09.01.2015

Garść minirecenzji – żele pod prysznic: Original Source, Lirene, AA, Dermacol

Stare zdjęcia zalegają, zatem czas na niezbyt porywający zbiór minirecenzji okraszonych wątpliwej jakości sztuką foto. W dzisiejszym odcinku żele pozują na tle skórzanej kanapy, pościeli, stolika do karmienia Tomasza, a nawet dresów małżonka. Nie wierzę, że Wam to powiedziałam. Przejdźmy zatem do treści właściwej.


Original Source – Mango&Macadamia Shower 

Moja przygoda z Original Source wyglądała tak. Miałam w domu bardzo małego i bardzo płaczącego człowieka, mąż dobrodusznie wywalił mnie na zakupy („Wyjdź z nory, pooglądaj świat, wydaj pieniądze na coś innego niż pieluchy”), a ja natychmiast skierowałam swe kroki w stronę pobliskiego Rossmanna. W środku cuda-dziwy – dawno mnie tam nie było. Zauważyłam żele OS i już myślałam, że odkryłam jakiś absolutny unikat (taaaa, unikat w Rossmannie. diagnoza: za mało snu, za dużo Tomasza). W domu prędko wydało się, że o Original Source huczy cała blogosfera (czy to była jakaś wielka blogowa kampania, czy wszyscy się po prostu rzucili jak szczerbaty na suchary?). No i tak to było ze dwa lata temu. Nie zakochałam się na zabój (choć wersja malinowo-mleczna okazała się doskonałą... mleczną truskawką: klik), potem zapomniałam, aż wreszcie skończyłam jak tradycyjna blogerka beauty – z szafką pełną kąpielowych zapasów i świadomością, że nie kupię już nigdy nowego żelu pod prysznic, bo butelek i tubek wystarczy mi do emerytury. Aż nagle, we wrześniu tego roku, wyjechaliśmy na krótki weekend na Mazury i co? Beautyblogerka zapomniała zabrać żelu pod prysznic, a w postpeerelowskim hotelu przygotowano dla niej dwa mikrogramy mydła toaletowego w kostce. Tak oto, po długich miesiącach przerwy, trafił do mnie żel OS o nieznanym mi dotąd zapachu mango i orzechów macadamia. W sumie nieco się zdziwiłam, że w małym sklepie wielobranżowym w jeszcze mniejszej miejscowości do wyboru były żele lokalnej firmy kosmetycznej, kilka Palmolive, a oprócz tego jeden samotny Original Source. No nic. Oto i on, dotarliśmy wreszcie do kluczowego momentu mojej opowieści. Uwaga, lecimy: żel pachnie czymś znanym mi z dawnych czasów, co nie jest owocem mango, ale być może jest owocem mango zmiksowanym z jogurtem. Orzechowej nuty nie zauważyłam, ale doświadczenie podpowiada mi, że orzechy macadamia nie należą do szczególnie aromatycznych (czy one w ogóle mają jakiś zapach?).  Aromat OS nie jest więc finezyjny – ot, przyjemny, kąpielowy zwyklak. Konsystencja żelu odpowiednia – nie za rzadki, nie za gęsty (hm, to chyba właśnie znaczy słowo „odpowiednia”). Standardowa ilość piany jak na żel z kategorii kremowych,  a na minus wydajność – z jakiegoś powodu żele OS zawsze bardzo szybko uciekają mi z butelki, mimo że występują w przyrodzie w standardowej pojemności 250 ml. I tyle. End of story. Warto było przebrnąć przez przydługi wstęp, prawda?


Lirene – Shower Olive – żel + oliwka z bawełny

Moja przygoda z oliwkowymi żelami pod prysznic Lirene wyglądała tak. U Mamy nr 2 wyczaiłam kiedyś wersję fioletową z oliwką z winogron. Zakochałam się w zapachu, olejowo-pienistej formule, działaniu. Kupiłam do domu jedną butelkę, zużyłam, kupiłam drugą. Wycofali. Nic nowego, wpis żałobny przeczytacie tu: klik. Wiele miesięcy później postanowiłam dać szansę innej wersji, ale to już nie było to. W dodatku doczytałam się w składzie parafiny, która wisi wyżej od tytułowej oliwki z bawełny, i nagle czar prysł. Parafina krzywdy zwykle mi nie robi, szczególnie w żelu pod prysznic, który zaraz spłukuję, ale i tak zrobiło się mniej smacznie. Wersja bawełniana nie jest w ogóle sexy, bo pachnie tak bardzo przeciętnie w porównaniu z fioletowym straceńcem, że przyjemne uczucie gładkości i pozornego nawilżenia po kąpieli jakoś przygasa. Na pewno jeszcze wrócę do żelowo-oliwkowej formuły Lirene (choć pewnie w innej wersji zapachowej), bo to bardzo dobry kąpielowy pomysł, tylko emocje już nie te.


AA – Ciało wrażliwe – Nawilżająco-relaksujący żel do skóry bardzo suchej, crème brûlée

Moja przygoda z żelem do mycia ciała AA wyglądała tak. Robiłam zakupy żarciowe online, była promocja: dwa żele AA za_trzy_złote_z_czymś_tam, wzięłam, wsadziłam do szafki z zapasami i zapomniałam. Uściślę: współcześnie moja słynna szafka z podprysznicowymi zapasami nie wygląda już ani trochę demonicznie. Swoją miłość do zakupów skupiłam w ostatnim roku na kolorówce i trochę się odkorkowało. W ramach odkorkowywania wspomnianej szafki w końcu puściłam w obroty  żel AA, zastanawiając się przy okazji, jak to możliwe, że produkt przeznaczony do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii może tak intensywnie pachnieć. Zapach crème brûlée w tym wydaniu faktycznie do delikatnych nie należy – to klasyczny kosmetyczny aromat karmelowo-ciasteczkowy, który bardzo kojarzy mi się z szamponem i odżywką z czarnej serii Balea Professional. Ja lubię takie capidełka, ale zdaję sobie sprawę, że mogą wkurzać – zarówno wielbicieli rześkich, owocowych aromatów, jak i wielbicieli bezkompromisowego wpierniczania słodyczy, którzy akurat są na diecie. Żel AA jest poprawny w działaniu, pieni się dobrze jak na kremową formułę, nie wysusza (o nawilżaniu krzyczącym do nas z opakowania nie będę się wypowiadać, bo to już nudne gadać o tych samych marketingowych bezsensach – czekam na żel pod prysznic anti-ageing, a może jest już taki?). Powrotu do AA raczej nie będzie, bo znam wiele piękniejszych jedzeniowych aromatów w kosmetykach kąpielowych (na przykład żele Body Farm).


Dermacol – Aroma Ritual – Refreshing Shower Gel: Fresh Watermelon

Moja przygoda z żelami pod prysznic Dermacol wyglądała tak. Mąż zawiózł mnie do Cieszyna, zaciągnęłam go od razu na czeską stronę, gdzie odszukaliśmy DM, a że zaparkowaliśmy heeeeeen, daleko od owego DM-u, wykonałam kilkukilometrowy kurs w dwie strony na najwyższych posiadanych szpilkach, w większości po kocich łbach lub nierównych płytach chodnikowych. Wiecie, randka z mężem. A potem randka z odciskami. Ale warto było, bo wrażenia z pierwszego spotkania z blogerską ziemią obiecaną: bezcenne. Na DM-owych półkach od razu rzuciły mi się w oczy nieco staroświeckie etykiety kosmetyków pielęgnacyjnych Dermacolu, dlatego zdziwiłam się, że na blogach raczej o nich cicho. A szkoda, że cicho, bo pachną wybornie! Więcej na ten temat w poście zbiorczym kiedyś tam, a teraz tylko powiem, że dermacolowy arbuz to ten sam arbuz, który poznałam w linii Arbuzowe Orzeźwienie, należącej do polskiego Apisu (klik). Zapach słodki, ale śliczny, niemający nic wspólnego z prawdziwym arbuzem i jego ogórkową nutą. Niezmiennie kojarzy mi się z ogromnymi, czerwonymi lizakami z dzieciństwa. Butla 250 ml starcza na bardzo długo, żel pieni się dobrze, a ja na pewno kupię kolejne tuby, o ile... ich nie wycofają.

Tak oto dobrnęliśmy do końca mej żelowej opowieści. Spokojnej nocy i przemiłego weekendu!

33 komentarze:

  1. wow, ja normalnie mam niewiele do powiedzenia na temat żelów, a u Ciebie takie elaboraty, a do tego czyta się je niemal jednym tchem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod tym rękami i nogami :P

      Usuń
    2. oj, rozpieszczacie mnie ostatnio tymi komplementami, dziękuję! :)

      Usuń
  2. Uwielbiam żele ech;) z tej gromady znam jedynie OS

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam jedynie OS i uwielbiam ich zapachy :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Na samo wspomnienie o żelach Body Farm spełzłam z legowiska i poszłam, mimo kataru, kaszlu i ogólnego rozmemłania, do pudła z zapasami. Lu mnie zaopatrzyła w ciasteczkową i czekoladową wersję. Gorzka czekolada pachnie rajem.
    Poszłabym teraz po lindora, ale i tak nie czuję smaków, chlip.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo zima jest do dupy. Wytłumacz to (wiecznie chorej) Lu, bo ja nie potrafię. Gorzka czekolada Body Farm rzeczywiście jest fantastik, ja uwielbiam też maślany karmel, mmmmm. Zdrowiej prędko!

      Usuń
    2. A ciasteczkowa wersja pachnie jak czekoladowe flipsy. Czy smakowe filpsy z tym szalonym królikiem na opakowaniu jeszcze istnieją?

      Usuń
  5. Wydaje mi się, że gdzieś już widziałam taki anti-aging żel :D

    OdpowiedzUsuń
  6. miałam tylko jeden żel Original Source , ponad to sama go nie kupiłam tylko wygrałam w rozdaniu, pachniał kaktusem i czymś jeszcze, zapach nie zawierał rutyny był unikatowy ale sam kosmetyk raczej przeciętny,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie co ma robić żel pod prysznic poza myciem i niewysuszaniem skóry? jeśli zapach jest fajny, to dobra nasza.

      Usuń
  7. Mango&Macadamia to moja ulubiona wersja zapachowa OS ;) Nie wiedziałam natomiast że Dermacol ma też żele w ofercie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie też nie wiedziałam, zanim nie wybrałam się osobiście do DM-u, a potem trudno mi było uwierzyć, że to taki pominięty element zakupów DM-owych na blogach, bo żele są naprawdę super!

      Usuń
  8. Bardzo lubię działanie oliwkowych żeli Lirene, żałuję tylko, że jest tak skromny wybór zapachów, z których pasuje mi tylko mango :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. muszę powąchać to mango, może z nim mi się lepiej relacja ułoży i już nie będę tak tęsknić za fioletowym.

      Usuń
  9. Pamiętam emocje, jakie budziły we mnie żele OS zanim je kupiłam :D a potem czar prysł... bo miałam wrażenie, że myję się kisielem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie najgorsza okazała się wersja British Strawberry – straszna, chemiczna ściera :(. Wąchałam też Pineapple, który przyszedł z którymś ShinyBoxem, a potem od razu puściłam w świat, bo jednak ananas był gryzący – zapach nie dla mnie. ale ta brytyjska truskawa obiektywnie cuchnąca. Na szczęście to była limitka :)

      Usuń
  10. a ja jakoś mam sentyment to żeli z Lirene :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam żel Original Source kokosowy:) zapraszam do mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  12. z OS miałam żel malinowy i mi pasował

    OdpowiedzUsuń
  13. Z OSiałam kilka żeli pod prysznic, najbardziej lubiłam wersję Spearmint, która pachniała jak miętowa guma do żużuciaebie sprawdzała się latem :) Choć wersjwersjaersjanowa i czekoladowo-pomarańczowa też się u mnie sprawdziły :) Ale... po żele Body Farm sięgnęłam po Twoich recenzjach (mimo ogromu zapasów kosmetyków kąpielowych) i zapachy mają fantastyczne <3 Co prawda mojemu mężowi się nie podobają bo mówi że mu od nich niedobrze ale ja uwielbiam i jak kiedyś uda mi się zejść z zapasów (czytaj: za kilka lat) to na pewno jeszcze po nie sięgnę :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być "wersja malinowa" a nie jakieś głupoty ;) Telefon ciągle zmienia mi słowa :/

      Usuń
    2. oj, ja bym się chyba nie mogła myć w niczym miętowym – miętę akceptuję głównie w paście do zębów i gumie do żucia ;). cieszę się bardzo, że wypróbowałaś żel Body Farm – faktycznie, nie są dla wszystkich, więc mąż ma prawo kręcić nosem, ale to prawdziwy raj dla kąpielowych łasuchów!

      Usuń
  14. To skandal, ale nie miałam żadnego z wypróbowanych przez Ciebie żeli;) Chociaż może na Original Source się kiedyś skuszę, jak moje podprysznicowe zapasy trochę powykańczam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "jak powykańczam zapasy" – skąd ja to znam ;)

      Usuń
  15. a ja chętnie obejrzę Twoje zapasy :) mialam jedynieoriginal source i był malo wydajny i w ogóle mnie irytował tą butelką ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. butelki są faktycznie beznadziejne - z jakiegoś słabej jakości plastiku :/

      Usuń
  16. „Wyjdź z nory, pooglądaj świat, wydaj pieniądze na coś innego niż pieluchy” - prawdziwa miłość :)
    Nie mogę się śmiać bo mnie jeszcze ciągnie a u Ciebie prawie się posikałam :D heyhy
    Arbuz się uśmiecha, Osów serdecznie nie lubię - bo jako jedne z niewielu wysuszają ;) reszty towarzystwa nie znam :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, to prawdziwa miłość, masz rację ;)
      przepraszam za rozciąganie szwów! oby szybko się wszystko zrosło :*

      Usuń
  17. FU*K! Zjadło mi komentarz :/
    Pisałam, że tylko Ty potrafisz napisać cztery emocjonujące przygody z żelami pod prysznic w tle ♥
    No i też o tym, że miałam bawełniany żel z Lirene i u mnie spisywał się wspaniale, a zapach był idealny. Chyba tak dobrze się spisywał, że wyparłam ze świadomości parafinową obecność, bo nijak nie mogę sobie jej przypomnieć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za uznanie, eMciu :)**
      dla mnie ta bawełna nie miała złego zapachu, tylko taki mało zapamiętywalny. fioletowy żel sadził aż miło, no nie wybaczę im, że go wycofali :( ale ludziom się nie podobał, głupie ludzie.

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger