09.08.2015

Projekt denko, odc. 28

Sierpień miesiącem postów zbiorczych. No bo przecież wywaliłam dziś siatkę pustych opakowań. Jakże miałabym Wam o nich nie opowiedzieć? Gdybym nie opowiedziała, oznaczałoby to, że wywaliłam siatkę pustych opakowań zupełnie po nic. Nie mogę wywalać śmieci po nic, sami rozumiecie. 


...rozumiecie, prawda?


Balea – Queen of the Night – żel pod prysznic – pachniał ładnie i... dorosło – perfumami kwiatowymi, ale wkurzały mnie zatopione w nim drobiny (podobno z olejkiem). Nie chce mi się do niego wracać, skoro na świecie tyle innych, ładnie pachnących substancji, które nie wnerwiają wątpliwej użyteczności olejowymi perełkami. 

Yves Rocher – Monoi de Tahiti – żel pod prysznic i szampon – smutno mi, że muszę go wywalić w postaci nie całkiem zużytej, ale producent wyznaczył luty 2015 jako datę końcową naszej wspólnej przygody, więc nie mam jaj, by lać go na siebie w sierpniu. Biedaku, stałeś tak daleko na łazienkowej półce... Lubię zapach gardenii tahitańskiej, ale uczciwie należy przyznać, że jest to zapach dla wybrańców, bo prawdopodobnie większość społeczeństwa uzna go za duszący, niemiły i może nawet odrażający. Ja polubiłam gardenię z Polinezji, kiedy używałam suchego olejku YR z tej samej serii. Aha, nie testowałam tego wynalazku w roli szamponu do włosów, bo i bez takich eksperymentów moje kłaki wyglądają marnie. /recenzja suchego olejku Monoi de Tahiti/

Isana – Maracuja & Kokos – kremowy żel pod prysznic z ekstraktem z marakui – zakupiony, bo miniatura żelu pod prysznic z Sephory okazała się o wiele za mała jak na dwutygodniowy, dwuosobowy wyjazd. Żel z Rossmanna kosztował trzy złote, pachniał bardzo ładnie (zgodnie z opisem: egzotyczny owoc podszyty kokosową nutą), nie wysuszał, pienił się radośnie, ale miał jedną tycią wadę: okazał się totalnie niewydajny. Zużyliśmy go w niecałe dwa tygodnie w dwie osoby, przy niewielkim udziale osoby trzeciej. 


Fitomed – Żel do mycia twarzy ziołowy, do cery tłustej i trądzikowej – niedrogi, delikatny, skuteczny, nasze gęby go kochają. Oczy mniej, bo etykieta wciąż nie mieści mi się w głowie, ale z czystym sumieniem mogę polecić ten żel każdej wymagającej, wrażliwej cerze. Nie wysusza, nadaje się dla tłuściochów, mieszańców, normalne skóry też będą zadowolone. Ziołowy zapach nie zachwyca (ale jest mało intensywny), naturalny kolor – podobnie, a jednak z jakiegoś powodu ciągle do niego wracam. A tak, już mówiłam: bo nasze gęby go kochają. 

Garnier – Essentials – Odświeżający tonik witaminowy – tonik, którego regularnie używałam jeszcze w erze przedblogowej. Jest łatwo dostępny, ma bardzo ładny, orzeźwiający zapach, nie zawiera alkoholu i nigdy nie czynił mojej skórze zła. Wróciłam do niego ostatnio po dłuższej przerwie i znowu byłam zadowolona. Znam lepsze toniki (hydrolat oczarowy, tonik Pat&Rub), ale o tym złego słowa nie powiem. /recenzja/

Yoskine – Przeciwzmarszczkowy płyn micelarny (miniatura) – jak bardzo nienormalne i nieuczciwe jest wciskanie ludziom kitu o przeciwzmarszczkowych właściwościach płynu do zmywania gęby? Nigdy świadomie nie kupiłabym czegoś, co reklamuje się w ten sposób, ale akurat ta flaszka dotarła do mnie w jakimś boksie. Wzięłam ją na wyjazd, bo była mała i cieszę się, że już mam ją z głowy, bo nie dość że wkurzyła mnie antiejdżingowym pieprzeniem, to jeszcze miała zupełnie przeciętne właściwości. 


Nip+Fab – Pistachio Sundae – masło do ciała – pisałam o nim niedawno tutaj: /recenzja/. Uwodził zapachem i konsystencją, miał przeciętne właściwości nawilżające. Będę tęsknić, ale prawie niemożliwym jest zdobycie go, więc zróbmy mu ostatnie pożegnanie, uczcijmy to denko minutą ciszy, a potem kontynuujmy nasze życia. 

Organique – Shea Butter Salt Peeling, wersja Bamboo – bardzo porządny zdzierak o ciekawym, niepodobnym do niczego zapachu. Ma taką samą wadę jak wszystkie inne peelingi solne: przy najmniejszym podrażnieniu skóry eksfoliacja staje się cierpieniem. Moje serce należy do scrubów cukrowych.



Pose – Texturizing Face Cream – zapach tego kremu od razu przypomniał mi nieudany eksperyment perfumiarski, jaki wykonałam w wieku lat bodajże ośmiu. Moja olfaktoryczna mikstura składała się z wody, stłuczonych brudnym kamieniem płatków dzikiej róży i... cukru. Do not try this at home. Organiczny krem amerykańskiej marki Pose ma skład godny pochwały, zapach – jak już ustaliliśmy – niegodny, konsystencję lekką i wodnistą, co w połączeniu z higienicznym dozownikiem pompującym dawał mi regularnie kremowe rzygi na podłodze, ścianie i/lub ubraniach. Na początku byłam zniesmaczona, ale z czasem okazało się, że moja cera polubiła ten krem. Nie zapychał, nadawał się pod makijaż, a okresowo przesuszone policzki były zadowolone z poziomu nawilżenia. Nie mam ochoty wracać do tego kremu, ale obiektywnie jest całkiem niezły. 

Vichy – Capital Soleil SPF 50 (wersja matująca) – najlepszy filtr, jakiego używałam. Teraz zmienił nazwę na Ideal Soleil, ale flaki te same, więc nie ma stresu. Dobrze się wchłania, chroni prawidłowo, wyśmienicie współpracuje z przetłuszczającą się cerą i podkładami na niej. Zapach mógłby być ładniejszy, ale kogo to obchodzi wobec tylu innych zalet?

Nivea – Dry Comfort Plus – niezawodna, ulubiona. Nawet mi się nie chce przesuwać wzroku w stronę innych antyperspirantów w kulce, kiedy jestem w drogerii. 


W tym śmieciowisku warto zwrócić uwagę na fakt, że kupiłam na Truskawce jak ostatnia lamerka bazę pod cienie w odcieniu Deep (czyli że producent wymyślił ją dla ciemnoskórych i intensywnie solaryzujących się kobiet). Choć trudno w to uwierzyć, nie jest to główny powód wysłania owej bazy do kosza. Produkt Pauli Dorf okazał się być całkiem niezdatny do użytku – śmierdzi kredkami świecowymi z wczesnych lat 90. (mam nadzieję, że współcześnie kredki świecowe nie mają już tego charakterystycznego aromatu miodu z ucha) i regularnie na wierzch przebija się olejowa warstwa, co oznacza po prostu, że jest stara i zjełczała. Także uważajcie na te wszystkie promocje życia ze Strawberry.net, bo może być niemiło.

Tusz Miss Sporty Studio Lash Volumythic jest bardzo mocnym zawodnikiem, a jego zachęcająca cena (bez promocji ok. 13 zł) sprawia, że ludzkość patrzy na niego jeszcze milszym wzrokiem. Wcale się nie dziwię, bo to dobry tusz z dobrą, silikonową szczotką. Jest bratem bliźniakiem naszego żółtego Lovely Pump Up, chociaż z moich obliczeń wynika, że ten drugi szybciej podsycha (nie mylić z: wysycha – podsychanie jest całkiem okej). Oba tusze dzielnie rozczesują rzęsy i można dzięki nim uzyskać naturalny efekt, który bardzo mi się podoba: zamiast pogrubienia ukazuje wachlarz pojedynczych rzęs – każda jedna oddzielnie od pozostałych. Miła odmiana po moich ulubionych pogrubiaczach.

Jeśli chodzi o próbki, to spodobały mi się wszystkie poza osławionym Bumble&Bumble, który śmierdział, nie dając nic w zamian (z tego co pamiętam, któryś z produktów pachniał beznadziejnie, a któryś nadziejnie, ale nie umiem rozłożyć tych cech pomiędzy zużyte kartoniki).

To już koniec naszej fascynującej podróży do świata pustych i nie całkiem pustych tubek i słoików. Do zobaczenia w kolejnym odcinku!


34 komentarze:

  1. nivea chyba rzeczywiscie kulki ma najlepsze - ja ostatnio uzywam takie przeterminowane zele do mycia rak albo do podłogi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do rąk mogłam zużyć, fakt, ale w sumie to taki charakterystyczny zapach, że nie wszystkim korzystającym z mojej łazienki mógłby odpowiadać (tak, to próba racjonalizacji).

      Usuń
    2. swoja drogą na zadnym ze swoich żeli z YR nie widzialam daty waznosci ktora umialabym rozszyfrowac, no chyba ze slepa jestem:)

      Usuń
    3. ja na jednych widzę, a na innych tylko jakieś oznaczenie serii, więc raczej nie jesteś ślepa :)

      Usuń
  2. Moje lipcowe denko jeszcze czeka na publikację, ale zdjęcia są już dawno zrobione więc nie ma tak źle :) często sięgam po żele z Balei, mam inną wersję zapachową, tego który pokazałaś. Isanę również często używam. Miałam inną wersję zapachową tego peelingu z O... ja również wolę peelingi cukrowe, teraz używam dwóch z pat&rub :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, wielkie słoje cukrowych peelingów z P&R uwielbiam :)) właśnie w tym miesiącu zdenkowałam wersję Hipoalergiczną - działanie i zapach: bajka!

      Usuń
  3. U mnie sprawdził się krem z POSE pod oczy, choć przez pierwszy tydzień pompka zapodawała mi osobno część oleistą i osobno kremową, przez co myślałam, że produkt jest zepsuty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, tak sobie próbuję teraz przypomnieć i chyba miałam podobnie z tym kremem do twarzy.

      Usuń
  4. Sporo udało Ci się zużyć, miałam ten żel z Isany i byłam zadowolona ;) Faktycznie może i są mało wydajne, ale zapach cena zachęcające ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, zapach i cena zachęcają, a szybkie zużywanie to dla mnie żaden problem, często wręcz mam ochotę przyspieszyć zużywanie zapasów żelowych, żeby móc kupić sobie coś nowego :)

      Usuń
  5. Też lubię ten tonik garniera i używałam jeszcze w erze przed blogowej;) Chciałabym spróbować hydrolatu, ale jescze nie wiem od czego zacząć. Potrzebuję takiego, który nie będzie miał zbyt intensywnego zapachu. Co ciekawe ja z kremie Pose czułam jakby rodzynki, ale tylko przez chwile. Potem nie czułam już nic więc pod tym względem byłam zadowolona;) Z kolei peelingów solnych Organique nie lubię. Dla mnie brzydko pachną i w ogóle prawie wszystko na minus. Za to ich cukrowe uwielbiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało intensywny zapach ma hydrolat z kwiatu pomarańczy, ale moją skórę najlepiej oczyszcza i tonizuje właśnie oczarowy. On, niestety, pachnie wyraźnie ziołami, ale ja lubię ten zapach.

      Usuń
    2. To sobie chyba rozważę ten z kwiatu pomarańczy na początek:) oczarowy miałam kiedyś tonik organique i on nie pachniał, ale to nie to samo

      Usuń
  6. Dużo tego u Ciebie, ale to w sumie dobrze - robi się miejsce na nowe kosmetyki :D
    Mi się ostatnio nie chce denek robić, wywalam pustaki od razu do kosza, chyba taki letni leń mnie zlapał :)
    A 50-tka z Vichy też jest moim ulubieńcem, dla cer tłustych - ideał!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. coś i tak za wolno się robi to miejsce! :) ale przestałam już przynosić do domu kosmetyki całymi siatami, więc jest nadzieja, że za jakiś czas odzyskam równowagę i będę mogła w spokoju oddać się kolejnym szalonym zakupom :D

      co do Vichy, to zastanawiałam się niedawno, czyby nie spróbować czegoś nowego, ale zrezygnowałam, bo naprawdę nie widzę sensu.

      Usuń
  7. Żele isany baaardzo lubię :) Ten także miałam i zapachowo spodobał mi się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w ogóle całkiem porządne są kosmetyki marki własnej Rossmanna – wiele razy pozytywnie się zaskoczyłam ich jakością.

      Usuń
  8. Bardzo pokaźne denko. Ten szamponożel z YR bardzo lubiłam i nie wydaje mi się żeby te kilka miesięcy pozbawiło tego kosmetyku funkcji myjących.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pachniał wciąż ładnie, ale trochę zmętniał i bałam się, że mógłby mnie uczulić :(

      Usuń
  9. Muszę kupić w końcu filtr Vichy - mam LRP, ale czasami jednak mam wrażenie, że się szybciej świece ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. spróbuj koniecznie, tylko koniecznie weź wersję matującą, która matuje średnio, ale i tak najlepiej ze wszystkiego, co jest filtrem przeciwsłonecznym :)

      Usuń
  10. Cudowna jest ta latarenka, ja używam też filtr vichy z tej samej serii ale spf 30.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cały wystrój naszego mikrobalkonu to zasługa teściowej – ma głowę do takich rzeczy!

      Usuń
  11. firma NIP + FAB za mną chodzi już od dawna

    OdpowiedzUsuń
  12. O tak, Isana jest średnio wydajna. :)
    Mi te dziwne cośki w olejku Balea nie przeszkadzają, z chęcią wrócę do niego, jak tylko będę miała okazję. :)
    Tonik Garniera niezwykle miło wspominam głównie ze względu na zapach.

    OdpowiedzUsuń
  13. Udane denko :) Mnie kuszą te żele Balea z dodatkiem olejków.

    OdpowiedzUsuń
  14. filtr vichy rządzi. i Twoje denka też - uwielbiam Twoje pióro :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dawno u Ciebie nie byłam, dzięki za przypomnienie ;)
    Wiec tak, filtr VICHY najlepszy, a jeśli uważasz tak samo, to niech Ci nie przychodzą głupoty do głowy z szukaniem godnego następcy - ja się pokusiłam i jakby tego było mało, to jeszcze wybrałam BB 50+ z LRP :) a niech go szlak trafi, wywalam :)
    Miałam myjke do twarzy ziołową z Fitomed i faktycznie fajna, ale tonik oczarowy tej samej marki strasznie mnie męczył, dziękuję, nie dla mnie :) od jakiegoś czasu używam hydrolatów, na straży stoi z czarnej porzeczki, dla tłuściochow jak znalazł, poza nim lubię lipowy i z róży damascena :) Tonik z Garniera? Obejrzę :)
    Żele z Yves Rocher lubię, hurtem wychodzi taniej :)
    Jeśli peelingi i masła to PAT&RUB, a kulkę uwielbiam z VICHY, zerkne na Nivea :)
    Chyba już pisałam u Ciebie, że Balea w ogóle nie znam, ale po Isane sięgam często, do Rossa mam najbliżej, 7 pięter niżej 😉
    Chyba czas i na moje denko, ale ja nie robię co miesiąc :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. spróbuj się zebrać i napisz o swoich śmieciach, chętnie poczytam :)
      a czemu ten LRP taki beznadziejny? to jest ten koloryzujący?

      Usuń
    2. Tak, to ten! Świeci się, lepi i ma pomarańczowe tony. Pisałam niedawno o nim - pełna kompromitacja, nie sądziłam w gamie filtrów LRP znajdzie się taki bubel :(

      Usuń
  16. Oj też pamiętam, że używałam tego toniku z Garniera bo akurat szukałam czegoś bez alkoholu, łagodnego :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Widzę mój ukochany filtr z Vichy - jest najlepszy!

    OdpowiedzUsuń
  18. Pistacjowe Nip+Fab wąchałam jakiś czas temu ale zapach był dla mnie zbyt duszący, za to ichnie masełko o zapachu mango było do zjedzenia <3

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger