25.08.2015

Mój mały wybawca: Sephora – Exfoliating Face Disc

Dziś zdjęcia będą bardzo niewyjściowe, bo i bohater nieszczególnie fotogeniczny, ale muszę Wam opowiedzieć o kawałku gumy, który całkowicie zmienił jakość oczyszczania mojej twarzy – płytko unaczynionej, rumianej, upierdliwej hrabianki. Już myślałam, że nigdy niczym jej nie skrobnę, ale skrobię, a ona... ma się całkiem dobrze!


Zaczęło się od tego, że kilka lat temu odkryłam, jak wielką szkodę wyrządzałam swojej cerze regularnymi peelingami mechanicznymi. Uwielbiałam efekt idealnie oczyszczonej skóry i nie zauważałam (jakże miłość ślepa), że na twarzy mam coraz więcej różowych plamek, które wcale nie chcą znikać. Raz było lepiej, raz gorzej, więc zwalałam to na hormonalno-cykliczną humorzastość skóry. Okazało się, że guzik się znam, bo moja cera jest płytko unaczyniona, a od intensywnego tarcia i wklepywania różnych specyfików w ten podrażniony pysk dodatkowo oberwałam uwrażliwieniem. Masz ci los. Nieszczęśliwa na zewnątrz i w środku pożegnałam moje kochane drapaki, zostawiłam tylko te do rąk, brzucha, tyłka i baleronów (czyli mówiąc w skrócie: do ciała – ach, ta blogowa poezja), a sama zmieniłam front i powierzyłam się opiece peelingów enzymatycznych. Rozczarowanie nimi początkowo było ogromne: zupełnie inna jakość oczyszczenia, duży problem z pozbyciem się tłustych, czarnych krop, znanych w szerszych kręgach jako wągry. Było ciężko, bo i niełatwo jest znaleźć dobry peeling enzymatyczny. Enzymatyki albo nie działały wcale, albo mnie zapychały (tanie, parafinowo-cholera-wie-jakie-gówna), albo ewentualnie piekły żywym ogniem. To był prawdziwy enzymatyczny kryzys. Potem na szczęście trafiłam na ziołowy peeling Organique i zrobiło się dużo milej, ale i tak pogodziłam się z tym, że nie dla mnie drapanie twarzy czymkolwiek. Z tego samego powodu mój mózg zignorował wielki blogowy hype na szczotki Clarisonic i ożywiłam się dopiero, kiedy na polski rynek weszły soniczne czyścidła Foreo Luna. Tylko że Luny kosztują – w zależności od wersji – od 500 do ponad 700 złotych, więc pomyślałam, że może jeszcze się zastanowię. Chwileczkę. Gdy zastanawianie miało status in progress, przytrafiła mi się historia, którą kiedyś pewnie Wam opowiem. W skrócie: Sephora w ramach zadośćuczynienia po niezbyt satysfakcjonującej transakcji nasłała na mnie pudełko pełne cudów, a w nim m.in. zieloną gumkę do twarzy. I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do właściwej części opowieści, którą mogłam zacząć od „Sephora w ramach zadośćuczynienia...”, ale oczywiście nie mogłam, bo przecież ja i moje dygresje.


Zielonemu krążkowi Sephory postanowiłam dać szansę, ponieważ  swą gumową fizjonomią odrobinę przypominał wspomnianą szczotkę Foreo, a ja tak bardzo chciałam mieć tę Lunę i tak bardzo czułam, że być może nie będę używać jej regularnie, w związku z czym szkoda na nią kasy, że zapragnęłam pocieszyć się tą skromną gumką do twarzy. Skoro już ze mną zamieszkała...

Pierwsze zaskoczenie nadeszło już po zdjęciu folii. Silikonowy dysk jest mięciutki, a włoski mojej analogowej mikroszczotki do twarzy łatwo uginają się pod najmniejszym naciskiem. Przyssawka pewnie ma sens i dysk mógłby wisieć radośnie na prysznicowej ścianie, ale ja nie umiem go skutecznie przytwierdzić, podobnie jak nie radziłam sobie przez całe życie z wszelkimi innymi przyssawkami, które zesłał na mnie los. I gdzie ta legendarna inteligencja, droga głowo?

Miękkość mojego gumiaka zachęciła mnie do eksperymentów i już po pierwszym użyciu wiedziałam, że się dogadamy. Robię to tak: podlewam dysk wodą (bo jestem akurat pod prysznicem, więc w zasadzie podlewa się sam), twarz już od dawna mam podlaną, więc dobra moja. Nalewam na dysk odrobinę żelu do twarzy, którego aktualnie używam i kolistymi ruchami zasuwam po jaśnie hrabiance, tam i nazad. Bardzo wrażliwe twarze wystarczy delikatnie muskać, ja zwykle pozwalam sobie na więcej, bo lubię, bo tęskniłam, bo nic strasznego się nie dzieje. Żel pieni się wzorowo, cera kwiczy z radości, a po spłukaniu resztek piany okazuje się, że skóra jest gładka i dogłębnie oczyszczona. Zupełnie jak po peelingu mechanicznym. Czego więcej chcieć? Zakładam, że z Foreo mogłabym wycisnąć więcej, ale tak się składa, że dysk Sephory w kooperacji z żelem myjącym daje świetne rezultaty, a kosztuje niecałe dwie dychy, także tego. Luna może poczekać. Teraz już mi peelingi enzymatyczne niestraszne, wyprysków dużo mniej (to akurat praca zbiorowa – pielęgnacja też przecież mądrzejsza) i czuję się czysta jak świeżo odfoliowany smartfon.

Warto wspomnieć o tym, że po roku użytkowania dysk ani trochę się nie zniszczył. Wygląda dokładnie jak na początku i niczym nie różni się od białasa, którego kupiłam mężowi, bo regularnie podkradał mi moje zielone cudeńko. I jeszcze ta cena! Nic tylko brać. Nawet jeśli się mylę i to tylko kupa zgniłych kartofli, myślę, że za tę kwotę warto spróbować.


Cena: 19 zł
Ocena: 6/6
Dostępność: stacjonarne Sephory i sklep online (szukajcie pod hasłem: płatek peelingujący do twarzy)

26 komentarzy:

  1. Koniecznie muszę to wypróbować ;). Gdzieś o tym płatku słyszałam, pewnie na youtube, ale nie wiedziałam jak to się nazywa i proszę trafiłam na Twój wpis ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też go kiedyś nie mogłam znaleźć w sklepie online, ale tym razem się uparłam i oto jest ;)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. kupiłam dzisiaj i wrażenia po pierwszym użyciu - miękki, chyba za miękki. Wymasował, ale pory jak były zapchane tak dalej są :(

      Usuń
    2. ale tu chodzi o to, żeby go używać regularnie, on po prostu bardzo wspomaga oczyszczanie twarzy żelem. no ale cudotwórcą od odtykania porów nie jest, bo jakże by miał być, skoro ma do dyspozycji wyłącznie miękkie gumki :(

      a Ty masz cerę naczynkową? jeśli nie, to możesz próbować szorować twarz czymś mocniejszym, nawet szczoteczką do zębów Curaprox :) u mnie Sephora to jest najmocniejsze, co mogę zapodać, dlatego cieszę się z efektów jak głupia.

      Usuń
  3. Hahaha, jak zwykle humor poprawiony po przeczytaniu Twojego posta! :D Ja jako przykładna, bezrobotna jeszcze, absolwentka również odmawiam zakupu Luny i muszę skusić się na biedakową, gumową szczotę z Sephory - przekonałaś mnie! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam nadzieję, że nawet jak będę ponura, będziesz tu czasem zaglądać ;)
      a szczotę naprawdę warto wypróbować – jedno jest pewne: jest dużo lepsza do mycia niż dłonie plus żel solo :)

      Usuń
  4. Wygląda fajnie :D
    Ja też marzę o Clarisonic/Luna, ale u mnie akurat mocne ścieranie jest wymagane :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to jeśli mocne ścieranie, to prędzej Clarisonic, bo Luna też chyba w założeniu ma być łagodniejsza

      Usuń
  5. Ja mam takie cudeńko z Avonu , koszt to całe 7 złotych. I też jestem bardzo zadowolona:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oooo, proszę, nie wiedziałam, że i w Avonie takie cudaki sprzedają! ciekawe, czy podobnie miękkie

      Usuń
  6. Mnie po dramatycznym pożegnaniu z normalnymi peelingami pocieszyło czarne mydło. Savon noir. W słoiczku, dostępne w hebe. Piękna sprawa, piękna!
    Ja lecę po dysk, ty obadaj mydełko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czarne mydło znam (akurat z Organique), faktycznie oczyszcza bardzo zacnie, ale wciąż nie daje tej fizycznej przyjemności :)))

      Usuń
    2. Bo najlepszy drapak to i tak był ten morelowy st. Ives. Moja nierosaceowa młodość nim pachniała.

      Usuń
  7. no tekst po prosu wymiata,rewelacja:)
    recenzja zachęcająca więc to cudo ląduje na mojej liście
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! <3
      a gumkę do twarzy naprawdę warto wypróbować, nawet jeśli nie wywoła efektu wow, fajnie się jej używa

      Usuń
  8. Ej halo! Chcę to! Naczynka się nie porozrywały?

    OdpowiedzUsuń
  9. Mega zachęcasz do wypróbowania! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. mam biala wersje i tez nie trzyma sie przyssawka niczego;) poza tym jest git:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trochę mi ulżyło, że może to jednak nie ja gapa, tylko przyssawka słaba :)

      Usuń
  11. Pamiętaj - WĄGRY TO PIEGI.

    Jakbyś miała oszacować, ile było tych przyssawek w Twoim życiu, to ile by ich wyszło?

    Choć kocham mój peeling z Uriage, kupuję to z pewnością. Zakochałam się w tarciu, od kiedy trę cielsko szczotą, ryj też potrę, a co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilkanaście przyssawek.
      Moje wągry to nie piegi :(

      Usuń
  12. no no, narobiłaś mi na niego ochoty...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger