29.09.2015

Dermalogica – Gentle Cream Exfoliant [recenzja]

Dermalogica – Gentle Cream Exfoliant [recenzja]
Amerykańska Dermalogica w Polsce do niedawna była właściwie niedostępna. Na szczęście pojawił się na rynku rodzimy dystrybutor, który odpalił polską stronę internetową, wysłał kontenery towaru i ulotek do salonów kosmetycznych i pozwolił rozprzestrzenić się Dermalogicowej zarazie również w sprzedaży detalicznej. Teraz spotykam produkty marki tu i ówdzie w drogeriach internetowych, a na stronie Dermalogica.pl możecie zobaczyć mapę salonów partnerskich, w których również powinna być możliwość zakupu produktów osobiście. Dlaczego o tym piszę? Bo Gentle Cream Exfoliant daje czadu.


Mój egzemplarz kupiłam dawno temu na Truskawce, oczywiście w jakiejś oszałamiającej promocji. Oszałamiające promocje są spoko, ale nigdy nie wiadomo, jak się miewa data ważności. Po otwarciu opakowania dowiedziałam się, że... niczego się nie dowiem, bo amerykański producent nie ma obowiązku podawać daty produkcji ani trwałości i jedyne, co nas obowiązuje, to pilnowanie, żeby produkt nie pozostawał otwarty w nieskończoność, bo wtedy faktycznie może zacząć czynić zło. Na szczęście południowokalifornijscy specjaliści wpadli na inny genialny pomysł: zabezpieczmy wylot tuby folią ochronną! Będzie super! I zabezpieczyli. I było super, że hej. 


Peeling przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry, ale oczywiście poleciłabym go do cer wrażliwych i płytko unaczynionych, bo każda inna może z powodzeniem korzystać z mocarnych właściwości peelingów mechanicznych, więc po co zawracać sobie głowę chemikaliami? Chociaż, w sumie... może po coś, bo ten oto tutaj wart jest co najmniej dwóch funtów kłaków, a może i trzech, więc. No właśnie.

Składniki aktywne to: kwas mlekowy, kwas salicylowy, siarka i standardowo enzymy roślinne (papaina i bromelaina). Produkt ma całkiem miły, raczej męski zapach, konsystencję lekko kleistej paćki i powiadam Wam, że jest to konsystencja idealna, bo pozwala bez fajdania umywalki, podłogi i ulubionej czarnej bluzki rozprowadzić peeling tam, gdzie jego miejsce. A potem wystarczy poczekać 10–15 minut i...


...i za nic w świecie nie zwlekać ani minuty dłużej! Raz zwlekałam ze zmyciem tego – wcale nie dżentl – cholerstwa i poparzyło mi twarz. Ale jeśli trzymacie się przepisów i nie czekacie minut dwudziestu, jest pięknie. Naprawdę! Skóra po tym peelingu jest doskonale oczyszczona i zdrowsza, a – co dla mnie absolutnie najważniejsze – zaskórniki otwarte, znane w szerszych kręgach jako wągry, bledną w oczach. Po jednym użyciu nie ma śladu po czarnych łbach, ale pory są jeszcze pozapychane tłuszczowym dziadostwem. Przy regularnych próbach czyszczenia twarzy efekty są jeszcze lepsze, a jeśli połączycie peeling Dermalogiki* z rozsądną pielęgnacją, problem wągrów powinien odejść w niepamięć.

Peeling jest całkiem wydajny – po ok. 10 użyciach wciąż mam się czym paćkać. Jeśli kiedyś najdzie Was ochota na wyplucie 160 złotych na krem eksfoliujący, zachęcam gorąco. Według mnie jest skuteczniejszy od ziołowego peelingu z Organique, a to już coś znaczy.


Pojemność: 75 ml
Cena: online ok. 160 zł + wysyłka
Ocena: 5+/6


*tak, tak, dobrze to odmieniam: ma być K zamiast C, tak samo jak z zespołem Metallica, który w dopełniaczu wygląda tak: Metalliki, mimo że wielu fanów do dziś nie może się z tym pogodzić. 

23.09.2015

Bioderma Sensibio AR BB Cream: to byłby dobry krem BB, gdyby...

Bioderma Sensibio AR BB Cream: to byłby dobry krem BB, gdyby...
...ktoś przy kasie uprzedzał, że kolor ma zwalony. Ja rozumiem, że jeżeli coś jest kremem BB i ma tylko dwa odcienie w gamie, to ten jaśniejszy nie może być taki całkiem blady. To znaczy może, ale nie musi. Rozumiem też, że krem BB, który ma filtr SPF 30, sam się prosi o to, by nakładać go latem, a więc na cery nieco już muśnięte słońcem. Zrozumiałabym jeszcze wiele innych rzeczy, gdyby nie fakt, że po nałożeniu Biodermy Sensibio AR BB Cream w odcieniu clair/light, wyglądam jak Marchewkowa Księżniczka, mimo że nawet zimą nie mam trupio bladej cery. 


Tak, tak. Bioderma. Firma, którą lubię, szanuję i chętnie wracam do. Ten krem BB w naszym związku nigdy nie powinien był się wydarzyć. Wiesz o tym, Biodermo, prawda? Ciężko mi będzie przekazać Wam skalę problemu poprzez zdjęcia, bo i monitory różnie widzą świat, i aparat miał problem z oddaniem prawdy w 100%. No ale przyznacie chyba, że już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo nie-light jest ten fluid:


Halo, potem było jeszcze gorzej. Nie wiem, czy ciemnieje na twarzy, czy może dziksze wymyśla swawole, ale ostatecznie u mnie zaprezentował się tak oto. Pięknie marchewkowo, z – idealnym do przetłuszczającej się w strefie T cery – mokrym wykończeniem. Dla chętnych pozostawiam zakręcony jak domek ślimaka skład (nawet nie zamierzam się wczytywać) i spieszę donieść, co w tym BB jest dobre.

Ładnie pachnie, ładnie się rozprowadza i ogólnie ładnie wygląda na skórze, tylko nie na mojej (w lipcu moim odcieniem było NW15 z MAC-a, pod koniec lata lepiej wyglądałam w 52 Vanilla Healthy Mix z Bourjois, a i tak daleko było Biodermowej marchewce do mojego odcienia). Krycie zgodne z ideą BB – niezbyt mocne, ale i nie za lekkie. Mimo wszystko nie maskuje zaczerwienień (chyba że przez zaoranżowienie...), więc dla cer naczynkowych też do bani. Brawo za filtr trzydziestkę.

Przekazałam go koleżance, która ma dużo ciemniejszą karnację ode mnie, i na niej wreszcie wyglądał dobrze. Także sorry, ale nie dla Was, bladolice damy, ten prześliczny kremik. 


18.09.2015

Organique – Anti-Age Hair Mask – czy nadaje się do cienkich, słabych włosów?

Organique – Anti-Age Hair Mask – czy nadaje się do cienkich, słabych włosów?
Sklepy Organique to naprawdę piękne miejsca. Ładnie urządzone, obłędnie pachnące i zachęcające do opuszczenia przybytku rozpusty wyłącznie z pełnymi siatkami i pustką w portfelu. Z powodu nagromadzenia mocno przesadzonych zapasów kosmetycznych uznałam, że po prostu będę omijać wzrokiem, myślą i nogami pobliski Organique i wtedy wszystko będzie dobrze. Niestety, zapomniałam odsubskrybować ShinyBoxa.

Od dłuższego czasu nie zamawiam już boxów (poza pudełkiem z Sephory – jest najfajniejsze!), ale Organique zdążyło wcisnąć się ze swym antyejdżingowym dupskiem prosto do mojej szafki z zapasami. Cóż było robić? Chcąc nie chcąc (mimo wszystko jednak chcąc), zabrałam się za testowanie. 


Maska Organique przeznaczona jest do włosów farbowanych i zniszczonych, czyli dokładnie przeciwnych niż moje. Niezrażona tym faktem, postanowiłam wypróbować jej czarodziejskie moce, o których tyle się już naczytałam na blogach. 

Maska ma konsystencję puddingu. Da się ją aplikować tak sprytnie, żeby nie spływała z rąk. Nie jest przy tym tępa, więc za to duży plus. Nie podoba mi się tylko zapach. To znaczy jest ciekawy – syntetyczne winogrona – ale o wiele za mocny. Lubię intensywne aromaty, ale tym razem zostały przekroczone wszelkie normy, jakie mój nos jest w stanie zaakceptować. A jeśli mój nos mówi, że coś jest za mocne... to jest za mocne. Ha. Ha ha. Hy.

Skład jest niezbyt długi i bardzo konkretny: oleje, hydrolizowany jedwab, puder perłowy, panthenol, a nawet sól morska, która trochę mnie zdziwiła, bo przecież wcale dobrze na włosy nie działa (ale co ja tam wiem o włosach). 


Producent podaje dwa sposoby wykorzystania maski: zgodnie z nazwą i jako 2–3-minutową odżywkę, czyli tak naprawdę na głos mówi to, co inni producenci przemilczają, a co jest stałą praktyką konsumencką. No bo komu by się chciało te 15 minut na głowie ze sztucznymi winogronami? Mnie nie. Wybrałam więc wyjście pośrednie i trzymałam maskę przez bliżej nieokreślone minut_kilka, w czasie których ogarniałam resztę siebie. Bez względu na to, czy aplikowałam Organique na włosy i skalp, czy tylko od ucha w dół (jak bardzo w dół, dowiecie się za chwilę), wyglądałam tak samo.

Efekty działania takiej pół-maski były wyborne: idealnie gładkie włosy, ciężkie i mięsiste. Niestety, odpowiedź na pytanie: czy Anti-Age Hair Mask nadaje się do cienkich, słabych włosów, brzmi: NIE. Taka gładkość i mięsistość pewnie jest wyśniona przez wszystkie posiadaczki pięknych, gęstych czupryn. Moje mocno przerzedzone, cieniutkie piórka wygładzone i maksymalnie dociążone przez maskę wzbudzają tylko smutek i współczucie. Wyglądam, jakbym miała połowę swojej ćwierci włosów – co z tego, że miłych w dotyku? Dla mnie nic z tego, ale czego się niby spodziewałaś, Agato, hę?

Maska przeleżała na łazienkowej półce trochę za długo i na koniec wymyśliłam jej nowe zastosowanie. Okazała się wyśmienita do golenia! Po takim zabiegu łydki były idealnie gładkie i nawilżone. Czyli właściwie odpowiedź na tytułowe pytanie mogłaby być twierdząca: Anti-Age Hair Mask doskonale nadaje się do cienkich włosów... na nogach!

Tymczasem moje włosy właściwe czekają teraz na coś, co je spuszy i oszuka łysiejące przeznaczenie. Jakieś pomysły?

Pojemność: 150 ml
Cena: 41,90 zł
Ocena: tym razem nie mnie oceniać.

17.09.2015

Agata tuszów wiele naotwierała... (po raz drugi)

Agata tuszów wiele naotwierała... (po raz drugi)
Nigdy nie używam tylko jednego tuszu. Górne i dolne rzęsy potrzebują różnych form upiększenia (jedne chcę pogrubiać, drugie mają być tylko delikatnie podkreślone), poza tym często bywa, że tusz musi swoje odleżeć po uroczystym odpieczętowaniu, bo na świeżo skleja i jest do bani – znacie to, prawda? Czasem odkręcę coś nowego, bo ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a ja najwyraźniej lubię się smażyć, no i jeszcze dorzućmy stary (i niestety wciąż jary) obyczaj: jak rozstać się z tuszem, który wciąż dobrze maluje, mimo że minęło pół roku lub więcej od otwarcia? W takich okolicznościach dzieją się tego typu historie:


Oto one. Wszystkie otwarte, radośnie ufajdane na wylocie i mniej lub bardziej gotowe nieść pomoc blond-rzęsej potrzebującej. Tak, jestem w stanie wyjść z domu bez makijażu (jeśli ktoś mnie zmusi), ale bez pomalowanych rzęs? NIGDY! Zestaw widoczny na zdjęciach obowiązywał jeszcze do niedawna – dopiero przy ostatnim denku trochę się pozmieniało. Niemniej: przyjrzyjcie się i oceńcie, czy któryś wart jest zakupu. 


Maybelline – the Colossal Volum' Express 100% Black

Klasyk, do którego wróciłam po bardzo długiej przerwie. Wciąż zna się na robocie, jest intensywnie czarny, ale już go nie wielbię jak kiedyś, bo po drodze poznałam kilku mocniejszych zawodników. Wydał mi się nieco suchy od początku (czy on zawsze taki był?), ale nie na tyle, żeby skaszanić malowanie. Duża, nylonowa szczotka dodaje tylko trochę objętości, za to w ogóle nie skleja. Porządny, przewidywalny tusz, który poleciłabym każdemu, kto nie wie, czego chce i nie wie, co kupić.
/9 ml za 20–30 zł/


Miss Sporty – Studio Lash 3D Volumythic

Wiele już było napisane na ten temat, ale nie chce być inaczej: żółty tusz Miss Sporty to kopia żółtego Lovely Pump Up (albo odwrotnie). Widzę między nimi niewielkie różnice, ale szczotki mają identyczne (silikonowe, wygięte), opakowania z identycznie żółtego plastiku, są z tej samej półki cenowej i wyczesują rzęsy do samych koniuszków. Różnią się tym, że Miss Sporty wolniej schnie, co daje mu jednocześnie dłuższą żywotność i wyższy stopień upierdliwości (wiadomo: wszystko, co mokre, lubi robić stempelki nie tam, gdzie byśmy sobie tego życzyli). Obydwa tusze lubię, mimo że ani trochę nie pogrubiają. Jeśli mam ochotę na delikatniejszy efekt i ładnie wymalowane do koniuszków, a przez to optycznie wydłużone rzęsy, wybieram któryś z nich. Wybrzuszona część szczotki dobrze nadaje się do malowania dolnych włosków, więc Volumythic często bywa w obiegu niezależnie od tego, czym akurat maluję rzęsy właściwe. Całkiem porządny i łatwo dostępny tusz za kilkanaście złotych.
/8 ml za 13,50 zł/


Hean – Giga Shock Professional XXL Volume

Ten wielkoszczotkowy elegancik ma za zadanie pogrubiać i teoretycznie robi to dobrze zarówno jedną warstwą, jak i trzema (w zależności od tego, na jakim efekcie Wam zależy). Teoretycznie, bo... jakoś średnio pogrubia ten tusz do pogrubiania. Przy dwóch–trzech warstwach jest lepiej, ale wciąż trochę za mało do pełni szczęścia. Pięknie za to rozczesuje, w taki bardzo naturalny sposób – dzięki niemu dowiedziałam się, że mam całkiem sporo rzęs. Kto by pomyślał... Tusz ma dosyć suchą formułę, więc nie robi plam na powiekach i nie skleja. Szczotka jest spora, ale łatwa w obsłudze i ma klasyczne, niesilikonowe włosie. Wszystko byłoby fajnie, tylko... gdzie to XXL? Poza brakiem spektakularnego pogrubienia mam jeszcze jedną uwagę: czasem lubi znikać z rzęs (to znaczy nie stwierdzam aktywnego osypywania się – nie widuję zaschniętych farfocli pod oczami, a jednak bywa, że pod koniec dnia wyglądam, jakbym tylko musnęła rzęsy jakimś czarnym mazidłem). Nie bardzo wiem, od czego to zależy, bo są i takie dni, gdy nic złego się nie dzieje. Ogólnie to całkiem niezła maskara, tylko producent powinien inaczej ją opisać. Dla dziewczyn, które nie chcą niczego pogrubiać ani wydłużać, za to pragną mieć ślicznie porozdzielane rzęsy, może się okazać bardzo fajną propozycją. Na plus również cena.
/14 ml za 16,99 zł/


Être Belle – Lash-Xpress & Hyaluronic

Ma podkręcać, pogrubiać i wydłużać. Czerń jest głęboka, maskara ma długą żywotność od pierwszego otwarcia, bo nie wysycha, a z natury jest mokra (choć przy tym gęsta). Czasem maluje świetnie, a czasem skleja i rozmazuje się po skórze. Silikonowa szczotka przypomina te z Miss Sporty i Lovely, ale jest mniej precyzyjna, bo chyba ma grubsze wypustki. W tych dobrych dniach pięknie podkreśla moje niewielkie gały, ale czasem tak mnie wkurzy, że muszę ją zmywać (lub – gdy nie mam czasu – puścić z rana pod nosem soczystą wiązankę). Czyli nie wiem, czy ją lubię i nie wiem, czy polecam. Raczej nie polecam, bo kosztuje stówę. Litości. W tym przedziale cenowym maskara ma tańczyć, śpiewać i robić ze mnie księżniczkę roku. Ta nie tańczy i co jakiś czas fałszuje.
/8 ml za 99 zł/


Laura Mercier – Full Blown Volume Lash Building Mascara

Miniaturę tego tuszu dostałam w zestawie Flawless Colour Favourite Set. Ucieszyłam się, że mogę przetestować tusz z wyższej półki, bo małe mam z takowymi doświadczenie, a przecież to ciekawe, za co kobiety bulą tyle kasy. W tym przypadku bulą za miękką jak szczenięcy kuper szczotkę, która naprawdę jest tak miękka, że za każdym razem wywoływała moje głębokie zdumienie tym faktem. Efekt malowania się czymś takim jest równie miękki – rzęsy są podkreślone, rozczesane co do włoska, ale niewiele na nich tego tuszu za dwadzieścia pięć dolarów. Nie ma mowy o najmniejszym pogrubieniu – maskara po prostu wyczesuje czymś niezbyt intensywnie czarnym Wasze oryginalne rzęsy i... już. Koniec historii. Czy warto za to płacić tak wiele? Według wielbicielek naturalnego looku pewnie tak, ale osobiście wolałabym machnąć sobie hennę.
/10 ml za 25$/

Ot co. Tusze. Któreś z nich znacie? Poważacie?

14.09.2015

Coś małego, coś dobrego: Benefit – Gimme Brow Light/Medium

Coś małego, coś dobrego: Benefit – Gimme Brow Light/Medium
Na wstępie mojego listu zaznaczę, że mam ogromną słabość do marki Benefit. No mam i już. Kiedy wchodzę do Sephory, mój wzrok natychmiast kieruje się w stronę wesołej benefitowej gromady. Nie wiem, po co, bo mam już chyba wszystko, czego mogłabym od nich chcieć, a jednak stoję i się gapię. Te filuterne pudełeczka, słoiczki, tubki hipnotyzują. Nic nie poradzę.

Oczywiście jak wszędzie, również w szafie Benefit natkniecie się na kosmetycznych cieniasów. Ale Gimme Brow z pewnością do nich nie należy. 


Producent sprzedaje go jako dodający objętości, wodoodporny żel, który zawiera mikrowłókna, mające czynić z brwiami cuda i dziwy. Plan jest taki: nabieram żel na pędzelek, żel nabiera się ze wspomnianymi mikrowłóknami, potem czeszę tym zestawem brwi, a te nabierają koloru. Do tego włókna przylepiają się do skóry i udają, że się tam urodziły, że są tam od zawsze i że w ogóle o ssso choziii...? Plan jest dobry, wykonanie też niczego sobie. Pod warunkiem, że Wasze brwi wyglądają choć trochę sensownie. 


Zanim zaczęłam odwiedzać brow bary Benefit (które odwiedzać warto, ale to całkiem inna historia), moje brwi były pożałowania godne. Myślę, że musiały wywoływać litość i zażenowanie u każdej szanującej się użytkowniczki pęsety i wosku do depilacji. Że żyły własnym życiem, to mało powiedziane. Rosły chętnie, gęsto, gdziebądź. W dodatku prawa zawsze bujniejsza od lewej i obie tak samo blond. Nie przeszkadzały mi, nie zwracałam na nie uwagi – dopóki nie zobaczyłam na blogach i vlogach, jak brwi  m o g ą  wyglądać. Nie zamierzam już nigdy wracać do moich naturalnych blond-krzaków, ale oczywiście nie chce mi się latać co chwilę do brow baru. Dlatego według mojej absolutnie najskromniejszej opinii, żeby wyglądać pięknie, warto zapewnić sobie w życiu obydwa luksusy: depilację i hennę ręką profesjonalisty (chyba że profesjonalna w tym względzie jest Wasza osobista ręka – mówię za siebie), a do tego dobry zestaw do stylizacji brwi w warunkach domowych. Dla takich ładnie wyrównanych brwi, które straciły kolorystyczny hennowy pazur, idealny jest właśnie Gimme Brow. 


Wcześniej używałam Catrice Eyebrow Fillera, który jest tani i łatwo dostępny. Byłam zadowolona i pewnie bym przy nim pozostała, ale któregoś razu przylazła Lu i zaczęła zachwalać Gimme Brow... A że Gimme Brow = Benefit, nie trzeba było długo namawiać mnie do zakupów.

Żel Benefit mieszka w małej, plastikowej butelce, a tym, co go wyróżnia, jest bardzo przyjemna w obsłudze, niewielka szczotka. W porównaniu z nią, Catrice jest równie precyzyjna co stopa hipopotama. Z Catrice życie jest piękne, ale tylko wtedy, gdy mamy idealnie wymodelowane brwi, a aplikator służy nam wyłącznie do delikatnego podrasowania tego, co i tak już rasowe. Z Benefitem można osiągnąć więcej, bo potrafi naprawdę ładnie wyczesać niesforne włoski, a przy tym je podkolorować. Trwale.

Wersja light/medium jest raczej chłodnym, niezbyt ciemnym brązem, choć na pewno cieplejszym od Eyebrow Fillera z Catrice. Żel Alverde wypada przy Gimme Brow bardzo ciepło (a na tej fotce wręcz rudo-zielono). Nieporównywalnie tańszy żel Catrice też ma mikrowłókna, ale nigdy nie dopatrzyłam się ich działania na brwiach – widuję je zwykle tylko na szczotce. Benefit zdaje się doklejać co nieco do skóry, ale nie jest to efekt, na którego cześć bardowie mogliby pisać pochwalne hymny. Jedna z moich brwi naturalnie jest niestety wybrakowana, a Benefit nie jest w stanie tej dziury zalepić ani nawet zamalować. Potrzebna jest henna lub kredka/cień.

To, co warto pochwalić, znajduje się w ulotce. Nie wywalajcie jej tak od razu – znajdziecie tam przejrzystą, krótką instrukcję malowania brwi tym cudem (i innymi, podobnymi cudami również). Instrukcja jest po angielsku.

Po kilkunastu tygodniach regularnego używania żel zaczął dokonywać żywota i – jak na rasowego starego dziada przystało – irytuje swymi starczymi upierdliwościami. W tym wypadku upierdliwość polega na tym, że na czubku szczoteczki zbiera się mnóstwo mikrowłókien, przy czym określenie „mikrowłókno” jest eufemizmem dla: „obrzydliwy farfocel”. Ogólnie utrudnia to aplikację, drażni i sprawia, że coraz częściej sięgam po cienie. Zamiast.

Trzeba jednak przyznać, że spośród wszystkich tego typu produktów, jakie miałam okazję testować, Gimme Brow wygrywa. Jeśli znajdę coś lepszego, na pewno dam Wam znać.

Pojemność: 3 g
Cena: 119 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: w Polsce wyłączność dystrybucyjną ma Sephora

12.09.2015

Blogowe rewolucje, czyli: trochę się tutaj pozmieniało!

Blogowe rewolucje, czyli: trochę się tutaj pozmieniało!
Od kilkunastu tygodni chodził za mną pomysł odświeżenia szaty graficznej Smaruję, wcieram, maluję. Projekt Pauliny z bloga one little smile półtora roku temu zrewolucjonizował to miejsce, ale w końcu nadszedł czas na zmiany. Szablon według pomysłu Pauli coraz mniej do mnie pasował i postanowiłam poprosić ją o kolejną metamorfozę. Właściwie planowałam zmienić tylko czcionki. Paulina odpisała, że nie zajmuje się już szablonami blogowymi, bo nie ma na nie czasu, ale zamiast posłać mnie do stu diabłów, wysłała do Karoliny z bloga Pasje Karoliny. Gdy tylko odwiedziłam to miejsce, wiedziałam, że będą z tego kwiatki, chmurki i serduszka. Karolina okazała się bardzo konkretną, pomysłową projektantką, która nie tylko słucha konstruktywnych uwag, ale też wychodzi naprzeciw niezdecydowanym jękom i bliżej nieokreślonym postękiwaniom autorki. No i cóż, ze zmiany czcionek przeszłyśmy płynnie do zburzenia chałupy i postawienia jej od nowa.

Oto efekty. Karolino, bardzo, bardzo Ci dziękuję. Dzięki Tobie dziś jest dzień, w którym cieszę michę i przestać nie mogę :).

Mam nadzieję, że nowy layout Wam się spodoba i szybko się do niego przyzwyczaicie. Ja już czuję się tu jak w domu. A teraz pożegnajmy czule poprzednika:


Papa, szablonie, życzę ci spokojnej emerytury w Krainie Byłych Layoutów!

07.09.2015

Kilka słów o wyrzutkach, zanim je wyrzucę – kredki i linery

Kilka słów o wyrzutkach, zanim je wyrzucę – kredki i linery
Blogowanie jednak sporo zmienia w bani. Na przykład wczoraj porządkowałam szufladę z kredkami, cieniami w sztyfcie i eyelinerami, zebrałam kilku kandydatów do śmietnika i... żal mi się ich zrobiło. Wiecie, tak po ludzku żal, że wywalę weteranów, a świat nie usłyszy o nich ani słowa. I potem pojawiła się jedna z tych złociutkich myśli: ha! przecież mogę poświęcić im osobny wpis! Zryta bania, zryta. Mimo wszystko: miłej lektury.


L'Oréal – Contour Khôl w odcieniu 131 Noir Intense Jet Black  

Zanim zaczęło się w moim życiu wariactwo kosmetyczne, wracałam do tej kredki kilkakrotnie. To były czasy, kiedy mój makijaż codziennie wyglądał tak samo: rzęsy machnięte tuszem pogrubiającym (czasem dobudowywałam warstwy przez dwa-trzy dni, zanim wszystko starłam do zera – ach, beztroska młodość), cień nude na całą powiekę (albo i bez niego, szkoda czasu), no i oczywiście obowiązkowo gruba czarna krecha na dolnej linii rzęs lub na linii wodnej (BTW, wiecie, że w tym roku podobno wróciła moda na takie kreski?). Do takiego looku czarna jak węgiel kredka kohlowa była niezbędna. L'Oréal sprawdzał się dobrze, bo jest czarny to-tal-nie, miękki, intensywny, łatwy w użyciu. Niestety, potrafił się rozmazać, a nadmierna miękkość sprawiła, że nie dało się zatemperować tej kredki na ostro. Współcześnie oddelegowałabym ją do smokey eye, ale ja nie robię smokey na czarno, bo wyglądałabym tragicznie z moimi niedużymi oczami, nakrytymi czarnymi, opadającymi powiekami. Straszydełko pozdrawia.


Revlon – Grow Luscious Lashliner w odcieniu 001 Onyx 

A tu mamy podobnie miękki i niesamowicie czarny przypadek kredki. Ta jednak przybyła do mego domu nieco później i wydała mi się dużo lepsza jakościowo. Kupiłam ją ponad trzy lata temu, więc chyba czas się pożegnać. Zadanie ułatwiła mi sama kredka, która na tym etapie znajomości bawi się ze mną w chowanego. Gdy tylko ją zatemperuję i przyłożę do powieki, wkład ucieka do swego drewnianego domku. Po trzech kolejnych próbach odpuściłam. Rozumiem, że mogła trochę wyschnąć po tak długim czasie, a wraz z wyschnięciem nieco się skurczyć, ale to naprawdę jest dziwne. W związku z powyższym nie zobaczycie na zdjęciu, jak głęboka jest jej czerń, bo udało mi się narysować cokolwiek tylko jej koniuszkiem, który nie zdążył się ukryć. Można ją jeszcze kupić w sklepie Kosmetyki z Ameryki za niecałe 18 złotych, pojawia się też na Allegro. Czy warto jej szukać, oceńcie sami.



Bell – Big Black Liquid Eyeliner


Z marką Bell stało się coś dziwnego, czego nie rozumiem. Po kilkudziesięciu latach obecności na rynku seria Classic (czerwone opakowania) teoretycznie wyniosła się z dystrybucji na dobre, a na jej miejsce weszło nie Bell-Bell, tylko Bell Hypoallergenic. W drogeriach nie widzę niczego innego, ale szafę Classica w wersji okrojonej odkryłam jakiś czas temu w Biedronce (do której zazwyczaj nie chadzam). Gdzie znaleźć Big Black Liquid Eyeliner, niebędący ani czerwoną serią, ani Hypoallergenikiem? Nie mam pojęcia, ale podobno jest to możliwe (za ok. 10 zł). Eyeliner jest tani i niezły, ale ma pewną wadę pigmentacyjno-konsystencyjną. Na fotce powyżej możecie zobaczyć, jak się nim maluje kreskę – o tak właśnie. Teoretycznie tusz jest mocno czarny, ale wyraźnej, czarnej kreski za jednym pociągnięciem namalować się po prostu nie da (no dobrze: ja, kreskowa cienizna, nie daję rady). Trwałość i cała reszta okej, ale wykonać tym coś ładnego? Ciężko. Pędzelek jest nowej generacji, czyli taki twardy, zbity grubas z ostrą końcówką. Jak we flamastrach, widziałyście milion razy. Nie jestem najlepsza w te klocki.



Essence – Liquid Ink Waterproof – czarny 

Zdaje się, że wciąż jest dostępny w szafach Essence, a już na pewno w internecie można go kupić bez większego problemu (za ok. 11 zł). Widzicie tę czerń?!?! Jest oszałamiająca. To najczarniejszy kosmetyk na świecie. Żeby uzmysłowić Wam, jak bardzo jest czarny, musicie mi uwierzyć na słowo, że zarówno L'Oréal, jak i Revlon mają głęboki, smolisty odcień. I co, Essence zarzyna konkurencję, czyż nie? Niestety, zupełnie nie umiem wykorzystać tego faktu na swoich kupowatych, zbyt mięsistych powiekach (w szerszych kręgach znanych jako opadające). Pędzelek jest klasyczny, z miękkich włosków, nie jest supercienki, więc da się tym linerem wymalować przepiękną, trwałą, ale dość grubą kreskę. Nie dla mnie więc on, w dodatku solidnie cuchnie i zastanawiam się, czy od początku tak było, czy bezwstydnie skisł. Tak czy srak siak, czas się pożegnać. 



W7 – Liquid Eyeliner w odcieniu Black Brown

Głównym problemem tego eyelinera jest jego odcień. Kiedy hodowaliśmy szczury i któremuś coś się gorzej strawiło, walił kupy w takim kolorze (na żywo liner jest ciemniejszy niż tu widzicie). Tak, wiem, że na moim blogu często powraca motyw gastryczno-fekalny, ale nie moja wina, że producenci kosmetyków tak chętnie zbaczają w te rejony. Zadziwiająca jest za to trwałość linera W7. Jeśli opanujecie obrzydzenie kolorem i uda Wam się namalować nieruchomym, ostro zakończonym pędzelkiem ładną, równą kreskę (mnie się to udaje niezwykle rzadko), będziecie się nią cieszyć aż do demakijażu, który okaże się ciężką pracą, bo zmyć tę cholerę z powiek wcale nie jest łatwo. Jeżeli potrzebujecie czegoś naprawdę trwałego, uprzejmie donoszę, że wersję czarną widziałam w ladymakeup.pl za 6 złotych z kawałkiem. Mój egzemplarz defekacyjny wyrzucam, bo po wielu miesiącach w szufladzie niezbyt pięknie pachnie, a to zwykle oznacza kłopoty.


Wibo – Brązowy Eye Liner 

Nie widzę już na stronie Wibo tego eyelinera w innym kolorze niż czarny. Nie wiem, czy wycofali te w odcieniach brązu i stali, czy po prostu nikt nie wspomniał o nich na stronie (co – między nami – byłoby dziwne). Brązowa wersja jest połyskująca, to taka miedź ze złotym blaskiem. Bardzo udany odcień, który – w przeciwieństwie do czerni – mogę aplikować na górną, opadającą powiekę i nie daje efektu ciężkiego, zmęczonego oka. Sam eyeliner bardzo lubię, klasyczny, wąski pędzelek z miękkiego włosia nie sprawiał trudności aplikacyjnych moim dwóm lewym rękom, a kreska nie robiła stempelków. Wersję stalową też zużyłam do zera dwukrotnie, bo za tych kilka złotych nie było się do czego przyczepić. Liner do samego końca nie zmienił właściwości, a wywalam go, bo zostało niewiele, a do tego w kwietniu minęła mu data ważności. Tak, na fotkach jest ten sam produkt, tylko światło inaczej na niego pada, stąd tak bardzo różny efekt. 


Okej, teraz mogę utylizować w spokoju. Znacie któryś z tych wynalazków? 

04.09.2015

Projekt denko, odc. 29

Projekt denko, odc. 29
Nowy rok szkolny, czas zmierzyć się z kolejnym workiem śmieci. Statystyki pokazują, że takie wpisy nigdy Wam (nam) się nie nudzą, mimo że i fotki gorsze, i kosmetyczne opowieści wykastrowane z pasjonującej fabuły i mowy końcowej. Cóż zatem robić? Ano denkować. 


W sierpniu nie szalałam z podlewaniem się kosmetykami pielęgnacyjnymi, za to uzbierałam kilka wyrzutków makijażowych. Wykańczanie kolorówki – trochę to nawet emocjonujące. Tak, trochę tak. Przy okazji zagrałam w zupełnie nową grę: raz, dwa, trzy – w śmietniku grzebiesz ty. Z rozpędu wywaliłam wszystkie pustaki do kosza, a przecież puste opakowanie po pudrze z MAC-a przybliża mnie do kolejnej pięknej pomadki z ich oferty! Niech żyje Back 2 MAC. Przecież mam tak mało pomadek.


Joanna – Naturia – Szampon z miodem i cytryną – kupiłam na wakacyjne wyjazdy, bo butelka ma odpowiednią wielkość. Szampon niespecjalnie nadaje się do moich włosów (producent wymyślił go dla suchych i zniszczonych, a moje są niezniszczone i na maksa się przetłuszczają), ale w niczym mi to nie przeszkadzało, bo latem i tak myję włosy codziennie lub prawie codziennie. Szampon miał bardzo ładny, miodowy zapach – tak powinny pachnieć kosmetyki o nazwie, która wywołuje u mnie niezdrowe podniecenie: mleko&miód. Gdy widzę coś z mlekiem end miodem, od razu mam ochotę wypróbować. Nic nie poradzę. Właściwości szamponu w porządku – dobrze domywał, nieźle się pienił, nie szkodził skórze głowy. Nie wrócę jednak do niego, bo mimo wszystko wolę coś przeciwsmalcowego. 

The Body Shop – Banana Conditioner – odżywki zużywają się u mnie o wiele wolniej niż szampony. Pewnie ma to coś wspólnego z faktem, że po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilku lat sypią mi się włosy. Czyli: odżywki są wydajne, bo nie mają czego odżywiać. Sad but true. Bananowy duet Body Shopu uwielbiam za zapach. Prawdziwe, niechemiczne banany, zero ściemy, sama rozkosz. Od kiedy zaczęłam używać szamponu i odżywki z tej serii, wzrosło w moim domu zużycie bananów właściwych – pożeram je jeszcze chętniej, z masłem orzechowym lub w koktajlach. Odżywka jest średnio gęsta, ale treściwa – pewnie lepiej posłużyłaby Luizowym, grubaśnym, nieujarzmionym kudełkom, ale nic to, nie zamierzam rezygnować z tego zbyt obciążającego moje włosy bananowego zestawu, póki go nie wycofają (czyli pewnie niedługo). Zapach na włosach utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas, za co miłość jej na wieki, poza tym standardowo wygładza i ułatwia rozczesywanie. Lowe. 

Perfecta Mama – Żel do higieny intymnej – wiele razy klepałam o tym, że ten żel działa na mnie najlepiej. Nie zmieniałam, nie eksperymentowałam do czasu, gdy Dax Cosmetics zmienił etykiety i przy okazji poszerzył ofertę o kilka nowych wariantów (z różnym pH, zapachowe i bezzapachowe, z probiotykami itd.). Wszystkie mi odpowiadają, będę jeszcze testować nowe wersje, ale uprzedzam, że testy będą iść wolno, bo żel jest wydajny – butelka starcza na trzy-cztery miesiące. 


Pat&Rub – Hipoalergiczny scrub cukrowy – świetny jest ten peeling Pat&Rub. Po pierwsze: bo pachnie moim ulubionym hipoalergicznym, uniseksowym aromatem; po drugie: bo jest cukrowy, a nie solny (więc nie podrażnia); po trzecie: bo dzięki wielkiej pojemności jest wydajny (no dobra, to w ostatnich miesiącach nie było pożądaną cechą w tym domu, vide: mój poprzedni wpis), po czwarte: bo działa. Nie każdy go polubi za wysoką zawartość olejów – sama musiałam się przyzwyczaić do tego typu kosmetyków zdzierających – ale tak naprawdę to zaleta: jeżeli nie zszorujecie z siebie gąbką całej olejowej powłoki, wcieranie kremu po kąpieli może okazać się niepotrzebne. Aha, wywalam słoik z 1/4 zawartości, bo stał długo w łazience i umarł na przedawnienie. Ale dałoby się go dalej używać, bo miesiąc po utracie ważności wciąż pachniał jak zwykle i był tylko trochę rozpaćkany. Tak to bywa z naturalnymi peelingami – cukier reaguje z wodą (a raczej na wodę). 

Isana – Mango & Pomarańcza – mydło w płynie (zapas) – bardzo ładny zapach i miła, kremowa konsystencja. Nie wysuszał. Będę wracać. 

Sephora – Creamy Body Wash – żel pod prysznic (miniatura) – jedna z miniatur, które dotarły do mnie wraz z najfajniejszym na świecie wynalazkiem, jakim jest box Sephory (Shiny i beGlossy mogą mu co najwyżej wylizać starannie zadek). Boxy Sephory można otrzymać raz na kilka miesięcy przy okazji internetowych zakupów powyżej 200 złotych. W środku zawsze znajdziecie kilka słodkich miniatur perfum i inne cudeńka. Oferta jest limitowana, więc gdy się pojawiają, nie warto zwlekać. 
Jeśli chodzi o żel Creamy Body Wash, to nie zrobił na mnie wrażenia (w jedną ani w drugą stronę), ale okazał się zadziwiająco wydajny, pewnie za sprawą mikrodziurki, przez którą się dozował. Zapach znany w szerszych kręgach jako toaletowy. Co kto lubi.


Bioderma – Sebium H2O – czasem już sama nie wiem, czy lubię dalej te micele Biodermy, czy już mi całkiem zbrzydły. Wersja zielona (a właściwie niebieska, bo sam płyn ma niebieski kolor) przeznaczona jest do cer przetłuszczających się, ale nie zauważyłam jakiegokolwiek działania na nadmiar sebum. To nic. Plusem Sebium H2O jest fakt, że nie jest tak gorzki jak różowy Sensibio, a minusem – możliwość podrażniania oczu przy nadmiernym tarciu. Mam wrażenie, że nieco gorzej domywa makijaż, to znaczy rozpuszcza ładnie, ale nie wyciera wszystkiego od razu jak należy. Mimo wszystko to wciąż wyróżniający się produkt pośród innych wód do demakijażu, które zmywają tylko tyle, ile mają ochotę, a nie tyle, ile trzeba. 

Balea – dwufazowy płyn do demakijażu – całkiem sensowna, choć mało wydajna dwufazówka, czego nie mogę powiedzieć o jednofazowej siostrze, która moim zdaniem jest cienka jak dupa węża. Dwufazę warto nabyć przy okazji wizyty w DM-ie, ale nie ma sensu się o nią zabijać i specjalnie wyszukiwać w sklepach internetowych, bo przecież na miejscu mamy łatwo dostępny Pur Bleuet z Yves Rocher, a z tańszych rzeczy Delie i inne dwufazowe Ziaje. 

Bioliq – Krem kojąco-wzmacniający do cery naczynkowej – nie pamiętam nic na jego temat, bo używałam nieregularnie, bo nie był zachwycający. O, czyli pamiętam, że nie był zachwycający. Zawsze to jakieś wspomnienie, prawda?

Receptury Babuszki Agafii – Przedłużenie młodości – serum do twarzy 35-50 lat – na samym początku mnie podkurzyło, bo przy pełnej butelce pipeta nie chciała niczego zaciągać. Zepsute – pomyślałam. A jednak się jakoś naprawiło. Nie zauważyłam wielkiego wow po zużyciu całej flaszki, ale jeśli czytacie mnie w miarę regularnie, wiecie, że darzę głębokim uczuciem szklane buteleczki z pipetami, więc i tego serum używałam z przyjemnością. Zapach taki se – ziołowo-jakiśtam-bylejaki – ale nawilża całkiem przyzwoicie. I nie zapycha. I cerze jest chyba miło. Oczywiście, żeby to miało sens, należy później zaaplikować krem, ale ja rzadko kiedy zostawiam jakiekolwiek serum solo. Ubździło mi się, że serum = tuning dla kremu. Wystarczyło na około miesiąc, kto wie, może do niego kiedyś wrócę, chociaż wolałabym spotkać na swojej drodze zachwycacz, po którym nic już nie będzie takie samo (okej, znam jeden takowy, ale kosztuje od_cholery plus VAT, więc nie zanosi się na kolejną butlę w najbliższym czasie). 


Eveline – BB Cream, odcień light – poznałam ten BB chyba ze dwa lata temu, a poleciła mi go Mama nr 2. Byłam bardzo miło zaskoczona tym, jak dobrze prezentuje się na lekko opalonej twarzy (głęboką zimą jest dla mnie za ciemny – moja zimowa wersja to Buff wg Revlonu i NW13 wg MAC). Całkiem sensownie kryje, ładnie pachnie i ogólnie jest dla cery przyjacielski. Pocieszny taki, w tej miękkiej tubce za kilkanaście złotych, ze swoimi ośmioma doskonałościami w jednym. Z matowaniem tobym może nie przesadzała, ale nie zostawia całkiem mokrego wykończenia, a to już coś. To dobra opcja na lato, jeszcze lepsza na chłodne miesiące (o ile nie jesteście takie blade jak ja). Niestety, latem, w upale po kilku godzinach lubi się... hmmm... deformować? W każdym razie zaczyna być widoczny, na moim ultratłustym nosie wcale go nie ma. Ale jak na produkt za około piętnastaka, jest naprawdę dobrej jakości.

Korres – Vitamin Concealer, odcień light – pisałam o nim ostatnio, więc nie będę się powtarzać. Zdecydowanie do zapomnienia. Cieszę się, że już sobie poszedł. /recenzja/

Maybelline – Colossal Volume Express Mascara – tusze Maybelline to takie pewniaki w morzu  maskarowej niepewności. Dżizas, jaka jestem poetycka – niczym Coelho głaszczący szczeniaczka na hali pełnej czarnych owiec. Nie jestem wierną fanką żółtego Colossala, ale trzeba mu przyznać, że trzyma równy poziom od lat – dość suchy, z nylonową szczotką, nie skleja, ładnie wyczesuje, może nawet co nieco pogrubia. Dla mnie za mało na zachwyt, ale będę do niego wracać przy braku lepszych pomysłów.

MAC – Extended Play Gigablack Lash – pod koniec byłam z nieco coraz mniej zadowolona, dlatego leci do kosza, choć wciąż jest na chodzie. Sklejał i przestał dobrze wyglądać, mimo że wcześniej ładnie i równo wyczesywał rzęsy intensywną czernią. Ale może trzeba mu wybaczyć, bo wyrzucam go po pół roku od otwarcia. Wcześniej był bardzo porządny, szczególnie do dolnych rzęs, choć pytanie, czy warto wydawać na niego 86 złotych, pozostaje otwarte. /recenzja/

Laura Mercier – tusz, którego nazwy nie pamiętam, a opakowanie już poleciało na wysypisko. Perfekcyjnie rozczesywał, subtelnie podkreślał rzęsy, był niezbyt mocno czarny. Dostałam go w prezencie w zestawie Laury, więc byłam zadowolona, ale gdybym wydała na niego dużo złotówek, chyba trochę bym się rozczarowała tak miękkim, niewinnym efektem końcowym. Ale niektórzy tego właśnie oczekują od tuszu, prawda?

MAC – Blot Powder, odcień Medium – to moje pierwsze MAC-owe trofeum z sześciu, które muszę uzbierać w akcji Back 2 MAC. Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, to przypomnę, że po uzbieraniu sześciu pustych opakowań po kosmetykach MAC-a można je wymienić w salonie na dowolną pomadkę z nielimitowanej kolekcji (nie może to być również seria Viva Glam). Blot to jak na razie najlepszy puder matujący w kamieniu, z jakim miałam przyjemność, ale wciąż szukam prasowanego ideału. Recenzja tu: klik.

Nivea – Lip Butter – Vanilla & Macadamia – uwielbiam aromat tego masełka, tę śliczną mikropuszkę, w której mieszka, i w ogóle nie przeszkadza mi fakt, że babranie palucha w maślanej mazi jest niehigieniczne i nieestetyczne. Babram się w domu, a nie zwykłam chodzić po włościach, grzebiąc sobie w tyłku, więc nie martwi mnie ta ilość bakterii, jaką noszą moje dłonie w warunkach domowych. Tak, to do Ciebie, Lu :>.

Próbek w tym miesiącu jak na lekarstwo, ale przy okazji jednej z nich dopisałam do wishlisty krem Organique Anti Acne. Ciekawa jestem, jak działa w dłuższej perspektywie.
To tyle, kto nie doczytał, ten trąba nie doczytał.

02.09.2015

Dlaczego nie warto robić kosmetycznych zapasów?

Dlaczego nie warto robić kosmetycznych zapasów?
Dziś będzie o kosmetykach pielęgnacyjnych i o tym, jaką przykrość uczyniły mej duszy, rozmnażając się w zaciszu szafek i szuflad.

Do tej pory mi się – mówiąc brzydko – usrywało. W pierwszym roku blogowania opętał mnie zakupowy szatan i bywały tygodnie, w których znosiłam do domu kosmetyki siatkami. Kurierzy mijali się w drzwiach, kartony piętrzyły za szafą (jedną, drugą, a potem nawet trzecią), a sąsiad z naprzeciwka usłużnie podpisywał kolejne kwity odbioru, kiedy akurat byłam na spacerze z Tomaszem.

Na początku było wspaniale. Przecież chciałam poznać wszystko, co istnieje, miałam takie zaległości! Blogerki zalewały mój mózg informacjami o kolejnych genialnych wynalazkach, które KONIECZNIE muszę wypróbować. Skrzynka zalewała się newsletterami pełnymi promocji życia i rabatów, z których nie skorzystać byłoby nieodpowiedzialnością. Głupotą wręcz. No to korzystałam. Szło wybornie, a moja wieloetapowa, zaawansowana pielęgnacja wymagała całej bandy kosmetyków różnego rodzaju, dlatego i powód był dobry, i wyrzuty sumienia niewielkie.

Problemy zaczęły się na początku tego roku, kiedy zrobiłam pierwszy większy przegląd zapasów. Wielkich zakupów pielęgnacyjnych od dawna nie uskuteczniałam, a mimo to, kiedy wywaliłam wszystko na dywan, okazało się, że... nie dam rady zrobić nawet kroku. Było tego  t y l e. W głowie natychmiast zapaliła się lampka: WARNING WARNING, YOU STUPID BITCH. I postanowiłam, że w 2015 kończę z tą farsą – czas poszukać koki gdzie indziej (na przykład w drogerii w działach z kolorówką). Tak zaczął się mój odwyk.

Kolejne zastrzyki szczęścia znalazły się szybko w morzu kolorówki, ale to już nieco inna opowieść. Bo dziś nie przyszłam Was moralizować (w życiu zajmuję się raczej demoralizacją, sorry), tylko przestrzec przed odpłynięciem za daleko od brzegu tudzież zachęcić do zużywania zapasów wraz z sąsiadami i ulubioną panią z warzywniaka. Bo inaczej kosmetyki się psują, a panda płacze.


W ostatnich miesiącach zajmowałam się wyłącznie wyścigiem z datami ważności. Zużywałam to, co leżało najdłużej, mimo że tęsknym wzrokiem patrzyłam na kilka nowinek, które (całkiem przypadkiem...) trafiły do moich zbiorów. Przestało być miło, przyjemnie, relaksująco. Etykiety szczekały do mnie niepokojącymi cyferkami, a kosmetyki nagle zrobiły się jakieś nadzwyczaj wydajne, co z kolei wyjątkowo zaczęło mnie drażnić. Niezbyt to zdrowe, przyznać trzeba.

Dziś zrobiłam kolejne podejście do kosmetycznych porządków. I niestety, dopadła mnie zemsta Nadmiaru. Na zdjęciu widzicie trzy rosyjskie kremy do twarzy i wcierkę do włosów, którą właśnie chciałam otworzyć i podlewać nią moje wynędzniałe cebulki. Włosy sypią mi się garściami. Znowu. Nerwico, czy to ty? Niestety, nie dane mi będzie, bo wcierka była ważna do czerwca 2015, a na początku września wygląda tak:

Nie wiem, co to za farfocle, może pleśń? 

Pozostaje mieć nadzieję, że i tak okazałaby się beznadziejna, co niniejszym czynię. Rosyjskie kremy kupiłam w tym roku wiosną, bo zamykał się jeden z moich ulubionych sklepów – Kokardi. Ceny były bardzo atrakcyjne, więc postanowiłam zdradzić tegoroczne ideały. Ale zdrada to dziwka. Za karę muszę to, co kupiłam, wywalić (data ważności: lipiec 2015, mogłabym zużyć je do stóp, ale przecież... mam jeszcze ze dwa kremy do stóp. w zapasach).

Po przejrzeniu tego, co jeszcze zostało, zebrałam kolejne stadko kosmetyków do zużycia już, teraz, zaraz. Za jakieś milion miesięcy będę startować z czystym kontem i znowu poczuję słodki smak wyboru nowych maseł do ciała. Może nawet kupię dwa, albo – szalejmy! – trzy naraz?! Jedno jest pewne: na pewno nie trzydzieści.

Nie piszę dziś o kolorówce, bo tej nigdy za wiele. Same wiecie. Uwielbiam kupować kosmetyki, cieszy mnie to, relaksuje, nie różnię się od Was w tej kwestii. Nie jestem i w najbliższym czasie na pewno nie będę kosmetyczną minimalistką. To szalone zbieractwo i testowanie nowości jest jedną z fajniejszych rzeczy, jakie sobie wymyśliłam w celu złagodzenia stresu codzienności. Wysyłam Wam dziś światełko ostrzegawcze w temacie kosmetyków pielęgnacyjnych, które mają swoje bardzo konkretne daty ważności, a po terminie używać ich straszno i ogólnie jest to dosyć głupowate. Jeżeli nie możecie się powstrzymać przed kolejnym zatwierdzeniem koszyka pełnego skarbów i użycia jeszcze jednego niewiarygodnie atrakcyjnego kodu rabatowego, przypomnijcie sobie te farfocle w butelce Radicala.

A  jak tam Wasze zapasy? Panujecie nad sytuacją?

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger