10.02.2015

Yves Rocher – Active Sensitive – krem na zaczerwienienia [recenzja]

No proszę, dawno nie pisałam o starym, dobrym Yves Rocher, a przecież nie ma miesiąca, żebym nie wywaliła kilku yvesrocherowych śmieci. Dziś będzie o kremie do twarzy, który najwyraźniej zaplanował, że nigdy się nie skończy. Grzebię w tym słoiku od wielu długich tygodni, a krem wciąż tam siedzi. Prawdziwy antydenkowiec.


Przy zakupach łatwo się pomylić, bo w identycznej szacie występują dwa kosmetyki z serii Active Sensitive – dzisiejszy bohater na zaczerwienienia i krem nawilżająco-łagodzący na dzień. Tego drugiego nie próbowałam, więc nie powiem Wam, jaka jest między nimi różnica, ale to pewnie kwestia czasu – rabaty i gratisy YR wciąż mają się świetnie, a moja skrzynka pocztowa wypluwa wesołe nagłówki o minus-iluś-tam-procentach-przy-zakupie-iluś-tam-rzeczy co najmniej raz w tygodniu. Dobrze jest. 

Krem na zaczerwienienia ma przynosić ulgę skórze, która reaguje na wszelkie podrażnienia wściekłym rumieńcem. Producent poleca go też do ochrony przed niekorzystnymi czynnikami pogodowymi, których akurat mamy pod dostatkiem, więc hurra. Dwa składniki aktywne mają pomagać nam w walce z wiatrakami zaczerwienieniami: soforyna roślinna i wyciąg z ziarnopłonu. Ziarnopłon to małe, żółte kwiatki, a soforyna? Pojęcia nie mam, co to. Pierwsze słyszę (albo drugie, tylko nie pamiętam). 


Krem mieszka w uroczym, szklanym słoiku z estetyczną etykietą. Tylko że z tym otworem jest coś nie tak. Niby szeroki na tyle, że bez problemu można grzebać we wnętrzu, ale mam wrażenie, że to grzebanie bliższe jest dłubaniu w nosie niż swobodnemu nabieraniu kosmetyku na opuszki palców. Przy dłuższych paznokciach zawsze kończy się wyskrobywaniem spod nich resztek kremu. Nie lubię tego, szczególnie że nie noszę tipso-szponów lub innych podobnej długości wynalazków, więc nie wiem, za co ta kara. Konsystencja idealnie maślana – to jedna z rzeczy, za które ten krem bardzo polubiłam.


Skład jest... interesujący i długi, a na liście mamy wiele frykasów poprzetykanych składnikami, których część oświeconego narodu nie popiera. Całkiem dużo chemii jak na bliską natury pielęgnację, a przypominam, że właśnie tą bliskością Yves Rocher chętnie się chwali na lewo i prawo. Ja nie mam nic do sensownie przygotowanej chemicznej mikstury, ale nie wszystkim spodobają się silikony, parafina czy parabeny. Krem ma bardzo wysoko w składzie mocznik, nieco dalej jest wspomagająca nawilżanie gliceryna, olej jojoba i masło karite. Dużo dobrego i parę przeszkadzajek, które być może będą w stanie zaszkodzić naprawdę wrażliwej (na zapychanie) cerze. W INCI wymieniono jeszcze parfum, ale mój nos nie wyczuwa żadnego zapachu, coś tam delikatnie ćmi, ale pachnie jak składniki w stanie surowym, a nie coś, co ma sprawić, że wspomniany nos będzie ukontentowany.

W wersji na dzień Active Sensitive jest dla mojej mieszanej w kierunku tłustej cery zdecydowanie za ciężki. Nie jest to typowy tłuścioch dla cer suchych, raczej półtłusty milusiński. Mimo wszystko nie chciał się dobrze i sprawnie wchłaniać o poranku, kiedy potrzebowałam szybkiej bazy pod makijaż, dlatego zdecydowałam się wypróbować go w wersji na noc. To był strzał w dziesiątkę! Moja naczynkowa cera ma się całkiem nieźle tej zimy. Rumień wyluzował i zbladł, pajączków za bardzo nie widać, a ja zastanawiam się, czy to moja zmyślna pielęgnacja, czy jakieś inne tajne wydarzenia miały na to wpływ. Kto wie, może spora w tym zasługa kremu Yves Rocher? Używam go na noc z przerwami od połowy jesieni i, mimo wiatru i przejściowych mrozów, nic strasznego z moją twarzą się nie dzieje, a możecie mi wierzyć, że zeszłej zimy było naprawdę nieciekawie. O lecie nie wspomnę.

Jako nocny krem Active Sensitive sprawdza się świetnie – nakładam go niezbyt cienką warstwą, a skóra spokojnie żłopie wszystkie dobra aż do rana (lub do ostatecznego wytarcia twarzy w poduszkę). Rano oczywiście patrzę w lustro i do pierwszego łyka herbaty wciąż nienawidzę świata, ale trzeba przyznać, że po tym kremie skóra jest zawsze odpowiednio nawilżona i zadbana. Mimo że zupełnie nie odpowiada mi on jako krem na dzień pod makijaż, myślę, że posiadaczki cer suchych byłyby z niego bardzo zadowolone. Sensowne wydaje się też typowanie tego kremu przez producenta na tarczę ochronną przeciw gównianej pogodzie, ale ja nie pokazuję się już ludziom bez podkładu, więc u mnie odpada.

Znacie ten krem? Dałyście się porwać magii wiecznych yvesrocherowych promocji? Ja ostatnio przystopowałam z zakupami u nich (hmmm, tak ostatnio myślałam, że czegoś mi w życiu brakuje...), ale bardzo chętnie wrócę kiedyś do tego kremu. Może do tego czasu poszerzą szyjkę słoika? 

Pojemność: 50 ml
Cena: 55 zł (cena regularna, ale w Yves Rocher ZAWSZE są jakieś promocje)
Ocena: jako krem na noc 5+/6

47 komentarzy:

  1. Ja muszę podskoczyć do nich po płyn 2fazowy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja za zwyczaj skuszę sie raz w miesiącu na cos z oferty stacjonarnej, internetowo wiecej prezentów ale tez trzeba wydać wiecej;) tego kremu nie miałam, ale wezmę go pod uwagę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja z kolei bardzo rzadko zaglądam do sklepów stacjonarnych, ale z tego co mówisz, kupowanie na miejscu może być nawet bardziej sensowne :)

      Usuń
  3. Ja się dałam mocno porwać, ale tego kremu nie miałam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie, że się sprawdził :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurde, bo ja szukam czegoś na moja naczynkowo-rosaceowa cerę, gdy juz zakończę masę antybiotyków, niacyny, maści na receptę i ogólnie miliona nieulatwiajacych życia rzeczy. Bo z dieta juz sie pogodziłam, ale ile można z tymi farmaceutykami. Pokochałam Cicalfate pare lat temu, jeszcze bez świadomości, ze moja dermatolog będzie go gorąco dziś popierać, ale to krem ochronny i trochę łagodzący, radzi sobie super z objawami, nie przyczyna. Także tego, może se przetestuje, lubię tłuściutkie i poltlusciutkie mazidelka. W sumie ja to modni średnio, ale moja twarz lubi bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cicalfate stawiam na równi z Cicaplast Baume B5, próbowałaś Zuzanno? bo widzę, że mamy podobne cery, a raczej problem :/
      Polecam także niepozorny La Roche-Posay Rosaliac AR Intense serum oraz Serozinc, do którego na pewno masz dostęp bez większych problemów.

      Co do kremu z YR, dobrze mi służył przez długi czas tzn. przed postawieniem diagnozy, kiedy borykałam się wyłącznie z cerą płytkounaczynioną. Czasy Rosacea nadeszły później :(

      Usuń
    2. Nie probowalam niczego innego, bo zyje w chronicznym leku przed zaostrzeniem objawow przez zapoznanie mojej buzi z czyms, czego jeszcze nie miala. Przegladalam sobie wizaz i ile kremow, tyle opinii i jeszcze wiecej efektow ubocznych i niepozadanych, wiec sie wstrzymywalam przed jakimikolwiek testami. Na szczescie teraz mam jakas magiczna masc (brevoxyl? nie ma mnie w domu i nie moge sprawdzic, a wiem, ze to na pewno na "b" i internet tak podpowiada. chociaz nie, po zastanowieniu odwoluje, to na pewno nie brevoxyl, bo producent inny, wiec nie pamietam, jak sie nazywa, niewazne), ktora w mgnieniu oka leczy, gdy cos sie popsuje, wiec moze nabiore odwagi i sprobuje czegos nowego. Szczegolnie, ze "serozinc wymiata". I moze rzeczywiscie zaczne bardziej ufac La Roche-Posay i dam szanse Rosaliacowi.

      Czasy rosacea to najgorsze czasy. Na szczescie zdazylam sie nauczyc, ze u mnie najwiekszy wplyw na stan cery ma dieta, naprawde. W dalszej kolejnosci zmiany temperatury, na ktore moja skora reaguje czysta panika, no i kosmetyki, czy to pielegnacyjne, czy kolorowe. Gdybym spedzila tydzien w dobrze wywietrzonym, umiarkowanie cieplym domu, smarowala sie sprawdzonym nawilzaczem/natluszczaczem co dwie godziny i jadla na zmiane awokado, kasze jaglana i marchewke, mialabym buzie jak laleczka.

      Dzieki stokrotne, dziewczeta!

      Usuń
    3. L. u mnie jeszcze woda termalna Uriage. W zasadzie lubię mieć oba produkty na półce :)

      Zuzanno, może warto dać szansę? :) Oczywiście nie namawiam na siłę, to takie moje prywatne perełki od bardzo dawna (jedynie serum Rosaliac AR Intense odkryłam w zeszłym roku). Za to Cicaplast Baume B5 naprawdę robi dobrze mojej cerze. Stał się moim osobistym ratownikiem kiedy wszystko inne zawodzi ;)

      Wprowadziłam na poważne konkretne zmiany w moim codziennym menu, liczę że pojawią się dobre efekty w postaci długofalowego działania. Oby! aczkolwiek u mnie dieta nigdy nie miała większego wpływu :( Dużą rolę odgrywają hormony..... a tutaj pewnych problemów nie przeskoczę :(
      Za awokado za bardzo nie przepadam więc przemycam go w postaci oleju :) ale może na nowo zafunduję sobie od czasu do czasu pastę do kanapek.

      Co do leków, u mnie na stałe zagościła emulsja Rozex. I wszystko byłoby OK, lecz kiedy hormony szaleją wysyp grudek jest bardzo męczący.... i specyfiki które mają z nimi walczyć mocno przesuszają skórę. I tak w kółko, ale w tym momencie wkraczają Cicalfate i Cicaplast Baume B5.
      Poza tym moim najlepszym przyjacielem stał się kwas azelainowy.

      Wybacz, że tak ciągnę Cię za język ;) ale bardzo mało osób pisze o trądziku różowatym i dzieli się otwarcie pomysłami na pielęgnację/rozwiązaniami które służą.

      Usuń
    4. Uriage też uwielbiam - używam na zmianę!

      Spróbujcie sobie tego Lieraca, polecam!

      Usuń
    5. no nie, to ja do trądziku różowatego jeszcze nie doszłam, ale z tego, co piszą ludzie w sieci, wynika, że wszystko przede mną :/ na razie robię, co mogę, żeby utrzymać tę moją cerę z mnóstwem plam i wypieków w dobrej formie i liczę na cud. a Wam, dziewczyny, bardzo współczuję przeżyć :(((

      Usuń
    6. Dobra, to ja bylam dzis w aptece i zrobilam rozeznanie.

      Tak w ogole to mam nadzieje, ze Agata wybaczy nam dzielenie sie tymi dramatycznymi hostoriami nieco poza tematem na jej blogu. Hm?

      Wiec wracajac do tematu apteki i wszystkiego. Obejrzalam sobie serum La Roche-Posay i na pewno zdecyduje sie na nie, gdy skoncze Rozex (ja uzywam kremu, ale jest niesamowicie lekki, wchlania sie blyskawicznie i w ogole podoba mi sie ta formula, wiec nie bede sie rzucac na emulsje w tej sytuacji). Rozex uwielbiam i uzywam tylko na okolice srodka twarzy i policzkow, gdzie indziej na szczescie jako taka krzywda mi sie nie dzieje. Wiec gdy skoncze (a niestety tubka na wykonczeniu i moze powinnam zrobic sobie od niego przerwe... bo jednak wysusza), rzuce sie na serum, bo to tez do stosowania miejscowego. I teraz kwestia kremu na dzien - na razie caly czas lece na cicalfate, dzien i noc, bo mamy pogode jaka mamy, wiadomo, zimno, wieje, trzeba buzie ladnie otulic. Gdy sie skonczy zupelnie (tez lece resztkami), dam szanse Cicaplast Baume B5, mam ogromna ochote sprobowac, ale zostawie go sobie na noc. Na dzien rzeczywiscie zainteresowal mnie ten Lierac (choc za nieludzkie pieniadze) i jest jeszcze krem z serii Rosaliac La Roche-Posay, ktory wyglada sympatycznie, no i jest w dwoch wersjach - riche i legere. Ja oczywiscie na nic lekkiego porywac sie nie bede, musze wziac ten z bogatsza formula, mam przesuszona skore do granic mozliwosci (choc aktualnie wyglada naprawde niezle). Wiec to by bylo na tyle.

      Aaaa, Serozinc tez jest, ale jeszcze troche pouzywam wody lawendowej (i za chiny ludowe sobie nie przypomne marki, jakas bio apteczna), ma teoretycznie podobne wlasciwosci i przede wszystkim mi nie szkodzi, wiec dopoki jej nie minie termin waznosci, to sie pobawie. A potem Serozinc, bo zrobilyscie mu mega dobry PR.

      Ogolnie jako tako nabieram odwagi, bo w razie wypadkow przy pracy albo po prostu toczacego sie zycia rzeczywiscie ratuje mnie ta masc, o ktorej wspominalam wczesniej (BACTROBAN, sprawdzilam). Jedno posmarowanie i wszystko uspokojone. Drugie posmarowanie, wszystko sie wyrownuje. Trzecie i znika. Wiec tak po poltora dnia wracam zazwyczaj do punktu wyjscia.

      Ja mam to szczescie, ze szybko mnie zdiagnozowano - dlugo zylam w przekonaniu, ze tak juz mam, naczynka i hiperwrazliwosc. Ale najpierw chlopak zauwazyl, ze cos mi sie powazniejszego porobilo, a potem mama; ja zwalalam wine na stres, niedosypianie i samoloty, i nie dziwilo mnie specjalnie, ze moja wrazliwa skora zaczela wywalac to wszystko na wierzch, chociaz szczesliwa tez nie bylam, bo akurat tradziku nie mialam nigdy w zyciu. Dermatolog szybko przypuscila zmasowany atak antybiotykowy, potem dala witamine PP (bardzo, bardzo mi pomogla) i teraz tabletek na recepte juz nie mam, tylko do smarowania ten Rozex i doskokowo Bactroban, no i biore potrojna dawke skrzypu i drozdzy piwowarskich (tez pomaga przy rosacea a nawet tylko naczynkach, wiec tez sprobujcie, Luizo z Agata). I w sumie jest niezle. Nie mam juz podskornych gol i stanow zapalnych, najczesciej zwykle placki zaczerwienien, czasem piekace/swedzace, albo malutkie ropne plamki, ktore znikaja przy najlzejszym dotknieciu patyczkiem kosmetycznym (NIE WOLNO TEGO ROBIC).

      Najtrudniejsze jest dla mnie robienie makijazu, bo podklad zawsze, ale to zawsze zle lezy, podobnie jak korektor i czasem ciezko stwierdzic, czy to wina podkladu, czy mojej skory. Ale najczesciej wychodzi na to, ze jednak buzia stroi fochy, wiec zazwyczaj chodze jakas taka niedomalowana. No trudno, trzeba z tym zyc, inni maja gorzej, ej.

      Hexxana - ja tak sie ciesze, ze Cie znalazlam, wspoltowarzyszko niedoli!

      Usuń
    7. Zuzanno, jak ja Ci współczuję tych wszystkich skórnych historii! W Twojej sytuacji to pewnie strach jakikolwiek nowy podkład testować, co?

      U nas na natolińskich włościach ostatnio zmagamy się z innym problemem – mąż ma łojotokowe zapalenie skóry, z którym też ponoć trzeba się pogodzić, ale przecież musi być sposób na ogarnięcie tego! zastanawiam się, czy nie popróbować którychś z Waszych kosmetycznych specjałów na te jego wstrętne plamy. Chociaż ŁZS to ma podłoże drożdżakowe, więc nie wiem, czy to ma sens. Na razie poszedł w ruch Kerium DS z LRP, ale już widzę, że po odstawieniu sterydu plamy wróciły. Nie sądzę, żeby sam Kerium dał im radę :(

      Usuń
  6. Ej, wiem, ja go u Ciebie testowałam, gdy testowałam minerały i zmywałyśmy mój "mejkap" i dałaś mi go pod. I był spoko! Ale ostatnio się zachwyciłam tą Tołpą, której próbki od Ciebie wzięłam, weź sobie obczaj ich naczynkowo-rumiany biznes, są super. I mają fajniejszy skład! Jak wykończę to cudo FAB od Ciebie - to mój IDEAŁ, już szukałam, gdzie ich można kupić, ale ceny zwalają z nóg... - to pewnie sięgnę pokornie po Tołpeczkę.
    Lierac Prescription [o mniejszym stężeniu] na rumień miałam też i był fajowy, ale to już drogie ścierwo, ceny wahają się mniej więcej od 110-125 złotych, jest jednak naprawdę wart takiej kapusty i wydajny jak szatan - miałam ten krem od czerwca do teraz [ważność 12 miesięcy], więc jeszcze się waham.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Lierac Prescription najbardziej odpowiada mi to cudo na punktowe wypryski. A miałaś może z tej serii płyn micelarny?

      Usuń
    2. Ja się boję, że płyn punktowy będzie dla mnie trochę za mocny!
      Nie miałam płynu micelarnego, ale miałam serum - było naprawdę fajne, ale - według mnie - nie nawilżało AŻ tak.

      Usuń
    3. Luizo droga, tak w ogole to nawet nie wiedzialam, ze dzielimy nawet skorne losy. Jaki ten swiat maly!

      Usuń
    4. Malutki. Zdaje się, co prawda, że moja cera nie jest naczynkowa; nie mam też trądziku różowatego, ale próbuję zniwelować rumiane poliki jak tylko się da - nie znoszę ich!

      Usuń
    5. To Ty weź nie dramatyzuj, taki bejbi rumien jak Ty to ja miałam w zerówce, pfffff.

      *winks*

      Usuń
    6. L. także trochę się obawiałam, ale doceniam go w razie prawdziwej awarii czyt. kiedy pojawiają się okresowe wulkany, od obszarów naczynkowych trzymam się z daleka. Szybko i skutecznie rozprawia się z problematycznymi niespodziankami. Jest niczym "niszcz pryszcz" :D

      Usuń
    7. może założymy jakąś grupę wsparcia dla Za Bardzo Rumianych? :)

      Usuń
    8. Jeszcze tutaj wrócę, na spokojnie :)

      Usuń
    9. hej kobietki! coś ktoś pisał o grupie wsparcia dla rumianych? :D DOŁĄCZAM! :D (bo zazwyczaj nie komentuje a tylko podczytuje :)

      mocno pozdrawiam Cię Hexx., moje guru najlepsze pod słońcem :*

      Usuń
  7. Może by się tak skusić, jakoś YR mnie nie porwało, ale na naczynka mogłabym wypróbować wszystko, jeśli miałabym gwarancję poprawy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no tu gwarancji nie daję, bo sama nie wiem, czy ten krem się jakoś szczególnie przyczynił do uspokojenia rumienia na twarzy. ja go tylko o zbawienne działanie podejrzewam.

      Usuń
  8. Cieszę się, że Ci pomógł! :) Ja również mam problemy z zaczerwienieniami, mam widoczne naczynka. Może i bym go spróbowała, ale nie za bardzo lubię YR, więc mam opory... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to szukaj gdzie indziej, dziewczyny wyżej opisały kilka dobrych specyfików, więc masz co testować :)

      Usuń
  9. Ja jestem bardzo wdzięczna genom/Matce Naturze/szczęściu, że mam dość bezproblemową cerę bez niedoskonałości i bez zaczerwienień, chociaż tfu, tfu ... Nie chcę zapeszać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lil, masz super cerę, to fakt, fotki mówią prawdę :)

      Usuń
  10. Myślę, że u mnie by się na noc spisał:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na noc naprawdę bardzo, bardzo polecam!

      Usuń
  11. Dziw nad dziwy, jestem klientką YR od 14 lat i nie miałam nigdy temu kremu. To mówisz że faktycznie zredukował zaczerwienienia ? Ja na polikach za bardzo nie mam , no może trochę, ale w okolicy nosa niestety czerwoność, i szczerze mówiąc nie szukałam za szczególnie nic specjalnego do naczynkowej, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć w skuteczność. Ale chyba spróbuję coś wreszcie, a nuż mi się koloryt zrówna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to faktycznie dziwne, że nie wpadł Ci w ręce przy okazji jakiegoś gratisu czy inszej promocji ;) nie jestem pewna, że ten krem zredukował zaczerwienienia, ja go tylko o to podejrzewam... :)

      Usuń
  12. kremu nie znam, ale kusisz, bo mnie kusi wszystko, co potencjalnie złagodzi rumień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kto wie, może coś zupełnie innego miało wpływ na poprawę stanu mojej cery? :)) ale krem na noc zawsze możesz popróbować, skoro i tak jest porządnym nawilżaczem, a jeśli przy okazji coś pomoże z tym rumieniem, to już w ogóle super :)

      Usuń
  13. ja jakoś nie przepadam za kosmetykami YR, chociaż płyny do kąpieli mają cudne :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie wiem dlaczego, ale nie pałam jakoś zbytnią miłościa do kosmetyków YR.

    OdpowiedzUsuń
  15. Twoja recenzja jak zawsze jedyna w swoim rodzaju ;) czytam z uśmiechem na twarzy :)

    Co do kremu. Nigdy go nie widziałam, nie miałam pojęcia, że takie coś istnieje, mimo że z YR kilka smarowideł już używałam. Kilka z nich całkiem polubiłam (serię Elixir i krem Nutritive Vegetal) innych nieznosiłam (wszystko z Creme Riche) z tymi składami faktycznie jest tak jak piszesz, ale jeśli moja skóra lubiła dany krem, przymykałam oko. Tu i tak nie jest najgorzej, chętnie go wypróbuję, tym bardziej, że planowałam uzupełnić zapasy żeli pod prysznic, więc będzie co wrzucić do koszyka przy okazji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, dziękuję za komplement, dla takich słów warto pisać kolejne nietypowe teksty ;))

      Seria Elixir też mi się spodobała (zapach!!!), a co Ci nie podeszło w Creme Riche? u mnie krem pod oczy super się sprawdzał, innych nie testowałam.

      Usuń
  16. Ostatnio krem z YR niebieski hydra vegetal niezle mnie wysypał także kremom mówię chwilowo NIE. Ale może w przyszłosci :)

    P.s. paczka doszła, dziekuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ta seria Hydra Vegetal też mi się nie spodobała – serum dziwnie pachniało :/
      cieszę się, że paczka doszła, miłego używania!

      Usuń
  17. nie znam, ale przyznam szczerze że kremy YR średnio mnie kuszą...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger