29.07.2014

Trzy mydła z Lusha – czy warto zawracać sobie nimi głowę?

Dawno temu w styczniu przybyły do mnie z Lusha mydła i inne przysmaki. Część poszła w świat, a część dostała robotę w łazience. Robota przyjemna, nic tylko myć. Kostki miały pójść pod prysznic i zmywać z ciał naszych trudy dnia i (hm, hm) nocy. Ostatecznie dwie smakowicie pachnące posłużyły jako mydło do rąk, a węgiel – zgodnie z nazwą (czyli że Coalface) – ogarniał przetłuszczającą się twarz. Co z tego wyszło? Mówiąc w skrócie: absolutna czystość. Czy było miło? Mniej więcej.

Kiedyś o tym pisałam, ale warto wspomnieć, że nigdy nie zakochałam się w Lushu. Moja skóra nie docenia tych stu procent natury, a ja całkiem straciłam zapał do zagranicznych zakupów, bo ani one tanie, ani dla mnie specjalnie atrakcyjne. Nie znoszę też poganiania przez krótkie daty ważności – to akurat najbardziej dopiekło mi przy maskach do twarzy, w przypadku kostek myjących nie ma wielkiego znaczenia, bo ich trwałość jest największa ze wszystkich produktów Lush, z jakimi miałam do czynienia. Niemniej Lush odziera mnie z wielu przyjemności: swobodnego wybierania z zapasów tego, na co akurat mam ochotę (muszę mieć ochotę na Lusha, nim skiśnie na dobre), powolnego zużywania na zmianę z innymi produktami (jak wyżej), a także z radości, jaka mnie spotyka, gdy oglądam piękne, estetyczne opakowanie kosmetyku i aż żal mi go nadgryzać spragnionym higieny tudzież pielęgnacji paznokciem. Zakupy zrobiłam znowu, bo Piotr, zwany zwykle moim mężem, bardzo polubił się z czyścikiem Angels On Bare Skin. No to wzięłam kilka mydeł, żeby przesyłka nie wyglądała smutno. 


Kostki wybrałam, sugerując się rekomendacjami świetnie znającej lushową ofertę Hexxany. I dobrze zrobiłam, bo zapachowo był to strzał w dziesiątkę. Honey I Washed the Kids jako pierwszy przestał być dziewicą i chwilę po odfoliowaniu wypełnił calutką łazienkę niesamowicie apetycznym zapachem, którego opisać nie sposób. Miodowa nuta to nie wszystko – miesza się z wytapianym w maśle karmelem, by za chwilę nieco ocucić subtelną, rześką nutą. Kompozycja jest nie do podrobienia i mimo że kostkę zużyłam dawno temu, wciąż mam w pamięci jej zapach. Starczyła na długo, zużywała się elegancko – bez łamania i nieestetycznej papki w mydelniczce. Zaskoczył mnie fakt, że rozpuściła się w całości, wraz z doklejonym plastrem miodu, który – wbrew temu, co sądziłam – nie służył tylko ozdobie. Zapach na skórze utrzymywał się niebywale długo. Przemiłe, prawda?

To drugie, tajniackie mydło, z którego szybko zwiały literki, nazywa się Sultana of Soap i według mojego nosa pachnie tylko odrobinę gorzej od miodowego Honey I Washed the Kids (zdaje się, że Hexx uważa dokładnie odwrotnie). Nie ma mowy, żebym opisała Wam zapach Sultany (no nie umiem: słodki, przyjemny, tyle) – zamiast tego opowiem o jego nadzwyczajności. Otóż Sultana of Soap jest nadzwyczajnie nafaszerowana rodzynkami i płatkami migdałów. Sprawia to wyjątkowo nieestetyczne wrażenie w mydelniczce, szczególnie gdy dużo bardziej miękka Sultana powoli rozkłada się pod wpływem wody i obnaża swoje glutowato-rodzynkowe wnętrzności. Tego mydła dużo gorzej mi się używało, ale za to miało bardzo dobre właściwości nawilżające i wygładzające.

Niestety, w obu przypadkach używanie tych kostek do mycia ciała uznałam za beznadziejne i zrezygnowałam po pierwszych kotach-za-płotach. Podobnie jak w przypadku wszystkich znanych mi mydeł w kawałku, lushowe przysmaki pozostawiają moją skórę czystą w bardzo nieprzyjemny, nieakceptowalny sposób – na cierpko. Ciało jest niemiłe w dotyku, „stawia się”, gdy jest głaskane (a kto nie lubi się głaskać, hę?). Ten efekt był mniej zauważalny po umyciu się Sultaną, ale wciąż nie było idealnie, dlatego odpuściłam. Do rąk oba nadają się wyśmienicie, a przy tym robią za łazienkowy odświeżacz powietrza i są w tym skuteczniejsze od produktów dedykowanych. Ot, Lushowe czary mary. 


Coalface to zupełnie inna historia. Praktycznie bezzapachowa (a już na pewno nie perfumowana), niezwykle szorstka u podstawy porcja węglowego mydła. Podobno można umyć i wybielić nią zęby, ale jakoś nie mogłam się przełamać. Do ciała też nieszczególnie miałam ochotę – mając do wyboru niepachnące, czarne, szorstkie mydło lub cudnie pachnący żel pod prysznic, nie miałam wątpliwości, komu chcę powierzyć mój pot i bakterie. Za to jako zmywacz twarzowego brudu czarna kostka sprawdza się aż za dobrze – doczyszcza wszystko, co się da i traktuje skórę twarzy podobnie jak pozostałe kostki traktują resztę ciała: gdy użyję Coalface, moja cera autentycznie skrzypi z czystości. Kto lubi ten efekt, będzie mógł radować się nim długo, bo Coalface używany wyłącznie do mycia twarzy, jest baaaaaardzo wydajny. Nie psuje się. Działa do samego końca. Ja wolę przyjemniejszą w dotyku skórę, ale doceniam lushową metodę doczyszczania. Węgiel ma sens i na pewno jeszcze będę z nim eksperymentować (może tym razem mały romans z Lawendową Farmą?).

Czy warto zamawiać online mydlane kostki z Lusha? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ja mogę bez nich żyć, ale na pewno są to dobre kosmetyki myjące. Gdybym znalazła się kiedyś w Londynie lub w innym miejscu na Ziemi, gdzie można nabyć stacjonarnie produkty Lusha, na pewno wyszłabym z torbą zakupów. Ale żeby specjalnie klikać i płacić, i paczkę z poczty odbierać? Czy ja wiem...


36 komentarzy:

  1. Ja lubie kostki do mycia twarzy z Lush i kremy do twarzy. Bardzo sobie chwale kostke brazujaca do ciala, peeling do ust i rozne maseczki do twarzy. Mam tez suchy szampon do wlosow, w postaci bialego proszku ;) w sumie to dawno nie robilam zakupow w Lush (ok, ostatnio kupilam na szybko peeling do ust) i szczerze mowiac mam ochote sie tam obkupic...

    szkoda ze nie moge sobie kupic np 3 maseczki i uzywac nazmiane, wlasnie ze wzgledu na date przydatnosci....

    o, i chyba mialam ze dwie bomby do kapieli.

    zamawiac specjalnie i sprowadzac kosmetyki Lush tez by mnie nie interesowalo, ale ja generalnie sie w klocki "sciagania czegos skas" sie nie bawie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kremów do twarzy nie próbowałam, ciekawe, jaką mają datę ważności – może dałabym radę zużyć ;D a ten suchy szampon w ogóle się do czegoś nadaje? heehhe, co do maseczek, to ich krótka ważność doskwiera mi najbardziej – musiałam wywalić jedną prawie niezużytą, bo nagle czas się skończył :(

      Usuń
    2. jesli chodzi u suchy szampon to sie sprawdza, nasypujesz na rece rozcierasz i wcierasz we wlosy :) zapach jest obledny owocowy cytrusowy swiezy :) i efekt lepszy niz po szamponach w spraju :) dodam jeszcze, ze mam ciemny braz wlosy, puder jest bialy i spokojnie sie wciera, jest niewidoczny we wlosach. Minus tego produktu jest taki, ze mozna sobie narobic balaganu przy nakladaniu, bo wiadomo to proszek, ale troche praktyki i teraz potrafie go zaaplikowac majac na sobie nawet czarna koszulke ;)
      z kremami nie pamieram daty waznosci, ale chyba 6mc od otwarcia, lub 3 - ale czas spokojnie pozwala na wykorzystanie produktu bez stresu i pospiechu :)

      Usuń
    3. a co do waznosci, to kiedys pytalam o te krotkie waznosci maseczek i sie dowiedzialam (w sklepie Lush), ze ten termin waznosci nie sprawia, ze maseczka jest zepsuta. Po prostu maseczki sa wykonane z naturalnych skladnikow, i wg producenta w tym czasie te skladniki maja swoje najlepsze wlasciwosci. Po dacie maseczka po prostu moze byc mniej skuteczna, ale krzywdy nie zrobi :) tym bardziej, ze zalecane jest przechowywanie maseczek w lodowca :)

      Usuń
  2. To mydło do twarzy mnie zaciekawiło :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem fanką Lusha, ale wybiórczo :D Za to wstydź się :P nie masz odpowiedniej mydelniczki, to zabójstwo dla mydła, by stało w wodzie. Od kiedy mam dostęp stacjonarny doceniam tę firmę jakby bardziej, no i moja skóra uwielbia Sultana of soap więc cała reszta to dla mnie pikuś ;)
    Jedno jest pewne, Lush o wiele bardziej do mnie trafia niż Organique które nie do końca jest składowo zgodne z filozofią marki. Lush też nie jest taki naturalny jakby mogło się wydawać, ale wystraczy zerknąć na składy.

    Spróbowałaś, poznałaś i masz własne zdanie. Cała reszta jest jakby poza kadrem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no mam taką bez dziurek, którymi spływałoby wszystko wprost na umywalkę hehehe. Staram się, żeby mydło nie stało w wodzie, odlewam, jak mogę, ale fakt, nie działa to najlepiej. chyba najlepiej by było kłaść taką kostkę na gąbce, prawda?

      jakbym miała dostęp stacjonarny, na pewno chętniej robiłabym tam zakupy, a tu musimy jeszcze odjąć z tydzień od daty ważności, bo tyle trwa przechadzka z fabryki do moich rąk :( największe zabójstwo dla fresh masks – przecież one powinny być teoretycznie cały czas schłodzone.

      a widzisz, ja Organique uwielbiam i bardzo mi do tej pory służył. co skóra, to inne zdanie :)
      ale już tak nie mów o mnie, że taka jestem na NIE z Lushem - przecież nachwaliłam! ;P

      Usuń
    2. Najlepsze mydelniczki, to takie z podwójnym dnem :) Pierwsza warstwa jest z ąbkami/fałdami itd. tak, aby kostka nie przyklejała się ale osiadała i ociekała, po czym nadmiar wody możesz wylać kiedyś tam. Przy okazji. Umywalka jest czysta i mydło bez uszczerbku :)

      Dlatego ja mroziłam maski jak byłam w PL, inaczej zaliczyłabym bankruta. Zresztą do tej pory czasem dzielę na małe porcje i do zamrażarki.

      Wiesz, z Organique lubię tylko parę rzeczy. Tak to już jest. Jedno pasuje, inne mniej :)

      Ostatnie zdanie miało być podsumowaniem, że przecież nie wszystko musi wszystkich zachwycać w tym samym stopniu :) Tak po prostu.
      Zresztą kiedyś Lush to było dla mnie magiczne słowo :D a teraz potrafię iść, zrobić rundkę i wyjść bez niczego. Kupuję jak naprawdę potrzebuję i mam braki, już bez szaleństwa w oczach :D Zresztą..... jak mieszkałam w Częstochowie, to czułam się na kosmetycznej pustyni. Dopiero tuż przed moim wyjazdem pojawiła się Sephora/Douglas i inne rzeczy. A tak naprawdę, to teraz mam raj :D

      Usuń
    3. ja właśnie zamroziłam jedną z masek, które do mnie przybyły, potem rozmroziłam i... chwila nieuwagi, jedna aplikacja, a potem – kierunek śmietnik. następnym razem zamrożę w porcjach, czas zawalczyć z lenistwem :).

      z Organique nie znam oczywiście wszystkiego, też widziałam rzeczy lepsze i gorsze, ale mam wyjątkowo dobre zdanie o tej firmie i jakoś im ufam, co w sumie nie jest częste.

      Ja nie wiem, co Wy z moim mężem opowiadacie o tej Częstochowie – przyjeżdżam tam regularnie, a tam wszystkiego pełno hyhyhy. Ale faktycznie, teraz masz fantastycznie z zakupami, nawet jeśli porównamy Twoje miejsce zamieszkania ze współczesną Częstochową :).

      Usuń
    4. Jak będziesz miała jeszcze kiedyś okazję, podziel sobie maskę :) Zawijam w folię aluminiową, aby było mało bałaganu :D

      Częstochowa to zawsze był grajdoł, ale po stracie statusu województwa to już w ogóle. Jak miałam ochotę na zakupy, trzeba było ruszyć cztery litery do Katowic lub do Krakowa :D
      A może pojawisz się w mieście Świętej Wieży pod koniec października? :D

      Usuń
    5. pod koniec października, powiadasz? oh, pewnie, z przyjemnością :D

      Usuń
    6. oj na serio zamrazacie maseczki? a mnie to nie przyszlo w ogole do glowy...

      Usuń
  4. Węgiel mnie zaciekawił ;)
    Taki sam efekt (skrzypiącej twarzy) uzyskuję dzięki mydłu Aleppo z czarnuszką, które fakt faktem jest tańsze, ale w połowie się topi i nie nadaje do użycia :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aleppo jeszcze na mojej twarzy nie gościło, czy ono przypadkiem nie cuchnie?

      Usuń
    2. No nie pachnie fiołkami, fakt. Ale idzie się przyzwyczaić ;)

      Usuń
    3. nie takie smrody się brało na klatę :D

      Usuń
  5. chyba obejdę się bez tych Lush-ów....,a co do Aleppo, to wlasnie o nim wczoraj pisałam na blogu - działa świetnie, ale racja cuchnie...:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widziałam skrajne opinie na temat aleppo i sama nie wiem – chciałabym, a boję się :)

      Usuń
  6. Nie miałam nic od Lush i moja chętka na te produkty wynika głównie chyba z niemożliwości zakupu stacjonarnego, podobnie jak w przypadku kosmetyków Alverde. Z drugiej strony, te kilka niemieckich kosmetyków, których używałam sprawdziło się świetnie! ;)

    Z drugiej strony, muszę się wreszcie wybrać do pobliskiego zielarskiego. Na pewno czekają tam liczne skarby, o których nie miałam pojęcia, polskiej produkcji. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sklepach zielarskich na pewno można nabyć różne dziwności i faktycznie, mogą być równie dobre co zakazany owoc z Wielkiej Brytanii :)

      Usuń
  7. Ja jestem zwolenniczką Lush'a, jeśli akurat jesteśmy w kraju gdzie jest on dostępny stacjonarnie, ponieważ wysyłka faktycznie się nie opłaca. Ostatnio przetestowałam bomby do kąpieli, z resztą akurat dziś napisałam o nich na blogu, i jestem zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, niestety, nie mam wanny, więc u mnie takie kąpiele odpadają :(

      Usuń
  8. Jestem wielbicielka Lusha, jednak bardzo wybiorcza... Sa produkty,ktore kompletnie sie u mnie nie sprawdzily i napewno bym ich drugi raz nie kupila... Tez ma lekka awersje do produktow kosmetycznych "poganiajacych" jak ja je nazywam. To znaczy z bardzo krotka data waznosci - chociaz kupuje tak czy siak ;) - przewrotna kobieca natura. Mydlo muis byc odsaczone od wody !:) Inaczej zbiera okrutne bakterie.. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli... jest jak wszędzie. Lush ma dobre i złe produkty, nic nadzwyczajnego :). podoba mi się Twoje określenie: produkty poganiające :D

      Usuń
  9. Honey I Washed the Kids jest nie do pobicia :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam kilka niezbyt wielkich kostek i nie poczułam do nich wielkiej miłości. Niestety ja już tak mam z mydłami w kostkach :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też nie umiem zakochać się bez pamięci w mydlanych kostkach – nawet tak pięknie pachnących jak te z Lusha

      Usuń
  11. ja miałam kiedyś mydło porrige. pachniało cudownie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a Ty masz dostęp stacjonarny do Lusha?

      Usuń
    2. niestety nie :( najbliższy lush jest jakieś 40 minut pociągiem..

      Usuń
  12. Tych nie miałam, w ogóle nie wiele miałam , a to co miałam to praktycznie same czyściki do twarzy :) ale jestem zadowolona z ich używania i jakbym miała dostęp często bym kupowała :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Miodowe mydełko było świetne. Ten zapach i to jak pachniało nim w całej łazience...Nigdy o tym nie zapomnę :D
    Za to Coalface za bardzo oczyszczał. Po jegp odstawieniu stan skóry się poprawił, więc nie działal dobrze na twarz :)
    Myć zęby Coalface? W życiu bym na to nie wpadła. :D

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja kupiłam sobie Fresh Farmacy i Aqua Marine czyscik ktory uwielbiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Nakupuj sobie mydeł i powsadzaj do szaf zatem. He he.
    A ten Coalface brzmi kusząco! Lubię, gdy piszczy.
    Z Lusha miałam maskę do włosów i była przyjemna [Retread], a teraz mam scrub do ust i jest wyborny, no ale kiedy cukier nie jest wyborny.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger