28.05.2015

Moje cienie Essence – przegląd

Moje cienie Essence – przegląd
Z cieniami z Essence jest bardzo, bardzo różnie. Wśród pięknych i/lub nietypowych odcieni zdarzają się porządne jakościowo egzemplarze i trudni w obsłudze, słabo napigmentowani nędzarze. Być może na tę drugą grupę nie znalazłam jeszcze dobrego sposobu (lub dobrego pędzla). Moja minikolekcja składa się z zupełnie przypadkowych kolorów. Potrzebowałam czegoś nowego do eksperymentów lub brałam stare, dobre szaraki, „bo tanie”. I tak zebrałam tę niezbyt imponującą gromadę:


Chyba żadnego z nich nie kupiłam w regularnej cenie – nigdy nie ostrzyłam sobie zębów (hmm, powiek? czy można ostrzyć sobie powieki?) na cienie akurat tej firmy, bo tyle jest innych pięknych egzemplarzy w ofertach pozostałych marek, że nie warto zawracać sobie Essence głowy. No ale kiedy Natura wyrzucała do koszyka z przecenami różne nietknięte paluchami sztuki, jakoś trudno było mi się oprzeć. Teraz już opieram się bez problemu – po prostu nie zaglądam do koszyków z resztkami. Na pewno znacie to staropolskie przysłowie: mądry Polak po tym, jak szuflady przestają mu się domykać.


Jestem właśnie w trakcie wielkiego projektu „porządki w kosmetykach” i zastanawiam się, które cienie z tej gromady zostawić, a które puścić dalej w świat. Pomyślałam, że możemy posprzątać razem. Zacznę opowieść od najdziwniejszego egzemplarza w kolekcji, który na zdjęciach wygląda całkiem zwyczajnie, ale na powiece zwyczajny już nie jest:


32 jazzed up (holographic) – cień holograficzny, który mimo bazowej ledwo-zieleni, zostawia różową poświatę. Na sucho jakoś daje radę (choć pigmentację ma mocno średnią – najlepiej nakładać go palcem), a na mokro praktycznie nie da się go używać. Chętnie bym się go pozbyła, bo ani to ładne, ani porządne, ale jakoś nie mogę – prawdziwe studium przypadku. Zaaplikowany palcem na skórę (jak na powyższym swatchu) wydaje się zupełnie zwyczajną, mocno rozbieloną miętą. Na powiece zamienia się w coś rybopodobnego – mieni się niczym świeżo oskrobany pstrąg tuż przed upieczeniem. Nie mam pojęcia, po co mi ten cień. Nie mam nawet pojęcia, po co on komukolwiek, ale lubię go mieć właśnie z powodu tej dziwaczności. Szkoda, że opakowania są marne – oczko się urwało temu misiu i klapkę da się skutecznie zamknąć tylko przy użyciu taśmy klejącej.

Cała reszta prezentuje się tak:


64 grey hound (shimmer) – szarak z różowo-fioletowym połyskiem. Pigmentacja w porządku, łatwy w obsłudze – w tej cenie nie mam się do czego przyczepić.

54 yes eye can (shimmer) – w opakowaniu ładny błękit, który jest tak miękki, że aż rozpada się na kawałki. Nie przywiązujcie się za bardzo do efektu, jaki uzyskałam powyżej, smarując skórę palcem. Jak to często bywa w świecie cieni, przy aplikacji pędzlem na powiekę pigmentacja marnieje, a Yes Eye Can zostawia głównie perłową poświatę, zupełny brak pigmentu. W przeciwieństwie do Jazzed Up, na mokro staje się tym, czym być powinien: połyskującym, jaśniutkim, metalicznym błękitem. A już miałam go wywalić.

30 happy hour (metallic) – piękna, morska zieleń bardzo dobrej jakości. Cień jest miękki, doskonale napigmentowany, nie pyli i dobrze się aplikuje palcem oraz pędzlem. Nie polecam stosowania na mokro – traci cały swój urok, źle się nakłada, no i przede wszystkim nie ma potrzeby tak się z nim bawić. Mam z nim tylko jeden problem: nie jest mi w ogóle potrzebny, bo nie używam takich kolorów. 

61 out of the blue (sparkling) – granat z dość grubym brokatem, który w trakcie przenoszenia z opakowania pod właściwy adres łagodnieje. Mógłby być pięknym cieniem wieczorowym, gdyby nie fakt, że ciężko się go nakłada. Na sucho zamienia się w średnio napigmentowanego granatowego szaraka z pojedynczymi drobinkami, na mokro trzeba się nieźle namachać, ale da się uzyskać odcień zbliżony do tego z opakowania. Na bazie trzyma się nieźle, ale nie kochamy się ani trochę, choć z przyjemnością patrzę na niego w wersji nieużywanej. Jest prawie identyczny jak wypiekany cień Joko Universe duo J312. 

68 strawberry ice cream (shimmer) – a to mocno perłowy, jasny róż, który intensywnie odbija światło. Dość dobrze napigmentowany, nie osypuje się i łatwo daje się rozcierać. Kolor, jakich wiele, ale jakość bardzo przyzwoita.


Poza tym mam jeszcze dwa cienie z ubiegłorocznej limitki Beauty Beats, poświęconej naszemu słodkiemu cukiereczkowi popkultury, naszej nieco już przygaśniętej gwiazdce – Justinowi Bieberowi. Cienie kupiłam na wyprzedaży w Naturze po 4,99 zł za sztukę. Mam numery 02 I'm Backstage i 03 As Long As You Love Me. Oba są nieźle napigmentowane, ale wymagają kilku warstw, żeby w wersji bez bazy dawały nie tylko blask, ale i kolor. Numer 02 jest odrobinę ciemniejszy i bardziej zielony od holograficznego Jazzed Up i na powiece daje głównie efekt rozświetlenia, odcień jest jakby nieistotny. Numer 03 to stalowa szarość, dzięki której mimo wszystko trudno uzyskać efekt mrocznej, ciężkiej, imprezowej powieki. Mi takie niezbyt mocno napigmentowane cienie często bardzo się przydają: przy szybkim, porannym make-upie egzemplarze dające efekt nie-WOW są naprawdę mile widziane.

Gdybym miała pokusić się o jakieś podsumowanie, powiedziałabym, że na razie czuję się zupełnie wyleczona z cieniowych nowinek od Essence. Znudziło mi się chyba zbieranie takich przypadkowych kosmetyków, ale warto podkreślić jedno: cienie tej firmy wcale nie są do bani. Jeżeli macie możliwość, przed zakupem wymacajcie tester i od razu stanie się jasne, czy konkretna sztuka warta jest zostawienia w sklepie tych kilku złotych. Używacie cieni Essence? Ciekawa jestem, jakie macie z nimi doświadczenia.

26.05.2015

Jego Najjaśniejsza Tłustość: Organique – Shea Butter Body Balm o zapachu magnolii [recenzja]

Jego Najjaśniejsza Tłustość: Organique – Shea Butter Body Balm o zapachu magnolii [recenzja]
Kosmetyki Organique pachną obłędnie. Mają dobre składy, większość z nich również dobre właściwości pielęgnacyjne, opakowania cieszą oko. Odwiedziny w sklepach stacjonarnych to prawdziwa przyjemność, szczególnie jeśli w ręku trzymamy rabat z kolorowego czasopisma. To właśnie powody, dla których Organique jest jedną z moich ulubionych marek. Najpierw myślą, a potem robią.


Balsamy z serii Shea Butter Body Balm – mimo że w sklepie bardzo atrakcyjnie wyglądają w kamionkowych pojemnikach i kuszą pięknymi aromatami – do tej pory omijałam dość szerokim łukiem (może nie skrajnie szerokim, bo starałam się zachować odległość pozwalającą mi na swobodne wwąchiwanie_się_w). Moja skóra nie jest specjalnie przesuszona (lata regularnej pielęgnacji robią swoje), a te balsamy są totalnymi tłuściochami, czyli całkowitym przeciwieństwem tego, o czym myślicie, gdy słyszycie słowo balsam. Mówiąc: totalnymi, mam na myśli fakt, że w praktyce wsmarowujemy w siebie czysty tłuszcz. Jakie to szczęście, że owy tłuszcz pachnie wybornie. Mimo wszystko nie kupowałam wspomnianych balsamów ani na wagę, ani w gotowych opakowaniach, bo nie przepadam za aż tak tłustą, ciężką powłoką na skórze, a w sklepach Organique tyle innych, ciekawych i pięknie pachnących produktów! 

Okazję do przełamania się i przetestowania tłuszczowych kostek stworzyła moja kochana Mama, która pewnego razu przytargała do domu jako jeden z prezentów bez okazji (albo może z okazji piątku?) od razu dwa słoiki Shea Butter Body Balm. Pomyślałam wtedy coś w stylu, że ech, mamusiu, jesteś najlepsza na świecie, ale przecież to takie tłuste i jak ja, co ja z tym zrobię. Zanim jednak zdążyłam ułożyć w głowie sensowne, wiążące przemyślenie, Tomasz wziął sprawy w swoje ręce. Odkręcił od razu oba słoiki i zaczął w nich skrobać. W pokoju zapachniało fantastycznie, a (w każdym sensie) tłuste, Tomaszowe paluszki skrobały dalej. Skrobać można bardzo długo, bo balsamy z tej serii są ciałem absolutnie stałym i żeby to zmienić, trzeba je intensywnie pocierać o ciepłą skórę. Albo wystawić na słońce. 


Konsystencja prawie nie różni się od klasycznego, naturalnego masła shea, ale producent uznał, że w razie gdyby komuś było za mało tłuszczu, dołoży jeszcze wosk pszczeli. I może trochę oleju sojowego. I z awokado. Aaaa, może jeszcze odrobinę tego z pestek winogron. No, teraz jest wystarczająco tłusto i odżywczo. Pominął za to całkowicie nieprzydatny jego zdaniem składnik widniejący na pierwszym miejscu większości składów, czyli wodę. Nacieranie się wodą? Bez sensu.

W efekcie aplikacja balsamu jest sporym wyzwaniem. Nie lubię tego, jak tępo sunie po skórze (szczególnie na tej włochatej, na rękach – mam nadzieję, że nie jestem jedyna na świecie z owłosionymi przedramionami i że golenie rąk nie jest standardem, hę? dobrze, że moje włosy cienkie i blond obowiązują nie tylko na głowie). Mimo wszystko balsam aplikuje się łatwiej niż masło shea solo. No i dobrze. Po wysmarowaniu się skóra, zgodnie z przewidywaniami, jest tłusta z zachwytu.  I obłędnie pachnie. Wersja z magnolią to bardzo intensywny, kwiatowy zapach. Czy magnolii? Nie mam pojęcia, ale jeśli tak pachną te kwiaty, to ja poproszę bukiecik. Albo drzewo pod oknem. Balsam nieprędko się wchłania, pewnie część wcieram w pościel, ale za to ranoooo... och, rano jest mi błogo! Skóra jest w doskonałym stanie, nie chce jej się ani jeść, ani pić, a skoro ja o poranku mam ochotę na jedno i drugie, toby znaczyło, że dermalna część mnie całą noc żre i łoi. Na zdrowie, droga skóro.

Na koniec powiem tylko, że z uwagi na swoją kamienną tłustość balsamy Organique są bardzo wydajne. Należy się też oficjalny opiernicz dla producenta, że nie jest łaskaw dokładać folii ochronnej. Ja wiem, że pani w sklepie pilnuje, by nikt nie dłubał w słoikach, ale lepiej bym się czuła, gdybym dokonała uroczystego przecięcia wstęgi. Tyle. Znacie pachnące shea-mikstury Organique? Lubicie takie ciężkie formuły?

Pojemność: 100 lub 200 ml
Cena: 34,90 zł za 100 ml i 63,90 zł za 200 ml
Ocena: działanie na 5+, konsystencja na dwóję
Dostępność: sklepy stacjonarne Organique + sklep internetowy (klik)

23.05.2015

Czysta radość: Sue Devitt – Microquatic – Oxygen Infusion Masque

Czysta radość: Sue Devitt – Microquatic – Oxygen Infusion Masque
Znacie kosmetyki, które nie wykazują nadzwyczajnych właściwości pielęgnacyjnych, a Wy uwielbiacie je mimo wszystko? Ja mam kilka takich perełek, głównie są to smarowidła do ciała, które jakoś tam nawilżają, z naciskiem na jakoś, ale mają albo piękny zapach, albo niesamowitą konsystencję. Jakiś czas temu do tej kolekcji dołączył kosmetyk z trochę innej bajki – maska do twarzy od Sue Devitt. Jest niezwykła (maska, z Sue nie znamy się osobiście, więc nie wiem), bo nie robi wprawdzie nic specjalnego skórze, ale robi mojej głowie, gdy jej używam. Właściwie można uznać, że dzisiejszy wpis jest wpisem upamiętniającym bądź inspirującym do poszukiwań podobnego produktu, bo ten jest już niedostępny. Dlaczego? Bo Sue się znudziło*.


Sue Devitt to bardzo ładna, długowłosa pani z Australii, która jest znaną makijażystką gwiazd. Z jej usług niejednokrotnie korzystały m.in. Jennifer Lopez i Sandra Bullock, przygotowywała makijaże na pokazy Versace, Valentino, Dolce & Gabbana. W którymś momencie kariery postanowiła stworzyć własne linie kosmetyków pielęgnacyjnych i makijażowych i tak w 2000 roku powstała niezależna marka Sue Devitt Beauty, mająca niemałą rzeszę wyznawców. Dwa lata temu Sue odeszła z branży (może po prostu na emeryturę, bo ile można?), a na Truskawce możecie znaleźć resztki magazynowe. Kosmetyków pielęgnacyjnych raczej bym już nie kupowała, bo pewnie niedługo skończą im się daty ważności, ale kolorówka? Może ktoś się skusi, podobno róże były super, a jest jeszcze jeden do zgarnięcia w bardzo dobrej cenie (klik). 


Wróćmy jednak do bohatera dzisiejszego wpisu. Maska Sue Devitt jest najdziwniejszym produktem do twarzy, z jakim dane mi było się poznać. Na pierwszy rzut oka jej dziwność ogranicza się do intensywnie niebieskiego koloru, ale najlepsze zaczyna się potem. Nałożona na skórę, prędko pokazuje swe nadzwyczajne moce. 


Żelowa formuła na twarzy ulega autoaktywacji i zamienia się w naładowaną tlenowymi bąblami pianę. Piana powstaje na skórze wcale nie od pocierania, tylko ot tak, bo chce być pianą. Pączkuje. Rozrasta się niczym grzybica pochwy ciasto drożdżowe w piekarniku. Uczucie jest niesamowite – wydaje się, jakby to wszystko miało zaraz spłynąć z twarzy, czuć delikatne łaskotanie, jest mokro i jednocześnie sucho, lekko i przyjemnie. Kosmetyk ma ciekawy, uniseksowy zapach, a maska w trakcie całego performensu podobno wgryza się w pory i skutecznie je oczyszcza. Regularne okłady z tego dziwacznego żelu mają doprowadzić do tego, że staniemy się posiadaczkami czystej, nieprzetłuszczającej się nadmiernie skóry, która jest ukojona i nie rumieni się zanadto. To akurat bujdy na resorach, ale kto by się tym przejmował wobec faktu, że po 10 minutach z tym czymś na twarzy mam świetny humor, cera jest nawilżona i miła w dotyku? No szkoda, że to se ne vrati, ale jeśli znacie kosmetyk, który robi podobny show, koniecznie dajcie znać.

Papa, Sue. Papa, masko. Miło było poznać!

Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 200 zł, ja kupiłam na Truskawce za 51 zł
Ocena: niejednoznaczna.


*albo miała inne, ważne powody. Niestety, nie znam szczegółów jej odejścia z branży.

20.05.2015

Pędzle Kozłowski po prawie dwóch latach – czy wciąż żyją i mają się dobrze?

Pędzle Kozłowski po prawie dwóch latach – czy wciąż żyją i mają się dobrze?
Niecałe dwa lata temu, z okazji rocznicy ślubu, dostałam od męża zestaw pędzli. Miałam wtedy kilka sztuk innych firm – kilka to, o ile pamiętam, trzy plus zestaw żenujących, bazarowych plastikowców, które ktoś kiedyś w dobrej wierze mi podarował, a ja – w jeszcze lepszej wierze – usiłowałam się nimi malować. Miałam też bardzo mgliste pojęcie o sztuce makijażu, ale bardzo chciałam się uczyć i doskonalić! I, rzecz jasna, malować jak wszystkie Maxineczki, KatOsu i digitalgirle razem wzięte (still in progress, 13% completed). Głęboko zaniepokojony moimi makijażowymi rozterkami małżonek postanowił zareagować (widział, jak oglądam tutoriale na YouTube i próbuję odtworzyć to, co tam pokazują, a zamiast tego wychodzi jajko sadzone z brokatem). Zasięgnął rady wśród makijażystek pewnej znanej stacji tv, a one poleciły mu pędzle Kozłowskiego (tak naprawdę zachwalały MAC-a, ale wiadomo, że nikt normalny nie złożyłby zestawu startowego z pędzli tak szalonych cenowo – one też to wiedziały, więc uznały, że Kozłowski to jest to). Wraz z otrzymaniem tego fantastycznego podarku bazarową tandetę posłałam do stu śmieciowych diabłów, a następnie zaczęłam się modlić, żeby pędzle miały na trzonkach opis, kim są i do czego służą. Połowie z nich  nie umiałabym sama znaleźć zastosowania.  


Niektóre opisy miały, inne nie. Wszystkiego dowiedziałam się od starego przyjaciela Google'a. Mąż wybrał najobszerniejszy, 20-elementowy zestaw, ale nie wszystkie sztuki są w stałym użyciu (jak to przy zestawach), dlatego pokażę Wam tylko te, które przez ostatnie dwa lata były wykorzystywane regularnie, bo to przecież wpis o ich trwałości. 

Już przy pierwszym spotkaniu z moją bandą od Kozłowskiego zachwyciła mnie ich miękkość. Wykonane z naturalnego włosia, lekko sunęły po skórze, a ja nie mogłam się nadziwić, że pędzle mogą TAK malować. Dziś wiem, że nie są jedyne, ale jeśli chodzi o miękkość, rzeczywiście się wyróżniają. Pędzle do twarzy, które widzicie poniżej, zostały wykonane z włosia wiewiórki (no to czemu nie są rude, halo!). Pędzlom mniejszym (do oczu) owłosionego tyłka użyczyła kuna. Do produkcji jednego z nich zaproszono nawet gromadę zwierząt, czego dowiecie się za chwilę. Jest jeszcze coś fantastycznego w pędzlach tej firmy poza miękkością: wszystkie są idealnie przycięte, bardzo gęste i mięsiste. Dobrze przenoszą pudrowe produkty, nie pylą. Oto, jak prezentują się po dwóch latach bez dwóch miesięcy.  


Pierwszy kolega po lewej to E-CB635-22 Rouge – skośny pędzel, którego z powodzeniem można używać do aplikacji różu lub bronzera. Jest dość krągły, dlatego nie uda się nim wykonać bardzo ostrych kresek pudrem brązującym, za to pięknie rozciera róż i nadaje się do takiego „nieostrego” konturowania. Jest świetnej jakości, przez dwa lata nic złego mu się nie przytrafiło. Bardzo go lubię. 

Dwa największe puchacze (drugi od lewej i ostatni – cudownie je poustawiałam do zdjęcia, bardzo logicznie, brawo ja) to pędzle do pudru: E-PB89 i odrobinę większy E-PB91. Są równie miękkie jak E-CB635-22, ale mają jedną poważną wadę: od samego początku gubią włosie. To niestety ogólny problem pędzli do twarzy Kozłowski – przynajmniej tych, które mam u siebie. Pojedyncze, ciemne włosy, które przyklejają mi się do twarzy, są bardzo irytujące. Co ciekawe, część z nich jest połamana, czyli wypadają z różnych powodów. Większego E-PB91 używam do pudru, a mniejszego do omiatania całej twarzy bronzerem, ale przez uciekające kudły zaczęłam eksperymentować z innymi markami. 

Dwa ostatnie pędzle, czyli E-PB41 i jego większy kolega E-PB51 według etykiety są przeznaczone do różu, ale myślę, że można im znaleźć również inne zastosowania. E-PB41 do różu jest przymały i przez to niezbyt wygodny (lepiej sprawdza się przy nakładaniu rozświetlacza, pewnie mógłby też służyć do aplikacji korektora pod oczy, jeśli ktoś lubi to robić takim wielkoludem), większym bardzo lubię aplikować róż. Oba byłyby doskonałymi pędzlami, ale gubią jeszcze więcej włosia niż poprzednicy, szczególnie mniejszy daje nieźle czadu. Mimo tej wkurzającej cechy żaden z pędzli do twarzy nie stracił swojego kształtu i gęstości.


O pędzlach do oczu opowiem Wam w wielkim skrócie, bo nie ma się nad czym rozwodzić: są bardzo dobrej jakości, nic złego im się nie dzieje, włosów (chyba) nie tracą i dobrze wykonują swoje zadania. Kulki CB 633 w dwóch rozmiarach: 6 i 8 doskonale nadają się do punktowego nakładania cieni, rozcierania tego, co załadujecie na dolną powiekę i do aplikacji rozświetlacza w wewnętrznych kącikach. Języczkowe dobrze przenoszą cień na powiekę, również nadają się do rozcierania cienia na dolnej powiece – ot, klasyki. Najciekawszy z całej gromady jest pędzel CB631 (pierwszy od lewej) – duży, płaski, a jednocześnie bardzo gęsto owłosiony. Włosie nazywa się pony i internet donosi, że tego typu pędzle to mieszanka włosów z ucha bydlęcego, kucyka, kozy, wielbłąda i psa. Nie wiem, czy to prawda, ale brzmi czadowo. Tym pędzlem lubię nakładać bazowy cień na całą powiekę, ale myślę, że sprawdzi się dobrze również do rozświetlania szczytów kości policzkowych.

Poznawanie tajników makijażu z pomocami naukowymi wysokiej jakości to coś, co gorąco Wam polecam. Wolę nawet nie myśleć, ile czasu i nerwów zmarnowałam, próbując wyczarować na powiekach coś, czego wyczarować się nie dało, bo zaprzęgałam do pracy pędzle, które do niczego się nie nadawały. Nie warto kupować od razu wielkiego zestawu (zresztą w ogóle gotowe zestawy to średni pomysł, chyba że dostaniecie takowy w prezencie – wtedy zamiast wybrzydzać, skupiłabym się raczej na okazaniu nieposkromionej wdzięczności i wysublimowanych okrzykach zachwytu).

Aha, w każdym z pędzli trzonki są w dobrym stanie, nic się nie obluzowało, lakier nie popękał, ale wiele z nich ma częściowo starte numerki. Wiem, powinnam je pomalować bezbarwnym lakierem, ale tego nie zrobiłam i już_trudno.

Mimo że obecnie mam w kolekcji wiele innych pędzli różnych marek, do Kozłowskiego regularnie powracam. I to wcale nie z sentymentu lub nieposkromionej wdzięczności. Gdyby tylko tak nie obłaziły...

15.05.2015

M・A・C – Extended Play Gigablack Lash [recenzja]

M・A・C – Extended Play Gigablack Lash [recenzja]
O Extended Play Gigablack Lash po raz pierwszy usłyszałam w jednym z vlogów KatOsu. Zachwycała się nim i twierdziła, że to jej wielka tuszowa miłość. Moją miłością jest firma MAC,  nie znałam dotychczas ani jednej ich maskary, dlatego pomyślałam, że to się jakoś uzupełnia :). Tak naprawdę nie powinnam w ogóle słuchać opinii dziewcząt, które mają długie, gęste rzęsy, bo to tak, jakby poprosić obywatelkę Kamerunu o przetestowanie na sobie podkładu w odcieniu Ivory i o podzielenie się wrażeniami. No ale za późno. KatOsu powiedziała, ja się zainteresowałam, tusz trafił na moją ani-trochę-tajną-wishlistę i Zupełnie Niespodziewanie znalazłam go pod choinką*. 


Extended Play Gigablack Lash mieszka w małej butelce, która mieści w sobie niecałe 6 gramów sensownie czarnego produktu. Niewielkość opakowania możecie zbadać na ostatnim zdjęciu – położyłam tusz na touchpadzie (przepraszam: gładziku) mojego laptopa i tylko lekko wystaje poza kontur. Czyli że mały, naprawdę.

Konsystencja od początku była satysfakcjonująca, bo nie lał się ani nie był zbity i grudowaty, ale dopiero po kilku(nastu) tygodniach od pierwszego odkręcenia niebieskiej końcówki tusz ma prawdziwie idealną konsystencję. Nie jest to nic nadzwyczajnego – większość tuszów musi przejść przez trudny okres dojrzewania. 


Szczotka ma bardzo krótkie włosie, co kiedyś zrobiłoby na mnie złe wrażenie i najpewniej wywołałoby kilka pfff, phi i innych pomniejszych prychnięć pogardy. Mam już jednak za sobą ten pierwszy raz z krótkowłosymi szczotkami i powiadam Wam, że to naprawdę ma sens! Używałam swego czasu Inglota Long & Curly Mascara i mimo braku efektu wow, byłam z niego zadowolona. Krótkowłose, niesilikonowe (nylonowe?) szczotki dobrej jakości mają to do siebie, że elegancko rozczesują i unoszą rzęsy, jednocześnie ich nie pogrubiając. Gdyby pogrubiały, pewnie by sklejały. No i przede wszystkim: po co miałyby pogrubiać gęste firanki KatOsu i jej podobnych? U mnie rzęs tyle samo, co włosów na głowie, czyli: niewiele. Rzęsy są niepowalającej, ale przyzwoitej długości, za to jest ich raczej mniej niż więcej. Z natury nie potrzebują podkręcania, bo wystarczająco sterczą do góry – akurat, żeby z lekkością odbijać pod brwiami zbyt mokre maskary. Zazwyczaj szukam więc w tuszach mitycznego pogrubienia, które wyglądałoby naturalnie i bosko lub co najmniej niekiepsko. Tak się jednak składa, że tusze pogrubiające w 95% przypadków pogrubiają nędznie, a jeśli robią to dobrze, znikają z rynku w podskokach. No to czas dać szansę kandydatom z innej frakcji. 

Czy to jest dobry tusz, wart swojej ceny? Wszystko zależy od tego, czego od niego oczekujecie. Producent, zgodnie z przewidywaniami, obiecuje podkręcenie i uniesienie. A jak jest w praktyce?

Jak Wam się podoba mój dziwaczny kolor oczu? 

Prawdopodobnie nie widać tego na zdjęciu, ale tusz ładnie rozczesuje moje nieliczne rzęsy (ha, to nie może być trudne). Pewnie uniósłby je równie ładnie, ale nie ma już dokąd. Fantastyczny jest fakt, że można nim malować górę i dół – zwykle potrzebuję do tego dwóch różnych maskar – mniej fantastyczny fakt jest taki, że próba dobudowania grubości (z przyzwyczajenia...) kolejnymi warstwami generuje nieestetyczne sklejanie. Na fotce widzicie dwie warstwy i tyle musi wystarczyć. Tusz nie zostawia grudek, trzyma się dzielnie przez cały dzień, nie osypuje się i nigdy nie podrażnił moich oczu. Najmniej fantastyczna jest jego cena – 86 złotych i pewnie wiele z Was by jej nie przebolało. Ja dostałam go w prezencie, więc ciężar nadmiernego wydatku mi niestraszny, ale zanim zdecydowałabym się na zakup, musiałabym się bardzo poważnie nad tym zastanowić. Jestem niemalże pewna, że tusz o podobnych właściwościach i podobnej jakości da się znaleźć na drogeryjnych półkach. Na razie nie szukałam, więc może spotkamy się znowu?

Ile: 5,7 g
Cena: 86 zł
Ocena: 5/6


*Kochany Mikołajomężu, dwukropek + gwiazdka dla Ciebie.

10.05.2015

Odżywka, baza, lakier frenczowy? Sally Hansen – Continuous Treatment Hardening

Odżywka, baza, lakier frenczowy? Sally Hansen – Continuous Treatment Hardening
Nasza znajomość rozpoczęła się dawno temu – niedługo po tym, jak założyłam bloga. Kupiłam trzy butelki w jakiejś dzikiej promocji, a potem oddałam jedną mamie i jedną koleżance. Od pierwszego otwarcia minęły dwa lata, a nasze odżywki wciąż mają się świetnie. 


Odżywka Continuous Treatment Hardening została wymyślona, żeby wzmocnić cienkie, łamiące się i słabe paznokcie. Nigdy takich nie miałam, więc podstawowe działanie zupełnie mnie nie interesowało. Szukałam jakiejś sensownej bazy pod manikiur i wymyśliłam, że najlepiej będzie lać lakiery na odżywkę zamiast na zwykłą bazę, bo odżywka przynajmniej daje wrażenie, że robimy paznokciom choć trochę dobrze, mimo że ogólnie robimy nie najlepiej. Tak oto.

Utwardzającego działania należy upatrywać w wapniu z korala i kompleksie witaminowo-mineralnym, które producent obiecał dolewać do każdej butelki swojego produktu. Jeśli chcielibyśmy postępować zgodnie z instrukcją, należałoby codziennie przez tydzień aplikować po jednej warstwie odżywki – wiecie, jedna na drugą, ku chwale odżywkowej skorupki. To ma dać naszym paznokciom zastrzyk energii i sprawić, że będą mocne, twarde i okazałe. Szczerze mówiąc, projekt nawarstwiania odżywki brzmi jak klejenie rozwarstwionej płytki duct tape'em, a nie faktyczne jej odżywianie, ale szszszsz. Jaskółki donoszą, że to działa.


Ja cenię odżywkę Sally Hansen za jej walory zewnętrzne. Jest dosyć rzadka, półprzezroczysta i ma fantastyczny, mleczny odcień. Już jedna warstwa robi różnicę, daje delikatną mgiełkę brudnej bieli, a każda kolejna pogłębia mleczny efekt. Nie lubię u siebie french manicure'u, ale gdybym miała go wykonać, chętnie sięgnęłabym po odżywkę Continuous Treatment zamiast specjalnego lakieru frenczowego. Gotowy manikur wymagałby pewnie użycia nabłyszczającego top coatu, bo produktowi Sally bliżej do matu niż błysku.

Mimo wszystko na co dzień odżywka Sally to dla mnie przede wszystkim base coat. W tej roli spisuje się bardzo dobrze, bo szybko schnie, chroni przed odbarwieniami, a lakiery ładnie się na niej trzymają. Nie przedłuża trwałości manikiuru – odrośnięte końcówki odwiecznym obyczajem ścierają się niemalże natychmiast – ale to wciąż bardzo dobra baza: rzadko widuję odpryski, nie zdarzyło mi się, żeby cokolwiek schodziło płatami. Jeśli nie mam czasu na malowanie paznokci, często zostawiam moje paznokcie-golasy z samą Sally i wyglądają wtedy bardzo estetycznie.

Produkt wielofunkcyjny i w każdej funkcji sprawdza się dobrze. Na pewno wart wypróbowania. 

Pojemność: 13,3 ml
Cena: 13–22 zł
Ocena: doskonała.

04.05.2015

Projekt denko, odc. 25

Projekt denko, odc. 25
Co miesiąc moje kosmetyczne śmieciowisko raduje mnie coraz bardziej. Wiecie, dlaczego? Bo baaaardzo powoli, ale niezwykle skutecznie uszczuplam zapasy. A co oznacza skuteczne pozbycie się zapasów? ZA-KU-PY. Tralalala. I więcej miejsca w szafkach, czyli tralalala razy dwa.


Daleka jestem od minimalizmu*, ale nie mam już ochoty kiedykolwiek doprowadzić do sytuacji, w której będę musiała spinać poślady, żeby zużyć coś naprawdę dobrego, bo goni mnie data ważności. To słabe. Przejdźmy zatem do tego, co wygrzebałam dziś z kosza na śmieci. Ach, te fantastyczne postweekendowe rozrywki blogerek.


Pervoe Reshenie – Receptury Babuszki Agafii – Tradycyjny syberyjski balsam nr 3 na łopianowym propolisie (przeciw wypadaniu włosów) – towarzyszył mi pod prysznicem przez ostatni rok (a może i dłużej?) i nie sposób było wyprosić go z łazienkowej półki. W łopianowej kompozycji zapachowej wyczuwam aromat bezdomnego, któremu ktoś wsadził Wunder Bauma w  nieumyty tyłek. A teraz najlepsze: ten zapach jest na swój sposób urzekający! Działanie balsamu zachwalanego przez Anwen oceniam dość przeciętnie – do codziennego stosowania jest okej – wygładza, nie przyspiesza przetłuszczania – ale brakuje mi efektu odbicia włosów od nasady (moim cieniznom jest to bardzo potrzebne). 

Pervoe Reshenie – Bania Agafii – Błyskawiczna maska pielęgnacyjna – niedawno pisałam o tej masce i jej koleżance tu: klik, dlatego wspomnę tylko dla porządku, że jestem bardzo na tak, przede wszystkim za cudowne wygładzanie.

Alterra – Szampon z papają i bambusem – w szamponach z Rossmanna podoba mi się gęsta, żelowa konsystencja. Wersja papajowo-bambusowa jest w porządku, ale bez większych uniesień – pachnie nieźle, myje dobrze, nie plącze, nie powoduje przyklapu. Nadzwyczajnych właściwości brak.


Isana – Olejek do kąpieli z pantenolem – uwielbiam. Pachnie tak samo jak złoty olejek Nivea (pudrowy, toaletowy aromat), ma podobne właściwości i nieco przyjemniejszą konsystencję, a przede wszystkim jest nieporównywalnie tańszy od konkurenta. Na co dzień nie chciałabym się myć olejowymi żelami pod prysznic, ale raz na kilka dni to bardzo miła forma wieczornej pielęgnacji.

Aquolina – Bath Shower Cream – Chocolate & Vanilla – kiedyś zachwyciłam się żelami Aquoliny o żarciowych nutach zapachowych, ale chyba całkiem mi przeszło. Czekolada z wanilią pachnie dość sztucznie, wcale nie miałam ochoty się tym myć. Złocenie na szyjce plastikowej butli też mi działało na nerwy swoim tandetnym obliczem. Dużo lepsze są zapachy kwiatowo-owocowe tej firmy, a poza tym tyle tego (i pachnącego) na rynku, że po co przepłacać?

Dax Cosmetics – Perfecta Mama – żel do higieny intymnej – dla mnie najlepszy. Jest bezzapachowy, ma wygodną pompkę, starcza na 3–4 miesiące używania, kosztuje nieco ponad 10 zł. Ostatnio zmienił etykietę, producent dodał też kilka nowych wersji. To jeden z tych produktów, których nie mam ochoty zmieniać, bo po co kusić cipkowy los?


Uroda – Melisa – Tonik bezalkoholowy – naczytałam się o nim na blogach i w końcu kupiłam dwie butelki. Nie żałuję, bo to tani, bardzo delikatny, przyjemny w użyciu tonik, który ma przyzwoitą wydajność i ładny, świeży zapach. Czego chcieć więcej od toniku? A, wiem, mógłby jeszcze uspokajać rumień i produkować dukaty. Niestety, nie umie.

Bioderma – Sébium – żel myjący do twarzy – sprawował się dobrze, chociaż nie mogę nie wspomnieć o zbyt rzadkiej konsystencji, która znacznie obniża wydajność. Pachnie identycznie jak podkłady MAC-a Studio Fix Fluid, czyli: nieciekawie. Wolę Effaclar z La Roche Posay. 

Sisley – Floral Toning Lotion – póki co nie ma innego sposobu na odwiedziny niebywale drogiego Sisleya w moim domu niż wproszenie się na natolińskie włości bezpłatnej miniatury. Pełnowymiarowe, 250-mililitrowe opakowanie toniku Sisley kosztuje po złotówce za każdy mililitr. Szaleństwo, które nie ma najmniejszego sensu, ponieważ tonik nie jest w niczym lepszy od Melisy. O, i jeszcze Melisa ładniej pachnie. Może są wśród Was snobki z prawdziwego zdarzenia, które w czasie przecierania facjaty wacikiem nasączonym tonikiem za tyle samodzielnie wydanych złotówek czują się prawdziwie szczęśliwe i wyjątkowe. Dla mnie to wciąż bez sensu, ale co kto lubi. 

Lierac – Demaquillant Douceur – zużyłam tę wcale niemałą miniaturę i nie mam zdania. Być może byłam nieprzytomna, gdy wycierałam oczy micelem z fioletowej butelki, ale nie mam żadnych wow-wspomnień ani wspomnień-a-fe, z czego można wywnioskować, że płyn jest zupełnie przeciętny, co nie zachęca mnie do zakupów. Aaaa, zdaje się, że nie zmywał do zera niewodoodpornego tuszu. Ładnie pachniał, więc pewnie lepszy z niego tonik niż demakijażysta. 


Uriage – Hyseac SPF 30 – filtr przeciwsłoneczny do cery mieszanej lub tłustej, który kupiłam dawno temu i był moim pierwszym tego typu kosmetykiem. Nie był zły, ale bielił skórę. Moim zdaniem dużo lepszy jest filtr Vichy Capital Soleil (który zmienił niedawno nazwę na Idéal Soleil). Hyseaca wywalam, bo jest już za stary, a według producenta można go używać tylko przez dziewięć miesięcy od otwarcia.

Yves Rocher – Active Sensitive – krem na zaczerwienienia – idealny krem na noc, na dzień dla mojej mieszanej cery z bardzo tłustą strefą T okazał się za ciężki. Pisałam o nim tu: /recenzja/.

Bioliq – Intensywne serum rewitalizujące – nie robi nic nadzwyczajnego, ale jest świetnym kosmetykiem wspomagającym pielęgnację cery. Ma ładny, herbaciany zapach i piękną szklaną flaszkę ze szronionego szkła, z pipetą! Uwielbiam takie butelki, lubię zapach herbaty, dlatego z przyjemnością wylałam na twarz zawartość tego cudnego opakowania. To nasze drugie spotkanie i nie wykluczam kolejnych. /recenzja/


W tym miesiącu szykują się wielkie, wiosenne porządki w kolorówce. Zaczęłam nieśmiało od pozbycia się oczywistości. Wśród oczywistości mamy: 
– paletkę Maybelline, którą dostałam, uwaga, uwaga, 10 lat temu (sic!), wciąż ma się dobrze, poza tym, że szybko się pokruszyła;
– Flormar Perfect Coverage, który jest jednym z moich ulubionych korektorów – ma płynną, ale gęstą formułę, wygodny aplikator, nadaje się zarówno do ukrywania przebarwień i pomniejszych wyprysków, jak i pod oczy. To jeden z niewielu kosmetyków kolorowych, które wyskrobałam do dna po raz kolejny; /recenzja/ 
– dwa eyelinery Rimmel Glam'Eyes: zielony i srebrny. Oba bardzo lubiłam i dobrze mi służyły, ale dość szybko się skończyły/wyschły, szczególnie zieleniak, którego zdążyłam użyć zaledwie kilka razy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Można je kupić w internetowych outletach za grosze, więc polecam spróbować. Mają cieniutkie, miękkie pędzelki, nie są wodoodporne;
– puder theBalm Sexy Mama – niełatwo się go denkowało, bo jest bardzo mały i ciężko wyskrobać ze ścianek resztki dużym pędzlem do pudru. Poza tym pod koniec się pokruszył. To przyzwoity, drobno zmielony puder, który ładnie wykończy makijaż, ale nie ma dobrych właściwości matujących, a te są mi niezbędne – szczególnie w sezonie letnim. Na razie nie planuję powrotu; /recenzja/
– Essence nr 59 Funky Funky – kupiłam tę pomadkę na wyprzedaży w Naturze za 1,99 zł i to był bardzo dobry zakup. Chłodny, półtransparentny fiolet z wyraźnymi drobinami okazał się świetnym błyszczykiem do „śnieżkowych” makijaży. Ostatnio do Funky Funky dobrał się Tomasz, dzięki czemu ze spokojnym sumieniem i lekkim żalem żegnam mocno poturbowaną resztkę pomadki, która – jak większość produktów z szaf Essence i Catrice – rozpłynęła się w produkcyjnym niebycie. 


Jeśli zaś chodzi o próbki, trochę mnie wkurzyła ta z Make Up For Ever. Bardzo chciałam przetestować puder Pro Finish, ale było go tak mało, że nie zdołałam wytapetować gęby należycie. Peszek. 

To tyle w dzisiejszym odcinku. Miłego wieczoru, smyki!


*mniej więcej tak daleka, jak daleki byłby święty Franciszek od palenia kraku na mocno zakrapianej imprezie. 

01.05.2015

Yves Rocher – Beauté des Pieds – lawendowy peeling do stóp [recenzja]

Yves Rocher – Beauté des Pieds – lawendowy peeling do stóp [recenzja]
Drogie Panie, po pół roku wreszcie kończy się niezidentyfikowana, po stokroć denna szaruga jesienno-zimowo-obleśna, zatem już za chwileczkę, już za momencik trzeba będzie pokazać światu swoje zapuszczone giry. Od razu zwrócę honor wszystkim, które mają idealnie zadbane stopy – podziwiam Was i zazdroszczę. Moje w tym sezonie nie powiewają może dramatem, ale do ideału im (za) daleko. Jeżeli Wasze odnóża również przechodzą trudniejsze chwile, ale nie spisałyście ich jeszcze na straty, odpalcie w telefonach Endomondo i biegnijcie do jednego z salonów sekty Yves Rocher po lawendowy peeling. 


Za niecałe dwadzieścia złotych (albo mniej, bo w YR trudno kupić cokolwiek w cenie regularnej) dostaniecie niedużą, 50-mililitrową tubę pachnącego lawendą zdzieraka. Zapach lawendy jest tutaj mocny, ale rześki – miła odmiana od aromatów cytrynowych, które producenci kosmetyków do stóp tak bardzo sobie ukochali. Doceniam też przezroczystą tubę na zatrzask – trudno to zrozumieć, ale na rynku wciąż pełno tubek zakręcanych, które doprowadzają mnie do rozpaczy, a jeśli nie do niej, to przynajmniej do dość uporczywego, mimo że niedosłownego, bólu dupy. 


Składy peelingów do stóp są mi raczej obojętne, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że to, co tak pachnie, jest lawendowym olejkiem eterycznym, a to, co tak zdziera, to kombinacja prawdziwego pumeksu z równie realnym pudrem z pestek moreli. To bardzo fajne połączenie, które moje stopy lubią i szanują. Gdyby mogły, pewnie zaśpiewałyby radosną pieśń na cześć pumeksu i sproszkowanych morelowych pestek. Tak obstawiam.


Nie wiem, czy widać to na załączonym obrazku, ale peeling należy do gruboziarnistych. To dobrze, bo drobnice zwykle słabo sprawdzają się w pielęgnacji stóp. Ten dobrze radzi sobie z suchymi piętami, pięknie wygładza skórę, nie umie tylko skutecznie przeciwdziałać zrogowaceniom na paluchach, ale z tym nie poradziło sobie jeszcze nic oprócz kwasowych skarpet, które poza tą jedną zaletą miały same wady. Cóż tu więcej opowiadać – peeling działa, a jeśli nie zadziała na Wasze stopy, to znaczy, że są już stracone.

Pojemność: 50 ml 
Cena: 19,90 zł (teraz w promocji za 13,90 zł)
Ocena: 5+/6

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger