27.01.2015

Moja przygoda z KIKO, czyli historia z przestępstwem, po którym następują co najmniej dwa zwroty akcji (i swatche)

Wyobraźcie sobie, że mam w zasięgu sklep z kosmetykami KIKO. Potem wyobraźcie sobie, że wcale nie udaję się do niego na zakupy, tylko zamawiam siatkę kolorówki online. Prosto z Włoch. Mam dziecko, nie mam czasu, promocje są świetne, marka niepoznana, a nęci, więc klikam. I pobierają ode mnie nieco-ponad-dwieście. A potem wyobraźcie sobie, że nieco-ponad-dwieście po kilku dniach wraca. „Z przykrością informujemy, że zamówienie 5000031728707 nie może być dostarczane w związku z kradzieżą w magazynie przewoźnika, z którym współpracuje KIKO MILANO”. Cóż za doskonały początek naszej znajomości! W tym miejscu następuje pierwszy zwrot akcji, pojawia się pewna przemiła dama o imieniu Martyna, którą widuję regularnie z powodów Tomaszowych, i mówi: „To ja ci przyniosę moje, żebyś miała na bloga”. I przyniosła. I na bloga mam. Fajna ta Martyna, mówię Wam.


Oto zapasy fajnej Martyny. To banda rozmaitych cieni KIKO. Byłam przy zakupie, nawet macałam i rozmyślałam, czyby tu czegoś nie. Ale jednak nie. Bo przecież mam tyle innego. Więc wzięła tylko Martyna, a ja sobie potem na otarcie łez gościnnie wymacałam i wypróbowałam.


Pierwszy elegant to Supreme Eyeshadow o numerze 03 – cień w kremie z kolekcji Luxurious. Jego imiona i nazwisko to Exquisite Jasper Green. Dostojnie, prawda? Wyobraźcie sobie: sir Exquisite Jasper Trzeci. Z Greenów. TYCH Greenów. Chyba odleciałam, co? Już wracam. Cień jest przepiękny – metaliczna, cudownie elegancka zgniłkowata zieleń. Problem w tym, że ma trudności z utrzymaniem intensywności na obu etapach: przy nakładaniu i w ciągu dnia. Moje tłuste, opadnięte powieki z nadmiarem mięska są bezlitosne, więc i dla KIKO litości nie było. To jednak wcale mnie nie zniechęciło, bo przecież można paćkać go więcej, próbować z różnymi bazami lub zoperować sobie powieki u chirurga plastyka. Zawsze jest jakieś wyjście.


Kolejne dwa cienie są w mojej ulubionej postaci: wykręcanych sztyftów. To jeden z flagowych produktów marki. Nie mam pojęcia, czy wszyscy na tym świecie uważają je za flagowe, ale polskie blogerki, które czytam, a i owszem. Numer 07 to Golden Beige i właściwie nazwa dokładnie oddaje rzeczywistość. Czy to odcień szampański? Być może. Na pewno to jeden z tych jasnych, metalicznych, silnie rozświetlających cieni, które zawsze się przydadzą i pasują każdemu (choć oczywiście nie do każdego makijażu). Sztyft nr 39 to z kolei klasyczny, ciemny i dość ciepły brąz o satynowym wykończeniu, wyglądającym w zasadzie jak matowe. Producent nazwał cień Dark Taupe, ale zupełnie nie wiem, dlaczego. Oczywiście istnieje szansa, że nie znam się na kolorach lub moje oczy widzą co innego niż pozostałe oczy oglądające ten cień. Tak czy inaczej, wspomniany Dark Taupe jest bardzo dobrej jakości – podobnie jak błyszczący kolega jest miękki, dobrze napigmentowany i łatwo się rozprowadza. Cieniami tego typu nie da się robić kreski na górnej powiece, bo sztyft jest zbyt szeroki i od nowości zaokrąglony, ale użyty na dolnej linii rzęs w wersji do roztarcia daje radę. Oczywiście sticki powstały do aplikacji na całej powiece i do tego nadają się świetnie. O jakości na razie się nie wypowiem – pierwsze wrażenie bardzo dobre, Martyna potwierdza, że są super.


Ostatnie dwa cienie występują jako Water Eyeshadow. Nazwa dwuznaczna – dotyczy zarówno polecanej metody aplikacji, jak i kształtu samego wkładu. Uwielbiam takie estetyczne tłoczenia, aż żal je rozwalać pędzlem. Cienie są wypiekane, dobrze napigmentowane i mieszkają w kasetkach z lusterkiem. To miłe.


Martyna wybrała odcienie 205 Chocolate i 213 Dark Slate Green. Czekolada to ciekawy przypadek.  W opakowaniu wygląda jak mocno połyskujący ciepły brąz ze złotymi i czerwonymi (?) drobinkami, mogłabym nawet nazwać go miedzianym. Kolor jest naprawdę piękny. Po przeniesieniu na nadgarstek dziwnie pociemniał i gdzieś zgubił swój rudo-czerwony połysk, a na mojej powiece (w wersji bez bazy i na sucho) wyglądał jak zwykły, ciemnobrązowy buras. Hmm, czyli w sumie jak czekolada. Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale to niezwykle rozczarowujące. Zieleń tylko swatchowałam, więc nie powiem Wam więcej na jej temat.


Mnogość kolorów, wykończeń i rodzajów kosmetyków kolorowych KIKO sprawia, że łatwo stracić dla nich głowę. Okazało się jednak, że moja makówka nie całkiem przepadła, chociaż nie mogę powiedzieć, że ostatecznie wyleczyłam się z chęci posiadania choćby jednego ich cienia i choćby jednej kredeczki.

No bo tak. Cienie wróciły do właścicielki, minęło trochę czasu, a potem... nastąpił drugi zwrot akcji. Jechaliśmy w weekend całą rodziną autem brrm brrm w jewo, w pawo i przed siebie i mąż stwierdził, że koniecznie musi podjechać do Arkadii. Musi, bo sczeźnie. Niczego nieświadoma zgodziłam się na ten manewr, a potem... potem przypomniałam sobie, że w Arkadii czai się zło. Zło najźlejsze. Skracając historię, wpadłam oczywiście do salonu KIKO i moje oczy mało nie wyszły z orbit. Na środku stały pojemniki z naklejkami „%%%” „-30%”, „-50%” i nawet „-70%”. Siedemdziesiąt. Szlag by ich. Myślałam, że tylko zerknę i wyjdę. I tak się stało. Zerknęłam, a potem wyszłam. Tyle że po drodze stało się to:


Za siatkę skarbów zapłaciłam mniej-niż-dwieście, w pudełkach mieszkają m.in. podwójny róż, cienie, zgniłek opisywany wyżej i paćkacze do ust, bo przecież mam ich w domu tak mało. Czyli: przedmioty absolutnie niezbędne. Jeżeli macie możliwość odwiedzenia warszawskiego salonu KIKO i nęci Was ich oferta, zróbcie to jak najszybciej – zwariowane przeceny nie będą trwały wiecznie. Wyprzedawane są limitowane kolekcje, ale inne produkty do makijażu też mają ucięte ceny, więc warto. Ja dam Wam znać później, czy KIKO warte grzechu. Najpierw sobie trochę poużywam.

Zajrzyjcie na stronę producenta – przeceny są takie same jak w salonie, tylko towar ludzie wymietli. W Arkadii w weekend wszystkiego było pełno, więc wiadomo. W razie czego wiecie, co robić.

46 komentarzy:

  1. Do KIKO mam zamiar zajrzeć w ferie, czyli... druga połowa lutego. Przynajmniej krótko przed urodzinami, więc wszelkie szaleństwa będą uzasadnione. Zapisałam sobie cień w sztyfcie "szampański".
    Liczę, że uda mi się wpaść do The Body Shop po masła lub żele pod prysznic. Może coś będą mieli przecenionego.
    Wątpię, że uda mi się zaciągnąć tatę jeszcze do Złotych Tarasów do Bath&Body Works, ale w zasadzie nie zależy mi na tym. Wystarczy, że pójdziemy do Akradii. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to w drugiej połowie lutego pewnie już dawno będzie po wyprzedaży, chociaż kto wie... i tak warto zajrzeć, bo z tego co zauważyłam, tam zawsze coś jest w promocji, a i bez niej ceny w porządku.

      Usuń
  2. pierwsze widzę tą firmę ale zainteresowałam sie.......

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam w planach przejażdżkę do salonu i po Twoich słowach chyba zrobię to na dniach ;) Podobno wysyłka ze strony jest całkiem spora - 50 zł? Też wolałabym kupić online, ale pofatyguję się osobiście.
    Mam jedną kredkę w sztyfcie i bardzo ją polubiłam. Muszę zmacać taupe na żywo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwetto, leć prędko, nim zwiną kramik z tymi wielkimi promocjami! przesyłka ze strony faktycznie spora przy zamówieniach poniżej 200. wszystko, co powyżej to chyba już tylko za 4 złote. wróciłam ostatnio do tego, co pisałaś o KIKO, użyłam tagów, wow, co nie? ;)

      Usuń
  4. Czytałam z wypiekami, zaciekawiona wstępem... :)
    Dzięki za doznania w ten podły dzień :D

    Firmy jeszcze nie znam, a z Warszawy wyprowadziałam się jakiś czas temu.
    Mówisz, że ryzykować on line ? może nie będzie kolejnego, bandyckiego napadu na magazyn ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, polecam się na przyszłość! dziwaczne historie z kosmetykami w tle – tak, to chyba mój blog ;) bardzo Ci dziękuję za miłe słowa :)).

      online opłaca się ryzykować przy zamówieniach powyżej 200 zł – inaczej przesyłka wychodzi pioruńsko drogo, bo wysyłają z Włoch i coś tam.

      Usuń
  5. Byłam tam już kilka razy, ale tłum, który zawsze tam spotykałam kontra mój coraz większy brzuch na który ludzie pchając sie nie zwracali uwagi, skutecznie mnie kierował w stronę będącego obok salonu MAC gdzie zawsze więcej przestrzeni miałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, a kiedy brzuch zostanie rozpakowany? trzymam kciuki :)
      w MAC-u faktycznie zwykle luzy, też wolę tam spacerować... w KIKO tylko ceny wygrywają :)

      Usuń
  6. zawsze jak czytam jak piszesz to czuje sie jakbym czytała książkę, a potem ogarniam, że to blog kosmetyczny :) podoba mi sie to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zawsze jak czytam takie komplementy, to rozpływam się z rozkoszy i wesolutko lewituję pod sufitem :D dziękuję!

      Usuń
  7. Ej, ta zieleń podoba mię się. Fajny eyelinerowy kolor. Pani-Znająca-Się-Na-Wszystkich-Kosmetykach-Świata, znajdź mi no taki eyeliner.

    Śliczne kupiłaś sobie te rzeczy, szczególnie czadowe to cudeńko do konturowania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. poszukamy Ci takiego eyelinera. a ma być płynny czy może być cieniuśka kredeczka?

      Usuń
    2. No nie wiem właśnie. Może dla odmiany cieniuśka kredeczka.

      Usuń
    3. no to może Sephora Nano Liner? mają tam Silver Green i jeszcze był Green Envy, ale nie wiem, czy to nie z limitki jakiejś. w necie nie mają tych kolorów, ale od czego nóżeczki dupcię niosą po świecie?

      Usuń
  8. Ciekawa jestem czy warte grzechu, niestety u mnie w mieście nie ma salonu żeby sobie pomacać..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba na razie salon jest tylko jeden w Warszawie :/

      Usuń
  9. Czytałam na bezdechu :D
    A KIKO warte jest grzechu, to fakt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, no widzisz, narobiłam tyle zamieszania tytułem, a to tylko drobna kradzież... ;)

      Usuń
  10. Kiko jest moim marzeniem, promocje na stronie świetne, ale wysyłka dość droga. Czytałam też że stacjonarnie do zakupu "czegośtam" paletka na cienie za jakie marne grosze, no prawie gratis. Szkoda że Warszawa tak daleko, bo kilka cieni i eyelinerów wzięłabym bez mrugnięcia okiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, nie widziałam informacji w sklepie o tych paletkach, ale one i tak były mocno przecenione – nic, tylko brać :D

      Usuń
  11. Szkoda, że tak mało dostępne są te kosmetyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. są dostępne online – przy małych zamówieniach koszt wysyłki wysoki, ale powyżej 200 zł to tylko 4 zł

      Usuń
  12. Miałam raz tylko lakier z Kiko, nic poza tym ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. nie mialam jeszcze okazji uzywac tych kosmetykow :) zazdroszcze tych dobroci!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze nie wiadomo, czy dobroci, czy lipa ;)

      Usuń
  14. O to chyba czas wybrać się wreszcie do Kiko :)

    OdpowiedzUsuń
  15. szkoda że nie mam dostępu do Kiko, ale na pewno przy okazji chętnie przetestuje :)

    OdpowiedzUsuń
  16. ja z kiko mam jeden lakier jedynie i niestety nie chce się pacan trzymać moich paznokci :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, Martyna też kupiła jeden lakier i też mówiła, że szybko złazi. Ja wzięłam cztery, bo były po 9,90 zł, a magnetyczny chyba za niecałe 4 zł... a kolory podobały mi się bardzo. Pomyślałam, że wypróbuję jeden, a jak będzie lipa z jakością, to reszta pójdzie na blogowy konkurs – przecież dziewczyny też chcą popróbować :)

      Usuń
  17. Takie grube cienie, a na dodatek wykręcane też lubię! Największa męka to temperowanie kredek do oczu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od kiedy kupiłam sobie temperówkę w Sephorze, trochę mniej boli mnie to temperowanie, bo jest bardzo ostra i skuteczna. Ale mimo wszystko nie cierpię, paskudne obierki rozbabrane miękkim wkładem (najczęściej czarnym). Bleh

      Usuń
  18. Też wpadłam do Kiko, ale zdecydowanie mniej poszalałam - przynajmnniej na początek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja dostałam tam małpiego rozumu niestety hehehehe

      Usuń
  19. Ten zielony cień - boski! Kiko ma pojawić się we Wrocławiu, pójdę na macanko. Mam zamiar zaopatrzyć się w cień w kredce - wymyśliłam sobie, że kupię sobie jasny to będzie bazą pod cienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielony super, to prawda, też mi się podoba, tylko wiesz, na sucho one przy rozcieraniu szybko wytracają moc. Oczywiście to nie jest wielki problem, bo można dowalić kolejną warstwę i jazda, najważniejsze, że łatwo się je rozciera. A jasny cień w sztyfcie jako baza? Uwielbiam ten pomysł – pokazuje, jak maniaczka kosmetyków potrafi w piękny sposób uzasadnić sama przed sobą kolejny zakup :D. Jestem z Ciebie dumna!

      Usuń
  20. Może kiedyś w Trójmieście się doczekamy, chociaż mogliby nam najpierw MACa zaserwować:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Ubawiłam się :)
    Kiko to zuo ale jak pięknie ubrane :D

    OdpowiedzUsuń
  22. Świetne zakupy, ja też miałam przygodę z Kiko, niedawno zamówiłam produkty, a oni mi po 3 dniach piszą, że nie ma ich na stanie, zamówiłam z 8, a dostanę 2, żenada. Ciekawe jak długo będą zwracać pieniądze na konto PayPal.

    OdpowiedzUsuń
  23. Bardzo mi się spodobały cienie w formie sztyftu :) Zresztą wszystkie mają śliczne kolory :) Ja niestety nic z tej firmy nie miałam, ale kusi bardzo :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Jak przyjadę...jak się dossam ;) co za frustracja z tymi promo u Was daleko za siódmą górą i rzeką ;)
    Nooo przygodny niekiepskie..Dark Slate Green piękny jest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Esie - musimy w końcu ustalić termin wyjazdy do stolicy, bo dawno już nie jechałam taksą za stówę :D

      Usuń
  25. jeżu, Agata! Jakbyś kiedyś jeszcze się wybierała do Arkadii, capnij mi taki podwójny róż [ zguglałam kolory, wow! ♥ ], upoważniam Cię :D
    Mam jedną szminę z Kiko, coś jak Brave, ale z fajnym połyskiem miliona tycich drobinek :)
    Fajne to wszystko!

    OdpowiedzUsuń
  26. Też chciałam przygarnąć ten duet róży (talia kart) ale niestety już nie znalazłam ich. A nic innego z kiko mnie nie zainteresowało :-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger