03.02.2015

Projekt denko, odc. 22

Styczeń... cóż mogę powiedzieć o (polskim) styczniu? Nie cierpię go. Zimny i przygnębiający, nie daje absolutnie żadnej nadziei na rychły koniec odmrażania nosa, rąk i tyłka, a do tego jest oszukańczo długi. Nie cierpię ubierać siebie i mojego syna w naście warstw odzieży różnego typu, nie cierpię też podtykać mu pod nos inhalatora z lekami na zapalenie oskrzeli i biegać po kilka razy w nocy, bo kaszelek, bo katarek, bo gorączunia. Nie mam słów, by opisać mą radość w związku z faktem, że wreszcie zaczął się oszukańczo krótki luty. Luty również jest beznadziejny, ale to już ostatni prawdziwie denny miesiąc w sezonie grzewczym. Czyli co, chyba znowu przeżyjemy zimę? Ku pokrzepieniu opowiem Wam, co znalazłam w moim zimowym worku z kosmetycznymi śmieciami. Nie żeby to miało jakikolwiek logiczny związek z powyższym wywodem, ale wiecie, musiałam jakoś zacząć.


No to zaczynam. Jak widzicie, śmieci uzbierało się mniej więcej tyle co zwykle. Jak widzicie vol. 2, niespecjalnie zastanawiałam się, czy jakiś zapach lub kosmetyk jest zimowy, czy może typowo letni? W ogóle niewiele zastanawiałam się nad logistyką zużywania. Używałam i zużywałam. I tyle.


Balea – Milch & Honig – mydło w płynie – kupiłam po raz kolejny, bo bardzo odpowiada mi jego delikatnie słodki, miodowy zapach i przyjemna, pieszcząca dłonie konsystencja. Półlitrowy zapas starcza na długo, a śmiesznie niska cena zachęca do dalszych zakupów, co na pewno uczynię w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ach, ta Balea.

Balea – Fiji Passionfruit – żel pod prysznic – jakimś cudem ta limitka z 2013 roku ostała się w moich zapasach. Okej, to nie był cud, tylko smutna rzeczywistość: jeszcze do niedawna półka z żelami uginała się od nadmiaru kąpielowych detergentów, a daty ważności straszyły po nocach. Ale już z tym skończyłam, naprawdę. PRAWIE nic już nie kupuję. Tego żelu na pewno też już nie kupię, bo pachniał bardzo rozczarowująco (spodziewałam się orzeźwienia lub chociaż aromatu multiwitaminy, a wyszło mdłe, odrażające coś), a poza tym był limitką. Przecież mówiłam, że był. Następny.

Joanna Naturia – Wanilia i śmietanka – olejek do kąpieli i pod prysznic – po raz pierwszy zdradziłam wersję Kawa i śmietanka na rzecz zachęcającej wanilii i... nie było źle. Zapach jest rewelacyjny – to taka niedusząca, przyjemna słodycz. Jest tylko jedno ale: nie należy wąchać tego olejku z bliska. Ma w sobie jakiś zapachowy zgrzyt, którego na szczęście nie czuć podczas tradycyjnej kąpieli bez pełnego podejrzliwości obwąchiwania. Nie lubię też wodnistej, całkiem nieolejkowej konsystencji tej serii Joanny, ale przy śmietankowej kawie, która narkotyzuje mnie zapachem, kompletnie mi to nie przeszkadzało. Wanilię mogę jednak swobodnie za to samo opierniczyć, bo zapach nie przesłonił mi zdrowego rozsądku. Aha, etykieta odłazi pod wpływem wilgoci, co jest wybitnie irytujące.

Yves Rocher – Czerwone Owoce – żel pod prysznic – Czerwone Owoce to limitowana świąteczna linia zapachowa YR, która jest po prostu linią żurawinową. Żel miał bardzo przyjemny aromat i odpowiednią konsystencję, niestety – zapach ulatniał się szybko już w trakcie kąpieli. Przeciętniak.

Yves Rocher – Czerwone Owoce – mydło w płynie – ładnie pachniało, ładnie wyglądało, ale było bardzo niewydajne i mam wrażenie, że trochę wysuszało dłonie. Tę limitowaną edycję żegnam bez żalu. 


Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Olive Oil – żel pod prysznic (miniatura) – wolę żele Yves Rocher z kolekcji Jardins du Monde, ale oliwkę będę miło wspominać. To kolejny z tajemniczych zapachów mojej zerówki, w której dzieci donosiły do wspólnej puli puste opakowania po kosmetykach, żeby było czym bawić się w sklep. Nie mam pojęcia, co tak pachnie (umówmy się, że oliwki z lodówki nie są dobrym benchmarkiem), ale sentymentalna cząstka mnie cieszy się z tej zapachowej wycieczki. 

Balneokosmetyki Malinowy Zdrój – Biosiarczkowy żel peelingujący do mycia ciała (miniatura) – szampon z tej serii zrobił na mnie dobre wrażenie, a żel już po dwóch użyciach zmienił zapach z przyjemnie grejpfrutowego na lekko zepsuty. Pewnie za długo ociągałam się ze zużywaniem zawartości, a szkoda, bo zapowiadało się naprawdę dobrze. Drobiny szorują aż miło, a pełny wymiar (250 ml) kosztuje niecałe 30 zł, więc być może kiedyś się spotkamy. 

Clinique – Liquid Facial Soap – żel myjący do cery mieszanej i tłustej (miniatura) – dotychczas moja pielęgnacja z zestawem 3 Kroki Clinique była – delikatnie mówiąc – rozczarowująca. Żel nawilżający Dramatically Different Moisturizing polubiłam, ale to nie jest wartościowy kosmetyk, ma tylko dobrą bajerę – dawał uczucie ekstremalnego wygładzenia, okłamując mój zmysł dotyku morzem silikonu. Prawdziwą katastrofą dla cery był tonik dla cery mieszanej w kierunku tłustej, który w praktyce okazał się butelką spirytusu. Po tych doświadczeniach żelu myjącego do twarzy zwyczajnie nie chciało mi się próbować. Skusiłam się w czasie weekendowego wyjazdu i... wielkie uff. To tylko żel myjący. Oczyszcza, jest delikatny i nie wysusza. Trzydzieści mililitrów wystarczyło na parę ładnych tygodni, więc wydajność oceniam wysoko. Mimo wszystko na razie nie planuję powrotu, bo moje zaufanie do pielęgnacji Clinique jest podobne do tego, jakim obdarzyłabym milusińskiego tygrysa syberyjskiego na wolności. 

L'Occitane – Odbudowujący szampon do włosów suchych i zniszczonych (miniatura) – poprzednia miniatura tego szamponu zrobiła na mnie lepsze wrażenie, ale to i tak nie ma znaczenia, bo marka zmieniła formułę. Pamiętam, że odżywka była super, ale capiła zielnikiem babci Gieni (szampon ma sporo łagodniejszy, choć wciąż bardzo ziołowy zapach).


Biochemia Urody – Hydrolat z kwiatu pomarańczy – przyjemny, niezbyt oszałamiająco pachnący hydrolat, który nie zrobił mojej skórze nic złego, ale efektu wow też nie zauważyłam. Nie widzę różnicy między nim a wodną mgiełką Pat&Rub, tyle że mgiełka ma atomizer i przyjemnie odświeża cerę, a kwiat pomarańczy z Biochemii robi wyłącznie za tonik. Zdecydowanie wolę hydrolat oczarowy.

Pollena Ostrzeszów – Biały Jeleń – Hipoalergiczny płyn micelarny do skóry wrażliwej – jeśli nie zmywacie oczu micelem, ten powinien się Wam spodobać. Ma ładny, odświeżający zapach, jest bardzo delikatny, nie ma gorzkiego smaku, radzi sobie z podkładem i z wielką przyjemnością go zużyłam. Niestety, szybko się skończył, a ja wciąż wolę multifunkcyjność Biodermy.

Batiste – suchy szampon w wersji Light & Blonde – suche szampony doceniłam szczególnie w sezonie czapkowym, kiedy moja przetłuszczająca się skóra głowy oszalała do reszty. Wersja blondynkowa jest okej, na pewno będą powroty. 

Organic Shop – Brilliant Hand Cream – pisałam o nim ostatnio tutaj: klik. Krem pachnie prawie identycznie jak słynny L'Occitane z 20% zawartością masła shea. Podobnie jak nieporównywalnie droższy kolega, organiczny krem z perłą nie pomógł moim dłoniom ani trochę. Peszek. 


Jadwiga – Seria Polska – Krem matująco-antybakteryjny – to krem, z którym ewidentnie coś jest nie tak. Czułam go na twarzy przez cały dzień, był dziwny, jakby żelowo-pudrowy, nieładnie pachniał. Sto razy lepsza jest Barwa Siarkowa Moc. Ten wywalam bez żalu. 

Sylveco – Lekki krem rokitnikowy – dzięki ShinyBox miałam okazję zapoznać się z ofertą szczegółowo obgadanej przez blogerki polskiej firmy Sylveco. Niestety, Shiny lubi wrzucać do pudełek produkty z podejrzanie krótką datą ważności. Tym razem miesiąc przed końcem ważności zorientowałam się, że to już. I poużywałam w sumie ze dwa tygodnie. Krem jest dość tłusty jak na swoją obiecaną lekkość, dlatego ja używałam go na noc. Nawilżał dobrze, pachniał naturalnie – dla mojego nosa zapach był przyjemny, ale wierzę, że może się nie spodobać. Chętnie do niego wrócę. Ach, no i opakowanie typu airless wygrywa!

Dermika – Aquaoptima – Krem głęboko nawilżający SPF6 na dzień – ta miniatura z dopiskiem „limited edition” była dawno temu dołączana za symboliczny grosz do zakupów w Super-Pharmie. Krem spodobał mi się na tyle, że z przyjemnością zużyłam go pod makijaż. Ładnie pachnie, nawilża przyzwoicie. Mogliby sobie tylko darować chwalenie się filtrem SPF 6 – to tak, jakby Matiz szczycił się w folderze reklamowym, że ma 51 koni i przyspiesza wolniej od traktora. 

Kiehl's – Creamy Eye Treatment with Avocado – bardzo dobry i bardzo wydajny nawilżacz pod oczy, który początkowo zniechęcił mnie dziwną konsystencją (tępy krem przy rozprowadzaniu zamienia się w krem wodnisty), a potem skupiłam się na tym, co najważniejsze, czyli na świetnym działaniu. Recenzja tu: klik


Essence – Lashes Go Wild Volume Mascara – ten tusz całkiem nieźle ogarniał moje długie i rzadkie rzęsy, tylko pod koniec dnia trochę się osypywał. Naturalnie je pogrubiał, do samego końca nie wysechł, byłam z niego zadowolona. No ale jak to zwykle bywa z tuszami, które pokochałam lub choćby tylko polubiłam, został wycofany. Spadaj, Cosnovo.

It's Skin – Prestige Creme d'Escargot B.B – jak na razie to mój ideał wśród kremów BB. Piękny, neutralny jasny odcień, nietępa i nielejąca konsystencja, eleganckie stapianie z cerą, a do tego ładny zapach – czego chcieć więcej? Krem daje średnie krycie i jest praktycznie niewidoczny. Możliwe, że latem będzie dla mnie za jasny, ale teraz jest świetny, więc chwilo: trwaj. Miniatura leci do kosza, a ja już pędzę zamawiać pełnowymiarowe opakowanie.

Flormar – Perfect Coverage – korektor w odcieniu 02 – te korektory to moje odkrycie. Nie wysuszają skóry pod oczami, a nawet mam wrażenie, że ją pielęgnują. Jeśli nie przesadzimy z ilością, nie zbierają się w zmarszczkach i ładnie stapiają ze skórą. Kolejna „dwójka” już jest w użyciu, nr 01 też jest w porządku, tyle że ma różowe tony i nie pasuje do zbyt żółtych podkładów. Recenzja i swatche: tutaj (nie zrażajcie się ostatnimi zdjęciami – były robione przy zachodzącym słońcu i odcień 02 wyszedł tam o wiele za ciemny).


Próbki tym razem okazały się warte uwagi. Zamierzam wypróbować zarówno liftingujący krem na noc z Organique, jak i przeciwstarzeniowy nocny krem Clarins. Obydwa zapowiadają się rewelacyjnie. Jeżeli regularnie mnie czytacie, wiecie, że nigdy nie piszę o woskach i świeczkach zapachowych. Tym razem zrobię wyjątek, bo po prostu muszę wspomnieć o sojowych woskach z Busy Bee. Są naprawdę wyjątkowe w swojej... niewyjątkowości. Lubicie zapach ciasteczkowo-karmelowy? Jeśli tak, mam dla Was dobrą wiadomość: bez względu na to, które woski wybierzecie, otrzymacie aromat karmelowych ciastek! Walnut Biscotti, Amaretto Nog, Chocolate Fudge Brownie, Fresh Coffee, Fresh Bread, Creme Brulee, Bakewell Slice i kilka innych – wszystkie pachną TAK SAMO. To bardzo apetyczny zapach, ale może bez przesady?

Tym pyszniutkim akcentem kończę moją neverending story. Całuję czule i życzę miłego wieczoru!

36 komentarzy:

  1. Jesteś królową denka, tyle tego:) Ja również uwiebiam ten krem BB, ideał:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkiem dużo zużyłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, jak tego dużo, gratuluję zużyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię ten krem rokitnikowy z Sylveco u mnie świetnie się sprawdził. Za szamponami Batiste również przepadam, jednakże tej wersji do włosów blond jeszcze nie miałam, a powinnam ją przetestować bo jestem przecież blondynką. :) Gratuluję denek!

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje zaufanie do pielęgnacji Clinique jest bliźniaczo podobne ;)
    Ładnie poszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja ten zestaw miniatur kupiłam w trakcie naszego pierwszego spotkania! <3

      Usuń
  6. ja mialam probke BB z elishacoy nuddy BB 24 była rewelacyjna ale moje 3 zapasowe podkłady stoją i czekają więc BB tezmusi poczekac na zamowienie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie podkładów też pod dostatkiem, ale większości z nich mam coś do zarzucenia i ostatecznie It's Skin powraca jak bumerang – dlatego nie mogło go zabraknąć!

      Usuń
  7. Ach, my kobiety... Ile my musimy włożyć wysiłku, żeby zużyć te wszystkie kosmetyki, pod którymi zaginają się już półki?! :D Niestety nie dojechałam do końca posta, wybacz, ale kliknęłam po drodze na recenzję kremu pod oczu Kiehl's i właśnie zabieram się za czytanie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, oj tak, ciężka praca z tym zużywaniem, masz całkowitą rację :D

      Usuń
  8. Korektor z Flormaru muszę koniecznie 'pomacać' przy najbliższej wizycie w Galerii :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Sucha szampony uwielbiam:) mam bogatą wersję tego kremu z Sylveco, zapach jest...specyficzny:P

    OdpowiedzUsuń
  10. Na pewno kupuję ten krem Kiehl's :)
    Batiste brrrr, aż mnie głowa swędzi :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też wolałabym myć głowę nawet codziennie, ale od tego włosy przetłuszczają się jeszcze bardziej :( i wypadają, więc regularne mycie i rozczesywanie wcale im nie służy...

      Usuń
  11. [Korektor]
    Mówiłam! Mówiłam! Kompleks Eyeliss działa!
    Szkoda tylko, że Flormar wycofał się z Promenady :(

    OdpowiedzUsuń
  12. [Korektor]
    Mówiłam! Mówiłam! Kompleks Eyeliss działa!
    Szkoda tylko, że Flormar wycofał się z Promenady :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no działa, cholera. szkoda, że się wycofali, nie widziałam nigdzie indziej ich wyspy :(

      Usuń
    2. Bo nie ma :( W Jasminie na centralnym jakieś śladowe ilości flormaru posiadają, no i Galeria Jurajska jest póki co zaopatrzona!

      Usuń
    3. no co oni :/ takie świetne kosmetyki. i tanie. i znikają?? ja kiedyś lakier Flormar kupiłam w Douglasie online, ale nigdy później nie rzuciły mi się w oczy ich kosmetyki w drogerii stacjonarnej. W Jasminie akurat byłam parę dni temu – pierwszy raz po wielu miesiącach – i prezentacja oferty Flormaru jest tam załamująca. w ogóle bardzo źle to wszystko wygląda, cały sklep. Przy mojej poprzedniej wizycie było dużo estetyczniej, a teraz jak w jakimś sklepie z... używanymi kosmetykami.

      Usuń
    4. Za tanie najwyraźniej ;) Obstawiam też, że remont w Promci zrobił swoje i czynsz poszedł w górę... Ale kilku dealerów się znajdzie, mam wtyki w Łodzi, Często, Krakowie i nad morzem!

      Usuń
  13. narobiłaś mi chętki na korektor flormaru :)

    co do hydrolatów to Ci powiem, że te z BU są o wiele przyjemniejsze niż np. hydrolaty z e-naturalnie, które miały strasznie ulepowate zapachy i jakby obklejały skórę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest naprawdę fajny! a już na pewno wart uwagi, tylko nie wiem, jak z doborem odcienia u Ciebie by było. nigdy nie próbowałam hydrolatów innych firm, ale jak widać, niewiele straciłam :)

      Usuń
  14. Jestem zdziwiona tuszem w tubce, nawet nie wiedziałam, że istnieją takie formy maskar <100 lat za Murzynami>...
    Żel Balea miałam i dla mnie właśnie pachniał multiwitaminą, dlatego męczyłam się z nim trochę. Na szczęście nie był wydajny, więc jakoś poszło.
    Ja miałam wielkie postanowienie, żeby nie kupować nowych żeli pod prysznic dopóki nie zużyję zapasów. Zapasy się powiększyły, bo dostałam kilka w prezencie. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się powrócić do stanu sprzed blogowania, kiedy to kupowałam następny żel dopiero wtedy, gdy poprzedni sięgnął dna. A bardzo chciałabym do tego stanu powrócić, jednak wiem, że będzie ciężko. Mimo wszystko szkoda, że u Ciebie ten stan właśnie PRAWIE nastał, bo to znaczy jedną osobę mniej w żelomaniactwie... i u kogo ja będę podpatrywać nowe i ciekawe żele?;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ten tusz w tubce to był wyjątek, wszystko z Tobą okej :D
      co do Balei, to teraz mam w użyciu jeszcze gorszego śmroda - jagodowego [rzyg]
      no i nie martw się, możesz na mnie liczyć – półka z zapasami wciąż się ugina, po prostu nie dopycham do niej butem nowych nabytków ;)))

      Usuń
  15. udało ci się zużyć sporo produktów, a mnie wiele z nich ciekawi!

    OdpowiedzUsuń
  16. ciekawe że żel biosiarczkowy zrobił Ci takiego psikusa. mam maseczkę balneokosmetyki i lubię bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mimo wszystko firma bardzo mnie zainteresowała!

      Usuń
  17. miałam szampon L'Occitane fajny był

    OdpowiedzUsuń
  18. (umówmy się, że oliwki z lodówki nie są dobrym benchmarkiem)
    Spędzasz za dużo czasu ze swoim mężem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak zobaczyłam żel z Balea sprzed prawie 2 lat to aż mnie zatkało. :D Ale u mnie było podobnie i też z tym skończyłam - teraz zużywam na bieżąco i aktualnie mam chyba 3 żele w zapasie. Czekam na dostawę, o ile takowa będzie. :D (mój nowy sposób na kupowanie żeli pod prysznic - zamawiam 3-5 sztuk i mam na 5 miesięcy, potem robię kolejne zamówienie itd. Przynajmniej nadążam za tymi wszystkimi limitkami).

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger