28.11.2014

Mikołaj przyjechał do Was z DM-u, czyli będzie konkurs!

Mikołaj przyjechał do Was z DM-u, czyli będzie konkurs!
Rajd, o którym pisałam Wam ostatnio, zagnał mnie po raz kolejny w tym roku na czeską stronę Cieszyna, prosto do DM-u. Tym razem łowy trwały 15 minut, potem zamykali, ale co to dla mnie, w kwadransik też się da uzbierać siatkę czesko-niemieckiej taniochy, prawda? Przyznaję, przez jedenaście i pół minuty nie myślałam o Was, pomyślałam dopiero po dwunastu, przy półce z kosmetykami do włosów, dlatego nagrody dotyczą owłosienia. Jak się okazuje, również tego na nogach i pod pachami. Oto moje mikołajkowe podarunki podzielone na dwa małe zestawy:

Zestaw nr 1:


Zestaw nr 2:


Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy zgłosić chęć w komentarzu pod postem i wybrać jeden z dwóch zestawów. Na zgłoszenia czekam do piątku 5 grudnia. Zwycięzca zostanie wybrany drogą losowania i ogłoszony w te (i tamte) pędy.  

Łatwizna, prawda?

Poza tym, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, niektóre z Was były żywo zainteresowane tym, co zgarnęłam z DM-owych półek dla siebie. Wychodząc naprzeciw potrzebom wielbicielek zakupowego podglądactwa, wrzucam dwie fotografie, z których jasno wynika, że: uwielbiam żele pod prysznic z Dermacolu i chętnie napiszę o nich post zbiorczy, jeszcze nie mam dosyć Baleowego mydła do rąk w płynie, oferta Balei jest tak bogata, że nawet w pośpiechu można złapać coś wcześniej nietestowanego, po raz kolejny uległam czarowi pięknie pachnących, sezonowych kremów do rąk z Essence (w Polsce zamierzam dokupić cynamonowy), no i że w związku z posiadaniem kolekcji miliona pomadek kolejne trzy (z Dermacolu) nie zrobią różnicy. 



Miłego weekendu!

24.11.2014

O naszym weekendzie i kosmetykach z hotelowej półki

O naszym weekendzie i kosmetykach z hotelowej półki
W ten weekend powróciliśmy z mężem do korzeni naszej znajomości. Syn został u dziadków, a my udaliśmy się do Cieszyna na ostatnią w tym roku rundę Pucharu PZM. Bo, mimo że świat chyba już o tym zapomniał, a motoryzacja zboczyła w całkiem beznadziejne rejony, my wciąż lubimy rajdy. Oglądać, wąchać, przeżywać. Ostatni raz zawitaliśmy do Cieszyna w tej konkretnej sprawie dziewięć lat temu. Mąż nie był nawet moim chłopakiem, ale pewne rzeczy pozostały niezmienne: przejmujący listopadowy chłód i nasze odmrażanie tyłków na jakimś gliniastym pagórku, w ubłoconych butach, tylko po to, żeby w towarzystwie jednorazowych kibiców z okolicznych wsi zobaczyć pół kilometra przejazdu każdej z załóg. Różnił się za to nasz nocleg. Kiedyś nocowaliśmy u stareńkiej babci, która klucze zostawiała dla nas w równie stareńkim kaloszu – tym razem udaliśmy się wraz ze startującymi załogami do hotelu sieci Mercure, w którym zamiast klucza w kaloszu są karty magnetyczne, a pani recepcjonistka ma komplet zębów i wita nas od progu swym pięknym, śnieżnobiałym uśmiechem. 


Przy okazji wizyty w hotelu odkryłam, że świat poszedł do przodu również w innych tematach. No bo... z czym kojarzą Wam się hotelowe kosmetyki? Mnie z mikrą kostką mydła o zapachu umownie nazywanym „toaletowym” i z równie mikrymi butelkami wypełnionymi marnym szamponem i marnym żelem pod prysznic. Słowem (a nawet trzema): przedmioty prawie nieużywalne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wzięłam się za wyciąganie z kosmetyczki zabranych z domu kąpielowych miniatur i okazało się, że... właściwie nie są mi potrzebne. 

Hotelowe miniatury witają nas miłymi dla oka opakowaniami, z przemyślanymi, nowoczesnymi, etykietami, miłe są również sensowne pojemności: 30 ml szamponu 2w1 i tyle samo żelu pod prysznic. Zupełną nowością okazały się napisy krzyczące z opakowań: „nie mamy parabenów”, „nie wiemy, co to silikony!”. Wywaliłam gały ze zdumienia. Kosmetyki hotelowe chwalą się brakiem konserwantów i silikonów? Przecież nie muszą, i tak będą miały branie. Świat się zmienia, droga Agato, a ty nie zauważyłaś, bo piastujesz małego, słodkiego wrzaskuna i taka z ciebie podróżniczka jak z majtek długopis. 


Składy hotelowych kosmetyków okazały się o połowę krótsze od litanii, jakie możecie znaleźć na drogeryjnych półkach. Zapachy mocno średnie, bo takie jakieś... eko, ale za to moje nędzne włosy po tej szampono-odżywce miały się całkiem nieźle. Żel pod prysznic też był spoko. Licencja Nordic Ecolabel, czymkolwiek jest, również dorzuca łopatkę dobrego wrażenia. I trzymiesięczna data przydatności po otwarciu. I w ogóle tak sobie myślę, że to fajnie, że świat poszedł do przodu. Bo to miłe i tak dalej. Już w maju, w innym hotelu, zwróciłam uwagę na te kosmetyczne przemiany w trendzie eko, kiedy zamiast kostki do mycia rąk znalazłam w łazience tubę z miękkiego ekoplastiku, którą pani z ekipy sprzątającej napełniała w razie potrzeby mydłem z ogromnego opakowania uzupełniającego. Jeśli jednak macie słabość do marnej jakości kosmetyków z minionej epoki, polecam wybranie się do któregoś z ośrodków wczasowych z tradycjami. Jeden z nich odwiedziliśmy trzy miesiące temu i wszystko było na miejscu: mikrokostka toaletowa, szary, równie, a może nawet bardziej toaletowy papier i szklanki z białego szkła do parzenia herbaty. Z plecionką! 

Na koniec kilka obrazków z naszego rajdowego weekendu:


PS Tak, tak, byłam w Czeskim Cieszynie. Tak, w DM-ie też. Mhm, mały konkurs już się szykuje. Bądźcie czujne! 

19.11.2014

Środowe nic wielkiego: Manhattan – Eyemazing – cienie w kredce

Środowe nic wielkiego: Manhattan – Eyemazing – cienie w kredce
Lubię firmę Manhattan, a najbardziej lubię kupować produkty z jej oferty za półdarmo w kosmetycznych outletach. Kredki, które dziś Wam pokażę, kosztowały 3,39 zł za sztukę. 


Cienie w kredce też lubię, choć niedościgniony wzór leży na nieco wyższej, sephorowej półce. Kredki Jumbo mają piękne kolory, są miękkie, świetnie napigmentowane i trwałe. Zostawmy je dziś jednak i przejdźmy do tych za trzy trzydzieści dziewięć. 


Kolory wzięłam chyba wszystkie, które były dostępne w sklepie, nie szukałam swatchy, bo uznałam, że za tę niewygórowaną cenę i tak będzie fajnie. No i w sumie jest nieźle, chociaż ten miedziany złotek taki mało wyjściowy na zdjęciu – na żywo więcej w nim nieskrępowanej urody, choć i tak odcieniem nie oszałamia. Bywa. Nie widać tego dobrze na swatchach, ale wszystkie trzy mają połyskujące drobiny, mimo że u tej białej perłowy efekt zniknął w tajemniczych okolicznościach na moim zdjęciu. Na żywo posiada chłodny połysk, który bardzo pasuje do śnieżkowego makijażu – na przykład miło rozświetli wewnętrzne kąciki. 


Niestety, trwałość jest dość marna. Kredki nie zasychają na skórze, do samego końca da się je łatwo rozcierać, co przekłada się na szybką ścieralność. Na moich tłustych powiekach po kilku godzinach prawie nie ma po nich śladu, na bazie jest lepiej, ale wciąż tylko lepiej. Grafit z eleganckimi, delikatnymi, pojedynczymi brokatowymi drobinami ma chyba najlepszą trwałość, należałoby też pochwalić wszystkie naraz i każdą z osobna za miękkość i miłą współpracę. Każdej z nich zdarzało mi się używać solo w ramach ekspresowego, czterominutowego makijażu na całą ruchomą powiekę – roztarte wyglądają zupełnie niegroźnie, pozostawiają tylko delikatny efekt z serii „coś się dzieje”.

Nie jestem pewna, czy znajdziecie kredki Eyemazing w szafach Manhattan w Polsce, ale na niemieckiej stronie producenta zaznaczone jest, że pochodzą ze stałej oferty. Ciekawe, ile kosztowałyby w pełnej złotówkowej cenie. Za trzy trzydzieści dziewięć powiadam, że warto.

15.11.2014

Kiehl's – Creamy Eye Treatment – krem pod oczy z awokado [recenzja]

Kiehl's – Creamy Eye Treatment – krem pod oczy z awokado [recenzja]
Mój krem pod oczy Kiehl'sa kupiłam na Truskawce, ale świat gna do przodu i od niedawna Wy możecie pognać do salonu firmowego Kiehl's w warszawskiej Arkadii. Takiego stacjonarnego. Z paniami pytającymi: „W czym mogę pomóc?”. Nie wiem, jak wygląda na żywo taki salon, bo widziałam go tylko na zdjęciach, ale w wersji zdjęciowej zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Imitacja prastarej apteki, sprzedawcy w białych fartuchach, od podłogi do sufitu pełno wszystkiego – to lubię! 


O marce Kiehl's nie wiedziałam nic. Właściwie nadal wiem niewiele, bo dane mi było używać tylko tego jednego kremu. Do zakupu namówiła mnie autorka bloga On The White Couch, która zachwalała tego Kiehl'sa, jakby co najmniej sama go kręciła. No to wzięłam, gdyż okolice podoczne są mi miłe, a już zaczynają się psuć. Przy tej okazji chciałam Wam powiedzieć, jak ważne jest noszenie okularów, gdy słoneczne promyki wesoło smażą nam gałki oczne. No więc jest to ultraistotne. Kropka. Ja przez większość życia nie nosiłam okularów przeciwsłonecznych, bo jakoś się nie składało. Zapominałam, gubiłam, niszczyłam (niepotrzebne skreślić), a bez okularów latem wyglądałam jak ślepawy szczurek, który pobiera obraz świata przez wąskie szpary, okalane marszczącą się skórą. Efekt jest taki, że jako trzydziestka mam na stałe to umarszczenie pod oczami, a piękne, gładkie czasy przeszły do historii. Teraz noszę ciemne pingle nawet zimą, mając nadzieję, że jeszcze przez kilka chwil gorzej nie będzie. No i wcieram kremy. Mądra Agata po szkodzie.

Krem Kiehl's, mimo że z awokado w nazwie, powstał na bazie masła shea. Po pierwszym zerknięciu na INCI wywaliłam oczy ze zdumienia: pięć składników? A gdzie awokado? No tak, blondi, odwróć kartkę. Odwróciłam, a tam zagubione awokado. I parę innych rzeczy. Nawet paręnaście. Nie jest źle, ale na pewno nie idealnie – wolałabym nie widzieć tutaj palmitynianu izopropylu, który ma właściwości zapychające, a sporo z Was pewnie wolałoby też nie oglądać listy parabenów. Tak czy siak najważniejsze jest działanie, rajt?


Niehigieniczny słoik z uhigieniczniającą osłonką skrywa w sobie bardzo gęsty, z pozoru tłusty krem w cudnym, pistacjowym kolorze. Krem nieperfumowany, ale posiadający delikatny, naturalny, niedrażniący zapach. Najdziwniejsza jest konsystencja, która niespecjalnie przypadła mi do gustu, ale z pewnością zasługuje na uwagę. Pierwotnie całkiem gęsty i tępy w aplikacji, po chwili w magiczny sposób wydobywa z siebie wodę i gładko sunie po skórze. Trochę to niepojęte dla mojego mózgu, przyzwyczajonego albo do gęstych, treściwych formuł, albo do lekkich i wodnistych. Tu mamy jedno i drugie. Ot, kremowa niecodzienność, której nie popieram ze względu na ten pierwotny opór przy rozprowadzaniu.

Creamy Eye Treatment wchłania się szybciej, niż się spodziewałam, nie pozostawia też żadnej wyczuwalnej warstwy ochronnej. Nie roluje się, dlatego świetnie nadaje się pod makijaż, a właściwości pielęgnacyjne odbierają mi możliwość narzekania, które tak lubię (za to zabieram co najmniej pół gwiazdki!). Krem naprawdę dobrze nawilża okolice oczu, trochę mi tylko brakuje fizycznego poczucia tego nawilżenia. Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi – zwykle przy dobrym kremie nawilżającym skóra wydaje się prawie wilgotna, jest taka świeża, chłodna (?). Tu tego nie ma, pielęgnacja odbywa się w sposób dyskretny, jednocześnie jest niezwykle skuteczna. Aha, krem jest niewiarygodnie wydajny. Używam i używam, a końca nie widać. Do aplikacji wystarcza naprawdę odrobina.


Chciałam porównać ten krem z Hydrating Eye Cream od Bobbi Brown, ale to trudne. Oba dobrze wykonują swoją robotę, są wydajne, oba nie są tanie. Bobbi Brown działa klasycznie – smarujesz, wchłania się, czuć nawilżenie, jest nawilżenie. Ale nie pachnie za pięknie i kosztuje ponad 200 zł. Kiehl's uskutecznia cuda przy aplikacji, nie daje poczucia nawilżenia, mimo że nawilża, jest za to tańszy i nie drażni nosa. I choć kiedyś myślałam, że bez wahania wybiorę Bobbi, teraz bardziej skłaniam się ku Kiehl'sowi.

Drogie warszawianki, byłyście już w salonie Kiehl's? Jak wrażenia?

Pojemność: 14 g lub 28 g
Cena: ok. 100 zł za 14 g
Ocena: 5+/6

11.11.2014

Czy i Wam doskwiera próbkowa bezsensowność?

Czy i Wam doskwiera próbkowa bezsensowność?
Wczoraj sprzedaliśmy Tomasza dziadkom, a ja ochoczo zabrałam się za porządki w kosmetykach. Impreza trwała pół dnia, ale efekty są oszałamiające! Wreszcie wiem, co mam i gdzie mam, zapomniani pupile są pod ręką, trochę towaru pójdzie w świat lub zaliczy czarter na wysypisko. Bardzo odświeżające. Przy okazji zajrzałam do przykurzonego pudła z próbkami, a tam cuda, dziwy, a wraz z nimi garść przemyśleń. Bo mnie w zasadzie próbki głównie denerwują. Coś teoretycznie doskonałego (zbyt) często przybiera formę groteskową. No bo dlaczego, ach, dlaczego na swojej drodze spotykamy...


Za ciemne podkłady

W Polsce większość kobiet ma cerę od bardzo jasnej do średniej. Patrząc na próbki podkładów, dochodzę do wniosku, że muszę cierpieć na bielactwo, bo wszystko, co wpada mi w ręce, jest o co najmniej trzy tony za ciemne. Do przetestowania dostaję fluidy w odcieniach od niewinnie brzmiącego natural, przed medium do golden i tan (sic!). Wszystkie są marchewkowe, część idealnie stopiłaby się z cerą Mulatki. Nawet jeśli pesymistycznie przyjmiemy, że ekspedientki w drogeriach i perfumeriach to stare cwaniary, które przykrywają swoje pryszcze próbkami przeznaczonymi dla nas, jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że podobnie twarzowe odcienie przybywają do mnie wraz z zamówieniem prosto od producenta kolorówki lub z gazetką Super-Pharm? I przede wszystkim: jak można patrzeć z uśmiechem na mnie i moją jasną cerę, a potem dorzucać do torby z zakupami „próbkę nowego podkładu firmy XYZ, polecam serdecznie” w odcieniu medium. Czy ktoś z Was widział saszetki z jasnymi podkładami, czy to kolejny potwór z Loch Ness?

Czym by się dziś przysmażyć?

Za małe pojemności

Po przejrzeniu próbkowych zapasów wybrałam kilka do zużycia w pierwszej kolejności. Okazja nadarzyła się tuż po kąpieli – chciałam przetestować masło do ciała. Otworzyłam podejrzanie małą saszetkę, zaczęłam smarować jedną rękę dość oszczędnie i... masło skończyło się w połowie drugiej. Czy na tej podstawie można ocenić cokolwiek? I co, do cholery, mam zrobić z resztą siebie, skoro jedna któraś mnie jest posmarowana czymś bardzo nietypowo pachnącym? Na lewej rączce stokrotka, na prawej bergamotka? To bardzo zachęca do zakupów, drodzy producenci. Bardzo. Wcale nie czuję, że robicie mi łaskę, dając możliwość wypróbowania swoich produktów przed zakupem na kolanie lub lewym półdupku. 

Za duże pojemności w złych opakowaniach

Saszetka dobra rzecz, bo tania. Chęć obdarowania mnie większą niż pół mililitra pojemnością kosmetyku doceniam bardzo, ale co mam zrobić z kremem do twarzy, którego w totalnie rozflaczonej saszetce zostało jeszcze na dwa użycia? Zostawić taką ufaflonioną saszetkę na jutro i pojutrze? Wywalić? Wystarczyłoby stopić plastik w dwóch miejscach i podziurkować, tak żebym mogła w higieniczny sposób skorzystać z próbki trzykrotnie. Jeśli mam wybierać, oczywiście wolę ufaflonione większe pojemności niż pół ręki o zapachu ciasteczkowym i pół – cytrynowym. Drodzy twórcy saszetek, powiem Wam na ucho, że można oferować większe pojemności w plastikowych mikrosłoikach lub tycich buteleczkach. Tylko szszsz, nie mówcie nikomu.

Próbka w słoiku? To się nie dzieje naprawdę...


Perfumy z papierka

Próbka perfum. W formie kartki pocztowej z naklejką. Jak odkleicie naklejkę, dopłynie do Waszych nozdrzy woń nieopisana. Lub opisana – na tej kartce. Odklejacie więc i... scenariusz nr 1: mikropróbka perfum rozlewa się po Waszych dłoniach; scenariusz nr 2: szorujecie tą kartką pocztową po szyi i nadgarstkach. Jak dostojnie, jak elegancko!

Brak dokładnego opisu perfum na szkiełku

Tym razem jest lepiej, próbka perfum w szklanym pojemniku z atomizerem. Co najmniej 1,5 mililitra! O to przecież chodzi: żeby popsikać kilka razy i zobaczyć, czy na naszej skórze są ładne, i czy trwałe. Próbka przybyła w kartoniku, ale on gdzieś się zapodział, pewnie wyrzuciłam, bo po co trzymać takie pierdoły? Zapach okazał się fantastyczny, postanawiam, że kupię. Patrzę na szklane opakowanie, już niestety puste. I co? I widzę nazwę perfum. Wklepuję ją w wyszukiwarkę, a następnie dowiaduję się, że to tylko nazwa rodziny zapachów, a rodzina liczy – dajmy na to – pięciu członków. Skąd mam wiedzieć, czy przez ostatnich kilka dni rozpylałam ojca, matkę czy ciotkę? Znikąd. Informacja była na kartoniku, który właśnie jest przerabiany na rolkę papieru toaletowego. Żegnajcie, zakupy przez internet.

Brat? Siostra? Kuzyn? Nie wiadomo.

Brak daty ważności

Próbki zbieram i zbieram, wpadają do jednego pudełka, do którego co jakiś czas zaglądam. Na przykład w takim dniu jak dziś. Znajduję kilka interesujących, więc automatycznie sprawdzam datę ważności. Co najmniej połowa próbek ich nie posiada. Nie mam pojęcia, czy leżą u mnie miesiąc, czy sześć miesięcy. Nie mam też pojęcia, jak długo taka próbka leżała u sprzedawcy. To oznacza, że co najmniej połowa próbek, które do mnie trafiają, leci do kosza. Jeśli wysmaruję twarz kremem, a potem mnie wypryszczy, skąd mam wiedzieć, czy to krem źle zadziałał, czy po prostu był przeterminowany? Prędzej wybaczę brak INCI niż daty, choć oczywiście każda z tych informacji powinna znaleźć się na opakowaniu. Bez łaski.

Brak opisu, do czego służy dana próbka

Zdarzało się i tak, że znajdowałam w próbkowym pudle saszetki, których przeznaczenie było mocno niejasne. Widnieje tam kilka słów, które nic mi nie mówią, bo są tylko nazwami mało znanej firmy i linii kremów, a na odwrocie ani słowa o przeznaczeniu. Trzymam w rękach jakiś krem. Napisali, że do skóry suchej. Suchej na policzku czy na kolanie? Wszystko jedno, a ty, głupia babo, nie narzekaj – od czego jest internet?


09.11.2014

Nachalna błyskotka: Aquolina – Royal Violet & Marshmallow – rozświetlające mleczko do ciała [recenzja]

Nachalna błyskotka: Aquolina – Royal Violet & Marshmallow – rozświetlające mleczko do ciała [recenzja]
W zeszłe wakacje oszalałam na punkcie bogatej oferty zapachowej Aquoliny. Chciałam mieć je wszystkie! A już na pewno te dziwne kombinacje, których próżno szukać w ofercie innych firm. Niestety, zamiast – jak przed laty – zadowolić się ślicznymi owocowymi zapachami marki, poszłam w stronę żarcia. Przebrzydły wewnętrzny łasuch znowu triumfował. W ten sposób trafiło do mnie kilku trudnych do zniesienia delikwentów: odrażająca, podobna zupełnie do niczego biała czekolada z orchideą, kompletnie bez wyrazu biała czekolada solo, przepocone skarpety czekoladowo-orzechowe, i tak dalej, i tak dalej... W tym samym czasie zaprosiłam również do domu rozświetlające mleczko do ciała o zapachu fiołkowego muffina z pianką marshmallow, pełna nadziei, że wreszcie wszystko skończy się dobrze. 


Zacznijmy od zapachu. Hm, równie dobrze mógłby to być aromat niebiańskiego kwiecia zebranego o północy na sardyńskiej łące lub zapach pąków młodej lipy z nutą cypryjskiego wiciokrzewu w migdałowej glazurze. Tyle samo Wam to powie o tym, jaką woń wydaje nasze royal-mleczko. Dla uproszczenia powiem, że pachnie naprawdę ślicznie i świeżo. Trochę kwiatowo, a trochę owocowo. Odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że mój nos wreszcie odpocznie od aquolinowych śmierdzieli. Miałam nadzieję, że mleczko wieczorami stanie się moim dobrym kumplem. Że nada skórze uwodzicielskiego blasku i wypielęgnuje ją odpowiednio. 


Pielęgnować potrafi. Nie przeczę. Jak na tak leciutką formułę, radzi sobie z nawilżaniem naprawdę dobrze. Tylko co z tego, skoro i tak nic z tego? Spójrzcie na drobinki poprzyklejane do ścianek butelki. Są duże, naprawdę. Wyglądają złowieszczo. I wcale się nie rozpuszczają. I naprawdę je widać. NAPRAWDĘ.


Lekkie, nielejące i z pozoru niegroźne mleczko szczeka do nas brokatem już w trakcie rozsmarowywania, po to, abyśmy na końcu mogli zachwycić świat skórą nierównomiernie pooblepianą świecącymi kropkami.

Czy mogłoby być gorzej? Oczywiście. Mleczko mogłoby być utkane brokatem i śmierdzieć. O, albo wspomniany brokat moglibyśmy znaleźć w... hmmm... pudrze rozświetlającym? ZAWSZE może być gorzej, co nie zmienia faktu, że tu jest beznadziejnie. Nie mam pojęcia, dla kogo został pomyślany ten balsam. Nawet do uwodzenia męża się nie nadaje, bo gdy mąż, skuszony zapachem, przybywa, natychmiast mój brokat przeskakuje na niego niczym stado wygłodniałych pcheł. No i nie muszę chyba wspominać, ile tego paskudztwa zostaje na odzieży. I że nawet dom potrafi zaświecić aquolinowym blaskiem.

Mimo sezonu przedświątecznego, powiadam Wam: trzymajcie się od tego czegoś z daleka.


Pojemność: 250 ml
Cena: w Hebe kupiłam za 19 zł
Ocena: 2/6 (pół punktu +0,5 za zapach, +0,5 za właściwości pielęgnacyjne)

07.11.2014

Douglas – Beauty System – Seathalasso Body Cream [recenzja]

Douglas – Beauty System – Seathalasso Body Cream [recenzja]
Wyroby pielęgnacyjne Douglasa dotychczas bardzo źle mi się kojarzyły. Dawno, dawno temu zaopatrzyłam się w kosmetyki z serii aloes & opuncja figowa, otworzyłam krem do ciała, wycisnęłam kleksa kremu do rąk i... myślałam, że rzygnę. Kiedy więc w moje ręce wpadł ten estetyczny, przyjemny dla oka kartonik, byłam trochę wystraszona. Czy paw pójdzie nosem? A może skończy się na lekkich mdłościach? Okazuje się jednak, że to dwie różne historie. Fetor kaktusów pochodzi od  staroświecko wystylizowanej marki J.S. Douglas Söhne. Tu zaś mamy nowoczesną serię Douglas Beauty System. 


Krem dostałam od mamy ot tak, bez okazji, chyba na poprawę humoru. Na potrzeby tej recenzji sprawdziłam cenę: 89 zł za 200 ml. Mamo, doprawdy jesteś szalona. Myślę, że sporo płacimy za to, co tygryski lubią najbardziej: słoik z wekiem. Plastikowy. Nie mam pojęcia, czemu to jest takie sexy w kosmetykach pielęgnacyjnych, ale dla mnie jest, bez dwóch zdań. No jest i już. Na swoją obronę powiem, że weki kręcą mnie również w kontekście miodu, konfitur i ogórków kiszonych. Wyobraziłam sobie właśnie idealną randkę z którymś z hollywoodzkich przystojniaków: – Agato, może ogóreczka z weczka*? Wracając jednak na Ziemię...


Krem ma nawilżać i ujędrniać. Przeznaczony jest dla skóry normalnej. Seria Seathalasso – jak twierdzi Jaśnie Producent – przynosi nam na chatę „morską siłę” (dablju ti ef?) i rozpieszcza zmysły naturalnymi składnikami: solą morską, algami i delikatnym piaskiem morza (jak zakładam, piasek uwięzili w słoju z peelingiem). Z rzeczy bardziej przyziemnych w składzie znajdziemy jeszcze masło shea, kofeinę, ekstrakt z ziaren arabiki, a nawet ekstrakt z yerba mate. 

Zapach jest intensywny i bardzo charakterystyczny. Spokojnie można go uznać za piękny i orzeźwiający, ale trzeba lubić takie mocne nuty – mięczaków szybko zm(i)ęczy i kto wie, może nawet wywoła ból głowy lub innego kolana? Producent nazywa ten aromat „wodnym”, ale nie wiem, cóżby to miało oznaczać. Woda nie pachnie, o ile mi wiadomo. Może to takie nowoczesne określenie zapachów, które od zarania dziejów ludzie zwykli nazywać morskimi, mimo że morze pachnie solą, glonem, rybą i rozkładającymi się flakami mewy? Tak przypuszczam. W wydaniu Douglasowym wodność tudzież morskość kremu to po prostu mocne Parfum w składzie, trochę męskie, a trochę nie.  Według mojego nosa ładne, rześkie, ale na pewno nie na co dzień. Zbrzydłoby. 


Konsystencja jest przyjemna. Hmmmm... maślano-żelkowa? Krem jest zbity, trzyma się pojemnika niczym na sztywno ubite białko. Życzyłabym sobie, żeby wszystkie treściwe masła do ciała miały podobną konsystencję – na tyle zbitą, że zasługiwałaby na miano masła, a jednocześnie przyjemną w aplikacji, niesuchą. Taki właśnie jest ten krem: łatwo się go rozprowadza, nic nie spływa między palcami, a i mucha nie siada. Wchłania się bardzo szybko, nie roluje, nie uprzykrza życia w żaden inny sposób. Zapach utrzymuje się dość długo, dlatego lepiej, żebyście powąchali to cudo przed ewentualnym zakupem. Wydajność całkiem w porządku, chociaż wiadomo – z 200 mililitrów kremu do całego ciała nie wyciśniemy wielu długich tygodni spa&wellness. 

Bajki o ujędrnianiu zostawmy w spokoju, przyjrzyjmy się lepiej właściwościom nawilżającym, które są... przeciętne. Ani słabe, ani nadzwyczajne. Dokładnie tak, jak napisał producent: dla skór normalnych w sam raz. Moja od wielu miesięcy zalicza się do normalnych (hurra, hurra, łydki w sezonie grzewczym też!), a poza tym kremu używam raz na kilka dni na przemian z mocniejszymi zawodnikami, dlatego nie przeszkadza mi brak efektu wow. Ale gdyby to miał być mój jedyny kosmetyk do nawilżania ciała, nie ufałabym mu. Taka ze mnie podejrzliwa cipa

Na koniec niezobowiązujący rzut okiem na skład:

„Wyłączny DystryBOTOR” hehe. 

No i cóż. Warto? Nie warto? Oceńcie sami. Sama bym sobie nie kupiła tego kremu, ale jako że to prezent, narzekać nie będę. Zużywa się miło. Dziękuję, mamusiu :)

Pojemność: 200 ml
Cena: 89 zł
Ocena: 4+/6
Dostępność: tylko perfumerie Douglas

*Tak naprawdę za to zdanie byłaby u mnie całkowita dyskwalifikacja. Nienawidzę zdrobnień. Poza tym hollywoodzcy aktorzy nie umieliby zdrobnić tak po angielsku. Poza tym, do diabła, po cóż mieliby częstować mnie kiszonym ogórkiem? Agato, ogarnij się.  

03.11.2014

Projekt denko, odc. 19

Projekt denko, odc. 19
Jako że Tomasz udał się dziś na spacer z ciocią Martyną, a ja miałam chwilę dla siebie, sfotografowałam martwą naturę w szklanej misce. Natura równie martwa co pusta. Natura zużyta. Natura martwa, pusta i chemiczna. Z małymi wyjątkami. 


A tak przy okazji: czy Wy też czujecie tę dziką satysfakcję, gdy opróżniacie worek pustych opakowań po kosmetykach? Moja jest dzika wielce. Dzika na wskroś. Kosmetyczny zakupoholizm ma uzasadnienie i widać to jak na dłoni. A raczej: jak w misce. Gdy sobie zaglądam do takiej miski, od razu czuję się pachnąca, gładka i wypielęgnowana. Oczywiście pod warunkiem, że miska zawiera produkty warte uwagi. Z tych niewartych możemy się przynajmniej ponaigrawać.


Dermacol – Aroma Ritual – arbuzowy żel pod prysznic – ten żel przywiozłam z wakacyjnego wypadu do czeskiego DM-u, odstał swoje w szafce z zapasami i oto jest. Pusty, w drodze na wysypisko. Ze względu na wątpliwe walory estetyczne opakowania (ach, ten arbuz z lat 90. na zielonym tle z lat jeszcze bardziej 90.) odkładałam go na następny raz. I jeszcze następny. I może na później. Gdy już doczekał się miejscówki pod prysznicem, okazało się, że... to kopia Arbuzowego Orzeźwienia polskiego Apisu. Identycznie pachniały wielkie, czerwone, przezroczyste lizaki w latach równie 90. co opakowania obu kosmetyków. Uwielbiam ten zapach, dlatego pokochałam zarówno serię Arbuzowe Orzeźwienie, jak i żel Aroma Ritual. Jeśli wciąż będzie w sprzedaży, gdy znowu zawitam do DM-u, z przyjemnością wrzucę go do koszyka. 

Yves Rocher – Jardins du Monde – kawowy żel pod prysznic – powinni tego zabronić. To najsmaczniej pachnący żel w historii wszechświata. Jest jak najpyszniejszy deser kawowy. Jak tiramisu. Jak góra lodów kawowych z bitą śmietaną i orzechami laskowymi. Jak najznakomitszy kawowy wafelek i najpyszniejsza kawowa pralina. Gdy się nim myję, dostaję ślinotoku, a gdy wychodzę spod prysznica, cierpię. Aquolina może się przy nim schować. Jedyny minus to słaba wydajność, która dotyczy wszystkich Jardins du Monde. 

Organique – Creamy Whip – African Ebony – piankami myjącymi Organique zachwycałam się tu:  klik. Jeśli chodzi o konsystencję i przyjemność użytkowania, te pianki są jakieś 23 razy lepsze od różanego sufletu Stenders i 144 razy doskonalsze od maseł myjących Bomb Cosmetics. Zapachy też mają urodziwsze. African Ebony to uniseksowy, ciekawy, kadzidlano-słodki aromat, który bardzo przypadł mi do gustu. Powiem Wam w sekrecie, że zużyłam ją lekko po terminie i jej przeterminowanie nie zrobiło wrażenia ani na mojej skórze, ani na puchatej, cudownej konsystencji pianki. Tylko ciiiii. Oficjalna wersja jest taka, że kosmetyki, którym minęła data ważności, natychmiast lecą do kosza. Wiadomo.

Balea – mydło w płynie brzoskwiniowo-nektarynkowe – nie ma się co rozwodzić. Tanie mydło, które ładnie pachniało, dobrze się pieniło, nie wysuszało rąk i spodobało mi się na tyle, że chętnie do niego wrócę, tak jak wracam do innych wersji zapachowych Balei.


Różany peeling cukrowy to fantastyczny prezent od kochanej wakacyjnej Magdy. Samodzielnie wykonany, z kawałkami róż w środku, pachnący świeżo i prawdziwie. Peeling, mimo że całkowicie naturalny i bez konserwantów, przez parę ładnych tygodni nie zmieniał stanu skupienia, wciąż pozostając sypkim, wysoce skutecznym zdzierakiem. Końcówkę zużyłam do peelingowania dłoni – wiedz, Magdo, że dłonie są Ci wdzięczne za to solidne tarcie i wspaniale pielęgnujące olejowe wykończenie. Gdyby M. kiedyś postanowiła sprzedawać swoje wyroby, wiedzcie, że peelingi wychodzące spod jej ręki są godne polecenia. 

CeCe of Sweden – Argan Oil – Body Elixir do skóry suchej – guzik prawda, że do suchej, bo taka skóra potrzebuje dużo lepszego nawilżenia i odżywienia niż to, które można uzyskać z pomocą Body Elixiru. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy butelka wydała z siebie ostatnią kroplę olejku Cece of Sweden, było mi autentycznie przykro. Subtelny zapach, moc wygładzania i prostota aplikacji sprawiły, że zakochałam się w nim bez pamięci. To jeden z moich tegorocznych pielęgnacyjnych hitów. A że jest doskonały na randki z opcją łóżkową, przekonywałam w recenzji. Zaskoczyła mnie również jego wysoka wydajność. Oj, na pewno jeszcze się spotkamy!


Balea Professional – Oil Repair Spülung – odżywka z olejem arganowym – mimo bardzo apetycznego, choć chemicznego zapachu ciasteczek, nie planuję powrotu. Odżywka ładnie wygładza i dodaje blasku, ale dla moich cieniutkich-że-hej włosów jest zdecydowanie za ciężka. Za to szamponowi mówię soczyste mrau. 

Bioderma – Sensibio H2O – klasyka gatunku, najczęściej komplementowany płyn micelarny w blogosferze, po wielu długich tygodniach wreszcie dobił dna. Ale nie bój żaby, matko Tomasza, przecież na swoją kolej czeka kolejna półlitrowa flaszka! Rzeczywiście jest najskuteczniejszy ze wszystkiego, co ma tylko jedną fazę, ale coraz bardziej drażni mnie jego gorzki smak. Po cichu szukam godnego następcy.

Missha – Pure Source Sheet Mask z kawiorem – to jeden z gratisów od Koreanki z eBaya o ksywie sing-sing-girl. Zakupy u niej polecam – paczki dochodzą szybko, wybór kosmetyków szeroki, brak opłat za wysyłkę. Missha nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, ale uwielbiam łatwość użycia płatowych masek do twarzy, więc zużyłam z przyjemnością. 


Antyperspirant Dove Invisible Dry znalazłam w którymś ShinyBoksie. Coraz bardziej drażni mnie, że – zapewne wychodząc naprzeciw oczekiwaniom subskrybentek – w boxach znajduję ciągle tanie, łatwo dostępne kosmetyki w pełnym wymiarze. Nie taka była idea, ale też nie czas, by na to narzekać. Na dezodorant Dove narzekać również nie będę, ale jeśli mam wybierać, wciąż bezkonkurencyjny pozostaje ich spray w wersji różowej (goFresh).  

Nivea – Dry Comfort Plus – kulka, która chroni doskonale, a ja wciąż jestem wdzięczna M. i Esom Floresom za polecenie mi jej. Po latach życia w antyperspiracyjnym, sztyftowym mroku, wróciłam do klasycznego rozwiązania, które okazało się najskuteczniejsze. Zapach też bardzo miły, prawdziwie niveowy. 

Catrice – Eyebrow Filler – hurra, jest i coś z kolorówki! To, co niezużywalne, stało się zużyte (Coelho byłby ze mnie dumny). Brawa dla mnie, brawa dla Eyebrow Fillera. Gdyby był beznadziejny, zapewne wciąż gniłby zapomniany w jakimś pudle, a tak dokonał żywota w chwale. Żel do stylizacji brwi ma bardzo dobry kolor – żadnych fałszywych, rudych nut, jest dość ciemny, ale przy zachowaniu umiaru (o który naprawdę łatwo) nadaje się również dla takich jasnych blondynek jak ja. Żelu do brwi używam tylko wtedy, gdy rano mam mało czasu. Czyli prawie zawsze. Mogłabym jedynie postulować o przyjemniejszą, mniej drapiącą spiralę do aplikacji. 


Na koniec specjalne gratulacje należą się producentowi płatków kosmetycznych Lilibe. Jest to marka własna Rossmanna, a mnie się coś ubzdurało, że czytałam, że dobre, do tego była promocja i... nieszczęście gotowe. Teraz jestem pewna, że nie mogłam czytać peanów na cześć tych płatków, bo chwalić się ich nie da. Za każdym razem, gdy próbowałam wyjąć jedną sztukę z tego opakowania, wyjmowałam pół. Był rozdwojony. ZAWSZE. Nie mam cierpliwości, to jakiś koszmar. 

I tym optymistycznym akcentem kończę moje denkowe opowieści. Jak widać, w tym miesiącu obyło się bez większych katastrof.


01.11.2014

Makijażowa dziwaczka: Grashka – Baza pod cienie i do ust [recenzja]

Makijażowa dziwaczka: Grashka – Baza pod cienie i do ust [recenzja]
Firma iGruszka jest dla mnie dość... osobliwa. Mają sklep internetowy, w którym sprzedają produkty tylko czterech marek, a do tego postanowili stworzyć i rozwijać własną markę kosmetyków kolorowych Grashka. Oferta Grashki, podobnie jak oferta sklepu, jest uboga – to tylko kilka perłowych cieni, tusz wydłużający, korektor pod oczy i bohaterka dzisiejszego wieczoru: baza pod cienie i do ust. Właściciele tłumaczą się tym, że nie skredytowali swojej działalności i dochód ze sprzedaży w całości idzie na produkcję i rozwój, ale mnie to nie przekonuje. Kredyt na firmę to nic nadzwyczajnego, a o ile lepiej prezentowałaby się oferta marki, gdyby znalazło się tam więcej produktów! A tak Grashka robi na mnie wrażenie ubogiej krewnej większych firm kosmetycznych, działa na pół (a nawet ćwierć) gwizdka, wobec czego nie wróżę jej wielkich sukcesów. Dajmy jednak szansę koleżance i zobaczmy, co skrywa wnętrze niezbyt urodziwego, niebieskiego kartonika. 


Na początek komplementy. Baza ma dobrą, zbitą konsystencję i wygodnie się ją nabiera z szerokiego, płaskiego opakowania. Dużo milej mi się z nią pracuje, niż np. z doskonałą bazą Eye Helper od Lime Crime (Hexx, dzięki za polecenie!). Eye Helper mieszka w mocno napowietrzonej tubie i gdy zużyjemy sporą część produktu, trzeba cisnąć i cisnąć, aż w końcu wyrzyga z siebie – zwykle i tak zbyt obfitą – porcję. W przypadku Grashki wystarczy jedno konkretne maźnięcie palcem i już mamy odpowiednią ilość, którą potem z łatwością da się przenieść na powiekę. Baza zachowuje się jak cień w kremie i bardzo mi się to podoba. Z uwagi na wrodzoną konsystencyjną tępotę zalecam wklepywać ją, zamiast rozsmarowywać beztrosko. Powieki będą wdzięczne. Niestety, tylko one.

Do ust baza właściwie się nie nadaje. Konsystencja jest zbyt sucha, podkreśla każdą niedoskonałość i uwydatnia zadziorki, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Nieprzyjemnie mi z nią na wargach, czuję ją cały czas, dlatego pozostanę przy standardowych metodach noszenia pomadek – na żywca lub po uprzednim zapodkładowaniu bezbarwnym balsamem. Na pewno nie nada się do półtransparentnych szminek, bo zwyczajnie będzie ją widać na ustach. Jest matowa i dobrze napigmentowana – jak kamuflażowy korektor. Jest też bezzapachowa.


Zastanawiający jest kolor. Może nie widać tego na zdjęciu, ale to naprawdę ciemny beż – tak ciemny, że moja cera nigdy nawet nie zbliżyła się do takiego odcienia. Po nałożeniu na powiekę baza jest bardzo widoczna, ma ciepłą tonację i choć zakrywa wszystkie żyłki i ładnie ujednolica skórę, samotna wygląda bardzo dziwnie, przynajmniej przy mojej dość jasnej karnacji i równie jasnym blondzie. Ze względu na swój natrętny odcień, nie wydaje się być odpowiednim podkładem dla delikatnych, jasnych makijaży typu „no make-up”, ale co ja tam wiem o malowaniu... W każdym razie jej ciemnobeżowatość i wyrazistość bardzo mnie onieśmielają. Może brunetki o oliwkowej cerze byłyby zadowolone?

Trwałość oceniam nieźle, ale bez szału. Na moich bardzo tłustych powiekach makijaż trzyma się kilka godzin, ale gdy wieczorem przystępuję do demakijażu, w załamaniach mam już prawdziwe kolonie pigmentu. Do plusów dorzuciłabym jeszcze wysoką wydajność, ale wobec kilku niewygodnych faktów, które Wam przedstawiłam, nie planuję powrotu. 

Ile: 1,2 ml
Cena: 18,90 zł
Ocena: 3/6
Dostępność: wyłącznie w sprzedaży internetowej u producenta

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger