03.06.2015

Projekt denko, odc. 26

Gdzie się podziała wiosna w tym roku? Zauważyliście, że z pogodowego sraczko-rzyga przeszliśmy płynnie do upalnego lata? Nie będę narzekać, bo już mi zbrzydło ujadanie na pogodę, więc napiszę tylko, że robale są fu. Musiałam, bo są. O, a jeśli mamy lato, czas wyprowadzić śmieci na spacer. Czy to ma sens? Nie wiadomo, chyba chciałam powiedzieć, że w taką pogodę milej robi się zdjęcia na zewnątrz. Przejdźmy może dalej.


W tym miesiącu jestem zadowolona z denkowych porządków – pozbyłam się kilku zalegających, dawno otwartych kosmetyków, znowu uszczupliłam zapasy i baaaardzo powoli zaczynam panować nad tym bałaganem. Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby nie dokładano już do pieca rozpusty, ale przecież był Dzień Matki, Dzień Dziecka, Dzień Bociana Białego... same rozumiecie. Tak, Wy na pewno. A co tam w śmieciach ciekawego?


Pat&Rub – Hipoalergiczny żel myjący – wspominałam już kilka razy, że bardzo lubię zapach linii Hipoalergicznej P&R. Ten uniseksowy, może nawet bardziej męski (choć wciąż delikatny) aromat,  jest miłą odmianą od taczki cytryn, które ktoś przewoził do fabryki na trawie cytrynowej, a potem w trakcie produkcji do kotła dolał jeszcze kilka kropli olejku cytrynowego, aby mieć pewność, że świeży, cytrynowy zapach poczuje nie tylko użytkownik danego kosmetyku, ale również cała jego rodzina wraz z sąsiadami. Tak pachnie kilka innych linii Pat&Rub, dlatego przy Hipoalergicznym żelu myjącym mój nos odpoczywa. Jeśli chodzi o pozostałe właściwości żelu, na pewno warto pochwalić krótki, naturalny skład i niezłe moce pianotwórcze, których nie spodziewałam się po tych kilku składnikach z INCI. Minusem na pewno jest bardzo rzadka konsystencja, ale mi niespecjalnie przeszkadza. Nie kupiłabym żelu Pat&Rub w pełnej cenie (45 zł za 280 ml), ale na szczęście na stronie producenta bardzo często są promocje i sumujące się rabaty, dzięki którym butelka wychodzi niewiele drożej niż zwykły kosmetyk z drogeryjnej półki. 

L'Occitane – żel pod prysznic z serii Werbena (miniatura) – jakby komuś było mało cytrynek z P&R, polecam linię werbenową L'Occitane. Zgadnijcie, czym trąci! Żebyśmy dobrze się zrozumieli: bardzo lubię cytrusowe żele pod prysznic. Ten miniaturowy egzemplarz zużywał się dość długo, więc chyba duża wersja też byłaby wydajna, ale nie wiem, co musiałoby się stać, żebym chciała wydać na szklankę żelu pod prysznic o zapachu po_prostu_cytrynowym 62 złote. 

Yves Rocher – Les Plaisirs Nature – Cherry Blossom (miniatura) – miniatura żelu z mniej popularnej serii Yves Rocher Les Plaisirs Nature miała superprzyjemny zapach, bo kwiaty wiśniowego drzewa również pachną pięknie. Zużyłam w pełnym zauroczeniu, chętnie wrócę, o ile to nie była jakaś limitka. O innych żelach z kolekcji Les Plaisirs poczytacie tu: klik.

Balea – mydło w płynie Olive & Zitronengras – zgadnijcie, czym pachnie to mydło! I tyle w temacie. Myło, nie wysuszało, dobra, niemiecka chemia. 


Farmona – Jantar – odżywka do włosów i skóry głowy czyli ja vs. legenda. W praktyce: zużywałam tę flaszkę przez rok, co pozwala stwierdzić z całą pewnością, że moja opinia jest gówno warta. Na szczęście nie mam żadnej, więc nie będę zaśmiecać Waszych głów. Z dużym prawdopodobieństwem wcierka jest świetna, w końcu tyle dobrych słów internet spłodził na jej temat, ale nie dane mi było się przekonać, bo podlewałam nią skórę głowy, jak mi się przypomniało. Tak czy siak polecam wszystkim śmiałkom przelać ją do butelki z atomizerem. To jedyna złociutka myśl, jaką mogę się z Wami podzielić.

Bania Agafii – Ekspresowa maska regenerująca – pięknie pachnąca polnymi kwiatami, intensywnie wygładzająca i bardzo ułatwiająca rozczesywanie odżywka, którą pokochałabym pewnie całym sercem, gdyby tak bardzo nie dociążała moich nędznych włosin, podczas gdy marzę o ich odbiciu u nasady. Za kilka złotych z pewnością warta wypróbowania, podobnie jak błyskawiczna siostra. Pisałam o nich tu: klik.

Marion – Nature Therapy – Spray regenerujący do włosów z octem z malin – a w cholerę z tym. Nie widzę różnicy, psikałam, by wypsikać, ale w końcu po wielu długich miesiącach się poddałam. Jestem zbyt mało wyspecjalizowana w dostrzeganiu subtelnych różnic po rozpyleniu pięknie pachnącej malinami mgiełki. Może spróbuję jeszcze z octową płukanką z Yves Rocher. Przypomnę: w teorii ocet ma domykać łuski, a tym samym wygładzać i nabłyszczać nasze owłosienie. Może moje włosy są naturalnie tak gładkie i błyszczące, że lepiej się nie da? (wyborny żarcik, moja droga, ubawiłam się setnie)


Biochemia Urody – Płyn micelarny do demakijażu – leżał i leżał, a ja o nim zapomniałam, co nie jest trudne, gdy w zapasach ma się kilkanaście kilogramów kosmetyków. Jego fajność polega na tym, że po otrzymaniu przesyłki trzeba sobie owy płyn micelarny... hmmm... samodzielnie zmicelaryzować (piękne słowo wymyśliłam, prawda?). Dostajemy flachę hydrolatu z kwiatu pomarańczy, a do tego kilka fiolek z ekstraktami i proszkami. Zabawa przednia. Opowiem Wam później ze szczegółami, a teraz tylko wspomnę, że ta zabawka kosmetyczna okazała się bardzo dobrym demakijażystą twarzy (ze zmywaniem oczu to już różnie, niestety). Gdyby tylko nie spierniczała z niewielkiej butelki w tempie ekspresowym, byłoby cudnie. 

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – od kilku lat to moja ulubiona dwufazówka. Jakość w stosunku do wiecznie promocyjnej ceny rewelacyjna. Jedyny minus: szybko dobija dna. Jeżeli ktoś z Was ma w zwyczaju zmywać makijaż oczu tłustym, ale skutecznym płynem dwufazowym, a resztę facjaty traktować micelem, to duet Yves Rocher + Biochemia Urody mogę z czystym sumieniem polecić. /pradawna recenzja/

Glicerin Care – zmywacz do paznokci – z acetonem, jak należy, zmywa zatem konkretnie. Wyleczyłam się z bezacetonowych formuł i w przeciwieństwie do większości z Was patrzę na skład zmywaczy w poszukiwaniu starego, dobrego przyjaciela. Dlaczego? Bo aceton działa szybko, więc nawet jeśli ma niszczycielskie moce, to truje płytkę krótko, podczas gdy bezacetonowe cuda leję i leję, pocieram, a wszystko trwa wieki i wcale takie zdrowe nie jest. 


Bioliq – Balsam intensywnie nawilżający – poza czerwonym Garnierem nie znam innego lekkiego balsamu, który umiałby porządnie nawilżyć. Kremy, masła, olejki – owszem, ale balsam? Ciężki temat. Marce Bioliq nawet nieźle to wyszło, ale do zachwytu trochę brakuje. Balsam pachnie delikatnie, ale ładnie, wchłania się migusiem. Wyciskanie z za miękkiej butli w późniejszych etapach konkursu okrutnie mnie umordowało. Raczej nie planuję powrotu.

I Love... Cosmetics – Strawberries & Milkshake – krem do ciała – wyrzucam niedokończony, bo otworzyłam go zbyt dawno temu i trochę zajeżdża łojem. Niestety, nie pamiętam już, czy tak było zawsze, czy dopiero teraz, bo... otworzyłam go zbyt dawno temu. Krem truskawkowo-milkszejkowy od I Love Cosmetics pachnie bardzo intensywnie. Smakowitymi poziomkami. Jeśli więc szukacie kremu poziomkowego, kupcie milkszejka z truskawką. Ostrzegam, zawiera pokaźne złoże parafiny. Mojemu cielsku nie przeszkadza ten fakt, ale Wasze mogą być nieukontentowane. 

Love Me Green – Organic Relaxing Massage Oil – pokochałam, opisałam, recenzja tu: klik


Jadwiga – Polska papka do cery trądzikowej – wielki wybawca mojego męża, któremu od czasu do czasu wyskakuje na twarzy coś naprawdę megasyfiastego. Z dnia na dzień wyrasta ropny, czerwony, bolący guz i tylko pani Jadwiga umie coś na to poradzić. Papka jest biała, pachnie kamforą, w składzie znajdziecie też kaolin i cynk. Latem moja cera na pewno będzie potrzebować pomocy, dlatego kolejna butelka już w drodze. 

Lirene – Peeling enzymatyczny – odkupiłam go kiedyś od wakacyjnej Magdy, ale okazał się bez sensu. Zawiera parafinę, która – mimo że na ciele mi to zwisa – może zapychać człowieków, ponadto działanie złuszczające ma marniutkie. Peelingu nie ratuje nawet ładny, delikatny zapach, więc po kilku podejściach odpuszczam i resztka leci do kosza.

Sephora – Pore Refining Serum – kolejny kosmetyk z serii tych, których działania nie zauważyłam, ale używałam go nieregularnie, więc powinnam się raczej zamknąć. Tak czy inaczej serum okazało się niezwykle upierdliwe w wersji pod makijaż, ponieważ roluje się w sposób całkowicie dowolny: nie znasz dnia ani godziny, gdy postanowi zepsuć Ci poranek. 

Bandi – Delicate Care – Kojący krem do cery tłustej – miał matować, miało być tak pięknie, a wyszło na trójkę z plusem. To nie jest zły krem, ale są na świecie lepsze, dlatego nie warto. /recenzja/

Bandi – Hydro Care – Krem Intensywnie Nawilżający – ma wiele zalet (m.in. ładny zapach i przyjemną, wodnistą konsystencję), faktycznie dobrze nawilża, ale dla mojej bardzo tłustej strefy T w ciepłe miesiące jest mimo wszystko za ciężki. Niestety, większość kremów jest, ale miałam nadzieję, że ten da sobie radę. Mąż go uwielbia – z jakiegoś powodu jego zaleczona skóra z ŁZS czuje się szczęśliwa po spotkaniu z Bandi. /recenzja/

Auriga – Flavo-C Cream – co za rozczarowanie! Bardzo lubię serum z witaminą C od Aurigi (zarówno w wersji 7%, jak i 15%), więc myślałam, że wygrany u Hexxany krem okaże się równie wyborny. Niestety, zapach alkoholu wdzięcznie zapowiedział kłopoty, podobnie jak parafina wysoko w składzie. Efekt? Wysyp zaskórników po dwóch czy trzech użyciach. A mogło być tak pięknie, bo i konsystencja świetna, i opakowanie z pompką przyjemne... Aurigo, przegięłaś.


The Body Shop – Arber Aftershave Balm – „Czemu twój balsam po goleniu znajduje się w moich kosmetycznych śmieciach?”, „Chciałem wziąć udział w twoim denku... nie mam swojego”. Aż mi się żal zrobiło mojego męża, że nie ma swojego worka kosmetycznych śmieci, mimo że zużywa dzielnie żele, szampony i kremy do twarzy (wiecie, że ostatnio zaczął używać kremu do rąk? szoking). Pogratulujmy mu więc wspólnie postępów w cichym denkowaniu. Brawo! Tak trzymaj! Co do balsamu po goleniu z TBS, podobno bardzo ładnie pachnie i wiele nie robi. 

Lovely – Curling Pump Up Mascara – jednych zachwyca, innych uczula (Esku, tak mi przykro!), ja jestem bliżej obozu zachwyconych. Za niecałą dychę mamy tusz, który świetnie rozczesuje i unosi rzęsy, nie wysycha i nie wkurza. Na pięknych, gęstych firankach będzie się prezentował zachwycająco, na moich rzadkich efektu łał brak, ale kiedy potrzebuję naturalnie podkreślonych rzęs lub wstępnego malowania/gruntowania, sięgam po Lovely. Ach, i świetnie nadaje się do podkreślania dolnych rzęs. Na pewno wrócę nie raz i nie trzy, chyba że go wycofają. 

Oriflame – Illuminate Eye Crayon – czy ktoś jeszcze używa kosmetyków Oriflame? Mam wrażenie, że świat zapomniał o tej marce. Ja już od wielu miesięcy nie korzystam z ich oferty, a ten kremowy srebrny cień w sztyfcie to chyba ostatni oriflame'owy staruszek, jaki pozostał w mojej kolekcji. Nie mam jaj, żeby smarować nim powieki, chociaż wygląda i pachnie jak zwykle. Współpracę wspominam miło, ale jak przystało na prawdziwego kosmetycznego emeryta, zniknął z oferty marki.


O kilku próbkach nie ma sensu się rozpisywać, za to wspomnę o masce Marion. Hmmm, jest raczej beznadziejna. Piekła mnie po niej twarz (ale może to efekt niedawnego peelingu enzymatycznego?), nie zauważyłam działania matującego, więc nie wiem, po co cały cyrk.

Tym sposobem dobrnęliśmy szczęśliwie do końca. Papa, śmieciiiiiii, miłego dnia, śmieciiiii (tak powiedziałby Tomasz, gdyby był autorem tego tekstu).
Miłego długiego weekendu!

52 komentarze:

  1. Już trzeci rok z rzędu nie ma wiosny. Cierpię szalenie bo to moja ulubiona pora roku :(
    Marionowego malinowego octu nie miałam ale mam ten YR - efektów zero. Grunt, że ładnie pachnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobrze wiedzieć, że nie warto. pewnie kiedyś wpadnie mi ten malinowy ocet za free do zamówienia ;)

      Usuń
  2. Jantar i tusz Lovely uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Spore zużycia. Dwufaza z YR to mój codzienny niezbędnik to demakijażu oczu. Uwielbiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Uaaa, że tak powiem, sążne to denko :D Lubię mascarę Lovely, choć obawiam się, że trochę mnie uczula... Pod wieczór swędzą mnie oczy, a do niedawna tak nie było (a niedawno ją kupiłam i zaczęłam używać). Z pozostałymi kosmetykami nie miałam styczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest to możliwe, że Cię uczula, skoro przytrafiło się to Gosi z bloga Esy, floresy, fantasmagorie. Szkoda :(

      Usuń
  5. Sporo zużyłaś ;) Co do tego spray'u z octem z malin mam takie samo zdanie, tyle że podobał mi się zapach, teraz dobijam już dna i cieszę się, że się kończy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam niczego z Twojego denka, znam sporo firm, miałam inne wariacje ale tych nie miałam.
    Chętnie przygarnęłabym Love me green :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetnie Ci poszło :) No i znalazła się kolorówka a tą trudno zdenkować :)

    OdpowiedzUsuń
  8. ja też należę do obozu zadowolonych z tej taniutkiej maskary. tylko raz mnie zawiodła, ale to nie była jej wina -złapała mnie śnieżyca i wróciłam do domu z cudowną pandą :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D a nie spotkałaś wtedy kogoś znajomego? ja, kiedy mam rozmazany tusz (czyli raz na ruski rok), zawsze spotykam kogoś, kogo nie widziałam 100 lat.

      Usuń
    2. to była naprawdę paskudna śnieżyca i na szczęście wszyscy znajomi się przed nią schronili po domach :P

      Usuń
  9. Maskarę lubiłam :D
    Jantar kiedyś coś tam u mnie podziałał, ale to dawno temu było ;)
    Papka od Jadwigi mnie zaintrygowała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Papka na ropne syfy jest mega, wysusza bardzo szybko, szybciej od pasty cynkowej

      Usuń
  10. U mnie na dzikim zachodzie - pod Szczecinem - maj był przepiękny, dlatego na brak wiosny nie narzekam. Twoje zużycia duuuuże. Jantar lubię, a peeling z Lirene też uważam za słabiznę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetne zużycia, gratuluję! Kocham żele pod prysznic z Pat&Rub, jak dla mnie nie ma lepszych :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mój mężczyzna dziele używa kremów, tak 2;) toniku i płynu micelarnego. Taki jest bardzo kosmetyczny. Dodatkowo nauczyłam się go balsamować - ma suchą skórę, balsamowanie nie cierpi, więc raz na jakiś czas zarządzam kąpiel z oliwką dla dzieci;)
    Dwufaze z YR uwielbiam, tylko proszę, nie zrobią mu inną nakrętkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, jaki fajny facet :D bardzo światły ;))

      Usuń
  13. Bardzo lubię Bandi (ten nawilżający) i tusz z Lovely (nie kracz o wycofaniu!). Na pochwalne opinie płynów do demakijażu z YR trafiam ostatnio wyjątkowo często, chyba pora sobie kupić i sprawdzić czy jest się czym zachwycać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko nie kupuj dwufazy w regularnej cenie!

      Usuń
    2. No co Ty! Ja w YR chyba nic nie kupuję w regularnej cenie :) Oprócz produktów z zielonym punktem oczywiście :)

      Usuń
  14. Auriga – Flavo-C Cream - uuu parafiny wysoko szybującej nie lubimy...dobrze wiedzieć bo poważnie rozważałam zakup bo zachęcona witaminką C w Its skin zapragnęłam kontynuować przygodę..
    Tusz okazał się dla mnie straszny ale widocznie ma coś czego akurat ja nie toleruję.
    Miło że zezwalasz Menszowi pośmiecić także :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, mi kiedyś parafina nawet nie robiła spustoszenia, ale chyba się pogorszyło, a tu podejrzewam, że odpał syfonów nastąpił dzięki zapychająco-wysuszającej mieszance parafiny z alkoholem.

      Usuń
  15. Bardzo ciekawe produkty i wiele z nich nie miałam

    OdpowiedzUsuń
  16. Kocham twoje wpisy, sposób w jaki 'prowadzisz' czytelnika, twoje unikatowe komentarze i humor ;) A denko zniewalające jak zazwyczaj ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja uwielbiam takie cudowne komentarze, od których chce się pisać wciąż i wciąż. dziękuję, Natalio! <3

      Usuń
  17. widze ze mialas proble saluterra, mialam peeling do ciala tej firmy i był BOSKI:) moj maz niestety nie kremuje sie ale chyba niedlugo zacznie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. krem Saluterry też nieźle się zaprezentował, kompletnie bezzapachowy (tzn. pachniał sam sobą), ale dla mojej cery raczej na noc niż na dzień

      Usuń
  18. Niektóre produkty bardzo lubię :).

    OdpowiedzUsuń
  19. Hahaha, aż się zaczęłam śmiać po przeczytaniu kawałka z balsamem po goleniu. :D Mój Narzeczony jeszcze do tego nie dojrzał, muszę go pilnować, żeby nie wyrzucił mojego worka ze zużytymi kosmetykami, bo on ciągle myśli, że to "do śmieci". :D
    Po zobaczeniu tytułowego obrazka oszalałam na punkcie tego balsamu I love... i przescrollowałam notkę, żeby od jego recenzji zacząć, a tu taka wtopa. :( A tak cudnie wygląda! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, ten balsam naprawdę ładnie pachnie poziomkami... ;)

      Usuń
  20. Ja sie zakochalam w tym balsamie pat&rub od Ciebie, ale planuje nie zdenkowac go nigdy. Tak go lubie. Moj typ ma zakaz dotykania, a ja uzywam go raz na tydzien, gdy zabieram go ze soba na basen.

    To wszystko brzmi nienormalnie, przepraszam. Ale jest taki bardzo super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D ojej, ale się cieszę! wysłałam Ci go, bo naturalny i bo uwielbiam tę serię – super, że Ci podpasował (aż tak!). obawiam się, że musisz go kiedyś zdenkować, żebym mogła podesłać Ci nowy hyyhhy

      Usuń
  21. Ja się cieszyłam na wiosnę, nakupiłam balerinek...a tu co? Lato! Ale marudzić nie będę bo od jutra wolne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a latem balerinki odpadają? no halo, ja chodzę :D

      Usuń
  22. zmartwiłaś mnie, że peeling lirene zapycha:( mam go w zapasach, kończy mi się gruboziarnisty i będę zmuszona użyć ten enzymatyczny:( co do kosmetyków oriflame to ja używam:) i raczej sobie je chwalę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może Ciebie nie zapcha – nie zauważyłam, żeby mnie zapychał, tylko bez sensu, że parafinę dowalili. nie jest skuteczny - to jego największa wada. a Oriflame muszę się znowu przyjrzeć, chyba trochę się stęskniłam ;)

      Usuń
  23. Nie używałam żadnego z tych produktów. No oprócz tego tuszu do rzęs, ale u mnie działał okropnie-efekt pandy.

    OdpowiedzUsuń
  24. Cherry blossom to nie limitka, a w YR jest i balsam, i woda toaletowa! :D

    OdpowiedzUsuń
  25. stylowe zdjęcia na blogerskim balkonie zawsze spoko :)

    papkę jadwigi pamiętam jeszcze jak była w szklanym słoiczku z żółtą nakrętką upierdliwie odkręcającą się. ten aftershave mnie zainteresował, ale jak jest meh to nie. za to moja maska z tbs ta tea tree mask jest mniam. używam regularnie, czuję się gładka i odświeżona na miarę możliwości mojej skóry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie epoka słoiczkowa ominęła zupełnie, Jadwiga to odkrycie sprzed dwóch lat bodajże.
      byłam wczoraj w TBS i zapomniałam, co polecałaś. zamiast zajrzeć na bloga, to kupiłam w końcu masło rumiankowe do demakijażu, ale co się odwlecze... :)

      Usuń
  26. Dużo Ci ubyło :) Sporo nieznanych produktów dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Znam wcierkę jantar i tusz lovely - mój ulubiony :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Ładne denko :) Oj też muszę pokazać swoje w końcu :D

    OdpowiedzUsuń
  29. Wow jakie denko, sporo z niego zna tylko z blogów.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger