30.11.2015

Lekki tłuścioch: La Roche-Posay – Hydraphase UV Intense Legere /recenzja/

Lekki tłuścioch: La Roche-Posay – Hydraphase UV Intense Legere /recenzja/
Są na świecie takie kosmetyki, o których nie śniło się filozofom wiem, co myśleć, bo ani one świetne, ani beznadziejne, ani nawet po prostu przeciętne. Jeden z nich właśnie się przypałętał. 


Lubię markę La Roche-Posay za kilka tajemnych mikstur, które ewidentnie robią z moją skórą coś dobrego (vide: Effaclar K), dlatego chętnie testuję kolejne rozwiązania, które spłodziło to francuskie laboratorium. Pierwsze podejście do kremu Hydraphase UV Intense Legere poczyniłam w wakacje i był to jednoznacznie beznadziejny czas na używanie akurat tego nagębnego smarowidła. Hydraphase + upały + przetłuszczająca się cera = brak wielkiej nieskończonej miłości. Połączenie idealnie fatalne.

Krem jest teoretycznie lekki (ściągawka: legere oznacza lekką, a riche – bogatą formułę). Teoretycznie, bo mimo że konsystencja wodnista, formuła jest dość tłusta i z tą tłustością Hydraphase pozostawia nas na resztę dnia. Po wchłonięciu wyczuwalna jest warstwa okluzyjna, która – mimo że nie roluje makijażu przy aplikacji – uniemożliwia skuteczne uporanie się ze świeceniem. Cery mieszane, a tym bardziej tłuste, nie dogadają się z tym kremem, mimo że producent poleca go do skór normalnych lub mieszanych.

Wróciłam do niego kilka tygodni temu, świecę się mniej, ale wciąż raczej prędzej niż później zaczynam wyglądać, jakby moja strefa T przebiegła półmaraton. Na szpilkach. Policzki też potrafią się od tego noszenia makijażu nieźle upocić. Wygląda na to, że Hydraphase UV Intense Legere kompletnie nie nadaje się na dzień, a szkoda, bo...


...jego dużą zaletą jest ochrona przeciwsłoneczna: SPF 20 i PPD 8. To bardzo przyzwoity wynik jak na filtr „przy okazji”. „Technologię połączeń międzykomórkowych” i inne marketingowe dyrdymały pozostawię nierozwikłane. Nie pomogę Wam też rozkminić składu, bo to już zaawansowana chemia, a na tej niestety się nie znam. Na pewno cieszy obecność hydrolizowanego kwasu hialuronowego i nieobecność parafiny.

Najważniejsze, że Hydraphase skutecznie nawilża, co mogą potwierdzić moje uprzednio odwodnione policzki. Żeby nie stał w szufladzie jak idiota i choć trochę się przydał, zaczęłam stosować go na noc, grubszą warstwą (choć to nie jest konieczne, po prostu chcę go zużyć i poszukać szczęścia po drugiej stronie tęczy). Jako kosmetyczne stworzenie nocne spisuje się dobrze, ale docelowo nie polecałabym go w tej roli, bo po co na noc ładować filtry przeciwsłoneczne? Im mniej niepotrzebności, tym lepiej.

Poza tym tradycyjnie raduje mnie opakowanie z pompką (szkoda, że to nie airless, ale i tak plus za estetykę i higienę), wysoka wydajność (hmm, no dobra, może z tą radością nie przesadzajmy) i to, że w internecie wszystko jest dużo taniej niż w Super-Pharmie. Mało radosny jest tylko zapach – niby delikatny, ale jakiś taki wkurzający. Nie chcę go też oskarżać bez absolutnej pewności, że jest winny, ale nieśmiało zaznaczam: od kiedy zaczęłam używać Hydraphase bardziej regularnie, na twarzy równie regularnie wyskakują różowo-białe cuda natury, które aż proszą się o wyciśnięcie.

W związku ze zbyt wieloma nieprzyjemnościami ze strony Hydraphase UV Intense Legere, w niezbyt odległej przyszłości planuję przetestować linię Hydrabio konkurencyjnej Biodermy. Zobaczmy, co ona.

I tak sobie myślę, że może suchary będą zadowolone z Hydraphase. Szansa jest niezerowa.

Pojemność: 50 ml
Cena: 45–80 zł, w zależności od okoliczności
Ocena: yyyyy, eeeee.
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe

25.11.2015

Niezwykły elegant: IsaDora – EyePhoria Eye Glow 07 Hazel

Niezwykły elegant: IsaDora – EyePhoria Eye Glow 07 Hazel
Ostatnio wygrzebałam ze zbiorów mój jedyny cień szwedzkiej IsaDory, który kupiłam w Douglasie w zeszłe wakacje po spotkaniu z ichniejszą z-koziej-dupy-wizażystką. Wizażystka wykonała makijaż, który spokojnie mogę nazwać najgorszym makijażem dziennym w historii, ale jakimś cudem nie zraziło mnie to do marki i postanowiłam pogrzebać w isadorowej szafie przed wyjściem z perfumerii. Okazało się, że tusz do rzęs, który jako jedyny z całego make-upu pozytywnie zwrócił moją uwagę, był niedostępny, ale nie poddałam się i węszyłam dalej. Tak ustrzeliłam prawdziwe cudeńko: cień EyePhoria Eye Glow w odcieniu Hazel z kolekcji Sunset In Rio. Typowy przykład miłości od pierwszego wejrzenia. 


Od dłuższego czasu rzadko pozwalam sobie na zakupy cieni mono, szczególnie tych niepaletkowych, bo potem denerwuje mnie szukanie makijażowego szczęścia pośród sterty pudełeczek. Wielbię dobrze przemyślane palety, w tym te... w całości przemyślane przeze mnie, ale czasem nie potrafię się oprzeć czemuś autentycznie pięknemu i kupuję – choćby po to, by w przypływie jesiennego stanu przeddepresyjnego po prostu się na to pogapić. Pomaga. 

Ten okaz zachęca już nawet opakowaniem – klasyczna elegancja, czyli czarny, wypolerowany, porządny plastik, nieulegający zniszczeniom od byle pierdnięcia. Miło jest odnajdować go wśród cieniowego tłumu i miło patrzeć na jego niezniszczone, nieporysowane i niewytarte cieniowe jestestwo. 


Ten przystojniak ma też idealny, jesienny odcień, ale prawdziwie zjawiskowa jest jego pudrowo-żelowa formuła. Cień jest niesamowicie miękki i przyjemny w dotyku, a jedno małe pociągnięcie palcem wydobywa świetnie napigmentowany, lśniący, metaliczny brąz. Mimo że w opakowaniu cień wygląda, jakby miał grube drobiny brokatu, przy aplikacji zostaje tylko piękna, połyskująca tafla. No bajka po prostu. Warto pochylić się jeszcze nad jego cudowną teksturą. Jest jednocześnie suchy i mokry, a przez to bardzo przyczepny, dlatego nie powinno dziwić, że przy przenoszeniu na powiekę nigdy nawet nie miał w planach się osypywać. 


Zdziwił mnie tylko tym, że sporo traci na metalicznym wdzięku przy aplikacji pędzlem. Da się go rozetrzeć do dyskretnego dzienniaka i dzieje się to wręcz za szybko i za łatwo (choć to dodaje mu odrobinę uniwersalności). Całe piękno zostaje zachowane przy rozcieraniu palcem i takie rozwiązanie Wam polecam. Pięknie wygląda zarówno na całej ruchomej powiece, jak i na jej środku i dowolnie wybranych kącikach. Zdarzało mi się aplikować go wąskim kulkowym pędzelkiem na górnej linii rzęs i robił za wcale niegłupi, choć trochę szemrany eyeliner.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość EyePhorii. Nawet bez bazy na moich tłustych powiekach trzyma się ładnie przez większość dnia, na koniec trochę blednie, ale nie roluje się, co przy moim nadmiarze skóry na górnej powiece jest godne podziwu. Nałożony na bazę i/lub jasny, matowy cień, pozostaje w stanie niezmienionym aż do wieczornego demakijażu. Przemiło z jego strony.

Jak na zeszłoroczną limitkę przystało, będzie problem z dostępnością. Z Douglasa online dawno wymietli, ze sklepów onlajnowych takowoż, ale sytuacja na szczęście nie jest beznadziejna: kilka tygodni temu widziałam Hazel w którymś ze stacjonarnych Douglasów, na Allegro też czeka na Was kilka sztuk.

Kto się zauroczył? Życzę miłych zakupów!

Ile: 4 g
Za ile: 30–60 zł, cena oryginalna: 59 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: ograniczona (produkt z limitowanej edycji), wciąż dostępny na Allegro

23.11.2015

Wyniki makijażowej oddawajki

Tym razem fotorelacji z przebiegu głosowania nie będzie, ponieważ było to bardzo skomplikowane, wieloetapowe rozdanie. Przyznaję, miałam nadzieję, że Tomasz wylosuje z garnka za pierwszym razem kogoś, kto przygarnie wszystko i będę mogła w jednej paczce wysłać całość pod jeden adres, ale nie, nie ma tak łatwo – Tomaszowa dłoń postanowiła inaczej. 

A było tak: najpierw przewodniczący komisji wylosował Karolinę_21, która w razie wygranej zażyczyła sobie zestaw szminek i beznadziejny żel do brwi Catrice. Musieliśmy więc losować dalej (Karolino, dzięki :P). Następna była iwona (z I love football w awatarze), która wybrała lakiery lub produkty do oczu, dlatego dostanie jedno i drugie. Został jeszcze zestaw nr 2, który zgarnie Ania S. Ania chciała lakiery i produkty do twarzy, ale iwona gwizdnęła rywalce lakiery sprzed nosa – proszę państwa, cóż za nerwowa końcówka! 

Okej, chyba wszystko jasne. Następnym razem muszę to jakoś lepiej obmyślić. Dziękuję, że zechciałyście wziąć udział w moim rozdaniu i pomóc mi pozbyć się zalegających kosmetyków.  Serce mi pęka, kiedy wyrzucam coś, co jeszcze jest dobre, a mogłoby się komuś przydać. Czekam na maile z adresami do wysyłki: smarowanie (at) gmail (dot) com. 

Tymczasem porządki w domu powoli dobiegają końca, dlatego już za parę chwil powrócę do zwyczajnego, mniej bazarowego blogowania. 

Miłego popołudnia! 

19.11.2015

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je! – odsłona druga: kolorówka

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je! – odsłona druga: kolorówka
Tym razem chodzi o to, żeby znaleźć nowy dom kolorówce, która jeszcze nie dogorywa, ale przecież i ona nie trwa wiecznie. Długo myślałam, jak się tych cudaków skutecznie pozbyć i leżały, leżały, leżały... Nie wiem, czy jest sens rozdzielać je na kilka paczek, czy lepiej dać jednej osobie wszystko, dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli to Wy zadecydujecie, jak ma być. 


Osoby zainteresowanie adopcją proszę o zostawienie w komentarzu informacji, czy w razie czego biorą wszystko, czy tylko któreś wybrane rzeczy. Cztery zdjęcia to cztery zestawy: nr 1 to lakiery, nr 2 – tapeta nagębna, nr 3 – cienie i kredki i nr 4 – pomadki.
Na nowy dom czekają:

Zestaw nr 1 – lakiery


Matujący top coat Manhattanu, który matuje co drugi paznokieć, ale co kto lubi; Rimmel Lycra Pro w odcieniu 433 French Ivory (użyty ze dwa razy); Sally Hansen Complete Salon Manicure w odcieniu 150 Angel Wings (biała perła z różowym połyskiem, użyty kilka razy); Manhattan Winter Pearls nr 20 (biała, magiczna perła – mam identyczny z innej limitki Manhattanu, ten użyty kilka razy, fajny jako top); Catrice Ultimate Nail Lacquer nr 30 Lilactric (tu go pokazywałam, użyty kilka razy); Astor Fashion Studio w odcieniu rozbielonego błękitu (użyty kilka razy); Maybelline Forever Strong PRO w odcieniu 610 Ceramic Blue (użyty raz); Revlon Colorstay w odcieniu Nude Beige (użyty dwa razy); Rimmel Lycra Pro w odcieniu 365 Beige Style (użyty kilka razy); Wibo Extreme Nails bez numerka, odcień ceglasty (odkręcony w celu sprawdzenia konsystencji); Barry M. Nail Paint w odcieniu 309 Strawberry (słodki róż, zużyta 1/3); Delia Coral ProSilk nr 169 (wściekła zieleń, tylko swatchowany); Sally Hansen Fuzzy Coat nr 800 Tweedy (pokazywany tutaj, użyty trzy razy); Essence Road Trip LE z efektem rozlanej benzyny (użyty raz); Essence Nail Art topper nr 13 mrs and mr glitter (użyty dwa razy).

Zestaw nr 2 – podkład, pudry, róże


Olay Total Effects CC Cream z filtrem SPF 15 dla cer jasnych i średnich (użyty raz, krycie słabiutkie, zupełnie nie dla mojej naczynkowej cery); puder matujący Manhattan Clear Face w odcieniu 70 Vanilla (użyty kilka razy, gąbka nieruszona); prasowany róż Glazel nr 4 (nowy); Catrice Multi Colour Blush nr 060 Strawberry Frappucino (ładny, jasny, delikatny róż, ale konsystencja koszmarna – wypolerowany kamień, moje pędzle nie umieją z nim współpracować, ale simply kiedyś pisała, że po zeskrobaniu wierzchniej warstwy wszystko dobrze działa); Elf High Definition Undereye Setting Powder (poświęcę mu niedługo trochę miejsca na blogu, bo dziwadło z niego, użyty raz i swatchowany kilka razy).

Zestaw nr 3 – cienie, kredki


Paletka Catrice Absolute Bright (same jasne perłowe cienie, moim zdaniem każdy wygląda tak samo; swatchowana i użyta dwa razy), tu recenzja; duo Joko Universe J312 (połyskująca stal i połyskujący granat, oba słabo napigmentowane, choć dla niektórych to może być zaleta; cienie wypiekane, użyte dwa razy); Manhattan Endless Stay Duo Eyeshadow, odcień 1 Bonnilicious (jakaś limitka, szarość i jasny róż z połyskiem, formuła kremowa, użyte raz); pojedyncze cienie Essence (numery 54 i 61; jeden pokruszony i trochę eksploatowany, drugi swatchowany i raz użyty; post zbiorczy na ich temat tutaj: klik); trio MySecret nr 304 (lekko maźnięte palcem); żółty matowy cień MySecret nr 511 (użyty ze dwa razy); z jakiegoś powodu niewidoczny na zdjęciu L'Oreal Kohl Eyeliner (sypki czarny kohl do zaznaczania obu linii wodnych naraz, zabawa nie dla mnie); Miss Sporty Be Connected Metallic Eyeliner w odcieniu 013 Daring Mood (ciemnoniebieski eyeliner z pędzelkiem, użyty dwa razy); Astor 2in1 Eye Pencil, 092 Glam Blue (kredka drewniana, granat, użyta kilka razy, nietemperowana); Astor Eyeliner Pencil w odcieniu 093 Sea Green (kredka drewniana, śliczny morski odcień, ale bardzo twarda, więc raczej tylko do sprawdzenia na sobie koloru, swatchowana); kilka rzeczy z NYC: Automatic Eyeliner Pencil nr 834 Vampy Violet (raz użyta); High Definition Liquid Eyeliner nr 898 Indigo Blue (to jest wodoodporny flamaster, którego nie da się zmyć z powieki, więc radzę dać dziecku do malowania i nie cudować z nim na twarzy – żeby nie było, że nie uprzedzałam); Kohl Kajal Eyeliner Pencil nr 003 (drewniana kredka, granatowa, użyta raz); Kohl Eyeliner Pencil nr 926 White (biała, drewniana, nowa w folii). Do tego dorzucam szaro-błękitną kredkę Miss Sporty Eye Pencil 017 Sky, której da się używać i dwie automatyczne kredki Mini-Me, których używać się nie da, ale może ktoś wymyśli im nowe zastosowanie.

Zestaw nr 4 – pomadki


Catrice Ultimate Colour nr 160 Tell Me A Berry-tale (śliczny jagodowy odcień, użyta dwa razy); Catrice Ultimate Colour nr 010 Be Natural! (pomadka nude polecona kiedyś przez callmeblondiee. U mnie niestety kula w płot – za jasny ten beż i wyglądam trupio; tu dowód: klik); L'Oreal Colour Riche Balm w odcieniu 171 Ballet Show (słodki, żywy róż; użyta dwa razy); Wibo Eliksir nr 09 (jagoda/śliwka, użyta kilka razy); Clinique High Impact Lip Colour SPF 15 nr 03 Metallic Sand (metaliczne złoto, ciekawy, jesienny odcień; użyta kilka razy). Dorzucam jeszcze absurdalną pomadkę Miss Sporty w odcieniu 207 Extreme Black. Może na karnawał? Aha, wszystkie pomadki opuszczą natolińskie włości zdezynfekowane.

Mam jeszcze niewidoczny na zdjęciach żel do brwi Catrice z limitki Check&Tweed, który moim zdaniem jest beznadziejny, ale sprawdźcie to osobiście. Aha, i jeszcze trzy posypki na paznokcie. To chyba wszystko. No i wiadomo, plan jest taki, że jeśli znajdziecie w tym gąszczu coś, co wydaje się być już niezdatne do użycia, wywalacie i nie mamy do siebie pretensji, okej?


Na zgłoszenia czekam do niedzieli 22 listopada, a potem zrobię kolejne losowanie w garnku z Tomaszem (nie że Tomasz w garnku, rzecz jasna). Jeżeli wylosowana osoba będzie tą, która zapragnęła przygarnąć cały ten kolorowy majdan, to jej z przyjemnością go wyślę. Jeśli okaże się, że wybrała tylko część zbiorów, spróbuję dopasować pozostałych uczestników zabawy tak, żeby wszystkim wszystko pasowało. No to ten: komu lekko przechodzone kosmetyki, komu?

15.11.2015

Wyniki kosmetycznej oddawajki

Wyniki kosmetycznej oddawajki
Ach, urocza niedzielo, z całą swą szarą, mokrą paskudnością... Ach, urocza niedzielo, która dajesz nam niepowtarzalną okazję siedzenia w domu przez kilkanaście godzin w towarzystwie walącego rzadkie kupy potomka... Wśród gównianych swawoli, jakie nam zaoferowałaś, znaleźliśmy chwilkę na rozwiązanie sprawy kosmetycznego rozdawnictwa. Dzięki ci za to, niedzielo, ale wiesz co? Wypad już stąd.

Komisja w składzie:
Tomasz (syn Agaty), Agata (mama Tomasza) i Joanna (babcia Tomasza, niegdyś znana lepiej jako mama Agaty), czuwała nad prawidłowym przebiegiem losowania. Maszyną losującą ustanowiono rondel, a honory czynił Tomasz.

Na poniższych zdjęciach widzimy, jak członek komisji posila się przed losowaniem, a następnie jego sługa wyciera mu dłoń, aby przygotować ją do tej ważnej chwili. Chwilę później odbywa się losowanie, w czasie którego Tomasz wypowiada monotonne: „czary ramy, czary ramy, czary ramy, abrakababra” iiiiii... mamy to!


Drodzy Państwo, porzucone kosmetyki przygarnie zaczarowanaa! Serdecznie gratulujemy i prosimy zwyciężczynię o skontaktowanie się z komisją w celu ustalenia adresu wysyłki. Pozostałym uczestnikom dziękujemy za udział i uprzejmie informujemy, że w kolejnym odcinku losować będziemy tego, kto przygarnie worek porzuconych kosmetyków kolorowych. A to już za chwileczkę oraz za momencik.

Aha, jest jeszcze jedna sprawa. Matylda Żemajtis zapragnęła przetestować śmierdzące olejki, co mnie urzekło i dlatego zatykam nos i przekazuję te radosne smrodki w ręce Matyldy. Matyldo, Ciebie też proszę o kontakt. Dorzucę jakiś PACHNĄCY wosk YC, żeby Ci się po otwarciu przesyłki flaki nie powywracały.

Wszystkich pozdrawiam przeserdecznie i życzę miłego przyszłego tygodnia bez wirusów, biegunek i przesuszonych od żelu antybakteryjnego dłoni.

11.11.2015

Projekt denko, odc. 31

Projekt denko, odc. 31
W tym miesiącu denko nieco spóźnione, a do jego napisania zmotywował mnie komentarz Ewy pod ostatnim wpisem. Ewo, dzięki za kopniaka. Dzięki Tobie mogę wreszcie pozbyć się mojego kosmetycznego śmieciowiska.


Swoją drogą to jest zwyczajnie niemożliwe, że co kilka tygodni wywalam torbę opakowań, od miesięcy nie robię wielkich pielęgnacyjnych zakupów (tylko małe :P), a kosmetyków w szafkach wciąż tony.  Bezgraniczne zdziwienie w mym łbie się tli. 


Isana – Öl Dusche – olejek myjący o zapachu melona i gruszki – jeden z ładniejszych aromatów Isany, do którego chętnie wrócę, mimo że nie należę do wielbicieli podprysznicowych umilaczy z zatopionymi drobinkami czegoś_tam_co_teoretycznie_jest_olejkiem. Zawartość butli zużyłam z największą przyjemnością, zdecydowanie planuję powtórkę. 

Philosophy – Homemade Honey Buns – żel pod prysznic i szampon – powinni tego zabronić. I właściwie zabronili, bo ta seria kosmetyków Philosophy nie jest już dostępna. Żel (w funkcji szamponu go nie sprawdzałam) to 1/2 prezentu urodzinowego od mojej kochanej Lu, został jeszcze balsam do ciała, ale boję się go otwierać, bo nie chciałabym któregoś dnia zeżreć samej siebie. Autokanibalizm jest tu jak najbardziej możliwy, ponieważ Homemade Honey Buns to zapach najpyszniejszych świątecznych ciasteczek, jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. Czuję tu imbir, masło i miód – klasyczny zapachowy odlot. Zachwycający jest również przepis na te ciastka, który producent-sadysta umieścił na etykiecie. Upiekłabym je już teraz, ale nie chce mi się sprawdzać, ile to jest 350 stopni F po naszemu. Philosophy to zło. Jeśli macie ochotę zgłębić temat zła najźlejszego, szukajcie ich produktów na Truskawce i w TK Maxx. Przepraszam, że powiedziałam.

Dax Cosmetics – Perfecta Femina – Balance – żel do higieny intymnej – żelu Perfecta Mama używałam przez lata całe, aż w końcu firma Dax Cosmetics postanowiła utrudnić mi życie i wypuściła na rynek kilka nowych wersji. Ten o nazwie Balance ma kwaśne pH i dosyć miły skład, tak więc mimo zmian i rozszerzonej oferty wcale nie dzieje się gorzej. Żele Perfecta są bardzo wydajne (wystarczają na co najmniej trzy miesiące) i wygodne (pompka!). Polecam. 


Pharmaceris – H-Keratineum – Skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych – pisałam o nim ostatnio, więc nie ma sensu się powtarzać. W skrócie: przetłuszczające rozczarowanie. /recenzja/

Pervoe Reshenie – Receptury Babuszki Agafii – Szampon wzmacniający dla wszystkich rodzajów włosów – szampon powstał na bazie pięciu ziół i wody brzozowej, pięknie pachnie polnymi kwiatami, dobrze się pieni i wszystko byłoby z nim wspaniale, gdyby nie to, że – podobnie jak kolega wyżej – pogłębiał problem przetłuszczających się włosów, miast go niwelować. Jeszcze mi moja resztka włosów miła, więc usuwam butelkę tego nieszczęścia. I tak jest na granicy ważności.

Kallos – Latte – maska do włosów – niestety, również proteiny nie służą moim włosom. Przynajmniej nie te z mlecznego Kallosa. Stał ze dwa lata na podprysznicowej półce, aż w końcu postanowiłam wywalić  to, co zostało, mimo że zapach i konsystencja się nie zmieniły. Moje włosy były po nim za każdym razem matowe. No nie wiem.

Kallos – Banana – maska do włosów – a tu, proszę państwa, maska z ekstraktem banana. Nieproteinowa, więc i działanie od razu lepsze. Dostałam od koleżanki dużą odlewkę zarówno maski, jak i szamponu – i bardzo dobrze, bo dzięki temu mam już dwie ważne dla siebie informacje: maska jest fajna, ale funduje przyklap moim lichym włosom, a szampon jest świetny i... kropka. O tym duecie pewnie napiszę więcej w oddzielnej recenzji, bo litr szamponu już zagraca mi mieszkanie. Aha, oba produkty pachną syntetycznym bananem, który to zapach można lubić lub bardzo nie lubić. Ewentualnie lubić bardzo. Ja kocham banany pod każdą postacią, syntetyczną również, ale obiektywnie ta linia zapachowa jest słabsza niż w bananowym duecie The Body Shop. 


Balea – Sunny Peach – krem do ciała – kremy Balei w dużych słojach są bardzo przyjemne. Pół litra mazi za ok.  8 (jeśli odwiedzicie DM osobiście) lub 15 (jeśli ktoś odwiedzi go za Was) złotych to dobry deal, szczególnie że właściwości nawilżające co najmniej przyzwoite. Na początku coś mi nie leżało zapachowo z tą brzoskwinią. Mój przebrzydły, zbyt czuły nos wyczuwał nieprzyjemną nutę, ale potem się przyzwyczaił, zapomniał i wszyscyśmy byli szczęśliwi. Szkoda, że to limitowana edycja, bo zapach typowo letni, podobnie jak lekka, zupełnie niemaślana konsystencja, ale właściwie nie ma co płakać, bo w stałej sprzedaży jest bardzo dobry krem Balei z olejem arganowym, a jego męski zapach będzie świetnie pasował do epoki gorących kaloryferów. 

Dermacol – Aroma Ritual – Caribbean Dream – mleczko do ciała – to z kolei delikates, który możecie dostać wyłącznie w czeskich oddziałach DM-owego raju, bo Dermacol to firma tak samo czeska jak Krecik, lentilki i Škoda 105. Ale od czego jest internet? W razie czego. Serię Aroma Ritual uwielbiam, bo i żele pod prysznic cudownie pachną, i balsamy do ciała mają sens. Caribbean Dream to zaskakująco delikatna kompozycja zapachowa: kokos z ananasem, czyli po prostu piña colada, ale w wersji soft. Zaskoczyły mnie również niezłe właściwości nawilżające – dotychczas gardziłam mleczkami do ciała, ale czas zrewidować poglądy. Latem sprawdziło się super, chociaż miało jedną niemiłą przypadłość: bieliło przy aplikacji. 


Garnier – Płyn Micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – w blogosferze wytworzyły się dwa obozy: obrońców legendarnej różowej Biodermy i jej zdrajców. Bliżej mi do tych drugich, bo micel Garniera sprawdził się u mnie wybornie, a do tego ma nad Biodermą wielgachny punkt przewagi: nie jest gorzki w smaku. Nie żebym na co dzień popijała micele, ale mimo długiego stażu mojego związku, czasem jeszcze zdarza mi się całować wieczorami z mężem. Cóż, trzeba korzystać, póki nie śmierdzimy starymi ludźmi. 

Korres – Tonik do twarzy z granatem – sporo mnie kosztowało to parsknięcie pogardliwym śmiechem. Tonik Korresa (95 złotych za 200 ml) to alkohol denaturowany z dodatkami, którego nie da się używać w roli codziennego toniku, dlatego od lutego używałam go okazjonalnie do przysmażania pojedynczych ropnych świństewek. Do niczego innego się nie nadaje. /recenzja/

Bandi – Delicate Care – Subtelny Peeling Enzymatyczny – to jest bardzo ciekawy przypadek, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam na swej drodze peelingu enzymatycznego, którego działanie NIE opierałoby się na złuszczających właściwościach kwasów owocowych (głównie papainy). Tu mamy złuszczanie przez drożdży nakładanie – czad, co nie? Peeling sadzi drożdżami tak samo zacnie jak Oczyszczająca Maska Drożdżowa Bandi z serii dla małolatów. Cóż, skład mają niemalże identyczny – różnice na korzyść peelingu. Oba te produkty działają podobnie, czyli delikatnie oczyszczają i rozjaśniają cerę, ale niestety, są szczodrze podlane komedogenną parafiną. Recenzja maski tu: klik


Mades Cosmetics – Coconut Lip Balm – ot, kokosowa wazelina do ust. Jeśli ktoś lubi kokosowe aromaty i wazelinową warstwę ochronną, niech biegnie do Hebe w podskokach. Szału ten balsam nie robi, ale czy wszystko na tym świecie musi doprowadzać nas do rozkosznego szaleństwa? E tam, a tam. /minirecenzja tego tu i tego niżej też/

Nuxe – Rêve de Miel – no dobrze, właściwie to jednak fajnie, jak balsam do ust jest tak dobry, że aż rozkoszny. Miodowo-pomarańczowy Nuxe na razie wymiata konkurencję i jako nocna kuracja naprawcza jest niezastąpiony. Mały słoiczek przy mojej wątpliwej systematyczności wydaje się nie do zużycia, dlatego fakt, że musiałam zapłacić za niego kilkadziesiąt złotych ani trochę mnie nie boli. Rano usta są miękkie, niepopękane i idealne do wycałowania. Moim zdaniem warto.

La Roche-Posay – Anthelios XL Stick 50+ – bardzo wygodny wynalazek: filtr pięćdziesiątka w sztyfcie! Do prędkiego zakrywania pieprzyków wszelakich i smarowania niecierpliwego Tomasza, w tym słodkich polików jego – jak znalazł. Z pewnością będę wracać. 


The Body Shop – Aqua Lily EdT – zapach miał premierę w 2008 roku i właśnie wtedy dostałam tę flaszeczkę w prezencie od mamy. Pamiętacie? Pisałam niedawno, że robię w domu generalne porządki... Mhm, w torebkach też. Co ciekawe, pozostała resztka wciąż ładnie pachnie, ale mimo wszystko nie mam ochoty wypsikiwać jej do ostatniej kropli. Zresztą: zapach totalnie letni i młodzieżowy. Ciekawe, czy jeszcze go sprzedają. 

Joko – Exclusive Eye Shadows Base – przyzwoita, pachnąca chlorem baza pod cienie, która jest łudząco podobna do bazy z Ingrid, ale jednak jakościowo lepsza (mimo wszystko dla moich tłustych powiek to wciąż trochę za mało). Tę, jakże ekskluzywną, bazę możecie nabyć za 20-kilka złotych, także tego. Wywalam, bo się przeterminowała (wiwat, bezsensowny ShinyBoksie, jakże się cieszę, że już cię nie ma w moim życiu). 

Essence – Stay All Day Long Lasting Eyeshadow – cienie w kremie lubię, ale po czterech latach mają prawo nie działać najlepiej. Ten stwardniał, więc z żalem wysyłam go do kosza. Szkoda, bo seria udana, trwała i ładna kolorystycznie. 

Tym sposobem dotarliśmy do końca listy wyrzutków. Wytrwałym Czytelnikom gratuluję przebrnięcia przez mojego śmieciowego tasiemca, a wszystkim życzę miłej wolnej środy!

09.11.2015

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je!

Kosmetyki szukają nowego domu, przygarnij je!
Mieszkają u mnie w ciemnej szufladzie. Czują się niekochane, niechciane, niepotrzebne. Jeśli nie znajdą nowego domu, zepsują się i trafi je szlag. Jeżeli ich los nie jest Ci obojętny, zaopiekuj się nimi!


Na nowy dom czekają:

Yves Rocher – Sparkling Shower Gel Blackberries (nowy, ważny do 08.2016)
Yves Rocher – Blackberries Hand Cream (nowy, ważny do 09.2017)
Aussie – Miracle Recharge Luscious Long – odżywiająca mgiełka do długich włosów (nowa)
Yves Rocher – The Vert EdT – woda toaletowa o zapachu zielonej herbaty (użyta kilka razy, śliczny, ale nietrwały zapach)
Shiseido – Benefiance – Enriched Balancing Softener – tonik do twarzy (nowy)
Nuxe – Creme Prodigieuse – krem do cery normalnej i mieszanej (nowy, ważny do 04.2016)
Organique – Bath Bomb Greek – kula do kąpieli (nowa, ale poobijana, ważna do 10.2016)
Giorgio Beverly Hills – perfumowane mleczko do ciała, 50 ml (raz sprawdzony na dłoni, intensywny zapach dla wybrańców)
Balea – Urea Augencreme – krem pod oczy z mocznikiem (otwarty niedawno i raz użyty, niestety mnie podrażnia, ważny do 04.2016)

Dodatkowo dorzucam trzy olejki zapachowe, które moim zdaniem śmierdzą, ale jak wiemy, co nos, to opinia, więc może ktoś da im szansę?

Kto chętny, niech się zgłasza w komentarzu. Czekam do piątku 13.11 do północy

06.11.2015

Pharmaceris – H-Keratineum – skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych

Pharmaceris – H-Keratineum – skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych
Dziś będzie krótko + przepraszam za niewydarzone zdjęcia, ale tak jakoś wyszło, że nie wyszło, a zanim zdążyłam się zastanowić, jak to naprawić, szampon wziął i się zużył. No to rzeźbię w tym, co jest. Umówmy się, że to nic i że nie szkodzi, okej?


Oto przed nami butelka szamponu do włosów osłabionych, które lubią wypadać. Moje włosy są do bani, a o ich wypadaniu krążą legendy. Wypadnięte kępy gęsto ścielą warszawską kanalizację, a Wy, spacerując po Ursynowie, najpewniej depczecie butami moje włosowe dywany. Chętnie wypadają z byle powodu, bo jesień, bo wiosna, bo nie wiadomo co. Wyobraźcie więc sobie, co się z nimi dzieje, kiedy WIADOMO CO i gdy nie da się na razie nic na to poradzić. Niech mi ktoś pomoże! 

No i właśnie: pomóc miał szampon Pharmaceris. Został zatrudniony jako jeden z wielu, ale wierzyłam w niego bardzo. Niestety, jest tylko szamponem, a nie cholerną wróżką. 


Ma bardzo przyjemny, nietypowy zapach. Może to aromat herbaciany? Konsystencja też akuratna – lekko żelowa. Niewielka ilość wystarcza do namydlenia mojej lichej czupryny, bo szampon świetnie się pieni (nic dziwnego, SLeS na drugim miejscu w składzie).

No właśnie, skład. W czołówce INCI nie ma absolutnie nic odkrywczego, żadnego składnika aktywnego, który mógłby coś sensownego zdziałać. W końcu odczytujemy, że producent dolał do swojej mikstury kapkę ekstraktu z chińskiej herbaty (Camellia sinensis) i po kilka kropel wyciągu z liści czerwonych winogron i ekstraktu z korzenia imbiru. Nie najgorzej, ale nic specjalnego.

Według testów konsumenckich już po trzech tygodniach stosowania H-Keratineum włosy powinny mniej się sypać. U mnie nie było żadnej różnicy po zużyciu całej butelki (półtora miesiąca stosowania). Zaraz po umyciu włosy były sypkie, odbite od nasady, wyglądały ładnie. Niestety, szampon przyspiesza przetłuszczanie, co w moim przypadku oznaczało codzienne mycie głowy (i codzienne spuszczanie w kiblu kolejnych garści kudłów). Przetłuszczanie to sytuacja bez wyjścia – nawet gdybym postanowiła co drugi (tłusty) dzień nie pokazywać się światu i pozostawać ze smalcem na głowie w zaciszu domowym, nie byłoby to korzystne, bo tłusty skalp = wzmożone wypadanie. To znaczy, że szampon Pharmaceris może działać na niekorzyść wypadających, słabych włosów. Czy przypadkiem nie miało być odwrotnie?

Mimo wszystko nie oceniałabym tego kosmetyku jednoznacznie negatywnie. Ma w internecie wiele dobrych opinii, a jako zwykły szampon do zwykłych włosów z czystym sumieniem mogłabym go polecić. Nie plącze, wygładza, dobrze oczyszcza, nie podrażnia skóry – to wszystko zalety, które docenić może nieumordowana wypadaniem czupryna. Dla mnie to niestety za mało. Pewnie wybaczyłabym mu fakt, że nie wzmacnia włosów, mimo że to miała być jego podstawowa funkcja, ale żadnemu kosmetykowi do włosów nie wybaczam tego, że muszę po nim myć głowę codziennie, a i tak pod koniec włosy są tłuste, nieświeże i brzydkie.

Pojemność: 250 ml
Cena: 28,90 zł (na stronie producenta)
Ocena: 2+/6

02.11.2015

Nie taki łagodny, jak go malują: Organique – Basic Cleaner – Mild Cleaner Gel

Nie taki łagodny, jak go malują: Organique – Basic Cleaner – Mild Cleaner Gel
Ach, ech. Robiłam fotki tego żelu, kiedy jeszcze świat był ciepły, miły i niezawirusowany. Kto by pomyślał, że ja – niegdyś zdeklarowana miłośniczka jesieni – będę marzyć o tym, by pot znowu spływał mi po tyłku, a strefa T oblewała się tłuszczem w godzinę po wykonaniu makijażu. No ale: od kiedy jestem mamą Tomasza, jesień częściej mnie wkurza, niż raduje. Wszystko przez mikroby


Nad zakupem żelu myjącego Organique nie zdążyłam się zastanowić, bo decyzja podjęła się sama – przybył do mnie dawno temu wraz z ShinyBoxem (po raz kolejny: uff, jak dobrze, że już tego nie subskrybuję). Ucieszyłam się, bo markę Organique bardzo lubię, a tego żelu nie znałam. Spróbujmy więc.

Opakowanie na dzień dobry robi dobre wrażenie i zachęca do wypróbowania szronionym plastikiem, a także – jak to bywa u Organique – estetyczną etykietą. Owa etykieta, nie dość, że zwyczajnie ładna, śpiewa radosną pieśń o bezpiecznej recepturze kosmetyku: a że bez parabenów i PEG-ów, parafiny i wazeliny, silikonów, SLS-ów, SLES-ów i wszelkich innych nielubianych pierdelesów. Skład rzeczywiście porządny i ciekawy, a najciekawsze jest to, że myje nas głównie... jabłko. Konkretniej: (amino)kwaśne jabłko, które – mimo że producent przeznacza swój produkt dla wszystkich cer, w tym wrażliwych – potrafi nieźle skopać co delikatniejsze twarzyczki


Sodium cocoyl apple amino acids – ten wpis na kosmetycznej liście INCI to dobry znak. Łagodna substancja myjąco-pielęgnująca, która wraz z resztą przyzwoitych składników powinna wyczyścić i wypielęgnować nawet podrażniony tyłek niemowlaka. W ogóle w składzie nie widać tu niczego, co mogłoby kąsać, a jednak. Mnie kąsa. Trochę, ale wystarczyło, żebym zauważyła, walnęła focha i podzieliła się tym z Wami. Sprawa wyglądała tak, że przez pierwszych kilkanaście użyć w duecie z miękkim dyskiem Sephory twarz lekko mnie piekła w czasie mycia i krótko po nim. I tyle. Nie zauważyłam zaczerwienień ani innych trwałych uszkodzeń, a jednak to pieczenie sprawiło, że żel automatycznie stał się moim nieulubieńcem, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę zapewnienia producenta o jego wszechstronnej łagodności. Później pieczenie jakby zelżało – może skóra przyzwyczaiła się do tego, co oferuje żel? Nie wiem, czemu tak na niego reaguję, ale jeśli miałabym zapłacić 76 złotych w sklepie, a potem skazać się na to pieczenie, zdaje się, że byłabym nieźle wkurzona.

Poza tym Mild Cleaner Gel ma lejącą konsystencję, więc ucieka z butelki zdecydowanie zbyt ochoczo, ale za to dobrze się pieni i ma ładny, owocowo-kwiatowy zapach. Całość absolutnie mnie nie zachwyciła, mimo że twarz domywa dobrze (nie traktuję tego żelu jako celowanego środka do demakijażu, dlatego rozmawiamy o szorowaniu skóry z codziennych nieczystości, resztek podkładu i łoju). Jeżeli zaraz po umyciu nie zaaplikuję kremu, skóra jest lekko ściągnięta, co też niekoniecznie mi odpowiada.

No po prostu coś z nim jest nie tak. Szukajmy szczęścia gdzie indziej.

Pojemność: 200 ml
Cena: 76 zł
Ocena: 3+/6
Dostępność: sklepy stacjonarne Organique, sklep internetowy

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger