27.01.2015

Moja przygoda z KIKO, czyli historia z przestępstwem, po którym następują co najmniej dwa zwroty akcji (i swatche)

Moja przygoda z KIKO, czyli historia z przestępstwem, po którym następują co najmniej dwa zwroty akcji (i swatche)
Wyobraźcie sobie, że mam w zasięgu sklep z kosmetykami KIKO. Potem wyobraźcie sobie, że wcale nie udaję się do niego na zakupy, tylko zamawiam siatkę kolorówki online. Prosto z Włoch. Mam dziecko, nie mam czasu, promocje są świetne, marka niepoznana, a nęci, więc klikam. I pobierają ode mnie nieco-ponad-dwieście. A potem wyobraźcie sobie, że nieco-ponad-dwieście po kilku dniach wraca. „Z przykrością informujemy, że zamówienie 5000031728707 nie może być dostarczane w związku z kradzieżą w magazynie przewoźnika, z którym współpracuje KIKO MILANO”. Cóż za doskonały początek naszej znajomości! W tym miejscu następuje pierwszy zwrot akcji, pojawia się pewna przemiła dama o imieniu Martyna, którą widuję regularnie z powodów Tomaszowych, i mówi: „To ja ci przyniosę moje, żebyś miała na bloga”. I przyniosła. I na bloga mam. Fajna ta Martyna, mówię Wam.


Oto zapasy fajnej Martyny. To banda rozmaitych cieni KIKO. Byłam przy zakupie, nawet macałam i rozmyślałam, czyby tu czegoś nie. Ale jednak nie. Bo przecież mam tyle innego. Więc wzięła tylko Martyna, a ja sobie potem na otarcie łez gościnnie wymacałam i wypróbowałam.


Pierwszy elegant to Supreme Eyeshadow o numerze 03 – cień w kremie z kolekcji Luxurious. Jego imiona i nazwisko to Exquisite Jasper Green. Dostojnie, prawda? Wyobraźcie sobie: sir Exquisite Jasper Trzeci. Z Greenów. TYCH Greenów. Chyba odleciałam, co? Już wracam. Cień jest przepiękny – metaliczna, cudownie elegancka zgniłkowata zieleń. Problem w tym, że ma trudności z utrzymaniem intensywności na obu etapach: przy nakładaniu i w ciągu dnia. Moje tłuste, opadnięte powieki z nadmiarem mięska są bezlitosne, więc i dla KIKO litości nie było. To jednak wcale mnie nie zniechęciło, bo przecież można paćkać go więcej, próbować z różnymi bazami lub zoperować sobie powieki u chirurga plastyka. Zawsze jest jakieś wyjście.


Kolejne dwa cienie są w mojej ulubionej postaci: wykręcanych sztyftów. To jeden z flagowych produktów marki. Nie mam pojęcia, czy wszyscy na tym świecie uważają je za flagowe, ale polskie blogerki, które czytam, a i owszem. Numer 07 to Golden Beige i właściwie nazwa dokładnie oddaje rzeczywistość. Czy to odcień szampański? Być może. Na pewno to jeden z tych jasnych, metalicznych, silnie rozświetlających cieni, które zawsze się przydadzą i pasują każdemu (choć oczywiście nie do każdego makijażu). Sztyft nr 39 to z kolei klasyczny, ciemny i dość ciepły brąz o satynowym wykończeniu, wyglądającym w zasadzie jak matowe. Producent nazwał cień Dark Taupe, ale zupełnie nie wiem, dlaczego. Oczywiście istnieje szansa, że nie znam się na kolorach lub moje oczy widzą co innego niż pozostałe oczy oglądające ten cień. Tak czy inaczej, wspomniany Dark Taupe jest bardzo dobrej jakości – podobnie jak błyszczący kolega jest miękki, dobrze napigmentowany i łatwo się rozprowadza. Cieniami tego typu nie da się robić kreski na górnej powiece, bo sztyft jest zbyt szeroki i od nowości zaokrąglony, ale użyty na dolnej linii rzęs w wersji do roztarcia daje radę. Oczywiście sticki powstały do aplikacji na całej powiece i do tego nadają się świetnie. O jakości na razie się nie wypowiem – pierwsze wrażenie bardzo dobre, Martyna potwierdza, że są super.


Ostatnie dwa cienie występują jako Water Eyeshadow. Nazwa dwuznaczna – dotyczy zarówno polecanej metody aplikacji, jak i kształtu samego wkładu. Uwielbiam takie estetyczne tłoczenia, aż żal je rozwalać pędzlem. Cienie są wypiekane, dobrze napigmentowane i mieszkają w kasetkach z lusterkiem. To miłe.


Martyna wybrała odcienie 205 Chocolate i 213 Dark Slate Green. Czekolada to ciekawy przypadek.  W opakowaniu wygląda jak mocno połyskujący ciepły brąz ze złotymi i czerwonymi (?) drobinkami, mogłabym nawet nazwać go miedzianym. Kolor jest naprawdę piękny. Po przeniesieniu na nadgarstek dziwnie pociemniał i gdzieś zgubił swój rudo-czerwony połysk, a na mojej powiece (w wersji bez bazy i na sucho) wyglądał jak zwykły, ciemnobrązowy buras. Hmm, czyli w sumie jak czekolada. Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale to niezwykle rozczarowujące. Zieleń tylko swatchowałam, więc nie powiem Wam więcej na jej temat.


Mnogość kolorów, wykończeń i rodzajów kosmetyków kolorowych KIKO sprawia, że łatwo stracić dla nich głowę. Okazało się jednak, że moja makówka nie całkiem przepadła, chociaż nie mogę powiedzieć, że ostatecznie wyleczyłam się z chęci posiadania choćby jednego ich cienia i choćby jednej kredeczki.

No bo tak. Cienie wróciły do właścicielki, minęło trochę czasu, a potem... nastąpił drugi zwrot akcji. Jechaliśmy w weekend całą rodziną autem brrm brrm w jewo, w pawo i przed siebie i mąż stwierdził, że koniecznie musi podjechać do Arkadii. Musi, bo sczeźnie. Niczego nieświadoma zgodziłam się na ten manewr, a potem... potem przypomniałam sobie, że w Arkadii czai się zło. Zło najźlejsze. Skracając historię, wpadłam oczywiście do salonu KIKO i moje oczy mało nie wyszły z orbit. Na środku stały pojemniki z naklejkami „%%%” „-30%”, „-50%” i nawet „-70%”. Siedemdziesiąt. Szlag by ich. Myślałam, że tylko zerknę i wyjdę. I tak się stało. Zerknęłam, a potem wyszłam. Tyle że po drodze stało się to:


Za siatkę skarbów zapłaciłam mniej-niż-dwieście, w pudełkach mieszkają m.in. podwójny róż, cienie, zgniłek opisywany wyżej i paćkacze do ust, bo przecież mam ich w domu tak mało. Czyli: przedmioty absolutnie niezbędne. Jeżeli macie możliwość odwiedzenia warszawskiego salonu KIKO i nęci Was ich oferta, zróbcie to jak najszybciej – zwariowane przeceny nie będą trwały wiecznie. Wyprzedawane są limitowane kolekcje, ale inne produkty do makijażu też mają ucięte ceny, więc warto. Ja dam Wam znać później, czy KIKO warte grzechu. Najpierw sobie trochę poużywam.

Zajrzyjcie na stronę producenta – przeceny są takie same jak w salonie, tylko towar ludzie wymietli. W Arkadii w weekend wszystkiego było pełno, więc wiadomo. W razie czego wiecie, co robić.

25.01.2015

Wyniki karnawałowego rozdania

Wyniki karnawałowego rozdania
Witajcie w ten uroczy i zimowy (!) niedzielny wieczór. Mam nadzieję, że weekend upłynął Wam miło, ja nie mogę narzekać. Tomasz dostał klocki lego dla ośmiolatków (ma dwa i pół) i okazało się, że to jego wielka miłość i szczęście nieskończone. Ludzik długimi godzinami wchodził do domku (przed wejściem zawsze zdejmował czapkę), potem z niego wychodził, jeździł autem, smażył na ognisku kotlety schabowe, a za każdym razem kiedy się napił, chciał siku. Mocz oddawał do jaskini. Nie pytajcie. Także tego, u nas świetnie! 

W piątek upłynął termin nadsyłania zgłoszeń do mojego konkursu, a więc czas najwyższy ogłosić zwycięzcę. Przypominam, że do zdobycia był zestaw prawdziwie zimowy i karnawałowy: otulające zapachy i peeeeełno drobinek. 


Zakręciłam kołem fortuny i okazało się, że los uśmiechnął się do...


Madziakowo, gratuluję serdecznie i czekam na maila z danymi do wysyłki. Bardzo wszystkim dziękuję za udział i do następnego!

23.01.2015

Organique – Basic Cleaner – Ziołowy peeling enzymatyczny [recenzja]

Organique – Basic Cleaner – Ziołowy peeling enzymatyczny [recenzja]
Gdyby ktoś jeszcze dwa lata temu powiedział mi, że do zdzierania wszelkich niepotrzebności z twarzy będę używać czegoś bez drobinek, mruknęłabym pod nosem: „ta, jasne”. Uwielbiałam peelingi mechaniczne, lecz niestety one nie uwielbiały mnie: cera reagowała coraz gorzej, a ja – po wielu miesiącach katowania jej drobinami wszelkiej maści – rok temu zorientowałam się, że w sumie to chyba jestem właścicielką Jaśnie Pani Naczynkowej, która w dodatku, nie wiedzieć kiedy, wzięła i się uwrażliwiła. Co z tą złą karmą? I jak żyć bez drobinek??


Okazuje się, że da się bez nich żyć. Jakoś. I od razu powiem, jak jest: peeling enzymatyczny to nie to samo co klasyczny zdzierak i niestety, nic tego nie zmieni. W lepszych dla mojej cery czasach oszukuję system i stosuję produkt peelingopodobny – myję twarz za pomocą żelu i gumowego, mięciutkiego dysku z wypustkami (dostałam kiedyś od Sephory, bo... dobra, nieważne, długa historia, kiedyś Wam opowiem). To nie to samo i nie zdziera martwego naskórka, ale pozwala poczuć dogłębne oczyszczenie, a w połączeniu z enzymatykiem daje całkiem niegłupi efekt. Wtedy tęsknota za mechanicznym zdzieraniem jest zminimalizowana. No dobra, ale co z tym Organique?

Peeling należy do rodziny Basic Cleaner, w której znajdziecie tak sympatyczne wynalazki jak delikatny żel do mycia twarzy i równie delikatny tonik. Peeling mieszka w plastikowym, 100-mililitrowym słoiku, który dostajemy bez folii ochronnej (fail), ale w przypadku Organique to niestety standard – podobnie jest z kosmetykami do ciała i uwielbianymi przeze mnie piankami myjącymi. EDIT: to na szczęście już się zmieniło i z przyjemnością odkryłam, że wszystkie kosmetyki dostały ochronne sreberka. 


Konsystencja maślana, co z jednej strony sprawia, że peeling nie spływa z twarzy, a z drugiej – miejscami tępo się nakłada. Nie jest to jednak żaden problem, a ja doceniam zwarte kremowe szeregi, bo naprawdę nic bardziej mnie nie wkurza w czasie wieczornego się_upiękaszania niż ściekające po nosie i szyi mikstury.
Zapach specyficzny. Niektórzy twierdzą, że ziołowy (co miałoby swoje uzasadnienie, bo to produkt ziołowy), ale mnie się z zielskiem nie kojarzy. Coś mi świta w głowie, gdzieś podobny wąchałam, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co to mogło być. Powiedziałabym nawet, że peeling pachnie trochę drożdżami z jakimś dodatkiem, ale może nie, nie będę mówić, bo walnę głupotę, która potem źle Wam się uformuje w wyobraźni i będzie na mnie. W każdym razie zapach mi nie przeszkadza, nawet go polubiłam.


Trochę mnie zdziwił aż tak długi skład, ale widocznie inaczej się nie dało. Magiczne roślinki obecne, kwasy owocowe, papaina również, żadnych beznadziejnych składników nie dostrzegłam, więc jest dobrze. Produkt jest ważny przez 12 miesięcy po pierwszym odkręceniu słoika, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że faktycznie byłam pierwszą, która dokonała rytualnego odkręcenia (tak, drodzy Państwo, wciąż wkurza mnie, że nie było folii ochronnej). Dobrze, że mamy rok na zużycie, bo peeling jest wydajny. Mimo że nakładam go obficie na całą twarz, po około 10 sesjach wciąż sporo zostało w słoiku. 

A teraz to, na co czekają wszyscy zawodowi scrollerzy blogowych wypocin. Działanie. No więc... peeling działa. Nie tak fantastycznie, jakbym sobie tego życzyła, ale to tylko enzymy, więc halo, nie narzekaj, głupia babo. Zaraz po użyciu skóra jest gładka, czysta i lekko rozjaśniona (ten ostatni efekt nie jest jednak trwały, bo następnego dnia patrzę w lustro i widzę wciąż ten sam stopień bladości lica). Zaraz po aplikacji odczuwam lekkie mrowienie (może nawet pieczenie?), ale po kilku chwilach przechodzi, a po zmyciu papki skóra nie jest podrażniona. Peeling oczyszcza, ale nie sprawia niestety, że czarne kropki na nosie i policzkach spadają na bambus. Moglibyście stwierdzić, żem w istocie głupia, bo peelingi nie potrafią takich rzeczy, ale poznałam jeden (i to enzymatyczny!), który potrafi, więc wiem, że się da. Niestety, wraz z wągrami któregoś razu do piekła poszła również moja cera, ale to moja wina, bo trzymałam peeling na twarzy o 10 minut za długo (czyli jednak głupia baba).

Polubiłam peeling Organique i pewnie jeszcze do niego wrócę. Cudów nie czyni, ale działa dobrze, nie ma parafiny (pozdrowienia dla Lirene!) i nie robi spustoszenia na mojej cerze. Po użyciu Enzymatic Peeling & Herbal skóra ochoczo wciąga kremy i maski nawilżające, zatem dobra nasza. No dobrze, cena mogłaby być niższa, ale właściwie przy tej wydajności można być uprzejmym i się nie czepiać. W końcu to Organique, moja polska kosmetyczna miłość.

Pojemność: 100 ml
Cena: 76 zł
Ocena: 5/6

19.01.2015

Organic Shop – Brilliant Hand Cream i Face Mud Mask [recenzja]

Organic Shop – Brilliant Hand Cream i Face Mud Mask [recenzja]
Oferta rosyjskiej marki Organic Shop wpadła mi w oko przypadkiem. Szukałam kiedyś DM-owych kosmetyków na kokardi.pl i trafiłam na tę poradziecką myśl kosmetyczną. Na próbę wzięłam waniliowo-orchideowy mus do ciała (recenzja) i maskę algowo-błotną, a w gratisie sklep dorzucił krem do rąk z perłą. Całkiem fajny pakiet startowy do obadania, czy warto wspierać rosyjską gospodarkę, czy lepiej sobie darować. 


Oba kosmetyki przekiblowały długie miesiące w niemającej dna szufladzie z zapasami, aż w końcu wizja rychłego przeterminowania zmusiła mnie do otwarcia obu tubek (przy tej okazji obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie doprowadzę się do tak opłakanego zapasowego stanu, żeby niemożliwością było zużycie wszystkich kosmetyków w terminie – na razie dobrze mi idzie!). 

Najpierw kilka słów o kremie-balsamie do rąk Brilliant Hand Cream, bo sprawa jest prosta: ma odpowiednią konsystencjęmydlano-pudrowy zapach (bardzo podobny do aromatu słynnego kremu z masłem shea z L'Occitane), wchłania się szybko i... nie robi na moich dłoniach żadnego wrażenia. Typowy przeciętniak – lekko wygładza (to pewnie ta perła) i nawilża na chwilę (do pełnego wchłonięcia), co w wolnym tłumaczeniu oznacza: nie nawilża wcale. Pewnie gdybym aplikowała go kilka razy dziennie, sytuacja mogłaby się poprawić, ale nie mam tego w zwyczaju. Dlatego moje dłonie zimą potrzebują porządnych kosmetyków, a ten jest nieporządny. Nie ponowię spotkania z Brilliant Hand Cream – tyle jest innych fajnych kremów do rąk na świecie. Warto jednak pochwalić go za brak SLS-ów, parabenów i silikonów – mimo że mi to zwisa, to jednak robi dobre wrażenie.


Jeśli chodzi o maseczkę błotno-algową, pokładałam w niej duże nadzieje. Uwielbiam działanie czystych alg, uwielbiam też oczyszczenie, jakie dają glinki, ale fatalne jest rozrabianie tych wspaniałości i babranie się z szybko zastygającą algową papką. Wciąż mam dla siebie tak mało czasu, że zwyczajnie żal mi go poświęcać na wielkie operacje związane z higieną i pielęgnacją facjaty. Gotowiec dwa w jednym to coś zdecydowanie dla mnie. Trochę przekłamałam temat tej maski w ostatnim (?) denku, bo pisałam właśnie o tym, że to maska algowo-glinkowa. Tak naprawdę jest to papka z alg i błota, ale prawda jest tuż obok – błoto z Morza Martwego ma konsystencję mokrej, gęstej glinki i roztacza woń rzecznego mułu. Aby oszczędzić klientom tych niespecjalnie przyjemnych doznań węchowych, producent nawalił do błotno-algowej mieszanki infusion of... tania woda po goleniu. Wyszło nieźle – wolę taniego faceta niż przydennego smroda, dlatego doceniam pracę włożoną w ukrycie tego, co śmierdzące. Maska, oprócz alg mikronizowanych i wspomnianego błota, ma w składzie również lubiany przeze mnie olej ze słodkich migdałów, więc teoretycznie wszystko powinno się udać. No i udało, ale... tak jakoś na pół gwizdka. A ja wolę na cały. Nie wiem, czy proporcje dobrych składników okazały się zbyt nędzne, czy coś innego nie zagrało, ale maseczka działa tylko poprawnie – mamy niezbyt dogłębne oczyszczenie i delikatne rozjaśnienie cery, a także nawilżenie na niezłym poziomie. To oczywiście plusy, ale żałuję, że nie jest nam dane doświadczyć ani tego niesamowitego, głębokiego nawilżenia i ukojenia, jakie oferują algi, ani porządnego oczyszczenia po użyciu błota (swoją drogą zastanówmy się, jak to w ogóle działa – syfiaste, śmierdzące błoto w walce o czystą skórę? pomysł teoretycznie tak samo udany jak popijanie moczu w celach zdrowotnych). Wierzę w błoto. Wierzę w algi. Nie uwierzyłam w Face Mud Mask, więc nie pozostaje mi nic innego, jak dalej mieszać w kotle raz jedno, a raz drugie. Ale żebyśmy dobrze się rozumieli: ta maska jest dobra. Po prostu... dobra niewystarczająco.


Pojemność: 75 ml
Cena: ok. 17 zł za maseczkę i ok. 14 zł za krem do rąk
Ocena: maseczka: 4/6, krem do rąk: 3/6
Dostępność: np. kokardi.pl

16.01.2015

Zima na bogato, czyli jak trafiłam do MAC-owego raju

Zima na bogato, czyli jak trafiłam do MAC-owego raju
To ja jeszcze na chwilę o MAC-u. Bo jak rozłożyłam wszystkie skarby, które ostatnio przybyły w me skromne progi, to tak mi się zrobiło ciepło na sercu, że postanowiłam się tym ciepełkiem z Wami podzielić. Bo mój kochany Mamuś strzelił mi kilka-coś-tam dni temu taki piękny prezent urodzinowy, że aż mi odjęło mowę. Rozumiecie, mnie odjęło. Trochę dziwne, prawda? Myślę, że Wam też mogłoby odjąć to i owo na widok siateczki dobroci z MAC-a. Sia-tecz-ki. Jeśli dorzucimy do tego gwiazdkowy prezent od męża, wyjdzie na to, że tej dziwacznej i dość obleśnej zimy jestem MAC-ową księżniczką!


Tak, to wpis ku pamięci. Takie widoki są warte zapamiętania. Mimo że jestem dość zaawansowaną wciągaczką kosmetyczno-zakupowej koki, nawet ja nie robię sobie aż takich prezentów. A co dobrego w środku? Dwa prezenty odmężowskie:


MAC Mineralize Blush w odcieniu Dainty – ten wypiekany róż był na mojej wishliście. Przyuważyłam go u Beautyness i zapragnęłam. No i jest. Na razie obwąchujemy sobie zadki (z różem, nie z Marti), więc wrażenia opiszę w bliżej nieokreślonej przyszłości.

MAC Extended Play Gigablack Lash Mascara – ten tusz polecała KatOsu jako swój absolutnie ukochany. Krótkowłosa szczoteczka zwiastuje zwykle skuteczne wydłużanie i podkręcanie, a ja szukam w maskarach przede wszystkim pogrubienia, ale doceniam też idealnie wyczesane, wywinięte do nieba rzęsy i pomyślałam, że to będzie dobry początek mojej znajomości z tuszami marki. Na razie Extended Play Gigablack Lash wydaje mi się zdecydowanie za mokry i mimo że faktycznie pięknie wydłuża i podkręca, za wszelką cenę próbuje szeregować mi rzęsy w kilka mało wyjściowych kupek. Dam mu trochę czasu na podeschnięcie i zobaczymy.


I od Mamusia:

Eye Kohl w odcieniu Smolder – to po prostu drewniana kredka do oczu w klasycznym czarnym kolorze. U mnie takie rzeczy nigdy się nie marnują i chętnie wypróbuję trwałość MAC-owej czerni. Jedyny minus to fakt, że trzeba ją temperować, a trochę się w tym temacie rozleniwiłam dzięki  ulubionej wykręcanej kredce Yves Rocher.


Studio Nail Lacquer, Special Potion – to mój pierwszy lakier z MAC-a i jednocześnie nowość marki, wprowadzona do sprzedaży kilka dni temu. Pisałam o nim tutaj: klik. Absolutnie zjawiskowy glitter. Mam ochotę na kolejne, a przynajmniej na zielony i soczystego niebieszczaka, tylko kto to potem będzie zmywał? PS Całkiem przyzwoity zmywacz brokatów oferuje Sephora (w pomarańczowych butelkach) – w środku jest szorstka gąbka, która pomaga pozbyć się drobinkowców bez zabawy z folią spożywczą.

Cremesheen Lipstick, odcień Fanfare – kolejny piękny egzemplarz subtelnego jasnego różu w klimacie nude (tym razem w wersji lekko koralowej) zasilił moją kolekcję. Na zdjęciu wyszedł bardzo różowy, ale na żywo jest dużo bardziej stonowany. W niedalekiej przyszłości planuję zaprezentować Wam moje wszystkie pomadki MAC (kocham każdą sztukę!), ale na razie nie było ani jednego odpowiednio jasnego (i dostępnego czasowo) dnia, w którym mogłabym spokojnie zrobić zdjęcia.


Dwa pojedyncze cienie: Naked Lunch o wykończeniu Frost i Greensmoke (Lustre) – nie mam na razie dużego doświadczenia z cieniami MAC-a (w kolekcji cztery maty i jeden wypiekany cień Extra Dimension), dlatego nie bardzo wiem, co w praktyce oznaczają konkretne wykończenia. Wiem za to, że Greensmoke to bardzo urodziwy, metaliczny zielonkawy szarak, a Naked Lunch jest lekko połyskującym, jasnym beżem. Pięknie się prezentują w opakowaniu, nie zabijają pigmentacją po wymacaniu palcami – zobaczymy, jak się sprawdzą w akcji.


To po prostu niemożliwe, że trafiło do mnie w ciągu dwóch tygodni tyyyyyyyyle MAC-owego szczęścia! Jeżeli dorzucimy do tego mikołajkowy komplet błyszczyków, nikt chyba nie będzie miał wątpliwości, że w istocie trafiłam do MAC-owego raju. Moi najbliżsi jak zawsze okazali się niezawodni. Cholera, nie mam wyjścia, teraz muszę być piękna.

13.01.2015

Karnawałowe rozdanie!

Karnawałowe rozdanie!
Cóż, ciężko w tym roku poczuć zimę. Jest połowa stycznia, a zamiast niej mamy sraczkę z nieba na zmianę z ociepleniem przynoszącym zestaw niezapomnianych zaraz i pomniejszych glutów. A jak się zrobi chłodniej, to tak, że temperatura odczuwalna wynosi minus dwadzieścia, a wiatr zwiewa z głów czapki i peruki (true story!). Przyznaję, w tym sezonie nie było mi ani świątecznie, ani zimowo, a teraz nie jest ni trochę karnawałowo. Z tym ostatnim coś wspólnego może mieć ten mały koleś, który bawi się autobusem i pokrzykuje: „na dół!”, „wguje!” i kończy przeciągłym „paaaa paaaaa”. 

Wierzę jednak, że pośród Was znajdują się karnawałowi imprezowicze lub przynajmniej wielbiciele błyskotek. Właśnie dla takich twardzieli przygotowałam to rozdanie. Tym razem do wygrania jest taki oto połyskująco-zimowy zestaw:


Dove – Silky Shimmer – mleczko nawilżające z połyskującymi drobinami; Estee Lauder – Pure Pops – cień w tubce; Becca – Glossy Lip Tint – błyszczyk; miniatura suchego olejku rozświetlającego Nuxe i Pat&Rub – balsam do rąk z linii Rozgrzewającej


Co trzeba zrobić, żeby wygrać? Wystarczy odrobina szczęścia i pozostawienie w komentarzu odpowiedzi na pytanie konkursowe:

Jaki jest Twój ulubiony zimowy kosmetyk? 

Może być coś pielęgnacyjnego, a może być kolorówka. Krótkie uzasadnienie mile widziane :). 
Na zgłoszenia czekam do piątku 23 stycznia. Zwycięzcę wybiorę drogą losowania. I jak, wchodzicie w to?

11.01.2015

Nowość M•A•C: Studio Nail Lacquer w karnawałowym odcieniu Special Potion

Nowość M•A•C: Studio Nail Lacquer w karnawałowym odcieniu Special Potion
Muszę Wam szybko pokazać lakier z MAC-a, który trafił do mnie kilka dni temu za sprawą mojej drogiej mamusi (a raczej Mamusia, bo prawidłowa odmiana to: ten Mamuś). Mamę z tego miejsca serdecznie pozdrawiam – najwyraźniej została stałą czytelniczką mojego bloga i doskonale wie, na co jej córka wydaje pieniądze, gdy nie wydaje ich na ukochanego babusi wnusia. Ups, wydało się. 

„Bo ja nie wiedziałam, który wybrać, wszystkie były takie piękne!” – zaczęła. „I pani w salonie pomalowała mi paznokcie na próbę i aż piszczała, że takie śliczne lakiery przywieźli” – dodała. Popatrzyłam na flaszkę i oczy mi zabłysły, tak samo jak lakier zasuwał do mnie blaskiem. Trochę mi się zrobiło smutno na myśl, że nie będę miała zbyt wielu okazji do aplikowania dyskotekowego błysku, ale potem zrobiło mi się wesoło na myśl, że mogę przecież oszukać system i połyskiwać, kiedy tylko mi się zachce. Zachciało się właściwie od razu.


Special Potion to pierwszy MAC-owy lakier w mojej kolekcji. Z ich lakierami jakoś zawsze było mi nie po drodze. Oglądałam je zwykle w limitowanych edycjach, gdzie 10 ml kosztuje około 80 zł, i szkoda mi było wywalać tyle kasy, skoro na świecie mamy Essie, Orly, czy choćby maluchy z L'Oréala... Dopiero niedawno, przeglądając stronę MAC-a, odkryłam, że kolory ze stałej oferty kosztują 42 zł za 10 ml, co jest już całkiem akceptowalną dla mnie ceną. 

Special Potion to jeden z 16 nowych odcieni MAC Studio Nail Lacquer, które producent wprowadził na rynek dosłownie przed chwilą. Prawie wszystkie nowe lakiery są glitterami w rozmaitych wydaniach. Special Potion nie jest tu wyjątkiem. Kilka swatchy możecie obejrzeć na Imabeautygeek.com. Jakie tam są granaty i zielenie, coś pięknego!


Mama wybrała dla mnie mocno iskrzący fiolet. Całość mieni się i na fioletowo, i na różowo, na złoto i nawet na zielono – naprawdę ciężko dopatrzeć się, co dokładnie zostało tam utopione. Na zdjęciach wyżej widzicie dwie warstwy na bezbarwnej odżywce. Jest ładnie i wystarczająco (jedna warstwa to zdecydowanie za mało – są poważne prześwity) i wiedzcie, że na żywo wygląda to dużo lepiej. Ja jednak zakochałam się w nieco innym wydaniu Special Potion. Uważam, że podobnie, jak w przypadku wielu innych glitterów, ten najlepiej prezentuje się jako warstwa wierzchnia nałożona na kolorowy lakier podkładowy. Na początek wybrałam szaraka z delikatnym shimmerem: OPI – I Have A Herring Problem. Efekt mnie oczarował!

Tak, wiem, w opisie jest błąd. Ale może nie zwrócicie uwagi, mimo że ja zwróciłam?
Po aplikacji paznokcie są szorstkie w dotyku (nic dziwnego, w końcu poprzyklejał się do nich milion połyskujących farfocli), ale nie są to takie nierówności jak przy piaskach – i dobrze, bo to mnie akurat drażni.
Jestem absolutnie zachwycona efektem, jaki uzyskałam na paznokciach już po jednej warstwie lakieru podkładowego i jednej MAC-owego brokatu. Równie zachwycające jest ekspresowe schnięcie – zanim rozważyłam aplikację Seche Vite, manikiur był gotowy.

Która wersja bardziej Wam się podoba? 

Pojemność: 10 ml
Cena: jeśli lakier pozostanie w stałej ofercie, powinien kosztować 42 zł, dajcie znać, jeśli któraś z Was zna jego właściwą cenę. 
Ocena: 6/6

09.01.2015

Garść minirecenzji – żele pod prysznic: Original Source, Lirene, AA, Dermacol

Garść minirecenzji – żele pod prysznic: Original Source, Lirene, AA, Dermacol
Stare zdjęcia zalegają, zatem czas na niezbyt porywający zbiór minirecenzji okraszonych wątpliwej jakości sztuką foto. W dzisiejszym odcinku żele pozują na tle skórzanej kanapy, pościeli, stolika do karmienia Tomasza, a nawet dresów małżonka. Nie wierzę, że Wam to powiedziałam. Przejdźmy zatem do treści właściwej.


Original Source – Mango&Macadamia Shower 

Moja przygoda z Original Source wyglądała tak. Miałam w domu bardzo małego i bardzo płaczącego człowieka, mąż dobrodusznie wywalił mnie na zakupy („Wyjdź z nory, pooglądaj świat, wydaj pieniądze na coś innego niż pieluchy”), a ja natychmiast skierowałam swe kroki w stronę pobliskiego Rossmanna. W środku cuda-dziwy – dawno mnie tam nie było. Zauważyłam żele OS i już myślałam, że odkryłam jakiś absolutny unikat (taaaa, unikat w Rossmannie. diagnoza: za mało snu, za dużo Tomasza). W domu prędko wydało się, że o Original Source huczy cała blogosfera (czy to była jakaś wielka blogowa kampania, czy wszyscy się po prostu rzucili jak szczerbaty na suchary?). No i tak to było ze dwa lata temu. Nie zakochałam się na zabój (choć wersja malinowo-mleczna okazała się doskonałą... mleczną truskawką: klik), potem zapomniałam, aż wreszcie skończyłam jak tradycyjna blogerka beauty – z szafką pełną kąpielowych zapasów i świadomością, że nie kupię już nigdy nowego żelu pod prysznic, bo butelek i tubek wystarczy mi do emerytury. Aż nagle, we wrześniu tego roku, wyjechaliśmy na krótki weekend na Mazury i co? Beautyblogerka zapomniała zabrać żelu pod prysznic, a w postpeerelowskim hotelu przygotowano dla niej dwa mikrogramy mydła toaletowego w kostce. Tak oto, po długich miesiącach przerwy, trafił do mnie żel OS o nieznanym mi dotąd zapachu mango i orzechów macadamia. W sumie nieco się zdziwiłam, że w małym sklepie wielobranżowym w jeszcze mniejszej miejscowości do wyboru były żele lokalnej firmy kosmetycznej, kilka Palmolive, a oprócz tego jeden samotny Original Source. No nic. Oto i on, dotarliśmy wreszcie do kluczowego momentu mojej opowieści. Uwaga, lecimy: żel pachnie czymś znanym mi z dawnych czasów, co nie jest owocem mango, ale być może jest owocem mango zmiksowanym z jogurtem. Orzechowej nuty nie zauważyłam, ale doświadczenie podpowiada mi, że orzechy macadamia nie należą do szczególnie aromatycznych (czy one w ogóle mają jakiś zapach?).  Aromat OS nie jest więc finezyjny – ot, przyjemny, kąpielowy zwyklak. Konsystencja żelu odpowiednia – nie za rzadki, nie za gęsty (hm, to chyba właśnie znaczy słowo „odpowiednia”). Standardowa ilość piany jak na żel z kategorii kremowych,  a na minus wydajność – z jakiegoś powodu żele OS zawsze bardzo szybko uciekają mi z butelki, mimo że występują w przyrodzie w standardowej pojemności 250 ml. I tyle. End of story. Warto było przebrnąć przez przydługi wstęp, prawda?


Lirene – Shower Olive – żel + oliwka z bawełny

Moja przygoda z oliwkowymi żelami pod prysznic Lirene wyglądała tak. U Mamy nr 2 wyczaiłam kiedyś wersję fioletową z oliwką z winogron. Zakochałam się w zapachu, olejowo-pienistej formule, działaniu. Kupiłam do domu jedną butelkę, zużyłam, kupiłam drugą. Wycofali. Nic nowego, wpis żałobny przeczytacie tu: klik. Wiele miesięcy później postanowiłam dać szansę innej wersji, ale to już nie było to. W dodatku doczytałam się w składzie parafiny, która wisi wyżej od tytułowej oliwki z bawełny, i nagle czar prysł. Parafina krzywdy zwykle mi nie robi, szczególnie w żelu pod prysznic, który zaraz spłukuję, ale i tak zrobiło się mniej smacznie. Wersja bawełniana nie jest w ogóle sexy, bo pachnie tak bardzo przeciętnie w porównaniu z fioletowym straceńcem, że przyjemne uczucie gładkości i pozornego nawilżenia po kąpieli jakoś przygasa. Na pewno jeszcze wrócę do żelowo-oliwkowej formuły Lirene (choć pewnie w innej wersji zapachowej), bo to bardzo dobry kąpielowy pomysł, tylko emocje już nie te.


AA – Ciało wrażliwe – Nawilżająco-relaksujący żel do skóry bardzo suchej, crème brûlée

Moja przygoda z żelem do mycia ciała AA wyglądała tak. Robiłam zakupy żarciowe online, była promocja: dwa żele AA za_trzy_złote_z_czymś_tam, wzięłam, wsadziłam do szafki z zapasami i zapomniałam. Uściślę: współcześnie moja słynna szafka z podprysznicowymi zapasami nie wygląda już ani trochę demonicznie. Swoją miłość do zakupów skupiłam w ostatnim roku na kolorówce i trochę się odkorkowało. W ramach odkorkowywania wspomnianej szafki w końcu puściłam w obroty  żel AA, zastanawiając się przy okazji, jak to możliwe, że produkt przeznaczony do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii może tak intensywnie pachnieć. Zapach crème brûlée w tym wydaniu faktycznie do delikatnych nie należy – to klasyczny kosmetyczny aromat karmelowo-ciasteczkowy, który bardzo kojarzy mi się z szamponem i odżywką z czarnej serii Balea Professional. Ja lubię takie capidełka, ale zdaję sobie sprawę, że mogą wkurzać – zarówno wielbicieli rześkich, owocowych aromatów, jak i wielbicieli bezkompromisowego wpierniczania słodyczy, którzy akurat są na diecie. Żel AA jest poprawny w działaniu, pieni się dobrze jak na kremową formułę, nie wysusza (o nawilżaniu krzyczącym do nas z opakowania nie będę się wypowiadać, bo to już nudne gadać o tych samych marketingowych bezsensach – czekam na żel pod prysznic anti-ageing, a może jest już taki?). Powrotu do AA raczej nie będzie, bo znam wiele piękniejszych jedzeniowych aromatów w kosmetykach kąpielowych (na przykład żele Body Farm).


Dermacol – Aroma Ritual – Refreshing Shower Gel: Fresh Watermelon

Moja przygoda z żelami pod prysznic Dermacol wyglądała tak. Mąż zawiózł mnie do Cieszyna, zaciągnęłam go od razu na czeską stronę, gdzie odszukaliśmy DM, a że zaparkowaliśmy heeeeeen, daleko od owego DM-u, wykonałam kilkukilometrowy kurs w dwie strony na najwyższych posiadanych szpilkach, w większości po kocich łbach lub nierównych płytach chodnikowych. Wiecie, randka z mężem. A potem randka z odciskami. Ale warto było, bo wrażenia z pierwszego spotkania z blogerską ziemią obiecaną: bezcenne. Na DM-owych półkach od razu rzuciły mi się w oczy nieco staroświeckie etykiety kosmetyków pielęgnacyjnych Dermacolu, dlatego zdziwiłam się, że na blogach raczej o nich cicho. A szkoda, że cicho, bo pachną wybornie! Więcej na ten temat w poście zbiorczym kiedyś tam, a teraz tylko powiem, że dermacolowy arbuz to ten sam arbuz, który poznałam w linii Arbuzowe Orzeźwienie, należącej do polskiego Apisu (klik). Zapach słodki, ale śliczny, niemający nic wspólnego z prawdziwym arbuzem i jego ogórkową nutą. Niezmiennie kojarzy mi się z ogromnymi, czerwonymi lizakami z dzieciństwa. Butla 250 ml starcza na bardzo długo, żel pieni się dobrze, a ja na pewno kupię kolejne tuby, o ile... ich nie wycofają.

Tak oto dobrnęliśmy do końca mej żelowej opowieści. Spokojnej nocy i przemiłego weekendu!

05.01.2015

Projekt denko, odc. 21

Projekt denko, odc. 21
Zamiast wstępu będzie bezsensowna piosenka: Zima, zima, zima, pada, pada śnieg, śmieci lecą do śmietnika i rozlega się muzyka: brzdęk brzdęk brzdęk, brzdęk brzdęk brzdęk, brzdęęęęk brzdęęęęk brzdęęęęęk. Bez sensu, nie? Przecież śniegu w Warszawie nie ma. Śmieci: a i owszem.


Z dnia na dzień wydoroślałam. Przestałam ulegać szaleństwu denkowania za wszelką cenę i jak coś się wydaje beznadziejne, to leci dalej w świat lub ląduje w koszu. Za stara jestem na paćkanie się byle czym. To w sumie smutne, bo kto lubi być na coś za stary? To również wesołe, bo... wesołe. Oto, co wygrzebałam z mojej ekotorby robiącej za śmieciowisko.


Kallos – Placen(t)a – maska do włosów z wyciągiem z łożysk roślinnych – byłam ogromnie rozczarowana, gdy okazało się, że owe łożyska nie pochodzą od krowy czy prosięcia, tylko od nudnych roślin. Nie od dziś wiadomo, że w łożysku żywej istoty jest najwięcej wartości odżywczych – więc myślałam... źle myślałam. Maska nie robiła na moich włosach nic nadzwyczajnego, pod koniec zaczęła niezdrowo śmierdzieć, więc wywalam połowę. Ale to nie łożyska zdziwiły mnie najbardziej. Jej nazwa to „Placenta”, a na moim słoiku ktoś zjadł T. W opisie również jest placena. Maskę kupiłam w hurtowni z produktami do włosów, niestety, nie potrafię jej już zlokalizować, żeby zapytać właścicieli, o co kaman. Podróbka maski do włosów za kilka złotych? Bardzo nie sądzę. O co więc chodzi? To jedna z większych zagadek ludzkości, z jaką przyszło mi się zmierzyć. 

Yves Rocher – Anti-Chute – Szampon stymulujący przeciw wypadaniu włosów – ten gramatycznie bezsensowny szampon bardzo mi się nie spodobał, bo: przyspieszał przetłuszczanie (myję głowę co drugi dzień, a po tym szamponie już następnego dnia wieczorem włosy wyglądają źle, a rano – okropnie), śmierdział świeżo wyrwanym chwastem i był kolejnym szamponem YR, który się u mnie nie sprawdził, mimo że wiele osób chwali ichniejsze produkty do włosów. Włosy oczywiście jak wypadały, tak wypadają, ale nie spodziewałam się cudu, więc wszystko jedno. 

Batiste – suchy szampon w wersji Fresh – przeprosiłam się z suchymi szamponami po tym, jak kilka razy uratowały mnie przed kompromitacją, między innymi po użyciu kolegi wyżej. Wersja Fresh odpowiada mi zapachowo, podobnie jak wersja dla blondynek. Pozostałe jakoś mi nie leżą – dziwnie się czuję, gdy mam na głowie żar tropików lub fantazję wiśniową. Kiedyś używałam Klorane, ale jest dużo droższy, a efekt ten sam, więc zdradziłam i nie żałuję.


Stara Mydlarnia – Chocolate Bath Gel – minus za idiotyzmy z tyłu: „Doskonale oczyszcza, ujędrnia i wyszczupla ciało”. Po co oni to robią? Startują w konkursie na wygłup epoki? Ich marketingowcy są tak głupkowaci, że naprawdę myślą, że ktoś się na to nabierze? Nie mam pojęcia. O tym żelu warto wiedzieć tyle, że: 1) ma konsystencję pasującą do szklanego opakowania i sprawnie wypływa na dłoń, 2) pachnie jak delicje z galaretką pomarańczową. Ja nie przepadam za czekoladą z pomarańczową nutą, ale fani umrą z zachwytu, bo aromat jest najprawdziwszy z prawdziwych.

I Love... Cosmetics – Coconut & Cream – peelingujący żel pod prysznic – pachnie jak pyszny budyń kokosowy, ale funkcja peelingująca to żart. Pisałam o nim tu: klik.

Perfecta Femina – Probiotyczny preparat do higieny intymnej FRESH – żele do higieny intymnej Perfecty to najlepsze, co kiedykolwiek przytrafiło się moim cipkowym okolicom. Ostatnio Dax Cosmetics mocno zamieszał w swoim Perfectowym świecie, w wyniku czego żelowe byty zmieniły etykiety i rozmnożyły się. Dotychczas używałam żelu Perfecta Mama – bezzapachowego, delikatnego, wydajnego i świetnego. Tym razem skusiłam się na coś z nowej oferty i cipkowe okolice nie zgłosiły protestów, a u mnie podniósł się komfort z powodu delikatnego, odświeżającego zapachu, który dla odmiany ta wersja posiada. Wydajność nieco gorsza niż u poprzednika. Polecam te żele, moim zdaniem są dużo lepsze od słynnego Lactacydu. 

Yves Rocher – żel do mycia rąk Czerwone Owoce – nie ma go na zdjęciu, bo opakowanie oddałam Mamie nr 2, która potrzebowała czegoś niskiego z dozownikiem pod lustro w łazience. Mniejsza. Żel pochodzi z tegorocznej świątecznej edycji, a czerwone owoce to po prostu żurawina. Właśnie nią pachniał ten żel, bardzo ładnie zresztą, a jedyną wadą okazała się bardzo niska wydajność. 


Yves Rocher – Active Sensitive – tonik łagodzący do cery wrażliwej – bardzo go polubiłam za delikatny zapach i uczucie ukojenia po użyciu. Beznadziejna jest butelka – płyn leje się z szerokiej dziury, co bardzo obniża wydajność, no i łatwo się oblać, szczególnie rano w wersji półprzytomnej. Więcej napiszę o nim niebawem, ale wiedzcie, że a) polecam, b) obecnie jest do kupienia online za pół ceny (16,50 zł; w regularnej się zupełnie nie opyla). 

Pat&Rub – Tonik do twarzy – to również tonik łagodzący i również dla cery wrażliwej. Tyle się o nim naczytałam w blogosferze, że kiedy przy zakupach odkryłam, że znajduje się wśród próbek do wyboru, gęba się mnie roześmiała aż. Tonik okazał się doskonały, dokładnie jak blogerki nagadały. Ma ziołowy zapach, który jest wyraźny, więc jeśli takich nie lubicie, nawet nie zaczynajcie dumać nad zakupem. Koi, nawilża, tonizuje, a moja skóra go pokochała. Na pewno kupię pełny wymiar, jak tylko P&R łaskawie uzupełni zapasy w sklepie online.

Organic Shop – Organic Algae & Mud – błotna maska do twarzy, będąca ciekawym połączeniem glinki i alg, czyli dwóch składników, które moja cera (i nie tylko moja) bardzo lubi i docenia. Zaskakujący okazał się męski zapach. Była okej, trochę rozjaśniała cerę, ale nie planuję powrotu, bo zauważyłam, że zarówno algi, jak i glinki dużo lepiej działają solo. 

Balea – pianka do mycia twarzy – jej krótką recenzję znajdziecie TU, a ja na szybko powiem, że pachnie dość intensywnie, domywa przyzwoicie, ale napina skórę i nadaje jej (szczególnie na czole) mocno przesadzony połysk, co niekoniecznie mi odpowiada. Było nam razem nieźle, ale nie planuję powrotu. 

Bandi – Young Care – Oczyszczający tonik antybakteryjny – już kiedyś zrzędziłam przy okazji recenzji płynu micelarnego Bandi (klik) na głupie opakowanie ze spryskiwaczem. Tu mamy taką samą plastikową butelkę z atomizerem, który męczy i jest zupełnie niepotrzebny. Poza tym tonik jest piekielnie wydajny, ma intensywny (ale ładny) zapach i przez pewien czas po przetarciu nim twarzy skóra nieco się lepi. Niewątpliwym plusem jest brak alkoholu w składzie – niestety, w większości toników „oczyszczających” i „antybakteryjnych” gorzała siedzi w czołówce INCI (przekonałam się o tym niedawno, kiedy odnalazłam alcohol denat. w składzie kupionego online nowego toniku marki Korres). Bandi używał głównie mój mąż i był zadowolony, czego nie może powiedzieć o swoim nowym prezentowym nabytku z wyższej półki, czyli wspomnianym Korresie, który, cytuję: „ładnie pachnie, ale ma właściwości śliwowicy”. 


Yves Rocher – Elixir 7.9 – roll-on pod oczy – recenzja tu: klik, więc nie będę się rozpisywać. Miło jest przejechać pod oczami zimnymi kulkami o poranku, dlatego jeździłam nimi dosyć długo, ale brak sensownych właściwości nawilżających i irytujący różowy połysk, który po sobie zostawia, sprawiły, że Elixir leci do kosza, niezużyty do ostatniej kropli (sic!).

Douglas Beauty System – Seathalasso Body Cream – zdecydowanie za drogi (89 zł za 200 ml) krem do ciała, który pachnie tym słynnym, zmyślonym kosmetycznym morzem i ma niezłe właściwości nawilżające, choć na kolana nie rzuca (a za tę cenę powinien). Pełna recenzja tu: klik. Powiem tylko, że bardzo miło się go używało, bo takie słoiki są magiczne, spodobała mi się też półżelowa konsystencja. Z powodu nieuzasadnionej zbytdrogości powrotu nie planuję, ale i tak dziękuję za miły prezent, Mamo!

BeBeauty – Ultranawilżający krem wygładzający – nie robię zakupów w Biedronkach. Kiedyś nie robiłam, bo nie do pomyślenia było dla mnie, że nie można płacić tam kartą, a teraz nie robię, bo żarcie i chemię kupuję głównie online (tak mi wygodniej w codzienności z Tomaszem). Raz zrobiłam wyjątek i poszłam do Biedronki po słynny micel, ale go nie znalazłam, więc wyszłam z kilkoma innymi kosmetykami na spróbowanie. Krem BeBeauty to... nie to. Śmierdzi babcinym kosmetykiem sprzed ćwierć wieku i to główny powód jego dyskwalifikacji. Poza tym przyzwoicie nawilża i jeśli komuś smrody niestraszne, za te kilka złotych z pewnością zrobi dobry interes.

Laura Conti – Chocolate Vaseline – mimo że na kartoniku były jeszcze cztery miesiące ważności wazeliny, po odpieczętowaniu okazało się, że jest zepsuta i do niczego się nie nadaje. A czekolada sztuczna i paskudna. Omijajcie, a zamiast tego kupcie fantastyczną wazelinę Flos-Leku w tak samo fajnym, metalowym słoiku. 

Pat&Rub – Rewitalizujący balsam do ciała – balsam żurawinowo-cytrynowy pachnie podobnie jak wersja kokos i trawa cytrynowa, a ten z kolei pachnie identycznie jak linia Orzeźwiająca. Aromat zły nie jest, wręcz przeciwnie, orzeźwia i w ogóle. Nawilża dobrze, ale i tak moje serce należy do patandrubowych maseł. Nic nie poradzę. Porównanie trzech balsamów P&R znajdziecie tu: klik.


Na koniec mamy świetny, acetonowy zmywacz Isany, moją ulubioną maskarę Maybelline One By One (według mnie o niebo lepszą od słynnej żółtej) i trzy lakiery, wśród których Manhattan jest pradziadkiem, Color Club rozwarstwił się jak ostatni frędzel (jestem wkurzona, bo kochałam jego soczysty chabrowy odcień), a Kobo stracił ważność i zaraz po tym baza na dobre rozstała się z pigmentem (prezentacja odcienia tu: klik). Krem Organique zamierzam kupić i wypróbować, bo zapowiada się dobrze, a fluid Clarins był jak zwykle o trzy odcienie za ciemny (o niechlubnej tradycji za ciemnych próbek pisałam w tym tekście). 

Jeśli dotarłyście do końca, gratuluję i życzę przemiłego wieczoru/dnia :). 

03.01.2015

M•A•C – Objects Of Affection LE, czyli błyszczyki w bajkowej oprawie

M•A•C – Objects Of Affection LE, czyli błyszczyki w bajkowej oprawie
Witajcie w nowym, oby lepszym, roku! Osobiście uważam, że złe lata to już absolutna nuda, dlatego z radością przywitam rok, który jest dobry i nie obfituje w beznadziejnie przytłaczające wydarzenia. Oby tym razem polał się lukier, aż nas zemdli. Tego właśnie w 2015 sobie i Wam życzę. 

Sylwester okazał się wyjątkowy. Poprzedniej nocy syn z zapaleniem oskrzeli pozbawił nas niewątpliwej przyjemności zażycia choćby odrobiny snu, dlatego skorzystaliśmy z koła ratunkowego w postaci dziadków, a sami zaszaleliśmy na całego na dywanie w salonie. Szaleństwo polegało na tym, że dziadkowie kisili ogóra w sypialni z kaszlącym i popłakującym żałośnie Tomaszem, a my zasnęliśmy z mężem o 21 i wstaliśmy w Nowy Rok o ósmej, radośni i wypoczęci jak dwa dyndające na patyku piórka dla kota. Nie wierzę w te dyrdymały, jakoby to, jak bawiliśmy się w sylwestra, miało zwiastować poziom zabawy w całym przyszłym roku, wierzę za to, że jeśli sami umilimy sobie życie tym i owym, to milszym ono stanie się. Oł je. 

Oto mój noworoczny umilacz:


Mieniące się idiotycznie pudełko z równie idiotycznym odlewem głowy cholera-wie-kogo. Urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Jest tak bardzo tandetne, że aż piękne! Pudełko zawiera świąteczną kolekcję błyszczyków Objects Of Affection i oczywistym jest, że MAC wymyśla takie przedmioty po to, by tacy ludzie jak ja lub moi bliscy, którzy pragną mnie uszczęśliwić, zostawili w nim jeszcze więcej monet. To działa. 

Mini kity to bardzo dobry pomysł dla tych z Was, które chcą przetestować produkty marki w kilku wariantach i nie zapłacić za to fortuny. Hm, w zasadzie to dobry pomysł dla każdego, kto kocha kolorówkę MAC-ową i ma w domu zdecydowanie za dużo kosmetyków. Błyszczyki w kolekcji Objects Of Affection są w mniejszych niż standardowa pojemnościach, ale jeśli macie kilkanaście (dziesiąt?) innych smarowideł do ust, nie powinno Was to martwić. Mnie nie martwi ni trochę. 


Moja wersja kolorystyczna to Pink+Plum. Zobaczyłam ją u Lil Oddiette, o tutaj: klik, i zapragnęłam natychmiast. Tak się składa, że mimo posiadania w swej kolekcji wielu produktów MAC, nie miałam dotychczas ani jednego błyszczyka od nich, bo nieco szalone wydawało mi się wyrzucanie 90 złotych za coś tak nietrwałego i łatwego do odnalezienia w dobrej jakości za grosze. Tyle właśnie kosztuje jeden pełnowymiarowy błyszczyk MAC, a tutaj macie cztery za 140 złotych. To nic, że mniejsze. I jeszcze to śmieszne pudełko gratis. Biznes życia! (który to już?)

Gratis: wszędobylskie rączki Tomasza i jego pracowicie wyssany kciuk. 
Chłodna róża i ciepła purpura – tak opisuje gamę kolorystyczną producent i w zasadzie trudno się nie zgodzić. W pełnym niepokojącego błysku pudełku mamy trzy błyszczyki o wykończeniu Cremesheen i jeden Dazzleglass. Cremesheeny są kremowe i dają efekt mokrych, obślizgłych ust (niektórzy twierdzą, że taka oślizgłość jest seksowna), a Dazzleglassy zioną brokatem. Różnią się też aplikatorem: te pierwsze mają standardową gąbeczkę, a Dazzleglass – wąski syntetyczny pędzelek. 


Gąbką operuje mi się zdecydowanie łatwiej, ale pędzelek też daje radę. Błyszczyki prezentują się na dłoni tak oto:


Mimo że Fashion Scoop i Pagoda tutaj różnią się od siebie, na ustach (przynajmniej na moich) ta różnica jest dużo mniej widoczna. Oba skrywają niezwykle dyskretny shimmer, ale na ustach go nie widać, za to bardzo wściekle odbija światło. Loud&Lovely to już konkretny, fuksjowy róż, który mimo kolorystycznej mocy wciąż pozostaje poczciwym błyszczykiem, dlatego nie zrobimy sobie nim krzywdy, za to pięknie ożywimy twarz. Rags To Riches to już jazda bez trzymanki: zgaszony róż z pierdyliardem różnokolorowych drobinek. Tego ostatniego trochę się obawiałam – w opakowaniu wyglądał, jakby nadawał się tylko na karnawał i osiemnastkę koleżanki (rety, przecież ja już od dawna nie mam małoletnich koleżanek!), ale na ustach złagodniał i nabrał sensu. 

Czas na swatche:


Pierwsze foto u góry po lewej przedstawia moje usta nieskalane czymkolwiek. Bardzo staram się ich nie obgryzać, dlatego są już we wcale niezłym stanie (po raz kolejny: Nuxe, dzięki!). Na podstawie owej fotografii łatwo możecie stwierdzić, że Fashion Scoop i Pagoda są jaśniejsze od mojej naturalnej pigmentacji. Sytuacja dość niebezpieczna – nie od dziś wiadomo, że zbyt jasne pomadki wiochę czynią. Te jednak są bliskie wiosze, lecz jej na szczęście nie powodują, ale nie jestem pewna, czy tak samo będzie latem. Moje niedbalstwo w dbaniu o paćkanie twarzy wysokim filtrem pozwala przypuszczać, że oba te odcienie w samiutkim środku lata okażą się zupełnie nie dla mnie i będą musiały poczekać do zimy (ugh&bleh). Pochodzą jednak z zimowej kolekcji i do chłodnego, śnieżnego makijażu pasują idealnie. Loud&Lovely jest śliczny, zwraca uwagę, nie jest przesadzony i wiem, że często będę do niego wracać. Rags To Riches na ustach też bardzo mi się podoba i cieszę się, że nie okazał się bezużyteczną błyskotką. 

Co z jakością? Lipglassy MAC-a należą do tych lepkich, ale są mniej lepkie od Stay With Me z Essence i Juicy Tubes Lancôme. Nie lubię, jak włosy przyklejają mi się do ust, ale ten efekt dość szybko zanika. Trwałość raczej standardowa: około dwóch godzin bez jedzenia hamburgerów i popijania ich kwaśną śmietaną. Nieco dłużej utrzymuje się Rags To Riches, w dodatku nawet gdy zejdzie lepka, błyszczykowa powłoczka, jeszcze długo zostaje z nami zapas brokatu. 

Zestaw uważam za udany, chociaż chętnie podmieniłabym Fashion Scoop na jakiś inny, może bardziej śliwkowy (?) odcień. W sklepie dostępne są jeszcze inne wersje: Nude+Red i Nude+Coral. Zerknijcie i przemyślcie temat, nim idiotyczne pudełka przepadną na wieki. 

Cena: 140 zł
Dostępność: wciąż do kupienia w sklepie internetowym MAC, ale spieszcie się, licho nie śpi. 

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger