25.04.2015

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 8

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 8
Nadszedł czas na znęcanie. Wiem, że to lubicie. W dzisiejszym odcinku „Moich kosmetycznych pomyłek” wystąpią beznadziejne produkty makijażowe i jedna denna baza pod manikiur. 

Po pierwsze: proszek, który jest proszkiem


L'Oréal Paris – HiP Kohl Eyeliner 

Na świecie jest tyle czarnych eyelinerów... Nie! To nie to zdanie. Na świecie jest tyle kohlowych kredek... więc dlaczego, ach, dlaczego, kupiłam kohlowy pigment? Czy to magia promocji? A może otępienie umysłowe, które dopadło mnie pewnego letniego, gorącego przedpołudnia? Dziś nie mam już nawet najbledszego pojęcia, co się stało, że ta przeuroczo wyglądająca fiolka czarnego pyłku znalazła się w moich zbiorach, ale wiem jedno: tego nie da się normalnie używać. Dlaczego? Bo to proszek, o, pyłek taki. A co robią pyłki? Pylą. Dlaczego pylą? Bo są pyłkami i taka ich pyłkowa natura. Och, mateczko, czy tym się w ogóle da wykonać jakąś kreskę? Mówiąc: „jakąś”, mam na myśli taką, która jest jakkolwiek nasycona czernią i nie rozchodzi się po całym oku, międzyoku i podoku*. A jeśli nawet się da, to... po co? Kredką będzie łatwiej. Płynnym eyelinerem będzie łatwiej. Albo żelowym. Łatwiej będzie wykonać ją czymkolwiek.


Po drugie: podkład, który nie jest tym, czym wydaje się być


Max Factor – CC Cream – Instant Complexion Enhancer w odcieniu 50 Natural

Ten podkład zapowiadał się wspaniale: wygodna, płaska tubka, niewielki filtr przeciwsłoneczny i pięknie dopasowany do mojej karnacji odcień. Trochę się zdziwiłam, że mojej bladej cerze potrzebny jest dopiero numer 50 i może to powinno mi dać do myślenia. Ale nie dało. Pamiętam, że ten krem CC nie był tani: kosztował ponad 50 zł, a ja kupiłam go bez żadnej promocji. Spodobało mi się w nim wszystko: pięknie się nakładał (w końcu CC mają być bardziej pielęgnujące od BB), ładnie wchłaniał i przyjemnie pachniał, miał dobre krycie, a przy tym nie był ciężki. Ideał. Zaaplikowałam więc sobie ten fantastyczny produkt na facjatę i taka piękna pojechałam do teściów. TEŚCIÓW! Gdy mój szanowny małżonek zaparkował pod blokiem, wyjęłam lusterko, aby wykonać niezbędne na tę ważną okazję poprawki. Co się okazało? Moja twarz była o dwa tony ciemniejsza od szyi. Zastanawiałam się, czy ścierać to z siebie obślinionym palcem, czy może pożyczyć od dzieci bawiących się na podwórku kawałek białej kredy. Ostatecznie wybrałam opowiedzenie tej przygody teściowej (to było łatwiejsze od poprzednich wariantów), ale krem CC Max Factor nigdy więcej się nie przydał.


Po trzecie: cień, którego nie ma


My Secret – Matt Eye Shadow nr 511

Cień jest mocno żółty. To ważne, bo po pierwsze: to zupełnie odjechany dla mnie kolor, więc miałam wobec niego pewne oczekiwania, a po drugie: znam inne dwa matowe cienie My Secret i sprawiają się dużo lepiej od tego (choć i one nie są idealne – przynajmniej są tanie i łatwo dostępne). Postarajcie się nie zwracać uwagi na fakt, że zdjęcie numer dwa jest ostre nie w ten sposób, jakiego byśmy oczekiwali, okej? No, więc czemu śmiem przywalać się do cienia z serii, która wielokrotnie była na blogach chwalona i otaczana czcią? Bo żółtek numer 511 jest całkiem do dupy. Opowiem Wam nudną historię: któregoś dnia, gdy wiało, lało i było nędznie, zapragnęłam przywołać wiosnę makijażem. Nie robię tego często w przypadku makijażu oka, wolę eksperymentować z żarówiastymi pomadkami. Owego dnia wykopałam z zapasów cień, którego nie używam nigdy. Użyłam i zachwyciłam się efektem. Cień My Secret wykorzystałam na dolnych powiekach, wykonałam też kilka finezyjnych plam na górnych. Było świetnie, a potem do Tomka przyszła fizjoterapeutka. Po godzinnych zajęciach, na których przecież nie ja się upociłam, spojrzałam w lustro. I co? I nic. Nie było tam nic – ledwie widoczny cień żółtości na górze, na dole zero absolutne. Pozostałe dwa cienie innych firm były na swoim miejscu, co dawało jeszcze dziwniejszy efekt wybrakowanego makijażu. Cienie My Secret są bardzo pudrowe i mocno pylą przy aplikacji – być może dlatego żółtek zwiał migusiem.


Po ostatnie: baza, która nie powinna istnieć


Euro Fashion Base Coat, 15 ml

Zakup tej bazy raczej Wam nie grozi, bo produkt jest nieznany, a ja kupiłam go przy okazji innych zakupów w jakiejś hurtowni. Gdybyście jednak zobaczyły tę flaszkę u manikiurzystki, uciekajcie prędko – lakiery na tej bazie (nawet po dość niszczącym odtłuszczaniu płytki) nie chcą się w ogóle trzymać: bez względu na firmę, odpryskują już następnego dnia. Zazwyczaj nie schodzą płatami, ale czy nieestetyczne, spore odpryski nie są wystarczającym czynnikiem dyskwalifikującym? Za tę nieprzyjemność zapłaciłam 11 złotych. Olać.


*słowa niewątpliwie zmyślone.

21.04.2015

Puchaty olbrzym: Elite Models – Kabuki Professional Powder Brush

Puchaty olbrzym: Elite Models – Kabuki Professional Powder Brush
Ten pędzel kupiłam nieco ponad dwa lata temu, czyli w czasach, kiedy o malowaniu wiedziałam minus zero*, jak mawia dziecię me jedyne, popularnie zwane Tomaszem. Chciałam „jakiś pędzel do pudru”, bo „te puszki coś nie bardzo”. Puszki-nie-bardzo do dziś uważam za nie-bardzo i nie bardzo umiem ich używać. Kiedy chcę w ciągu dnia dokonać poprawek tym czymś, czyli w praktyce przejechać po tłustym nosie, czole i poliku, aplikacja przypomina szpachlowanie butelki oleju, z której... wyciekło trochę oleju. Po ściankach. No bez sensu – w najlepszym razie mój nos zawsze wygląda jak posypany talkiem, potem poprawiam poprawki nieszczególnie czystymi palcami i dopiero wtedy jakoś to wygląda. Z naciskiem na „jakoś”. Nie mam pojęcia, jak Wy tego używacie. W tym miejscu zdradzę Wam pewien ściśle strzeżony sekret: noszę w torebce puder, ale kiedy pomyślę o puszku, nagle okazuje się, że świecąca gęba nie jest problemem. Czasem miewam w torebce również bibułki matujące i to one wykonują najlepszą na świecie robotę przy usuwaniu sebum. Ale nie zawsze mam bibułki. Zawsze mam za to puder, którego i tak nie używam. Tylko że miałam mówić o pędzlu.


Jest wyborny! To niesamowicie miękki, delikatny, doskonałej jakości syntetyk, który przez ponad dwa lata nie gubił włosia i nigdy nie robił problemów w kąpieli. Dopiera się bardzo elegancko, schnie szybciej, niżby się można spodziewać po jego wymiarach, a do tego jest najlepszym znanym mi pędzlem do pudrów sypkich i do delikatnego omiatania twarzy czym tam sobie chcecie. Nie jestem miłośniczką kolorówki w formie sypkiej, bo naprawdę dużo łatwiej kontrolować stan własnego makijażu na jeszcze bardziej własnej twarzy przy użyciu kosmetyków w kamieniu. Puchaty wielkolud z Elite zupełnie zmienił moje nastawienie do wszystkiego, co ma w nazwie „loose powder”. Zamiast sypać na pokrywkę zwykle i tak za dużą odrobinę pudru, zamiast pylić wszystko dookoła, a przede wszystkim siebie i swoje idealnie wyszczuplające, czarne ubrania, przykładam ten super extra large kabuki do sitka, odwracam opakowanie do góry tyłkiem i potrząsam. W ten sposób mam odpowiednią ilość pudru na pędzlu – odpowiednią do tego, żeby nie wyglądać jak baletnica na etacie w cyrku, jak również do tego, by nie razić blaskiem sebum przypadkowych przechodniów. 

Pędzel nadaje się oczywiście do produktów prasowanych – jego średnica jest porównywalna ze średnicą standardowego pudru, więc wszystko się pięknie komponuje. Włosie nie jest zbite jak w  Hakuro H55 czy kabuki z Lily Lolo – futrzaka jest dużo, ale rozkłada się jak tiulowa spódnica. Albo jak coś innego. Jedynie uchwyt okazał się średnio wygodny: przydałoby się coś dłuższego i łatwiejszego do trzymania. 

Jeżeli szukacie ogromnego, dobrej jakości pędzla do pudru, koniecznie wypróbujcie puchacza z Elite!

Cena: 35,99 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: drogerie Rossmann (tylko tam go widziałam)


*Dziś o malowaniu wiem plus zero, co upoważnia mnie do podzielenia się z Wami wrażeniami z ponaddwuletniego użytkowania tego pędzla olbrzyma.

19.04.2015

Bandi – Delicate Care – Kojący krem dla skóry tłustej [recenzja]

Bandi – Delicate Care – Kojący krem dla skóry tłustej [recenzja]
Bandi – polska marka kosmetyków, do której mam dużą słabość, choć coraz częściej zastanawiam się, od czego mi tak słabo. Jeszcze żaden kosmetyk nie powalił mnie na kolana, więc to chyba te śliczne opakowania. Tak, chyba one. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Bandi zachwyci moją skórę działaniem – bardzo bym chciała!


Kojący krem do skóry tłustej jest kolejnym Całkiem Niezłym kosmetykiem Bandi, ale też kolejnym, w którym się nie zakochałam. Poza tym nie lubię, kiedy producent obiecuje zbyt wiele, a potem to wiele się nie sprawdza. Może nie powinnam się mądralować, bo nie mam cery tłustej, tylko mieszaną w kierunku tłustej z bardzo tłustą strefą T, ale przecież moje tłuste_fragmentarycznie bardzo podobne do tłustego_na_całej_gębie, czyż nie? No, to się pomądraluję. 


Taaaaak, te opakowania są bardzo, bardzo miłe w odbiorze. Już od samego patrzenia moja skóra czuje się lepiej. Za te efekty specjalne odpowiedzialny jest szroniony plastik i nieprzesadzona szata graficzna – wspominam o tym dlatego, że wielu polskich producentów powinno szukać inspiracji u Bandi w kwestii opakowań. Higieniczne, niewalące po oczach airlessy to naprawdę doskonałe rozwiązanie na każdą okazję. Jedyny, wcale nie taki mały, minus tych pięknych butelek to fakt, że nie ma na nich ani słowa o składzie – tych informacji należy szukać na kartoniku lub w internecie, więc nici z szybkiego rzucenia okiem na to, czym się właściwie w danej chwili nacieramy. 


Zajrzałam więc na spód kartonika i dowiedziałam się, że składników jest sporo, nie ma wśród nich spektakularnych skuch (choć wolałabym nie widzieć w składzie m.in. izoparafiny), krem pielęgnuje w ścisłej współpracy z masłem karite, zawiera silikon, kwas hialuronowy, hydrolat oczarowy, wyciągi z morwy białej, tarczycy bajkalskiej, lukrecji i brzoskwini. Producent obiecał efekt matujący, bo krem zawiera magiczne biopolimery, które podobno przekształcają sebum w niewidoczne dla ludzkiego oka mikrogranulki. Brzmi fajnie, ale działa średnio. Okej, nie błyszczę jak stado cekinów i cekiniątek, ale to wciąż nie jest efekt matu. Pod podkład typu MAC Studio Fix lub Revlon Colorstay może być, ale przy lżejszych podkładach nawilżających typu Bourjois Healthy Mix matowanie w ogóle nie działa.

Konsystencja jest dość lekka i tym też chwali się producent, ale krem mógłby być trochę mniej tłusty, bo to zaburza wspomnianą lekkość (i nie sprzyja matowieniu). Nie zapchał mnie, szybko się wchłania, całkiem nieźle pachnie (ale daleko mu do ślicznego zapachu Aksamitnego kremu do rąk Bandi), działa poprawnie. Nawilża raczej przeciętnie i mimo że lekki i szybko-się-wchłaniający, ja po wchłonięciu wciąż czuję go na twarzy. To wszystko sprawia, że nie mam ochoty zaprzyjaźniać się z nim na dłużej, a ten, złośliwie, nie chce się skończyć. Ot, wydajny średniaczek. Właścicielkom cer tłustych polecałabym poszukać czegoś lepszego.

Pojemność: 50 ml
Cena: 40 zł
Ocena: 3+/6

14.04.2015

Wyniki urodzinowego konkursu

Wyniki urodzinowego konkursu
Witajcie, moje kochane Czytelniczki! Dziś wieczorem jeszcze raz przeczytałam wszystkie Wasze komentarze pod postem urodzinowo-konkursowym i łza wzruszenia zakręciła mi się w oku, serio! Takie łzy pojawiały się ostatnio, gdy Tomasz powiedział: „Kocham cię, mamusiu”, a potem dodał: „Mama, ajpadem bawimy? Filmik na jutubie”. Słodki, interesowny synuś mamusi. A teraz Wy i Wasze dziesiątki miłych słów, od których rozpłynęłam się jak moja ukochana milka z całymi orzechami. To znaczy ona się rozpływa, a orzechy nie, ale to wszyscy wiemy, prawda? A miało być poetycko. 

Żeby nie przedłużać, wrzucam zrzut ekranu z losowania. To co, kto wygrał dwa koty w worku? 


Ewelino, gratuluję! Czekam na maila z danymi do wysyłki. 

To jeszcze nie koniec. Wiecie, co było dalej? Zobaczyłam wynik konkursu i zaczęłam przeglądać jeszcze raz Wasze kosmetyczne marzenia. Niektóre były O Takie Wielkie, ale część z nich okazała się być wciąż w moim zasięgu. I zrobiło mi się żal. I pojawiły się te wszystkie: „ojej, szkoda, że ta nie wygrała, albo ta, albo ta”. A potem postanowiłam wrzucić wszystkie TE do kolejnej maszyny losującej i w ten oto sposób wyszło losowanie numer 2. 


Powiem tak. Jestem miękką pipką. Chciałabym nagrodzić wszystkich, ale nie mogę, dlatego... dodatkowe upominki otrzymają przynajmniej te z Was, które jednoręki bandyta wyszczególnił na ekranie. Tak, wszystkie sześć. Nie, nie będziemy już tego analizować, okej? ;) 

Aha, Ania podświetlona na żółto to Ania, która miała w awatarze piękne, czerwone trzewiki. Reszta jasna. Mój mail czeka na Wasze dane do wysyłki! 

No to dobranoc i dzień dobry. I oby kolejne dwa blogerskie lata upłynęły w tak miłej atmosferze jak dotychczas. Mam fantastycznych Czytelników. Dzięki Wam to miejsce żyje i ma się dobrze!

13.04.2015

Laura Mercier – Lip Glace w odcieniu Cherub, czyli prezent doskonały

Laura Mercier – Lip Glace w odcieniu Cherub, czyli prezent doskonały
Wyniki konkursu urodzinowego jutro. Dziś będzie o błyszczyku, który przypomniał mi o sobie przy okazji wiosennych porządków.

Jeszcze rok temu myślałam, że posiadanie błyszczyków z wyższej półki nie ma większego sensu. Wydawać kilkadziesiąt złotych (albo, o zgrozo, ponad stówę!) tylko po to, by cieszyć się kolorem na ustach przez niezbyt długą chwilę? Przecież to głupie. Minął rok i wiecie co? Nadal uważam, że to pomysł raczej z tych durnych :). A co, jeśli ktoś zrobi nam taki prezent? Ach, to już zupełnie inna historia. Lauro, dzień dobry, cześć i czołem, witaj w mych skromnych progach, rozgość się, proszę! 


Błyszczyk Laury Mercier trafił do mnie w ubiegłe wakacje w zestawie Flawless Colour Favorites wraz z miniaturą tuszu, pudrem brązującym, bazą pod podkład i paletą cieni. To był naprawdę piękny prezent, szczególnie że o ofercie marki miałam raczej mgliste pojęcie. W pudełku Flawless Colour Favorites znalazłam perełkę – niepozorną, bo kto by się spodziewał, że mając do wyboru tyle ciekawych produktów LM, regularnie będę wracać akurat do błyszczyka? <szok, niedowierzanie> 


Aplikator jest taki, jak lubię – przyjemna i łatwa w obsłudze gąbka na patyku. Cherub pachnie watą cukrową, co uważam za absolutnie fantastyczne. Niezbyt często robię w ciągu dnia poprawki makijażu ust, ale jeśli zabiorę ze sobą ten błyszczyk, nie muszę się martwić o to, że wspomniana wata cukrowa zejdzie z ust niezauważona. Jestem mentalnym (czasem nie tylko takim) grubaskiem, kocham jeść, wielbię słodycze, otaczam czcią wszystkie pyszności tego świata. Nic dziwnego, że Cherub w moim prywatnym rankingu znalazł się tak wysoko. 

Na szczęście nie jest z tych lepiących, ładnie odbija światło i nadaje ustom świeży, dziewczęcy wygląd. Lubię go również za niezobowiązujący kolor. Mogę mieć na powiekach nasmarowane cokolwiek (ładne cokolwiek, brzydkie cokolwiek, imprezowe cokolwiek), a on i tak będzie pasował. Zawsze miałam słabość do takich subtelnie podkreślających usta mazideł. O trwałości oczywiście nie ma co opowiadać – na pewno jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak nierówną walkę musi stoczyć warstwa Cheruba w konfrontacji z burgerem i porcją frytek (onieonie, zjadłabym). 


Czy taki prezent dla kogokolwiek mógłby okazać się nietrafiony? Lubicie tak delikatny efekt na ustach?

Cherub przyleciał do mnie zza granicy i nie widzę akurat tego odcienia w naszym Douglasie, ale wybór Lip Glace'ów jest spory – mam nadzieję, że wszystkie pachną/smakują smażonym białym cukrem! Za 4,5-gramowe opakowanie polski dystrybutor życzy sobie 125 złotych.

06.04.2015

Projekt denko, odc. 24

Projekt denko, odc. 24
Za nami miesiąc pełen wzruszeń. Miesiąc z mężem na przymusowym urlopie transferowym, a także z Tomaszem chorym na zapalenie oskrzeli, potem na ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek, a potem jeszcze na nawrotowe zapalenie układu moczowego. No i z moją anemią na deser. Taki to był marzec marzeń – pogłębiałam wiedzę medyczną. 


Ciekawa jestem, jak minęły Wam Święta. Czy puszczaliście „Jingle Bells” do śniadania i lepiliście śniegowego zająca? A może było jak zawsze – rodzinnie, miło i słonecznie? U mnie w tym roku niestety pustka w środku. To chyba przemęczenie życiem albo coś innego, czego jeszcze nie zdiagnozowałam. Wymyśliłam, że powrót do formy dobrze będzie zacząć od pozbycia się denkowego śmieciowiska. Panie i Panowie, oto przegląd pustych opakowań, które trzymałam w domu przez ponad miesiąc, bo przecież wszyscy w blogosferze jesteśmy nie do końca normalni.


Yves Rocher – Hydratation – Botanical Care Mist – dziwna sprawa z tą mgiełką, bo: nie lubię mgiełek, okazuje się, że nie są mi potrzebne do szczęścia, poza tym nie rozkochał mnie w sobie zapach yvesrocherowego wynalazku, a jednak bez grymasu z serii o-fuj-o-ble wyeksploatowałam ten spray do ostatniej kropli. Bo nagle się okazało, że zapach miał w sobie coś interesującego, a opcja opryskania się zamiast czasochłonnego wmasowywania kremu niejednokrotnie uciszała wyrzuty sumienia z serii „jak mi się nie chceeeeeee”. Ano tak, bo to mgiełka – podobno – nawilżająca! 

Yves Rocher – Monoi de Tahiti – suchy olejek – jeżeli choć raz Wasz nos wąchał gardenię tahitańską, nigdy już nie pomylicie jej zapachu z czymkolwiek innym. Jest nie do podrobienia. Testowałam olej monoi, wodę perfumowaną z Sephory i ten suchy olejek – wszystko pachniało identycznie. To zapach bardzo intensywny i bardzo duszny, trzeba lubić. Jeśli lubicie, ten olejek bardzo przypadnie Wam do gustu. Jedyny minus: butelka, która lubi się ufajdać, w związku z czym po pewnym czasie zaczyna odchodzić etykieta. 

Nuxe – Huile Prodigieuse – a to mój absolutnie ukochany suchy olejek o cudownym, oryginalnym zapachu. Stosowałam go do pielęgnacji ciała i czasami do włosów – na twarz jakoś nie miałam odwagi. Przy kolejnej butelce pewnie poczynię twarzowe próby, bo na myśl o tym, że mój nos miałby się wwąchiwać namiętnie w ten nieporównywalny z niczym aromat, stopy przytupują radośnie. Aha, jaskółki donoszą, że olejek jest (lub zaraz będzie) dostępny w limitowanej, czarnej butelce. Jak ktoś lubi pięknie pachnące olejki oraz czarne butelki, to może być interesujące połączenie. /recenzja porównawcza Nuxe i Yves Rocher/

Organique – Fresh'n'fruity – Body Fluffy Souflete – pisałam o nim niedawno, więc nie będę się powtarzać. To pięknie, rześko pachnący, rolujący się i niepielęgnujący kosmetyk do ciała. Firmę kocham, ale tutaj coś się nie udało, za co wielki klaps w organique'owe dupsko. /recenzja/


Kamill – Wellness Shower – Wild Rose Milk – kupiłam kiedyś ten kremowy żel pod prysznic w promocji za 2,99 zł. Ładnie się pienił, po myciu zostawiał skórę przyjemnie gładką, ale zapach dzikiej róży na słodko nieszczególnie mnie zachwycił. Nie planuję powrotu. 

Balea – jagodowy żel pod prysznic – brrrrr, to jeden z większych podprysznicowych koszmarków, jakie sobie przypominam. Ta cholera śmierdzi jak najgorsza guma balonowa – nie ma to nic wspólnego ani z jagodami, ani z lodami jagodowymi. Pewnie co nos, to opinia. Z tego co pamiętam, Iwetto bardzo podpasował ten zapach w maśle do ciała. Nie wiem, może tam pachnie inaczej, ale mój nos mówi zdecydowanie NIE i odetchnął z ulgą, gdy butelka wydała z siebie ostatnie pierdnięcie.

Timotei – Moc i Blask – szampon do włosów normalnych z wyciągiem z róży jerychońskiej – kupiłam kiedyś w promocji za niecałe pięć złotych, używałam nieregularnie, ale nie miałam zbyt wielu powodów, by do niego wracać. Moje rzadkie, cienkie piórka były po nim miękkie i sypkie, pachniał możliwie, ale bez ochów i achów. Jest do włosów normalnych, więc nie ograniczał przetłuszczania (co byłoby bardzo mile widziane), ale niestety, mam wrażenie, że przesuszał skalp. Kiedyś szampony Timotei były fajniejsze, a już na pewno dużo lepiej pachniały.

Świt Pharma – Exclusive Cosmetics – SPA For Foot – a to nawilżające skarpetki do stóp, które pachną miętą. Ich ekskluzywność producent wycenia na 15 złotych. Mimo zawartości gliceryny, mocznika i masła shea skuteczność oceniam jako przeciętną. To dobry pomysł: posiedzieć z maską-gotowcem przez pół godziny, ale nie ma co liczyć na spektakularny efekt – nieraz wspominałam, że w pielęgnacji stóp (ku mojej rozpaczy) najważniejsza jest systematyczność. Takie skarpety będą doskonałe dla kogoś, kto ma piękne, miłe w dotyku stópki i chciałby im podarować trochę więcej nawilżenia. W moim przypadku to niestety nieco bardziej skomplikowane...


Garnier – Płyn micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – dzięki temu, że w styczniu zapomniałam zabrać na weekendowy wyjazd płyn do demakijażu, wreszcie dostąpiłam zaszczytu zapoznania się ze słynnym micelem Garniera, który przez wielu uznawany jest za godnego konkurenta legendarnej różowej Biodermy. Coś jest na rzeczy, bo na mnie Garnier również zrobił bardzo dobre wrażenie. Sprawnie radził sobie z makijażem, choć nie miał okazji zmywać czegoś naprawdę hardkorowego (ale do tego typu zadań zawsze zaprzęgam dwufazówkę Pur Bleuet z Yves Rocher). Nie podrażniał i nie był tak obrzydliwie gorzki jak Bioderma, dlatego na pewno jeszcze się spotkamy.

Clarena – Diamentowy krem liftujący (miniatura) – to krem z serii tych, które nazywam roboczo staroświeckimi. Bo jest do twarzy, a intensywnie pachnie, bo zapach sam w sobie trąci myszką. Nie zauważyłam wielkiego efektu liftingującego, ale skóra trzydziestolatki chyba nie jest jeszcze na tyle obwisła, żeby dało się zauważyć spektakularne napięcie. Poza tym krem był w porządku – pod makijaż do cery mieszanej w kierunku tłustej okej. Aha, okazał się zaskakująco wydajny – 30 ml zużywałam tak długo jak standardowe czterdziestki. 

Bioliq – Krem nawilżający pod oczy, 25+ – ot, krem. Krem jak krem. Dość rzadki, wchłaniał się tak szybko, że aż nie zauważyłam jego działania. Coś tam może nawilżył, ale ogólnie jest niegodny. Nawet gdybym była młodsza o tych kilka lat i nie miałabym ani jednej zmarszczki pod okiem, wolałabym zainwestować w coś porządniejszego. 

Vichy – woda termalna (miniatura) – naprawdę nie pojmuję, co wody termalne mogą robić z cerą. Szczególnie te, które producent zaleca zetrzeć z twarzy po kilku sekundach. Vichy sprawuje się dokładnie tak samo jak La Roche Posay – moczy skórę. Zużyłam ją bez przekonania. Jedyne, co daje jakiekolwiek uczucie nawilżenia i odświeżenia, to woda winogronowa Caudalie (tak, tak, wakacyjna Magda ma rację, to bardzo fajny psikacz do twarzy!). I może jeszcze Uriage, której używałam w zeszłym roku latem, no ale ani Caudalie, ani Uriage nie trzeba zmywać, a takie kilkusekundówki z Vichy czy LRP są dla mnie bez sensu. O, można nimi pryskać glinki, żeby nie zasychały za szybko.

Green Pharmacy – Jedwab w płynie – obiecałam sobie kiedyś, że będę dbać o końcówki moich kupowatych włosów i dzięki temu włosy będą wdzięczne, szczęśliwe, a ja razem z nimi, ale tak jakoś wyszło, że jedwabiu użyłam kilka, może kilkanaście razy, do tego nieregularnie, więc zupełnie nie mam pojęcia, czy działa on, czy też nie. Wywalam, bo data się unieważniła.


Organique – Enzymatic Peeling & Herbal – dobry peeling enzymatyczny, o dobrej, maślanej konsystencji i dość specyficznym zapachu. Więcej pisałam o nim tutaj: recenzja.

Sally Hansen – Nail Rehab X – odżywka do paznokci –  na zdjęciu wygląda, jakbym wyrzucała niemalże pełną flaszkę, ale tak naprawdę odżywki została 1/3 – zgęstniała i nawet Duraline nie dał rady jej rozrzedzić. Kiedyś poleciła ją Tęczowa Banieczka jako dobrą bazę i miała rację – u mnie też Nail Rehab X przedłuża żywotność manikiuru, a lakiery Essie w końcu trzymają się dłużej niż dwa dni. Więcej napiszę o niej w pełnej recenzji.

Catrice – Evolution Revolution – dwustopniowa maskara pogrubiająca – mój absolutny zeszłoroczny faworyt. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo na imię jej limitka i ślad po niej zaginął wieki temu. Zużyłam właśnie ostatnią sztukę z zapasów. Cosnovo, słów mi brak dla twoich marketingowych decyzji. 

Joko – Wet Lips J56 – okazało się, że pomadki Joko z serii Wet Lips są bardzo dobrej jakości. Uwielbiam je za maślaną konsystencję i odpowiednio nasycony kolor. Odcień J56 pokazywałam tutaj: klik, ale widzę, że producent mocno namieszał w ofercie i Wet Lipsy nie są już takie same. Zmieniły się nazwy, a numerki nie pasują do starej edycji. Wierzę, że nowa linia ich pomadek nawilżających jest równie dobra i niczego nie spartaczyli przy odświeżaniu oferty. J56 z wielkim bólem serca wywalam, bo zjełczała, ale wiedzcie, że kolor był perfekcyjnym, brudnoróżowym nude.

NYC – Ultra Moist Lip Wear Lipstick nr 312 Chiffon – perłowa, zbyt jasna, na moich ustach wygląda dziko i tandetnie. Używałam jej od czasu do czasu w duecie z dziwnym wynalazkiem z Essence – czarnym topem z limitowanej edycji „Zmierzchu”, co dawało na ustach mroczny, gotycki, ale ciekawy efekt. Walory użytkowe porównywalne z pachnącymi arbuzem pomadkami Miss Sporty i prastarymi szminkami Bell w bordowych (?) opakowaniach.


Jeśli chodzi o próbki, mogę zdradzić, że nowy zapach Yves Rocher już przybył do mnie w pełnym wymiarze jako gratis do zamówienia (a miałam nic nie zamawiać... :P), dowiedziałam się też, że krem Azelac chwalonej przez Hexxanę SesDermy mnie nie uczula, więc spokojnie mogę go kupić i wypróbować. Żel pod prysznic Aquoliny z kwiatem pomarańczy jest bardzo kwiatowo-pomarańczowy (czyli zupełnie niecytrusowy) – to chyba nie do końca moje klimaty, krem tonujący Caudalie dla cer jasnych i średnich okazał się marchewkowy, szampon Sylveco nie zrobił na mnie wrażenia, a migdałowe masło do ciała Collistar zaciekawiło mnie dobrymi właściwościami nawilżającymi, choć babciny zapach trochę zniechęca.

Żegnajcie, butelki, słoiki i inne. Miło było, ale fajnie, że już sobie idziecie, bo kolejne kilogramy kosmetyków czekają. Wiecie, jak jest.

03.04.2015

100 lat, blogu! + konkurs urodzinowy

100 lat, blogu! + konkurs urodzinowy
Dokładnie dwa lata temu załadowałam moje matczyne dupsko do blogosfery urodowej. I wiecie co? Była to jedna z najlepszych decyzji w życiu! Blog nie tylko dał mi możliwość poznania świetnych ludzi i miejsc w sieci – stał się również moim kawałkiem świata, bardzo ważną sprawą, wielką pasją.

Pisanie o kosmetykach – z pozoru płytkie i głupie. Trochę wstyd chwalić się znajomym, bo jak to brzmi? „Piszę o kosmetykach, recenzuję kremy przeciwzmarszczkowe, pokazuję zdjęcie ust wysmarowanych szminką i analizuję skład balsamu ujędrniającego tyłek”. Tak myślałam dwa lata temu. Teraz nie wydaje mi się to ani trochę głupie – czy nasze blogi urodowe nie są po prostu fragmentami bardzo obszernego czasopisma dla kobiet? Czytam tę wspólnie przez nas tworzoną gazetę już ponad dwa lata i oderwać się nie mogę. To uzależniające!

Moje dawne Czytelniczki powinny jeszcze pamiętać ten layout :)

Tak się złożyło, że w trakcie mojego blogowania w życiu prywatnym działo się bardzo wiele złych rzeczy. Prawie wszystkie były i są związane z Tomkiem – ultradzielnym prawie_trzylatkiem, który medycznie przeszedł więcej, niż większość z nas przez całe swoje życie. Serce mi pęka, kiedy patrzę na to, ile trudnych spraw ma do ogarnięcia ten mały człowiek. Patrzę i myślę. Myślę i patrzę. I tak cały czas. Od wiecznego umartwiania ratują mnie najbliżsi, ale blog również. Piszę, czytam, komentuję i... od razu mi lepiej.

Dziękuję Wam za to, że jesteście. Za to, że mimo iż internet ledwo już mieści wszystkich blogerów traktujących o kosmetykach, znajdujecie czas i chęć, żeby wracać właśnie do mnie, żeby zostawić komentarz, napisać miłego maila. To wszystko mnie uskrzydla i mimo że czuję, jak bardzo patetycznie i nie po mojemu napisałam mój przydługi wstęp, po prostu musiałam się tym z Wami podzielić.

A teraz czas na clou wieczoru: drugie urodziny bloga Smaruję, wcieram, maluję będziemy świętować wspólnie!

Mam dla Was nagrodę, która bardzo Wam się spodoba, ponieważ składa się z dwóch części. Część pierwsza to niespodzianka. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie są to gruszki na wierzbie (och, cóż za wyborny żart, Agato!). Część druga jest jeszcze fajniejsza, bo... wybierzecie ją same!

Zasady są proste: ja trzymam w komodzie, w pudełku, w drugiej szufladzie od dołu nagrodę niespodziankę dla zwycięzcy, a każdy, kto chciałby wziąć udział w konkursie, ma obowiązek zastanowić się chwilę i odpowiedzieć na pytanie:

Jakie jest Twoje kosmetyczne marzenie?


Odpowiedzi zostawiajcie w komentarzach, czekam na nie do niedzieli 12 kwietnia. Zwycięzcę wybiorę jak zwykle drogą losowania, a potem, jeśli tylko będę w stanie spełnić marzenie danej osoby, zrobię to z największą przyjemnością. Jedyne, o co mogę Was prosić, to względny rozsądek w tym bujaniu w kosmetycznych obłokach – jeśli coś będzie poza moim zasięgiem lub poza zasięgiem jakiegokolwiek śmiertelnika, będę musiała wymyślić produkt czekoladopodobny :).

Do dzieła. A przy okazji...



...Wesołych Świąt!

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger