28.10.2015

Meet Beauty, czyli pierwsze koty za płoty

Od ostatniego wpisu na blogu minął tydzień, a tu konferencja Meet Beauty za nami! Ostatnio taka ze mnie beauty blogerka, jak z koziej dupy szafka. A propos szaf i szafek – już trzeci tydzień robię w mieszkaniu generalne porządki i końca nie widać. Czy któraś z Was doprowadziła kiedykolwiek generalne porządki do szczęśliwego końca? Z pełnym sukcesem i wysprzątanym każdym centymetrem powierzchni na zewnątrz i wewnątrz? Mam nadzieję, że tak – to byłby dla mnie pozytywny kopniak w zadek, bo na natolińskich włościach na razie końca nie widać, a i środek jakby odległy. Ale ja nie o tym dziś miałam, tylko o poznawaniu blogerek. 

Och, poznałam w ostatni weekend tyyyyle blogerek! Wszystkie przebywały w jednym miejscu o tej samej porze, dacie wiarę? To niesamowite towarzysko wydarzenie nazywało się Meet Beauty Conference i było pierwszą (oby nie ostatnią) tego typu imprezą w historii polskiej blogosfery i vlogosfery (takie słowo naprawdę istnieje?) urodowej. Oczywiście pierwszą tej wielkości, bo nie od dziś wiadomo, że blogerki beauty regularnie spotykają się i prawią sobie komplementy lokalnie, na niewielkich spotkaniach w różnych miastach. Nigdy nie byłam na takim evencie, dlatego konferencja zorganizowana przez BLOGmedia, właściciela serwisu zBLOGowani, była w pewnym sensie moim coming outem – hej, tak, to ja, jestem prawdziwa, mam na imię Agata, posiadam też nazwisko i twarz w całości, w dodatku przytwierdzoną do tułowia, a nie – jak na moich blogowych zdjęciach – poćwiartowaną i wyjętą z kontekstu. Wy też macie nazwiska i twarze w kontekście, to bardzo fajne, jakże miło Was poznać :).

Z góry uprzedzam, że zdjęcia są do bani, ale mam swoje powody. Uhum, coś tam o nich wspomnę za chwilę.


Obiecujący wstęp

Na początku był chaos... ale bardzo niewielki i spowodowany raczej liczebnością przybyłych niż jakimikolwiek niedociągnięciami organizatorów. Tych należy pochwalić za sprawną obsługę przy rejestracji uczestników, sensowne rozmieszczenie wystawców i szeroko pojęte ogarnianie wszystkiego na bieżąco. Miejsce konferencji, Babka do wynajęcia przy Młocińskiej, wywołało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony to świetna, nowoczesna, dwupoziomowa przestrzeń w doskonałej lokalizacji (tuż obok Arkadii), idealna do tego typu imprez. Z drugiej: miała dwie bardzo poważne wady – oświetlenie i akustykę. Światła było zdecydowanie za mało, co nie tylko widać na moich wykonanych telefonem zdjęciach, ale też dawało się we znaki w czasie warsztatów. Dla odmiany dźwięków było za dużo, gryzły się ze sobą poprzez ruchome ścianki działowe (takie, jak na targach), a przedstawiciele marek organizujących warsztaty przekrzykiwali się wzajemnie. 

Po otrzymaniu demaskujących plakietek z imieniem, nazwiskiem i nazwą bloga/vloga, wszyscy przenieśli się na górę do sali wykładowej. Krótkie powitanie, informacje o planowym przebiegu imprezy i konkursach (przy okazji dowiedziałam się, że na sali są również zajmujący się pisaniem o urodzie faceci), a potem tup, tup, tup, pięknie umalowane i wystylizowane tłumy skierowały swe nóżki w stronę warsztatów. Reszta została na wykładach, a ja – z perspektywy czasu – zazdroszczę, że nie udało im się zapisać na panelo-warsztato-nie-wiadomo-co. O tym niżej.

Pierre René i publiczne przepoczwarzanie

Pierwsze warsztaty, na których się pojawiłam, zorganizowała polska marka Pierre René. Z oczywistych przyczyn zostały nazwane makijażowymi, a my – z równie oczywistych – miałyśmy dość konkretne oczekiwania. Pierwsze, co mnie zdziwiło, to wspomniany wcześniej brak odpowiedniego oświetlenia. Na miejscu panował półmrok – doskonały do podziwiania kolejnych slajdów prezentacji multimedialnej, przygotowanej przez markę, ale totalnie beznadziejny do oglądania kosmetyków i przygotowywania makijaży. No właśnie, makijaże...


Zerknijcie na plan spotkania. Ja zerknęłam i w głowie zawyła syrena alarmowa. Nie, nie z powodu błędu ortograficznego, który z korektorskiego przyzwyczajenia od razu wyłapałam, tylko ze względów merytorycznych. Nie brakuje Wam tu czegoś? Na przykład czegoś o... malowaniu siebie, modelki, obranego jabłka, kartki papieru? Okej, wzajemne malowanie się uczestniczek z wielu względów mogło się nie udać, ale dlaczego makijażystka obecna na spotkaniu nawet nie musnęła pędzlem jakiegokolwiek kosmetyku? W praktyce spotkanie z Pierre René polegało na tym, że wspólnie z przedstawicielkami firmy przeżywałyśmy transformację popularnej, niedrogiej marki makijażowej w markę profesjonalną. Nie będę oceniać zasadności tego przedsięwzięcia ani szans na sukces, ale uważam, że jedno uczestniczkom Meet Beauty się należało: prawidłowe nazwanie wydarzenia, w którym miały wziąć udział. Wystarczyło podać w konferencyjnym menu, że to „prezentacja kosmetyków marki Pierre René” i wszyscy byliby zadowoleni. Prezentacja została poprowadzona fajnie i ciekawie, kilka produktów zwróciło moją uwagę, ale wolałabym sama zadecydować, czy warto poświęcić dla niej jeden z wykładów. 


O tym, jak Pilomax zapunktował, a Golden Rose strzeliło sobie w kolano

Po spotkaniu z Pierre René zostało trochę wolnego czasu na przegrychę i odwiedzenie stanowisk wystawców. Zaczęło się od tego, że – nie wiedzieć kiedy – uformowała się długa kolejka, wyraźnie wycelowana w Golden Rose. Co dziś rzucili? Kiełbasę? Nie wiadomo? Dobrze, to my też postoimy, przecież wszyscy nosimy w sobie tę odrobinkę skrywanej miłości do PRL-u. Ostatecznie postałyśmy dobre pół godziny, ale miałam wyborne towarzystwo, więc czas mi się nie dłużył. Po drodze odwiedziłam kącik Pilomaxu, który był jednym z najjaśniejszych punktów imprezy. Każdy uczestnik mógł wsadzić głowę pod elektroniczne szkło powiększające i dowiedzieć się czegoś o stanie swojego skalpu. Ten temat szczególnie mnie zainteresował, bo od wielu tygodni prowadzę nierówną walkę z wypadającymi włosami. Na podstawie krótkiego wywiadu i badania sympatyczne przedstawicielki Pilomaxu dobierały produkty marki do testów. Właśnie tak wyobrażałam sobie przykładowe spotkanie z firmą kosmetyczną na konferencji Meet Beauty. Nie wyobraziłam sobie za to tego, co stało się po dobrnięciu do ziemi obiecanej, czyli stanowiska Golden Rose. Pani w czarnym kubraczku (nie mylić z przemiłą dziewczyną w marynarce w biało-czarną kratę, btw: czy to nie jedna z blogerek/vlogerek? znam tę twarz!) zaczęła nasze spotkanie od czegoś w stylu: „Witam, po co panie przyszłyście?”. Po darmową kredkę za pińć złotych, proszem paniom, pomyślałam, ale próbowałam jeszcze coś z tej rozmowy wycisnąć. Nie wiem, czy jest sens opowiadać Wam ze szczegółami cały przebieg beznadziejnej konwersacji, ale możecie mi wierzyć, że dziewczyny, które stały koło mnie, były równie zniesmaczone co ja. Informacji o nowościach, uśmiechów, próbek, kosmetyków, czyli czegokolwiek przydatnego, niestety się nie doczekałam i jako rasowa przedstawicielka gildii żebraków (czy nie tak pani o nas myśli, droga pani?) odeszłam od stanowiska GR totalnie rozczarowana. Wydawałoby się oczywiste, że marki kosmetyczne pojawiają się na tego typu imprezach po to, by promować swój brand (poprzez promocję rozumiem radosne opowieści o produktach, wciskanie nam do rąk próbek, testerów, ulotek, kosmetyków do pomacania i TAK, również takich do pomacania w domu, proszę pani). To nie my przychodzimy PO COŚ, tylko WY, drodzy wystawcy, przychodzicie na spotkanie z 250-osobową reprezentacją – jakby nie patrzeć – mediów branżowych, by pokazać się z jak najlepszej strony i żeby potem jakaś tam Agata napisała o tym spotkaniu w samych miłych słowach, bo przecież tak ten świat funkcjonuje, prawda? Przy okazji: tego typu jakichś-tam-Agat było na spotkaniu dużo więcej. Z dwieście co najmniej. Spora część z nich również została obsłużona przez tę nietrafioną reprezentantkę marki. Niestety. Relacje, które do tej pory przeczytałam u innych blogerek, a także komentarze do nich, pozwalają mi zakładać, że mój niesmak to nie był przypadek. Wielka, wielka szkoda. Żeby nie zostawiać Was z tym nieświeżym goldenrose'owym oddechem, powiem na koniec coś miłego: całe stanowisko GR zostało bardzo fajnie przygotowane, bo oprócz nierozumiejącej swojej roli pani, tego dnia pracowały również makijażystka i manikiurzystka marki, a także wspomniana wcześniej chyba-blogerka, która ciepłem, uśmiechami i niekończącym się słowotokiem zarażała wszystkich wokół. Tak, to ona musiała być czynnikiem formującym nadzwyczaj długą kolejkę do kącika Golden Rose i bardzo żałuję, że wylosowała nam się bramka numer 2. Uff, na szczęście dalej będzie już tylko lepiej.

W ogólnodostępnej przestrzeni, oprócz fajnego cateringu, lodówki pełnej piwa Karmi, leżaków Radia Kolor i najgorzej oświetlonej ścianki wszech czasów, były jeszcze stanowiska innych partnerów konferencji. Marka Neo Nail oferowała manikiur hybrydowy, Olympus wypożyczał do kilkunastominutowych testów swoje lustrzanki cyfrowe (najciekawsze fotki brały potem udział w konkursie, w którym do wygrania był naprawdę porządny aparat wraz z obiektywem – było o co walczyć!). Nie wiem tylko, co działo się przy foto-ściance Remingtona, bo ostatecznie nie udało mi się tam dotrzeć. 

Warsztat dla wybrańców: Olympus

Bycie wybrańcem polegało na tym, że na warsztatach było tylko 30 miejsc, które przy zapisach rozeszły się jak świeże bułeczki. Spotkanie z rodzeństwem fotografów – Dianą i Rafałem Krasą – miało trwać w sumie trzy godziny i było tym, na co czekałam najbardziej. Olympus wybrał swoich reprezentantów wybornie – Diana i Rafał to megapozytywni ludzie z pasją, których z przyjemnością słuchałam, oglądałam i podziwiałam. Ich warsztaty były tym, czym być powinny: każdy uczestnik dostał do rąk jeden z aparatów firmy Olympus, mógł go dokładnie obejrzeć, wymacać, sprawdzić, a prowadzący krok po kroku tłumaczyli podstawy fotografii manualnej, która wcale łatwa nie jest i dlatego tak wiele z nas wybiera tryb auto przy robieniu zdjęć do swoich tekstów.


Wiele cennych wskazówek, inspirujących zdjęć i opowieści, ściągawki techniczne i morze pozytywnej energii – oto, co wzięłam na wynos z tego spotkania. Warsztaty przedzielone były godzinną przerwą obiadową i niestety, na drugą część już nie wróciłam, bo bardzo chciałam zobaczyć chociaż jeden wykład. W ten sposób poznałam Pawła Opydo – człowieka, który żyje z pisania bloga, choć to bardzo duże uproszczenie.

Paweł Opydo uświadamia mi, że jestem internetowym próchnem

Oto on – człowiek żyjący z tego, że... żyje. Nie tylko bloger, to za proste. Sam nazywa siebie i jemu podobnych osobowościami internetu.



I to jest ten moment, w którym nasze internetowe drogi mocno się rozjeżdżają, bo Paweł jest przedstawicielem wszystkiego, co nowe, a ja jestem internetową babcią, która pamięta początki internetu w Polsce, ale ledwo nadąża na tym, co dzieje się teraz.
Paweł opowiadał o mediach społecznościowych i o tym, jaka jest ich rola we współczesnym świecie. O Snapchacie, Instagramie, wszystkich twarzach Facebooka i o tym, jak bardzo trzeba się teraz rozproszyć, by docierać do odbiorców ze swoją treścią. Co w świecie social mediów jest teraz modne i co będzie modne już za chwilę, i dlaczego do internetu już „nie wchodzimy”, tylko ciągle w nim jesteśmy. To była naprawdę świetna prelekcja i pozytywnie nakręciła mnie do zmian. I choć Paweł mimo wszystko pochodzi z nieco innego, bo lajfstajlowego świata, dla mnie okazał się inspirujący.

To był dla mnie ostatni oficjalny punkt programu. Resztę czasu spędziłam na tym, co było dla mnie jedną z najistotniejszych kwestii na Meet Beauty: integracji z WAMI. Mimo że część partnerów konferencji zawiodła merytorycznie, organizatorzy spisali się na medal: ściągnęli do Warszawy mnóstwo fantastycznych ludzi, których bardzo chciałam poznać osobiście. Co ciekawe, sporą część konferencji spędziłam z dziewczynami, których blogów wcześniej nie znałam, co okazało się równie cenne jak spotkania z tymi z Was, które od początku zamierzałam w tym tłumie odnaleźć.

Konferencja Meet Beauty była o NAS i jako taka udała się wyśmienicie. Wierzę, że kolejna edycja będzie jeszcze lepsza i tego nam wszystkim życzę. Do zobaczenia być może już wiosną!

42 komentarze:

  1. Aż żałuję, że nie udało nam się pogadać. Co do GR to mam takie samo zdanie i jeszcze ten prezentowy nieformalny podział na lepsze i "mniej lepsze" blogerki ;/ szkoda gadać ;/
    To co widzimy się na następnym Meet Beauty ? ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzimy się koniecznie!!! :)

      Usuń
    2. Też niestety trafiłam na tę niezbyt przyjemną babeczkę z GR... Chciałam porozmawiać o tych nowych lakierach z żelowym top coatem, ale niewiele się dowiedziałam. Pani wybrała mi do przetestowania jeden kolor, ale widziałam, jak traktowała "znane blogerki", biorąc je bez kolejki i wesoło obdarowując produktami do przetestowania. Narzekała, że czerwieni ma mało, musi mieć "dla innych", pytała mnie "co ja w ogóle na tym blogu mam" i poprosiła o pokazanie paznokci, czy przypadkiem "ich produkt nie będzie się źle prezentował"... Trochę mnie to zraziło, a sporo produktów GR recenzowałam do tej pory, bo po prostu je lubię.

      Usuń
    3. To, co napisałaś, jest już nie tylko niemiłe, ale po prostu chamskie. A już na pewno szokujące.

      Usuń
  2. Żałuję, że się nie poznałyśmy, choć pewnie gdzieś tam w krużgankach natknęłyśmy się na siebie ;)
    Co do samej konferencji to świetnie ujęłaś konsultację z Golden Rose, ja też po odejściu poczułam się jak żebrak, a przecież nie o to chodziło :( Byłam obecna na warsztatach makijażowych, jakkolwiek można je tak nazwać - siedząca obok mnie Ania (rodzinka testuje) próbowała dobrać podkład Skin Balance, który swoją drogą jest OK, ale w tym nie-świetle nie miała szans :( Ale warsztaty NeoNails były genialne - dokładna i on-line instrukcja jak nakładać hybrydę, po nich nawet laik to zrobi :) Nie byłam na warsztatach włosowych, ale Ania była i oprócz lokowania produktu nie było nic - a na ściance nic Cię nie ominęło, była zwyczajnie pusta...
    Olympus i konkurs - próbowałam, ale jak na do diaska robić dobre zdjęcia w takim oświetleniu?
    Generalnie nie było tak źle, poznałam trochę ludzi, ale u mnie relacji nie będzie...
    Do zobaczenia na kolejnym Meet Beauty :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, też bardzo żałuję, że się nie odnalazłyśmy, ale wiesz, następnym razem będę miała inną strategię – poodwracam wszystkie identyfikatory po kolei i będę się witać – w końcu trafię na znajome miłe twarze :)))

      ech, czyli widzę, że pani z GR ogólnie miała wyborne nastawienie przez cały dzień. szkoda :(
      Co do relacji, to sama się dość długo zastanawiałam, ale pomyślałam, że może organizatorom takie szczegółowe opinie jakoś pomogą i następnym razem wszystko jeszcze lepiej się uda. hmm, o ile nie trafię na czarną listę gości po moim przydługim wywodzie o GR ;)

      Usuń
    2. Aga i Agata...może uda się za rok :)

      Usuń
    3. Agato masz dar czytania w cudzych myślach...podsumuje Twoją relacje jednym słowem...amen 😊

      Usuń
    4. nie czytam w cudzych myślach, tylko byłam z Wami na jednej imprezie ;) pewne wnioski nasuwają się same!

      Usuń
  3. Bardzo mi szkoda, że nie mogłam dotrzeć, a w końcu i tak poniosłam klęskę bo musiałam uśpić chorego kotka. Mam nadzieję, że trafię tam za rok. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daisy, przykro mi z powodu kotka :( to nie był najlepszy moment na spotkanie z nami, ale możemy to nadrobić następnym razem!

      Usuń
  4. najciekawsza relacja, jaką czytałam. masz prawdziwy dar opowiadania Agato :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram :) O ile kilka innych przeczytałam "jednym okiem" i bez większego zaangażowania, tak tym razem przyciągnęłaś moją uwagę.
      Każda relacja z tego typu imprez utwierdza mnie coraz bardziej w przekonaniu, że nie są to wydarzenia dla mnie. Wolę kameralnie i na privie bez tego całego wirtualnego blichtru ;)
      Lajfstajlowy świat, to nie moja przestrzeń i zdecydowanie wolę poruszać się w nim na własnych zasadach.

      Usuń
    2. ale mi miło czytać Wasze słowa, dziewczyny. dziękuję <3
      co do „kameralnie”, to powiem Wam, że po Meet Beauty zaczęło mi kiełkować w głowie takie spotkanie, na razie jeszcze siedzi głęboko w ziemi, ale kto wie, może do wiosny/lata coś z tego wyrośnie? :)

      Usuń
  5. Tytuł posta przypomniał mi jaka jest geneza powiedzenia o kotach, co z kolei uświadomiło mi, że przed chwilà śniło mi się że ratowałam miniaturowego mrówkojada. Dzień dobry!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też miałam tej samej nocy dziwny sen. Była wojna, a ja chowałam się przed wrogami w mysiej dziurze, w szafie, rozmawiałam w podwykładzinowych okopach z... ludzikiem lego. Zbieg okoliczności? NIE SĄDZĘ :>

      Usuń
    2. Wojna też mi się śniła, ale nie tej samej nocy. Byłam Żydówką, która nawiała z transportu.

      Usuń
  6. hahaha cześć Agata... zawsze Cię czytam z przyjenością, nawet, albo zwłaszcza, jak opisujesz coś beznadziejnego;)
    no patrz, a ja znam, "jak z koziej dupy trąba" :P, no ale rozumiem nie da się trąby nawiązać do porządków w szafkach, choć nie wiem, nie wiem;)
    Oj szkoda Golden Rose - wiem, że w PL szał na markę... natomiast zaintrygował mnie młodzieniec w motylku:D i świetnie się wpisał w imprezę Olympus - przydałby się zgrabny aparacik, choć moja komórka teą teraz daje radę:)
    pozdrawiam ciepło i nie ukrywam, że zgrzałam się na II edycję:D
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ładnie, czyli po prostu życzysz mi, żebym trafiała na same kiepskie kosmetyki i beznadziejne imprezy ;)

      Oby do zobaczenia na kolejnym Meet Beauty! bardzo chciałabym Cię poznać, szczególnie w odmienionej wersji!

      Usuń
  7. No i rze w pracy przez Ciebie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* cieszę się, że mogłam umilić Ci szary dzień ;)

      Usuń
  8. Mam nadzieje ze uda mi sie byc tam za rok :) A co do porzadkow to Cie doskonale rozumiem :) Osobiscie polecam spotkania blogowe w mniejszym gronie tak do 15 osob wtedy integracja jest niesamowita :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koniecznie musimy się spotkać!
      po Meet Beauty cichutko, niewinnie rozmyślam sobie o takim właśnie maleńkim spotkaniu blogowym... kto wie, może coś z tego wyniknie? :)

      Usuń
  9. Żałuję, że nie mogłam przyjechać...

    OdpowiedzUsuń
  10. Może wszyscy się czegoś nauczymy i wyciągniemy wnioski z tej pierwszej edycji (rozumiem, że edycji ma być więcej). Jestem pewna, że da się to lepiej zrobić, ale przecież da się też gorzej. Idźmy ku lepszemu. Pilomax naprawdę zabłysnął, też chcę coś o tym napisać, bo trzeba zapamiętać i niech wisi na blogu przypominając.

    Następnym razem pogadamy bardziej, ale świetnie było się zobaczyć. To jest w takich spotkaniach najcenniejsze, bo nie da się tego prywatnie zorganizować, no nie da się i już. Przynajmniej nie na taką skalę. Pierwszy kontakt na tego typu eventach jest cenny moim zdaniem. Podobała mi się formuła, podobało mi się, że wszyscy robili zdjęcia jedzenia i selfie na ściance. Urocze to było, bo nigdzie tego nie widać w moim szarym mieście i poczułam się, że przynależę. Tylko przez chwilę jednak, bo nie wiem kto to jest ten Paweł i nie interesowały mnie wykłady o robieniu lepiej tego, czego nie chcę robić. Każdy ma swój pomysł i swoją drogę, ja nie jestem w takim miejscu, żeby mnie to interesowało. Może powinno, ale nic na siłę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. #takbardzopopolsku nosz kurwa, wybitnie.

      Usuń
    2. "Jestem pewna, że da się to lepiej zrobić, ale przecież da się też gorzej" – urzekająco trafne i pocieszające :). Tak, to był dobry dzień, a co do spotkania prywatnie zorganizowanego, to wiesz... nigdy nie wiadomo, kiedy znowu na Ciebie wpadnę w Częstochowie ;)

      Usuń
    3. a co do Pawła, to oczywiście nie zamierzam być teraz blogerką lifestyle'ową lub osobą, która dzieli się swoim życiem z resztą świata na pięciu różnych platformach, ale to spotkanie dało mi do myślenia a propos tego, jak bardzo sztywno traktuję własny fanpage na Facebooku i że może warto częściej dzielić się z innymi tym, co widzę na co dzień i wrzucać na ten instagram... przecież sama lubię oglądać Wasze różne fotki :)

      Usuń
    4. Ja jestem lajfstajlowa, że hej na instagramie. Robię zdjęcia jedzenia i faktycznie jak żyję to sięgam po telefon, żeby łapać chwile. Raczej dla siebie, chociaż nie wrzucam tam rodziny i wszystkich zakątków mieszkania. Lubię wywoływać kwadraty na instadruku i przyklejać w domu tu i ówdzie.

      Wpadaj, wpadaj. Teraz to już nie możesz nie wpaść!!

      Usuń
  11. Duuużo, dużo informacji i to jakże przydatnych :) Myślę, że i przedstawiciele firm się zdziwią jak tu wejdą. Szczególnie GR, że wysłali niekompetentnych ludzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bardzo mi szkoda tego GR, bo i marka lubiana (również przeze mnie) i druga przedstawicielka włożyła wiele pracy w to, żeby uczestnicy konferencji wyszli pozytywnie nastawieni.

      Usuń
  12. jeśli chodzi o Golden Rose to w 100% się pod tym podpisuję, bo pech chciał, że z dziewczynami też trafiłyśmy na tą samą niemiłą i nieuprzejmą Panią, która zrobiła z nas intruzy, które mają czelność zawracać jej głowę.....:/

    OdpowiedzUsuń
  13. Cieszę się, że udało nam się odnaleźć, poznać, pogadać, spędzić trochę czasu :) No i fajnie było zobaczyć Cię w całości ;) Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj ja też się bardzo, bardzo, bardzo cieszę!!!

      Usuń
  14. Dzięki za miłe słowa! Zastanawiałem się właśnie, czy moja prezentacja nie będzie zbyt chaotyczna w tym wszystkim, bo w sumie mówiłem głównie o kwestiach… bo ja wiem, zmieniającego się sposobu myślenia internautów, metod korzystania z Sieci, potrzeb konsumentów itd. – a niekoniecznie konkretnych porad i doraźnej wiedzy. Więc cieszę się, że się podobało :)

    Plus jest tak, że choć oczywiście ja jestem nadaktywny i uwielbiam nowości i obserwowanie Sieci pod kątem socjologicznym, to nie każdy musi to robić i nie wszystko jest dla każdego – ale warto te różne narzędzia raz na jakiś czas podpatrzeć i zastanowić się, bo może akurat jedno czy drugie „pyknie” – np. ja uważam, że na blogach kosmetycznych Periscope ma niesamowity potencjał (bo możesz coś pokazywać w zasadzie w dowolnym miejscu i jednocześnie odpowiadać na pytania widzów).

    Tak czy siak, powodzenia i do następnego razu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten Twój chaos był bardzo sympatyczny w odbiorze :). Oczywiście, nie był to wykład z serii: 100% użyteczności, ale za to pobudził do myślenia o swoim kawałku internetowego świata, a to już w 200% cenne. HA! Z zaciekawieniem przyglądam się temu, w którą stronę zmierza Sieć – czasem mnie to przeraża (wiesz, Snapchat to w końcu zło wcielone, które poniekąd zmusza użytkowników do wlepiania się w telefon non-stop, a może nie tylko zmusza, co wyrabia/szlifuje ten niezdrowy nawyk), a czasem zadziwia i nawet zachwyca (działanie Periscope – superfajna sprawa dla kogoś, kto ma pomysł, do czego go używać; coraz szersza i łatwiej dostępna multimedialność miejsc, do których zaglądamy na co dzień).

      Od czasu do czasu mam jednak w sobie smutną myśl internetowej emerytki, że nigdy już nie wróci ten pierwotny stan ducha, w którym odbierałam maila i cieszyłam się każdym jego słowem albo sikałam z radości, bo udało mi się ściągnąć z drugiego końca świata muzykę, której próżno szukać w polskich sklepach. Zmiany są dobre, ale brakuje mi tej pradawnej podjarki z tego, co dla współczesnej młodzieży jest tak samo normalne jak oglądanie filmu w kinie lub podcieranie sobie tyłka pachnącym papierem toaletowym. No ale właśnie. Dzięki Tobie znowu przychylniej spojrzałam w stronę internetowego świata pełnego... WSZYSTKIEGO. Może w tym szaleństwie znajdę swoją metodę? :)

      Usuń
  15. Byłam i faktycznie, światło i dźwięk do bani ;/ Przy stoisku GR nie byłam ze wzgledu na olbrzymią kolejke..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no i dobrze zrobiłaś! lepiej było wypić kawę, zjeść coś dobrego i z kimś na spokojnie porozmawiać :)

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger