25.02.2015

Pierre René – Lash Creator Mascara, czyli o przeroście formy nad treścią

Pierre René – Lash Creator Mascara, czyli o przeroście formy nad treścią
Moje poszukiwania idealnego tuszu pogrubiającego, który nie zamierza znikać nie tylko z rzęs, ale i z rynku, wciąż trwają. Kiedyś przy okazji zakupów u LadyMakeup dorzuciłam do koszyka niedrogi (niecałe 10 zł) tusz od producenta, który stworzył światowo brzmiącą markę Pierre René, ale tak naprawdę pochodzi z Ustki (nie żeby mi to przeszkadzało – że światowo i że z Ustki*). Tego, jak sprawdził się tusz z Ustki, dowiecie się za chwilę, a ja tylko wspomnę nieśmiało, że na stronie producenta go nie widać, a więc założenie dotyczące rynkowej nieznikalności już na wstępie przeszło do folderu o nazwie: „ci_ktorzy_zrobili_mnie_w_jajo”. 


Lash Creator swoim żółtym jestestwem od razu skojarzył mi się z dwiema znanymi maskarami z tej samej niewysokiej półki: Wibo Pump Up i Miss Sporty Studio Lash 3D Volumythic. Po odkręceniu buteleczki okazało się jednak, że z pewnych względów tusz Pierre René jest tak odległy od żółtych kuzynów, jak tofu od suchej krakowskiej. Po pierwsze, szczotka nie jest silikonowa, tylko mięciutka jak kaczuszka, a po drugie, z opakowania wyskoczyło TO: 


Nie wiem, czy zdjęcie dobrze oddaje rzeczywistość, ale ona jest olbrzymia. Gigantyczna. Jest potworem! Ta z Sexy Pulp od Yves Rocher wydaje się przy niej grzebykiem lalki Barbie. Kiedy po raz pierwszy wyskoczyła z butelki, byłam szczerze zdumiona (tak bardzo, że musiałam pobiec do męża i zrobić mu szybką prezentację). Czy ten kształt i długość włosia nie przypominają Wam szczotki do kurzu? Jestem człowiekiem małej wiary i od początku miałam wątpliwości, czy taki absurdalnej wielkości sprzęt jest w stanie zrobić z rzęsami coś nadzwyczajnego. Ale wiadomo, w życiu różnie bywa. 

„Ekstremalnie pogrubiający tusz do rzęs” – głoszą materiały reklamowe. Zakładam, że długie włosie aplikatora ma pobudzać naszą wyobraźnię i marzenia o grubych, seksownych firankach. W praktyce pomalowanie tym czymś rzęs jest sztuką dla wybrańców. Po nabraniu wprawy jestem w stanie jakoś manewrować wyjątkowo niewygodną szczotką, ale najsmutniejszy jest efekt końcowy. Tusz osiada na rzęsach... hmmm... subtelnie. Nie skleja i daje bardzo delikatny efekt, typowy natural look – nie ma to zupełnie nic wspólnego z pogrubieniem. Do tego całkiem łatwo wpakować sobie aplikator w oko lub zrobić czarny stempelek na górnej powiece. Owszem, czerń jest ładna i owszem, w ciągu dnia tusz się nie osypuje, ale prawdopodobnie nie robi tego, ponieważ na rzęsach nie ma nic do osypywania. Oto wątpliwy sens szczotki w rozmiarze XXL. Sexy Pulp, już do ciebie wracam z podkulonym ogonem!

Ostatecznie doszłam do wniosku, że Lash Creator nie jest taki zły. Za każdym razem, gdy go odkręcam, a ze środka wytacza się potężne działo aplikatora, od razu mam lepszy humor. Jeżeli jednak miałabym traktować go serio, to nie, nie polecam. Kupcie coś mniej komicznego.

Pojemność: 8 ml
Cena: ok. 10 zł
Ocena: 2/6
Dostępność: do kupienia online na ladymakeup.pl (teraz jest przecena: ten wyjątkowy tusz możecie zdobyć za 5,49 zł)

*ze strony firmowej dowiedziałam się, że marka jest znana i sprzedawana w wielu innych krajach. Czy ktoś widział ich wyroby za granicą? Jeśli to prawda, gratuluję!

20.02.2015

Ptasie mleczko do twarzy: Maybelline – Dream Matte Mousse [recenzja]

Ptasie mleczko do twarzy: Maybelline – Dream Matte Mousse [recenzja]
To moje pierwsze i na razie jedyne spotkanie z taką formułą podkładu. Mus, pianka, ciało prawie stałe. Dotychczas z rzeczy niepłynnych stosowałam tylko sypki podkład LilyLolo, który według mnie jest zwykłym pudrem kryjącym, i Studio Fix z MAC-a, czyli właśnie mocniej kryjący puder, tyle że w kompakcie. Żadnych innych pomniejszych dziwactw nie pamiętam – zawsze tylko ja i lejuchy. 


Co z tego będzie za recenzja – nie wiem, bo... nie wiem też, czy polubiłam ten mus, czy nie. Zwyczajnie nie mam pojęcia. Nie umiem tego ocenić jednoznacznie. Waham się. Jestem jak chorągiew drużyny harcerskiej, powiewająca na leśnej polanie... A kończąc już te pierdoły: nie wiem, czy pianki są fajne, czy nie, bo... to zależy, na czym komu zależy. Jeżeli wrzucicie ten mus do koszyka, bo lubicie kosmetyczne eksperymenty, będziecie usatysfakcjonowane. Jeżeli wrzucicie go do koszyka, bo szukacie matu, będziecie usatysfakcjonowane. Jeżeli macie duże wymagania wobec podkładu, bo i Wasza cera, i Wy same jesteście wymagające nadmiernie, może się okazać, że mus jest jednak do bani. Mhm, już tłumaczę. 


W estetycznym, odpowiednio ciężkim, szklanym słoiku producent umieścił niezwykle miłą w dotyku, zbitą piankę, która jest sucha i wcale nie roztapia się pod wpływem ciepła, o co ją podejrzewałam przed pierwszym użyciem. Konsystencja przypomina mi bardzo ptasie mleczko, a to, co zostaje na twarzy, jest tym samym piankowo-pudrowym produktem, który wyciągacie z opakowania. Ma to zalety (matuje) i wady (o nich za chwilę). Aha, żadnego zapachu nie odnotowałam. 

Odcień 020 Cameo w pierwszej chwili wydał mi się dość ciemny, ale po rozsmarowaniu dobrze stapia się z cerą. Jedyne, co mi w nim nie pasuje, to różowe tony, które być może będziecie w stanie dostrzec na swatchu poniżej. Wydaje mi się, że po aplikacji podkład odrobinę ciemnieje, ale nie jestem pewna – może po prostu tak się układa na twarzy. Okazuje się, że nawet różowe tony nie zepsuły koloru na tyle, bym nie mogła go dalej używać – Cameo świetnie współgra z korektorem Flormar w odcieniu 01 i tylko w takim duecie jest aplikowany. Gdybym potraktowała okolice wokół oczu flormarową dwójką, wyraźnie odcinałaby od podkładu (Flormar 01 jest różowawy, a 02 – żółtawy, różnicę zobaczycie tu: klik). 

Po lewej na dole: światło dzienne (na górnej części dłoni widać wersję rozsmarowaną),
po prawej: przy zachodzącym słońcu (j.w.).

Mus rozsmarowuje się łatwo (bo ma w sobie mnóóóóóstwo silikonów) i daje średnie krycie (mocne też da się zrobić, ale nie polecam, bo wtedy uzyskacie piękny efekt szpachli). Aplikuję go wyłącznie palcami, bo tak jest najprościej, a jeśli wcześniej wklepię krem, który dobrze się wchłania, faktycznie utrzymuje na mojej mieszanej cerze pudrowy mat na wiele godzin. Przy kremie matującym nie potrzebuję już dodatkowo pudrować twarzy ani robić jakichkolwiek poprawek w ciągu dnia. Jego pudrowe wykończenie nie sprawdzi się na cerach suchej i trądzikowej – będzie podkreślać suche skórki i wszelkie nierówności, szybko odkryje plamy trądzikowe. Mimo że Dream Matte Mousse ma dobre właściwości matujące, które bardzo sobie cenię, nie czuję się z nim komfortowo. Podkład zbyt łatwo się ściera, zostaje na telefonie, czuję go na twarzy i mimo że ma postać lekkiej pianki, daje wrażenie ciężkiego, mocno kryjącego. To nie jest fajne, a jeśli dorzucimy do tego odcień, który nie do końca mi pasuje, wychodzi na to, że go nie lubię. Tylko że... nie potrafię o nim jednoznacznie tego powiedzieć. Kiedy moja cera ma akurat lepszy moment i nic wielkiego jej nie dolega, mus bardzo dobrze się na niej prezentuje i dużo lepiej trzyma. Chętnie wypróbowałabym inny, bardziej żółty i może trochę jaśniejszy odcień – może okazałby się idealny? W tych lepszych dniach efekt aksamitnej, perfekcyjnie matowej cery ogromnie mi się podoba, ale nie wyobrażam sobie nosić go latem – będzie spływał razem z potem i z pewnością zafunduje niezapomniany efekt hipopotama, który właśnie wytarzał się w afrykańskim błocie.

Na koniec wspomnę tylko, że jestem zaskoczona wydajnością Dream Matte Mousse – myślałam, że pogrzebię kilka razy w słoiku i będzie po wszystkim, a tu proszę, tyle już razy wsadzałam weń palucha, a tam wciąż pełno.

Wychodzi na to, że jednak lepiej tego podkładu nie kupować, bo za dużo z nim problemów, ale ta nietypowa konsystencja i równie nietypowy efekt na twarzy są mimo wszystko kuszące...

Pojemność: 18 ml
Cena: ok. 40 zł
Ocena: yyyyyyy.

15.02.2015

[TAG] Alfabet

[TAG] Alfabet
Znamy się już trochę, więc pora na zwierzenia. Tag z alfabetem jest ku temu świetną okazją, dlatego weźcie kubek herbaty i wpadajcie na podwieczorek zapoznawczy. Zaprasza Agata, która teraz smaruje, wciera i maluje, ale kiedyś bywało z tym różnie... 

A jak Astygmatyzm. Jestem najgorszym na świecie fotografem widoczków z wyraźnie zaznaczoną linią horyzontu, w półmroku nie trafiam kluczem do zamka, a jeśli nie macie ochoty na uczciwą rywalizację, koniecznie musicie ze mną zagrać w rzutki lub bilard. Możemy też postrzelać z łuku lub zagrać w ping-ponga. Obiecuję, że przegram wszystko. To jak, gramy?

B jak Blog. Nie jestem mamą z serii tych, które rozpływają się godzinami nad konsystencją kupy potomnego i opowiadają wszystkim wokół, jaki potomny jest słodziuśki, miluśki i mądruśki. Kocham Tomasza, ale kiedy był bardzo mały i bardzo ryczał z powodu kolek i innych pomniejszych nieszczęść (dodajmy, że zajmował się ryczeniem przez dużą część doby), miałam go serdecznie dość, a raczej miałam po kokardy naszej wspólnej, pełnej udręki codzienności. Teraz jest już bardzo fajnym małym facetem, ale wtedy było koszmarnie, serio. I kiedy już traciłam poczytalność, przyszedł mi do głowy zupełnie odjechany pomysł: a gdyby w ramach relaksu zacząć pisać bloga? Niech będzie, że o kosmetykach, bo to łatwy, przyjemny i wdzięczny temat. Całe moje życie przed Tomaszem składało się z pisania i po prostu musiałam do tego wrócić. Teraz już tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Blogowanie jest super! Nie przypuszczałam, że tak świetne okaże się pisanie o beznadziejnym tuszu czy wklepywaniu kremu w zadek. 

„Tick tick tick... that's the sound of your life running out” 

C jak Ciekawość świata. Chciałabym poznać tyle rzeczy, faktów i miejsc i już czuję, że nie zdążę, bo życie jest za krótkie! Wiem już dziś, że nie starczy mi czasu na przeczytanie wszystkich interesujących mnie książek i że nie dam rady odwiedzić wszystkich zakątków na Ziemi, które bym chciała. Staram się jednak nie poddawać i cieszyć tym, co udaje się realizować, a do tego odkrywać różne mniejsze rzeczy, które dają radość. Pięknie pachnący krem, przytulna knajpa z ciekawym menu, a nawet poszerzanie wiedzy na temat polskiego więziennictwa – uwierzcie, to wszystko daje radość i satysfakcję. Najważniejsze, by nigdy nie stracić zainteresowania. Stąd do marnowania życia przed tv dosłownie kilka kroków.  

D jak Dosypianie. Spanie bez dosypiania się nie liczy! Jestem skłonna nastawić budzik o godzinę za wcześnie, tylko po to, by odbyć rytualne poranne drzemki. 

E jak Elegancja. Uwielbiam facetów w garniakach. Zadbanych, pachnących, z trzydniowym zarostem. Dla mnie to kwintesencja męskości i coś dużo bardziej seksownego od naoliwionej, wyrzeźbionej klaty prosto z siłki. Na co dzień najfajniejsza jest sportowa elegancja, czyli marynarka i dżinsy. 

F jak Fatum. Chodzi o fatum kosmetyczne. Za KAŻDYM razem, gdy pokocham jakiś kosmetyk, on w popłochu ucieka ze sklepowych półek. To się wydarzyło już tyle razy, że uwierzyłam w teorię o  parchatej wiedźmie, która rzuciła na mnie kosmetyczną klątwę. Znikają żele pod prysznic (fioletowy Lirene), tusze (pogrubiający Catrice, boski Philosophy) i kremy (jabłkowo-gruszkowy Dax Cosmetics). Producenci wycofują najlepsze zapachy perfum (Michael Kors Island), a nawet całe stoiska (Flormar z Promenady) – wszystko po to, żeby mi zrobić na złość. Wszyscy są podejrzani, a światem rządzą spiskowcy. Philip K. Dick byłby ze mnie dumny. 

G jak Grunge. Zanim stałam się pindeczką z toną kosmetyków w szufladach i milionem przemyśleń na ich temat, przez lata byłam królową wyciągniętych swetrów i zlumpionych dżinsów. Nie przeszkadzało mi to oczywiście w uskutecznianiu mocnego makijażu oka czy chodzeniu na randki w czarnych kolanówkach i minispódniczce, ale powiedzmy to wprost: nie czarowałam wyglądem (rety, gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że istnieją lekkie podkłady i korektor pod oczy...). Musiałam za to być na tyle słodka i pocieszna w kolanówkach, glanach (zawsze przed kostkę!), z rozwianą blond czupryną i wachlarzem przeintelektualizowanych prawd i mądrości, że mimo wszystko chłopcy chętnie umawiali się ze mną na randki i tworzyli Bardzo Poważne Związki, również Te Na Odległość. To dość niebywałe.

Herbaciana kulka. Mała rzecz, a jak cieszy!

H jak Herbata. Towarzyszy mi każdego dnia i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Koniecznie w jak najwyższym kubku i bez cukru. Najlepiej smakuje wieczorem. Lubię każdy rodzaj i prawie każdą kompozycję smakową. Nie toleruję Lipton Yellow Label, bo wygląda i smakuje jak zmielona psia buda, ale na szczęście coraz rzadziej spotykam ją w restauracjach i zaprzyjaźnionych domach. Kawy nie piję, bo mnie po niej mdli (nadrabiam redbullem i kawowymi słodyczami). 

I jak Internet. Gdyby nie internet, w moim życiu nie wydarzyłoby się mnóstwo ważnych rzeczy. Był i jest dla mnie źródłem wzruszeń, podniet i ataków śmiechu, kopalnią wiedzy chcianej i niechcianej, głównym narzędziem komunikacji ze światem zewnętrznym i... wieloletnim uzależnieniem. Jestem z pokolenia 0202122 i nikt mi nigdy nie odbierze wspomnień z początków internetu w Polsce, kiedy każdy mail był wielkim świętem, a każda sesja na IRC-u – najlepszą imprezą. Przez internet poznałam kilka najważniejszych dla mnie osób, w tym Tomaszowego ojca. Internet kojarzy mi się z samymi świetnymi rzeczami i nie wiem, jak ludzie mogą tęsknić za komuną. Przecież wtedy nie było internetu!

A jednak specjaliści od języka wciąż potrzebni?

J jak Językoznawstwo. Jestem magistrem językoznawstwa, zrobiłam specjalizację edytorsko-wydawniczą i mimo że bardzo kocham język i redagowanie tekstów, praca w zawodzie na dłuższą metę okazała się zabójcza. Przede wszystkim dla życia prywatnego. Moje poprzednie związki nie były w stanie powstrzymać mnie przed siedzeniem w redakcji do drugiej w nocy, ale gdy zaczęłam być z P., bardzo szybko rzuciłam to wszystko w cholerę. Czasem tęsknię za stawianiem korektorskich znaczków i upiększaniem beznadziejnych tekstów od beznadziejnych dziennikarzy, ale wtedy przypominam sobie, jak to naprawdę wyglądało i pokornie wracam do mojego pełnego kwiatków, chmurek i serduszek życia rodzinnego. 

K jak Kindle. Na nowo pokochałam czytanie książek. Myślałam, że nic nie zastąpi mi zapachu papieru, pięknych okładek i leniwego przewracania stron, ale się myliłam. Kindle wygrywa wszystko, bo jest: bardzo lekki, a przy tym pozwala mi nosić ze sobą świetnie zaopatrzoną bibliotekę, ma niekończącą się baterię, dobrą jakość elektronicznego druku, możliwość zmiany czcionki i robienia notatek, a przede wszystkim pozwala na luksus, który z książką papierową nie jest możliwy: mogę czytać w absolutnie każdej pozycji. Czasami zdarza mi się przeczytać coś analogowego (ostatnio był słynny „Marsjanin” Weira), ale potem z jeszcze większą miłością wracam do Kindle'a. 

L jak Luksus. Dla jednych luksus to krem za tysiaka, dla innych jedzenie króliczych uszu w sosie lawendowo-malinowym, a dla mnie luksusem jest możliwość pospania rano dłużej niż do 7.30 i zjedzenie śniadania w łóżku. Na spokojnie. Luksus to również dwugodzinna pieszczota stóp fundowana przez męża i obłędnie pachnąca herbata zaparzona z najwyższą starannością specjalnie dla mnie. Doceniam oczywiście rzeczy drogie i piękne, ale moim prawdziwym luksusem jest szeroko pojęty relaks i oderwanie od nieco skomplikowanej codzienności.

Podwójny róż KIKO. Radość.

Ł jak Ładny. Uwielbiam ładne przedmioty (np. róż w ślicznym opakowaniu i z estetycznym tłoczeniem), bardzo mnie cieszy oglądanie ładnych ludzi. „Ładny” nie równa się „idealny” – ideały często bywają nudne. Jeśli więc zacznę zachwycać się Tobą w mocno ekspresyjny sposób, nie uciekaj i nie podejrzewaj mnie o bycie dupolizem. Ja po prostu cieszę się, że masz w sobie coś ładnego!

M jak Mama. To moja najlepsza przyjaciółka. Niezwykle trudno byłoby mi podjąć decyzję o wyprowadzce z miasta czy kraju, gdybym nie była w stanie zabrać Jej ze sobą. Życzę Ci, Mamo, żebyś żyła w zdrowiu kolejnych 150 lat, bo nie wyobrażam sobie świata bez Ciebie. Życie dało mi bonus w postaci Mamy nr 2, która również okazała się fantastyczną osobą. Mama nr 2 byłaby kiepską bohaterką dowcipów o teściowej. Jest świetna, a do tego... młodzieżowa! Żeby nie było, Tatowie też są spoko, ale litera T jest już zajęta. Sorry. 

N jak Niezdarność. Tego nie da się do końca opowiedzieć. To trzeba zobaczyć. Nabijanie siniaków o framugi, wypadające z rąk przedmioty, rozlewanie płynów, przypadkowe psucie – to moja codzienność. Bliscy zamiast współczuć, naigrawają się z największą przyjemnością, a ja – mimo że niekiedy bardzo się staram – nie mam szans być poważną panią Agatą. Ot, chodzący komediowy monodram.

O jak Opadająca powieka. Nie znoszę mojego nadmiarowego fałdu skóry nad oczami. Nie da się w tych warunkach nosić zmyślnych kresek z jaskółką, zgłębiać tajników makijażu i robić czarnego smokey. Chętnie dałabym się skorygować chirurgowi plastycznemu, ale boję się, że nasze wizje efektu końcowego będą różne, on wytnie trochę za dużo i moje rysy twarzy zmienią się na zawsze, a wtedy przestałabym być sobą.

P jak Piotr. Mąż. Najlepszy Facet Świata. Już kiedyś pisałam Wam, jak się poznaliśmy. Człowiek, z którym postanowiłam spędzić resztę życia, jest wyjątkowy z wielu powodów i regularnie mnie zaskakuje. Zaspokaja moją C jak Ciekawość świata wspólnymi wyprawami i długimi opowieściami o... wszystkim. Jego wiedza na milion tematów jest równie seksowna jak Piotr w garniturze (vide: E jak Elegancja). Jest prawdziwym opiekunem stada, dba o mnie i naszego syna, jest na bieżąco z każdym najmniejszym szczegółem dotyczącym swoich najbliższych i codziennie dziękuję losowi za to, że się spotkaliśmy. 



R jak Radiostacja. 101,5 FM to moja młodość. Kawałek podstawówki i całe liceum. O tym, jak wspaniali ludzie tworzyli to miejsce, niech świadczy fakt, że bez problemu udało mi się namówić jednego z moich ulubionych prezenterów Radiostacji do udzielenia wywiadu dla... licealnej gazety. W ten sposób miałam nie tylko hitowy materiał, ale też możliwość poznania idola! Dziś, po tylu latach od rozpadu „Radiostacja Hard Core Crew”, wspomniana crew wciąż przeżywa i wspomina dawne dzieje, tworzy playlisty, zgrywa audycje z kaset i cierpi na wielki ból dupy, że było, minęło i nigdy nie wróci. To radio ukształtowało muzycznie i społecznie tysiące młodych dusz. Jak na tamte czasy było czymś absolutnie wyjątkowym, a były dyrektor programowy dziś mówi o Radiostacji, że „powstała za wcześnie”. Wiele w tym prawdy – rynek nie był gotowy. Ale my, drogi Pawle, tak!

S jak Szminki. Przez długie lata nie używałam pomadek. Na moje usta trafiały wyłącznie balsamy ochronne i błyszczyki. Nie widziałam sensu w malowaniu ust, skoro tak łatwo to wszystko zetrzeć/zjeść/rozmazać. A kto by pamiętał o poprawkach w ciągu dnia? Na pewno nie ja. Dlatego inwestowałam wyłącznie w makijaż oka. Dzięki blogerkom-kusicielkom poczyniłam pierwsze nieśmiałe szminkowe zakupy i nagle okazało się, że podkreślenie ust ROBI różnicę. Dziś mam w domu kilkadziesiąt egzemplarzy w różnych kolorach, wykończeniach i z różnych półek. Uwielbiam moje pomadkowe królestwo! 

Ś jak Ślady. Zostawianie śladów po wszystkim, co robimy, to znak naszych czasów. Scrobblowanie przesłuchanych utworów na Last.fm, zaznaczanie rozgrywek planszówkowych na BoardGameGeek,  obejrzanych filmów na Filmwebie i przeczytanych książek na LubimyCzytać – to wszystko obsesja ludzi XXI wieku. Każda z wymienionych rzeczy dotyczy również mnie, a jedyne, co mnie ominęło, to regularne dzielenie się zjadanymi posiłkami na Instagramie ;). Ale pracuję nad sobą, chcę trochę wyluzować. Chyba czas rąbnąć się w głowę encyklopedią dzikich zwierząt.

Tomasz z tatą. „Ludzik do domku!”.

T jak Tomasz. Prawie trzyletni koleś, który właściwie od momentu poczęcia dawał nam znać, że teraz to on jest najważniejszy i że mamy nasze sprawy wsadzić sobie... w buty. Lub głębiej. To była ciąża z problemami, poród w 36. tygodniu, który mógł się dla mnie skończyć sześć stóp pod ziemią, a potem cała kolekcja mniejszych i większych awarii, z czego największą okazał się udar niedokrwienny mózgu, kiedy Tomek miał półtora roku. Nie miałam pojęcia, że to możliwe u tak małego człowieka. Udar odebrał naszemu synowi sprawność i beztroskie życie malucha, a nam kilka lat z życiorysu (stres zabija, wiecie o tym, prawda?), ale najważniejsze, że Niewielki wciąż jest z nami, bawi się autobusem i kolejką, jeździ dindą dogury i naduł i opowiada o swoich przygodach w coraz sensowniejszy sposób. 

U jak U2. Muzyka towarzyszy mi od najmłodszych lat i jest dla mnie bardzo ważna. Dziś słucham wielu gatunków, w tym dużo elektroniki (nawet nie chce mi się zaczynać opowieści na ten temat), ale od wczesnej podstawówki byłam wielbicielką gitarowego brzmienia. Dzięki Tacie poznałam U2 i to był chyba jedyny zespół, któremu oddałam prawdziwe, fanowskie serce. Podkochiwałam się w Bono (szczególnie zachwycił mnie w 1997 roku przy okazji wydania płyty „Pop”) i często wyobrażałam sobie, że jest moim mężem – napisałam nawet opowiadanie na ten temat! Muzyka U2 przestała być dla mnie interesująca po 2000 roku, ale wciąż uważam, że Paul Hewson to jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci w historii popkultury. 

W jak Włosy. Mogę wytopić z siebie ostatni mililitr sadła, wyrzeźbić sylwetkę, ubrać w najfajniejsze ciuchy w kosmosie i zrobić perfekcyjny makijaż, a i tak będzie źle. Przez włosy. Z natury są cienkie i kiepskie, ale teraz wypadają od miesięcy prawie non stop i zanim zdążę zahamować jedną falę uderzeniową, druga już szykuje się do natarcia. Wszelkie porady, jak to opanować, mile widziane. Tak, słyszałam o Jantarze i łykam biotynę. Pomagają, ale niewystarczająco. Aha, od preparatów z cynkiem jest mi niedobrze. Tak, 95% suplementów diety na wzmocnienie włosów zawiera cynk. 

V, X, Y Zamiast tych trzech liter, które musiałabym wpisać na siłę, przedstawię Wam jeden z moich ulubionych cytatów. Pochodzi on z książki Douglasa Adamsa „Życie, wszechświat i cała reszta” i pozwoli Wam bliżej zapoznać się z moim ulubionym rodzajem humoru. 

– Jestem od ciebie, lekko licząc, inteligentniejszy trzydzieści bilionów razy. Dam ci przykład. Pomyśl sobie jakąś liczbę, zupełnie dowolną.
– Eee... pięć – spróbował materac.
– Źle! – ocenił Marvin. – Widzisz?
Zrobiło to na materacu niesamowite wrażenie i zrozumiał, że przebywa w towarzystwie nie byle jakiego umysłu.

Chcę taką torbę.

Z jak Z gęby cholewy robienie. To ta mroczna część mojej natury. Wyobraźcie sobie dziewczynę w eleganckiej sukni, wysiadającą z limuzyny prosto na czerwony dywan i w blasku fleszy potykającą się o własną piętę (vide: N jak Niezdarność). W tym momencie świat zwalnia, wszystkie spojrzenia kierują się na nią, a ona... „No kurwa!”. Mówi. Jak najprawdziwsza dama. Tak, to ja. Nigdy nie byłam na czerwonym dywanie, ale na czterysta osiem procent tak by to wyglądało. Na co dzień przeklinam sama do siebie, pod nosem, w myślach, ale też przy absolutnie najbliższych mi ludziach, którzy – podobnie jak ja – lubują się w cudownych zastrzykach endorfin, jakie aplikujemy sobie przy każdym soczystym przekleństwie. Język polski jest bardzo bogaty w satysfakcjonujące bluzgi i bardzo doceniam tę sferę leksykalną. Za bardzo. T jak Tomasz uczy się od nas języka i jestem przekonana, że mimo iż staramy się nie przeklinać przy nim, będzie dokładnie tym kolesiem, który opowiada w przedszkolu kolegom na ucho wszystkie najpiękniejsze wulgaryzmy, jakie wymyśliła ludzkość. 

10.02.2015

Yves Rocher – Active Sensitive – krem na zaczerwienienia [recenzja]

Yves Rocher – Active Sensitive – krem na zaczerwienienia [recenzja]
No proszę, dawno nie pisałam o starym, dobrym Yves Rocher, a przecież nie ma miesiąca, żebym nie wywaliła kilku yvesrocherowych śmieci. Dziś będzie o kremie do twarzy, który najwyraźniej zaplanował, że nigdy się nie skończy. Grzebię w tym słoiku od wielu długich tygodni, a krem wciąż tam siedzi. Prawdziwy antydenkowiec.


Przy zakupach łatwo się pomylić, bo w identycznej szacie występują dwa kosmetyki z serii Active Sensitive – dzisiejszy bohater na zaczerwienienia i krem nawilżająco-łagodzący na dzień. Tego drugiego nie próbowałam, więc nie powiem Wam, jaka jest między nimi różnica, ale to pewnie kwestia czasu – rabaty i gratisy YR wciąż mają się świetnie, a moja skrzynka pocztowa wypluwa wesołe nagłówki o minus-iluś-tam-procentach-przy-zakupie-iluś-tam-rzeczy co najmniej raz w tygodniu. Dobrze jest. 

Krem na zaczerwienienia ma przynosić ulgę skórze, która reaguje na wszelkie podrażnienia wściekłym rumieńcem. Producent poleca go też do ochrony przed niekorzystnymi czynnikami pogodowymi, których akurat mamy pod dostatkiem, więc hurra. Dwa składniki aktywne mają pomagać nam w walce z wiatrakami zaczerwienieniami: soforyna roślinna i wyciąg z ziarnopłonu. Ziarnopłon to małe, żółte kwiatki, a soforyna? Pojęcia nie mam, co to. Pierwsze słyszę (albo drugie, tylko nie pamiętam). 


Krem mieszka w uroczym, szklanym słoiku z estetyczną etykietą. Tylko że z tym otworem jest coś nie tak. Niby szeroki na tyle, że bez problemu można grzebać we wnętrzu, ale mam wrażenie, że to grzebanie bliższe jest dłubaniu w nosie niż swobodnemu nabieraniu kosmetyku na opuszki palców. Przy dłuższych paznokciach zawsze kończy się wyskrobywaniem spod nich resztek kremu. Nie lubię tego, szczególnie że nie noszę tipso-szponów lub innych podobnej długości wynalazków, więc nie wiem, za co ta kara. Konsystencja idealnie maślana – to jedna z rzeczy, za które ten krem bardzo polubiłam.


Skład jest... interesujący i długi, a na liście mamy wiele frykasów poprzetykanych składnikami, których część oświeconego narodu nie popiera. Całkiem dużo chemii jak na bliską natury pielęgnację, a przypominam, że właśnie tą bliskością Yves Rocher chętnie się chwali na lewo i prawo. Ja nie mam nic do sensownie przygotowanej chemicznej mikstury, ale nie wszystkim spodobają się silikony, parafina czy parabeny. Krem ma bardzo wysoko w składzie mocznik, nieco dalej jest wspomagająca nawilżanie gliceryna, olej jojoba i masło karite. Dużo dobrego i parę przeszkadzajek, które być może będą w stanie zaszkodzić naprawdę wrażliwej (na zapychanie) cerze. W INCI wymieniono jeszcze parfum, ale mój nos nie wyczuwa żadnego zapachu, coś tam delikatnie ćmi, ale pachnie jak składniki w stanie surowym, a nie coś, co ma sprawić, że wspomniany nos będzie ukontentowany.

W wersji na dzień Active Sensitive jest dla mojej mieszanej w kierunku tłustej cery zdecydowanie za ciężki. Nie jest to typowy tłuścioch dla cer suchych, raczej półtłusty milusiński. Mimo wszystko nie chciał się dobrze i sprawnie wchłaniać o poranku, kiedy potrzebowałam szybkiej bazy pod makijaż, dlatego zdecydowałam się wypróbować go w wersji na noc. To był strzał w dziesiątkę! Moja naczynkowa cera ma się całkiem nieźle tej zimy. Rumień wyluzował i zbladł, pajączków za bardzo nie widać, a ja zastanawiam się, czy to moja zmyślna pielęgnacja, czy jakieś inne tajne wydarzenia miały na to wpływ. Kto wie, może spora w tym zasługa kremu Yves Rocher? Używam go na noc z przerwami od połowy jesieni i, mimo wiatru i przejściowych mrozów, nic strasznego z moją twarzą się nie dzieje, a możecie mi wierzyć, że zeszłej zimy było naprawdę nieciekawie. O lecie nie wspomnę.

Jako nocny krem Active Sensitive sprawdza się świetnie – nakładam go niezbyt cienką warstwą, a skóra spokojnie żłopie wszystkie dobra aż do rana (lub do ostatecznego wytarcia twarzy w poduszkę). Rano oczywiście patrzę w lustro i do pierwszego łyka herbaty wciąż nienawidzę świata, ale trzeba przyznać, że po tym kremie skóra jest zawsze odpowiednio nawilżona i zadbana. Mimo że zupełnie nie odpowiada mi on jako krem na dzień pod makijaż, myślę, że posiadaczki cer suchych byłyby z niego bardzo zadowolone. Sensowne wydaje się też typowanie tego kremu przez producenta na tarczę ochronną przeciw gównianej pogodzie, ale ja nie pokazuję się już ludziom bez podkładu, więc u mnie odpada.

Znacie ten krem? Dałyście się porwać magii wiecznych yvesrocherowych promocji? Ja ostatnio przystopowałam z zakupami u nich (hmmm, tak ostatnio myślałam, że czegoś mi w życiu brakuje...), ale bardzo chętnie wrócę kiedyś do tego kremu. Może do tego czasu poszerzą szyjkę słoika? 

Pojemność: 50 ml
Cena: 55 zł (cena regularna, ale w Yves Rocher ZAWSZE są jakieś promocje)
Ocena: jako krem na noc 5+/6

06.02.2015

Michael Kors: Lip Lacquer w odcieniu Diva

Michael Kors: Lip Lacquer w odcieniu Diva
Oj, bo mi się latem zachciało odrobiny luksusu. Kiedy to było? No, lato było latem, więc to również było wtedy. Czyli latem. Czyli dawno temu, prawie już nie pamiętam tych pięknych chwil na mikrobalkonie wśród kwiatów i ozdób, jakie przywiozła nam Mama nr 2 z Tatą nr 2. Było sobie lato, a teraz jest beznadziejna zima, której nie cierpię, bo Tomek znowu ma zapalenie oskrzeli i kisimy ogóra w domu. No to pomyślałam, że chociaż powspominam czerwcowe zakupy w Douglasie online, kiedy to z jakimś-tam-rabatem kupiłam szminkę za ponad sto złotych. A potem sobie przypomniałam, że przecież okazało się...

cycki macie gratis. 

...że to właściwie nic specjalnego. Wiecie, myślałam, że skoro to Michael i skoro taka cena, i przede wszystkim: skoro lakier do ust (yy, w sztyfcie? dziwne) – musi być świetnie. Jest ładnie, niestety nazbyt zwyczajnie, dlatego czuję się nieco rozczarowana. Ale po kolei.


Mój mały od-MAC-owy skok w bok po wyjęciu z kartonika zaprezentował się olśniewająco. Nie zwykłam używać pomadek w tak eleganckiej oprawie, dlatego zrobiło to na mnie niemałe wrażenie. Opakowanie jest ciężkie i solidne, i z tego dość kretyńskiego powodu przy aplikacji pomadki czuję się wyjątkowo luksusowa. Jak nie ja. Efekt psują odciski linii papilarnych. Nie wiem, może prawdziwe damy (diwy?) używające na co dzień Korsa mają zawsze idealnie czyste dłonie, ale w moim świecie odciskanie paluchów na lustrzanym pudełeczku to normalka. 


Uwiodło mnie też tłoczenie na sztyfcie, chociaż nie należy zapominać, że tego typu stempelki wygniotki można spotkać nawet na pomadkach Catrice. Także tego. Przejdźmy dalej, bo nie ma się czym podniecać. 


Formuła zawiera masło shea i witaminę E, ma nie tylko nie wysuszać, lecz także pielęgnować usta możliwie najskuteczniej. Mogę się zgodzić z tym, że pomadka nie wysusza i utrzymuje usta w dobrym stanie (oczywiście pod warunkiem, że nie doprowadziłyście ich wcześniej do stanu opłakanego). Za tę pielęgnację duży plus, szczególnie że wcale się tego nie spodziewałam po twardym sztyfcie. Aha, pachnie pomarańczą, co bardzo mi się podoba, ale po pół roku nieregularnego używania zapach zaczął się trochę psuć. Daleko mu do zjełczałego masła, ale to już nie to, co na początku. Pewnie prawdziwe damy dezynfekują pomadki po każdym użyciu, ale u nas na ursynowskiej prowincji takich praktyk się nie stosuje. A teraz to, co najważniejsze, czyli kolor. 



To mocno połyskujący, brzoskwiniowy beż, który – testowany na dłoni – prezentuje się niczym najpiękniejszy nude w galaktyce. Odcień Diva należy do kolekcji „Sporty” – już sama nazwa sugeruje, że mamy do czynienia z kosmetykami, których robota polega na udawaniu, że nie istnieją. Oglądałam wcześniej swatche, które bardzo mi się podobały, więc podczas zakupów miałam pewną wizję Divy na moich ustach. Wyszło coś takiego:


I co Wy na to? Źle nie jest, ale tyłka nie urywa, prawda? Z daleka i w pełnym kontekście Diva wygląda okej – intensywnie połyskuje, ładnie uzupełnia mocniejszy makijaż oka. Naturalna, półtransparentna brzoskwinia to według producenta odcień, w którym każdej kobiecie do twarzy, w co jestem skłonna uwierzyć, bo na każdej kobiecie efekt będzie na tyle subtelny, że trudno coś tu spieprzyć. No ale to, co widzicie, to mój naturalny odcień ust z odrobiną połysku i pomarańczowych akcentów tu i ówdzie. A na zdjęciu reklamowym wyglądało tak pięknie i wyjątkowo...

Z pewnością nie jest to warte 119 złotych i pewnie przyznacie mi rację, jeśli powiem, że pomadka nie wytrzymuje próby zjedzenia kanapki i zostawia ślady na szklankach. Niedotykana trzyma się ładnie, ale producent coś mamrotał o lakierze do ust, więc w tym kontekście trwałość jest mocno poniżej oczekiwań. 

Swoją drogą Kors już dawno zasłużył na kocówę, bo wycofał mój ukochany zapach Island, za co jestem mu dozgonnie niewdzięczna.

Ile: 3,4 g
Cena: 119 zł
Dostępność: wyłączność w Polsce ma Douglas

03.02.2015

Projekt denko, odc. 22

Projekt denko, odc. 22
Styczeń... cóż mogę powiedzieć o (polskim) styczniu? Nie cierpię go. Zimny i przygnębiający, nie daje absolutnie żadnej nadziei na rychły koniec odmrażania nosa, rąk i tyłka, a do tego jest oszukańczo długi. Nie cierpię ubierać siebie i mojego syna w naście warstw odzieży różnego typu, nie cierpię też podtykać mu pod nos inhalatora z lekami na zapalenie oskrzeli i biegać po kilka razy w nocy, bo kaszelek, bo katarek, bo gorączunia. Nie mam słów, by opisać mą radość w związku z faktem, że wreszcie zaczął się oszukańczo krótki luty. Luty również jest beznadziejny, ale to już ostatni prawdziwie denny miesiąc w sezonie grzewczym. Czyli co, chyba znowu przeżyjemy zimę? Ku pokrzepieniu opowiem Wam, co znalazłam w moim zimowym worku z kosmetycznymi śmieciami. Nie żeby to miało jakikolwiek logiczny związek z powyższym wywodem, ale wiecie, musiałam jakoś zacząć.


No to zaczynam. Jak widzicie, śmieci uzbierało się mniej więcej tyle co zwykle. Jak widzicie vol. 2, niespecjalnie zastanawiałam się, czy jakiś zapach lub kosmetyk jest zimowy, czy może typowo letni? W ogóle niewiele zastanawiałam się nad logistyką zużywania. Używałam i zużywałam. I tyle.


Balea – Milch & Honig – mydło w płynie – kupiłam po raz kolejny, bo bardzo odpowiada mi jego delikatnie słodki, miodowy zapach i przyjemna, pieszcząca dłonie konsystencja. Półlitrowy zapas starcza na długo, a śmiesznie niska cena zachęca do dalszych zakupów, co na pewno uczynię w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ach, ta Balea.

Balea – Fiji Passionfruit – żel pod prysznic – jakimś cudem ta limitka z 2013 roku ostała się w moich zapasach. Okej, to nie był cud, tylko smutna rzeczywistość: jeszcze do niedawna półka z żelami uginała się od nadmiaru kąpielowych detergentów, a daty ważności straszyły po nocach. Ale już z tym skończyłam, naprawdę. PRAWIE nic już nie kupuję. Tego żelu na pewno też już nie kupię, bo pachniał bardzo rozczarowująco (spodziewałam się orzeźwienia lub chociaż aromatu multiwitaminy, a wyszło mdłe, odrażające coś), a poza tym był limitką. Przecież mówiłam, że był. Następny.

Joanna Naturia – Wanilia i śmietanka – olejek do kąpieli i pod prysznic – po raz pierwszy zdradziłam wersję Kawa i śmietanka na rzecz zachęcającej wanilii i... nie było źle. Zapach jest rewelacyjny – to taka niedusząca, przyjemna słodycz. Jest tylko jedno ale: nie należy wąchać tego olejku z bliska. Ma w sobie jakiś zapachowy zgrzyt, którego na szczęście nie czuć podczas tradycyjnej kąpieli bez pełnego podejrzliwości obwąchiwania. Nie lubię też wodnistej, całkiem nieolejkowej konsystencji tej serii Joanny, ale przy śmietankowej kawie, która narkotyzuje mnie zapachem, kompletnie mi to nie przeszkadzało. Wanilię mogę jednak swobodnie za to samo opierniczyć, bo zapach nie przesłonił mi zdrowego rozsądku. Aha, etykieta odłazi pod wpływem wilgoci, co jest wybitnie irytujące.

Yves Rocher – Czerwone Owoce – żel pod prysznic – Czerwone Owoce to limitowana świąteczna linia zapachowa YR, która jest po prostu linią żurawinową. Żel miał bardzo przyjemny aromat i odpowiednią konsystencję, niestety – zapach ulatniał się szybko już w trakcie kąpieli. Przeciętniak.

Yves Rocher – Czerwone Owoce – mydło w płynie – ładnie pachniało, ładnie wyglądało, ale było bardzo niewydajne i mam wrażenie, że trochę wysuszało dłonie. Tę limitowaną edycję żegnam bez żalu. 


Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Olive Oil – żel pod prysznic (miniatura) – wolę żele Yves Rocher z kolekcji Jardins du Monde, ale oliwkę będę miło wspominać. To kolejny z tajemniczych zapachów mojej zerówki, w której dzieci donosiły do wspólnej puli puste opakowania po kosmetykach, żeby było czym bawić się w sklep. Nie mam pojęcia, co tak pachnie (umówmy się, że oliwki z lodówki nie są dobrym benchmarkiem), ale sentymentalna cząstka mnie cieszy się z tej zapachowej wycieczki. 

Balneokosmetyki Malinowy Zdrój – Biosiarczkowy żel peelingujący do mycia ciała (miniatura) – szampon z tej serii zrobił na mnie dobre wrażenie, a żel już po dwóch użyciach zmienił zapach z przyjemnie grejpfrutowego na lekko zepsuty. Pewnie za długo ociągałam się ze zużywaniem zawartości, a szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze. Drobiny szorują aż miło, a pełny wymiar (250 ml) kosztuje niecałe 30 zł, więc być może kiedyś się spotkamy. 

Clinique – Liquid Facial Soap – żel myjący do cery mieszanej i tłustej (miniatura) – dotychczas moja pielęgnacja z zestawem 3 Kroki Clinique była – delikatnie mówiąc – rozczarowująca. Żel nawilżający Dramatically Different Moisturizing polubiłam, ale to nie jest wartościowy kosmetyk, ma tylko dobrą bajerę – dawał uczucie ekstremalnego wygładzenia, okłamując mój zmysł dotyku morzem silikonu. Prawdziwą katastrofą dla cery był tonik dla cery mieszanej w kierunku tłustej, który w praktyce okazał się butelką spirytusu. Po tych doświadczeniach żelu myjącego do twarzy zwyczajnie nie chciało mi się próbować. Skusiłam się w czasie weekendowego wyjazdu i... wielkie uff. To tylko żel myjący. Oczyszcza, jest delikatny i nie wysusza. Trzydzieści mililitrów wystarczyło na parę ładnych tygodni, więc wydajność oceniam wysoko. Mimo wszystko na razie nie planuję powrotu, bo moje zaufanie do pielęgnacji Clinique jest podobne do tego, jakim obdarzyłabym milusińskiego tygrysa syberyjskiego na wolności. 

L'Occitane – Odbudowujący szampon do włosów suchych i zniszczonych (miniatura) – poprzednia miniatura tego szamponu zrobiła na mnie lepsze wrażenie, ale to i tak nie ma znaczenia, bo marka zmieniła formułę. Pamiętam, że odżywka była super, ale capiła zielnikiem babci Gieni (szampon ma sporo łagodniejszy, choć wciąż bardzo ziołowy zapach).


Biochemia Urody – Hydrolat z kwiatu pomarańczy – przyjemny, niezbyt oszałamiająco pachnący hydrolat, który nie zrobił mojej skórze nic złego, ale efektu wow też nie zauważyłam. Nie widzę różnicy między nim a wodną mgiełką Pat&Rub, tyle że mgiełka ma atomizer i przyjemnie odświeża cerę, a kwiat pomarańczy z Biochemii robi wyłącznie za tonik. Zdecydowanie wolę hydrolat oczarowy.

Pollena Ostrzeszów – Biały Jeleń – Hipoalergiczny płyn micelarny do skóry wrażliwej – jeśli nie zmywacie oczu micelem, ten powinien się Wam spodobać. Ma ładny, odświeżający zapach, jest bardzo delikatny, nie ma gorzkiego smaku, radzi sobie z podkładem i z wielką przyjemnością go zużyłam. Niestety, szybko się skończył, a ja wciąż wolę multifunkcyjność Biodermy.

Batiste – suchy szampon w wersji Light & Blonde – suche szampony doceniłam szczególnie w sezonie czapkowym, kiedy moja przetłuszczająca się skóra głowy oszalała do reszty. Wersja blondynkowa jest okej, na pewno będą powroty. 

Organic Shop – Brilliant Hand Cream – pisałam o nim ostatnio tutaj: klik. Krem pachnie prawie identycznie jak słynny L'Occitane z 20% zawartością masła shea. Podobnie jak nieporównywalnie droższy kolega, organiczny krem z perłą nie pomógł moim dłoniom ani trochę. Peszek. 


Jadwiga – Seria Polska – Krem matująco-antybakteryjny – to krem, z którym ewidentnie coś jest nie tak. Czułam go na twarzy przez cały dzień, był dziwny, jakby żelowo-pudrowy, nieładnie pachniał. Sto razy lepsza jest Barwa Siarkowa Moc. Ten wywalam bez żalu. 

Sylveco – Lekki krem rokitnikowy – dzięki ShinyBox miałam okazję zapoznać się z ofertą szczegółowo obgadanej przez blogerki polskiej firmy Sylveco. Niestety, Shiny lubi wrzucać do pudełek produkty z podejrzanie krótką datą ważności. Tym razem miesiąc przed końcem ważności zorientowałam się, że to już. I poużywałam w sumie ze dwa tygodnie. Krem jest dość tłusty jak na swoją obiecaną lekkość, dlatego ja używałam go na noc. Nawilżał dobrze, pachniał naturalnie – dla mojego nosa zapach był przyjemny, ale wierzę, że może się nie spodobać. Chętnie do niego wrócę. Ach, no i opakowanie typu airless wygrywa!

Dermika – Aquaoptima – Krem głęboko nawilżający SPF6 na dzień – ta miniatura z dopiskiem „limited edition” była dawno temu dołączana za symboliczny grosz do zakupów w Super-Pharmie. Krem spodobał mi się na tyle, że z przyjemnością zużyłam go pod makijaż. Ładnie pachnie, nawilża przyzwoicie. Mogliby sobie tylko darować chwalenie się filtrem SPF 6 – to tak, jakby Matiz szczycił się w folderze reklamowym, że ma 51 koni i przyspiesza wolniej od traktora. 

Kiehl's – Creamy Eye Treatment with Avocado – bardzo dobry i bardzo wydajny nawilżacz pod oczy, który początkowo zniechęcił mnie dziwną konsystencją (tępy krem przy rozprowadzaniu zamienia się w krem wodnisty), a potem skupiłam się na tym, co najważniejsze, czyli na świetnym działaniu. Recenzja tu: klik


Essence – Lashes Go Wild Volume Mascara – ten tusz całkiem nieźle ogarniał moje długie i rzadkie rzęsy, tylko pod koniec dnia trochę się osypywał. Naturalnie je pogrubiał, do samego końca nie wysechł, byłam z niego zadowolona. No ale jak to zwykle bywa z tuszami, które pokochałam lub choćby tylko polubiłam, został wycofany. Spadaj, Cosnovo.

It's Skin – Prestige Creme d'Escargot B.B – jak na razie to mój ideał wśród kremów BB. Piękny, neutralny jasny odcień, nietępa i nielejąca konsystencja, eleganckie stapianie z cerą, a do tego ładny zapach – czego chcieć więcej? Krem daje średnie krycie i jest praktycznie niewidoczny. Możliwe, że latem będzie dla mnie za jasny, ale teraz jest świetny, więc chwilo: trwaj. Miniatura leci do kosza, a ja już pędzę zamawiać pełnowymiarowe opakowanie.

Flormar – Perfect Coverage – korektor w odcieniu 02 – te korektory to moje odkrycie. Nie wysuszają skóry pod oczami, a nawet mam wrażenie, że ją pielęgnują. Jeśli nie przesadzimy z ilością, nie zbierają się w zmarszczkach i ładnie stapiają ze skórą. Kolejna „dwójka” już jest w użyciu, nr 01 też jest w porządku, tyle że ma różowe tony i nie pasuje do zbyt żółtych podkładów. Recenzja i swatche: tutaj (nie zrażajcie się ostatnimi zdjęciami – były robione przy zachodzącym słońcu i odcień 02 wyszedł tam o wiele za ciemny).


Próbki tym razem okazały się warte uwagi. Zamierzam wypróbować zarówno liftingujący krem na noc z Organique, jak i przeciwstarzeniowy nocny krem Clarins. Obydwa zapowiadają się rewelacyjnie. Jeżeli regularnie mnie czytacie, wiecie, że nigdy nie piszę o woskach i świeczkach zapachowych. Tym razem zrobię wyjątek, bo po prostu muszę wspomnieć o sojowych woskach z Busy Bee. Są naprawdę wyjątkowe w swojej... niewyjątkowości. Lubicie zapach ciasteczkowo-karmelowy? Jeśli tak, mam dla Was dobrą wiadomość: bez względu na to, które woski wybierzecie, otrzymacie aromat karmelowych ciastek! Walnut Biscotti, Amaretto Nog, Chocolate Fudge Brownie, Fresh Coffee, Fresh Bread, Creme Brulee, Bakewell Slice i kilka innych – wszystkie pachną TAK SAMO. To bardzo apetyczny zapach, ale może bez przesady?

Tym pyszniutkim akcentem kończę moją neverending story. Całuję czule i życzę miłego wieczoru!

01.02.2015

Żele do brwi dla blondynek: Catrice vs. Alverde [porównanie]

Żele do brwi dla blondynek: Catrice vs. Alverde [porównanie]
Barwiony żel do brwi z aplikatorem w formie spirali. Ma dyscyplinować potargane brwi po całonocnych, bliskich spotkaniach trzeciego stopnia z poduszką i nadawać niesfornym włoskom odpowiedni odcień, a teoretycznie – nawet gęstość. Tym właśnie zajmują się Eyebrow Filler z Catrice i Augenbrauengel w odcieniu 01 dla blondynek. Podobna jest też cena. Reszta to dwie pary kaloszy. Obie lubię, choć każdą za co innego.

Najpierw poznałam catrice'owy Eyebrow Filler. Było to moje pierwsze spotkanie z żelem do brwi – wcześniej używałam tylko kredki lub cienia (lub całkiem nie miałam pojęcia o stylizacji brwi i zostawiałam gąszczyk sam sobie, nietknięty nawet pęsetą). Zdziwiłam się, jak łatwo i szybko można poprawić wygląd brwi bez ryzyka sprezentowania sobie przerysowanych (a właściwie narysowanych) breżniewów. Obecnie takie żele są u mnie podstawowym kosmetykiem upiększającym te okolice, bo kiedy rano mam cztery i pół minuty na makijaż, proste rozwiązania wygrywają.


W obydwu przypadkach szczotki są takie same jak w tuszach do rzęs, za to zupełnie różnią się miękkością. Mają też inny profil. Catrice ma sporo krótsze i bardzo sztywne włosie, które z delikatnością szczoty ryżowej wykonuje swoją pracę. Alverde to miękka pipka, delikatnie pieszcząca brwi o poranku. Włoski są tu dłuższe, co niekoniecznie jest zaletą – chyba nikt nie ma tak gęstego trawnika nad oczami, by wymagał on namiętnego rozczesywania. Oczywiście obie wersje nadają się do użycia – na pewno milej jest malować się miękkim aplikatorem Alverde, chociaż przez tę ultramiękkość wymaga on większego docisku, tym samym staje się mniej precyzyjny. Dodatkową zaletą Augenbrauengel jest ukryty w skuwce grzebyk, którym po niezdarnej aplikacji żelu można ładnie wyczesać i ułożyć włoski. 


Jak widzicie, kolory są zupełnie różne. Żel Catrice to chłodny, średni brąz, a Alverde w wersji dla blondynek ma dużo cieplejszy (choć nie rudy) odcień jasnego brązu. Żel z Alverde potrzebuje więcej warstw, żeby kolor był odpowiednio wydobyty, ale – co mnie zdziwiło – po mocnym wyszczotkowaniu brwi tym żelem są one naprawdę ciemne (a przynajmniej ciemniejsze niż sugerowałby kolor ze swatcha). Mamy tu więc spore pole do manewrowania odcieniem. W przypadku Catrice występują na moich brwiach tylko dwie wersje: Odpowiednia i Bardzo Nie Na Miejscu. Ma to jednak sens, bo żel ma tylko jeden kolor dla wszystkich, więc podejrzewam, że nieco ciemniejsze brwi w mojej wersji Bardzo Nie Na Miejscu będą się prezentować doskonale. Nie polecam jednak tego żelu dla brunetek z ciemną oprawą – podejrzewam, że Eyebrow Filler mógłby je nawet idiotycznie rozjaśnić.

Zauważyłam, że przy mocniejszym makijażu oka zwykle sięgam po żel z Catrice, a przy bardziej stonowanym i jaśniejszym wybieram Alverde. Ze dwa razy zdarzyło mi się, że Alverde wydał się zbyt ciepły i nie pasował do reszty makijażu – zazwyczaj dzieje się tak, kiedy mam bardzo chłodne cienie na powiekach. W drugą stronę właściwie nigdy nie było problemów.

Żel z Alverde jest dużo wydajniejszy, ale pod koniec swej żywotności praktycznie nie nadaje się już do barwienia brwi – używam go tylko, by przeczesać moje eks-breżniewy. Catrice dokonuje żywota w taki sposób, że schnie coraz bardziej, ale do ostatnich chwil ma sprawną funkcję kolorowania. W tym pojedynku według mnie wygrywa Catrice – jest bardziej uniwersalny i łatwiej dostępny, a ryżowa szczota mimo wszystko lepiej się sprawdza.

A żeby na koniec było jeszcze bardziej przewrotnie, zdradzę Wam, że coraz częściej do stylizacji brwi wybieram kredkę. Ale to całkiem inna historia!


Cena: Catrice – 14,99 zł, Alverde – ok. 15 zł
Dostępność: Catrice – szafy w Hebe i Naturach, Alverde – sprzedaż wysyłkowa lub wycieczka do DM-u

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger