usuń
  5. wow, jestem pod wrazeniem!! /u mnie w maju wyjątkowo kiepsko

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak zwykle duże denko :)
    Lubię ten puder Rimmel, ale faktycznie po tych 3 godzinach smalec wraca na swoje miejsce :(
    Effaclar K mam w planach, bo się sporo naczytałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Effaclar może podrażniać niestety, ale mam nadzieję, że Ciebie to nie spotka. Moja skóra przyjęła go gładko.

      Usuń
  7. Ogromne denko! Gratuluję.:)

    OdpowiedzUsuń
  8. gromadka robi wrażenie :)
    też lubię pomarańczową wazelinę flos-leku, bardzo udany kosmetyk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a taka niepozorna – TYLKO wazelina, a tak fajnie się sprawdza :)

      Usuń
  9. Piękne denko, bardzo Cię podziwiam za tak systematyczne zażywanie produktów :)
    Perfecta mama używałam w ciąży i po porodzie i bardzo ten płyn lubiłam, w przeciwieństwie do Lactacydu, który poleciła mi lekarka a który mnie uczulił.
    Kosmetyków Hipp używałam przez jakiś czas dla mojego dziecka i bardzo lubię je za przyjemny zapach i całkiem dobre działanie.
    Natomiast za wazelinami Flos-Leku nie przepadam, miałam waniliową i o ile zapach był fajny to dzialbnis6 na moich ustach zbyt słabe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też mi nie podszedł Lactacyd, chociaż niezła jest wersja bezzapachowa, ta medyczna (niebieska butelka bodajże).

      Usuń
  10. To się nazywają konkretne zużycia, u mnie w tym miesiącu raczej skromnie jest.
    Ale czerwiec będzie 'na bogato' - ponownie :)
    Chyba o żadnym kosmetyku nie mogę niczego napisać, nie miałam okazji używać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie dobra zużyciowa passa pewnie też niedługo się skończy – trochę wyczyściłam już te kosmetyki, które stały otwarte od dawna. zobaczymy, co dalej :)

      Usuń
  11. konkretne zuzycia!
    bardzo lubie kosmetyki do pielegnacji Hipp, oliwke dla dzieci od pierwszego dnia zycia mam zawsze w uzyciu - zaczelam poznawac te kosmetyki, kiedy urodzil mi sie syn :)
    szkoda, ze kolorowka tak ciezko sie zuzywa i laduje pozniej w wyrzutkach - sama musze w koncu sie zebrac za porzadki i starocie wyrzucic...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też poznałam Hippa po narodzinach Tomka. a kolorówka to wieczny ból dupy... chciałabym sobie ją spokojnie zużywać do końca, a zwykle się nie da – szczególnie, że wokół tyle rozpraszaczy w postaci nowości, limitek i promocji ;)

      Usuń
  12. Niezłe zużycia!
    Krem migdałowy TBS mam w zapasie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. W ciągu trzech miesięcy tyle pustych opakowań nie jestem w stanie uzbierać! Widać, że nie w próżnujesz! Mydełko HIWTK miałam i powiem szczerze, że trochę byłam nim rozczarowana, oczekiwałam czegoś lepszego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pielęgnuję się intensywnie, żeby nie myśleć o tym, jakie życie bywa przygnębiające ;) a jeśli chodzi o mydło Lusha, to ja akurat nim się miło zaskoczyłam, ale ogólnie marka mnie rozczarowała...

      Usuń
  14. Jaka Ty jesteś niepoprawna politycznie. Kręci mnie to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w którym miejscu jestem niepoprawna, LuLu?

      Usuń
  15. Idziesz jak burza:) Wazeliny z Flosleku też bardzo lubię, zwłaszcza poziomkową, którą tak katowałam non stop przez kilka lat, że teraz już patrzeć w jej stronę nie mogę;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja znam tylko tę pomarańczową – taka wydajna, że nie dała mi szansy wypróbować innych wariantów na razie :D

      Usuń
  16. Też się obawiam retinoidów, bo Effaclar K jednak siał u mnie spustoszenie. Pozostaję przy DUO, który działa powoli, ale dosyć skutecznie.
    btw przytłoczyłaś mnie tym dnem, bo u mnie niewiele ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. muszę DUO przetestować kiedyś w końcu, ale ciągle są ważniejsze sprawy ;)
      a dno... no cóż, wygląda na duże na tle zieleni :>

      Usuń
  17. Ile kolorówki, jestem pełna podziwu ;d W ogóle masz bardzo duże denka, tylko pogratulować :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Co było a nie jest - nie pisze się w rejestr :D
    Balkonowa siesta wygląda okazale ..jak moożesz lubić wazelinę - nie będę się z Tobą całować ;D
    Wiesz, że po nałożeniu płachty z beauty friends dostałam małego ataku paniki..że się duszę hmm ...myślisz że czas na konsultacje z terapeutą ? :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. możesz się całować z M. zamiast ze mną – chętnie popatrzę :P:P:P
      atak paniki... o rety, jak dziwnie! konsultacja z terapeutą nie zaszkodzi, ale wiesz, że to może oznaczać rychłą terapię behawioralną, czyli JESZCZE WIĘCEJ MASECZEK BEAUTY FRIENDS? :D

      Usuń
  19. Jeju jakie denko! "Pogrzebałam" z przyjemnością w Twoich śmieciach, bo dużo ciekawych produktów ;) Widzę, że u Ciebie Bandi nie sprawdziło się najlepiej :) Co do Yves Rocher - też czuję się jakbym była członkinią ... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciągle nie mogę się pozbierać w związku z faktem, że Bandi wszystko ma cudowne, poza działaniem produktów ;). ale za to ich Aksamitny Krem Do Rąk uwielbiam - działanie ma przeciętne, ale zapach śliczny! co do YR - witam zatem wśród wielbicieli prowansalskiej perwersji ;)

      Usuń
  20. A u mnie ten migdałowy krem z TBS śmierdzi Pronto (czy jakoś tak to było;)) do czyszczenia mebli, natomiast na moim partnerze zapach jest całkiem inny ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, niebywały eksperyment. może dlatego tak bardzo opinie blogerek się różnią w sprawach zapachowych. może po prostu na każdym coś obiektywnie pachnie lub śmierdzi? zaintrygowałaś mnie :)

      Usuń
  21. Denko denkiem, ale jaki ty masz ładny balkon!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niezmiennie zapraszam! poza tym tu ani trochę nie widać, jaki jest ładny :D szkoda tylko, że maciupki.

      Usuń
  22. Miałam tylko kredkę z Lovely, która moim zdaniem nie nadawała się do niczego :P Kurde, chyba mnie skusisz tym żelem z Body Farm (oczywiście w wersji butter caramel) i balsamem z Dear Body :D No może nie tak od razu, ale prędzej czy później, te dwa produkty zasilą moje kosmetyczne zapasy :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Czytając o eyelinierze uśmiałam się jak głupia. Dziekuje za poprawę humoru

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger