11.11.2015

Projekt denko, odc. 31

W tym miesiącu denko nieco spóźnione, a do jego napisania zmotywował mnie komentarz Ewy pod ostatnim wpisem. Ewo, dzięki za kopniaka. Dzięki Tobie mogę wreszcie pozbyć się mojego kosmetycznego śmieciowiska.


Swoją drogą to jest zwyczajnie niemożliwe, że co kilka tygodni wywalam torbę opakowań, od miesięcy nie robię wielkich pielęgnacyjnych zakupów (tylko małe :P), a kosmetyków w szafkach wciąż tony.  Bezgraniczne zdziwienie w mym łbie się tli. 


Isana – Öl Dusche – olejek myjący o zapachu melona i gruszki – jeden z ładniejszych aromatów Isany, do którego chętnie wrócę, mimo że nie należę do wielbicieli podprysznicowych umilaczy z zatopionymi drobinkami czegoś_tam_co_teoretycznie_jest_olejkiem. Zawartość butli zużyłam z największą przyjemnością, zdecydowanie planuję powtórkę. 

Philosophy – Homemade Honey Buns – żel pod prysznic i szampon – powinni tego zabronić. I właściwie zabronili, bo ta seria kosmetyków Philosophy nie jest już dostępna. Żel (w funkcji szamponu go nie sprawdzałam) to 1/2 prezentu urodzinowego od mojej kochanej Lu, został jeszcze balsam do ciała, ale boję się go otwierać, bo nie chciałabym któregoś dnia zeżreć samej siebie. Autokanibalizm jest tu jak najbardziej możliwy, ponieważ Homemade Honey Buns to zapach najpyszniejszych świątecznych ciasteczek, jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. Czuję tu imbir, masło i miód – klasyczny zapachowy odlot. Zachwycający jest również przepis na te ciastka, który producent-sadysta umieścił na etykiecie. Upiekłabym je już teraz, ale nie chce mi się sprawdzać, ile to jest 350 stopni F po naszemu. Philosophy to zło. Jeśli macie ochotę zgłębić temat zła najźlejszego, szukajcie ich produktów na Truskawce i w TK Maxx. Przepraszam, że powiedziałam.

Dax Cosmetics – Perfecta Femina – Balance – żel do higieny intymnej – żelu Perfecta Mama używałam przez lata całe, aż w końcu firma Dax Cosmetics postanowiła utrudnić mi życie i wypuściła na rynek kilka nowych wersji. Ten o nazwie Balance ma kwaśne pH i dosyć miły skład, tak więc mimo zmian i rozszerzonej oferty wcale nie dzieje się gorzej. Żele Perfecta są bardzo wydajne (wystarczają na co najmniej trzy miesiące) i wygodne (pompka!). Polecam. 


Pharmaceris – H-Keratineum – Skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych – pisałam o nim ostatnio, więc nie ma sensu się powtarzać. W skrócie: przetłuszczające rozczarowanie. /recenzja/

Pervoe Reshenie – Receptury Babuszki Agafii – Szampon wzmacniający dla wszystkich rodzajów włosów – szampon powstał na bazie pięciu ziół i wody brzozowej, pięknie pachnie polnymi kwiatami, dobrze się pieni i wszystko byłoby z nim wspaniale, gdyby nie to, że – podobnie jak kolega wyżej – pogłębiał problem przetłuszczających się włosów, miast go niwelować. Jeszcze mi moja resztka włosów miła, więc usuwam butelkę tego nieszczęścia. I tak jest na granicy ważności.

Kallos – Latte – maska do włosów – niestety, również proteiny nie służą moim włosom. Przynajmniej nie te z mlecznego Kallosa. Stał ze dwa lata na podprysznicowej półce, aż w końcu postanowiłam wywalić  to, co zostało, mimo że zapach i konsystencja się nie zmieniły. Moje włosy były po nim za każdym razem matowe. No nie wiem.

Kallos – Banana – maska do włosów – a tu, proszę państwa, maska z ekstraktem banana. Nieproteinowa, więc i działanie od razu lepsze. Dostałam od koleżanki dużą odlewkę zarówno maski, jak i szamponu – i bardzo dobrze, bo dzięki temu mam już dwie ważne dla siebie informacje: maska jest fajna, ale funduje przyklap moim lichym włosom, a szampon jest świetny i... kropka. O tym duecie pewnie napiszę więcej w oddzielnej recenzji, bo litr szamponu już zagraca mi mieszkanie. Aha, oba produkty pachną syntetycznym bananem, który to zapach można lubić lub bardzo nie lubić. Ewentualnie lubić bardzo. Ja kocham banany pod każdą postacią, syntetyczną również, ale obiektywnie ta linia zapachowa jest słabsza niż w bananowym duecie The Body Shop. 


Balea – Sunny Peach – krem do ciała – kremy Balei w dużych słojach są bardzo przyjemne. Pół litra mazi za ok.  8 (jeśli odwiedzicie DM osobiście) lub 15 (jeśli ktoś odwiedzi go za Was) złotych to dobry deal, szczególnie że właściwości nawilżające co najmniej przyzwoite. Na początku coś mi nie leżało zapachowo z tą brzoskwinią. Mój przebrzydły, zbyt czuły nos wyczuwał nieprzyjemną nutę, ale potem się przyzwyczaił, zapomniał i wszyscyśmy byli szczęśliwi. Szkoda, że to limitowana edycja, bo zapach typowo letni, podobnie jak lekka, zupełnie niemaślana konsystencja, ale właściwie nie ma co płakać, bo w stałej sprzedaży jest bardzo dobry krem Balei z olejem arganowym, a jego męski zapach będzie świetnie pasował do epoki gorących kaloryferów. 

Dermacol – Aroma Ritual – Caribbean Dream – mleczko do ciała – to z kolei delikates, który możecie dostać wyłącznie w czeskich oddziałach DM-owego raju, bo Dermacol to firma tak samo czeska jak Krecik, lentilki i Škoda 105. Ale od czego jest internet? W razie czego. Serię Aroma Ritual uwielbiam, bo i żele pod prysznic cudownie pachną, i balsamy do ciała mają sens. Caribbean Dream to zaskakująco delikatna kompozycja zapachowa: kokos z ananasem, czyli po prostu piña colada, ale w wersji soft. Zaskoczyły mnie również niezłe właściwości nawilżające – dotychczas gardziłam mleczkami do ciała, ale czas zrewidować poglądy. Latem sprawdziło się super, chociaż miało jedną niemiłą przypadłość: bieliło przy aplikacji. 


Garnier – Płyn Micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – w blogosferze wytworzyły się dwa obozy: obrońców legendarnej różowej Biodermy i jej zdrajców. Bliżej mi do tych drugich, bo micel Garniera sprawdził się u mnie wybornie, a do tego ma nad Biodermą wielgachny punkt przewagi: nie jest gorzki w smaku. Nie żebym na co dzień popijała micele, ale mimo długiego stażu mojego związku, czasem jeszcze zdarza mi się całować wieczorami z mężem. Cóż, trzeba korzystać, póki nie śmierdzimy starymi ludźmi. 

Korres – Tonik do twarzy z granatem – sporo mnie kosztowało to parsknięcie pogardliwym śmiechem. Tonik Korresa (95 złotych za 200 ml) to alkohol denaturowany z dodatkami, którego nie da się używać w roli codziennego toniku, dlatego od lutego używałam go okazjonalnie do przysmażania pojedynczych ropnych świństewek. Do niczego innego się nie nadaje. /recenzja/

Bandi – Delicate Care – Subtelny Peeling Enzymatyczny – to jest bardzo ciekawy przypadek, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam na swej drodze peelingu enzymatycznego, którego działanie NIE opierałoby się na złuszczających właściwościach kwasów owocowych (głównie papainy). Tu mamy złuszczanie przez drożdży nakładanie – czad, co nie? Peeling sadzi drożdżami tak samo zacnie jak Oczyszczająca Maska Drożdżowa Bandi z serii dla małolatów. Cóż, skład mają niemalże identyczny – różnice na korzyść peelingu. Oba te produkty działają podobnie, czyli delikatnie oczyszczają i rozjaśniają cerę, ale niestety, są szczodrze podlane komedogenną parafiną. Recenzja maski tu: klik


Mades Cosmetics – Coconut Lip Balm – ot, kokosowa wazelina do ust. Jeśli ktoś lubi kokosowe aromaty i wazelinową warstwę ochronną, niech biegnie do Hebe w podskokach. Szału ten balsam nie robi, ale czy wszystko na tym świecie musi doprowadzać nas do rozkosznego szaleństwa? E tam, a tam. /minirecenzja tego tu i tego niżej też/

Nuxe – Rêve de Miel – no dobrze, właściwie to jednak fajnie, jak balsam do ust jest tak dobry, że aż rozkoszny. Miodowo-pomarańczowy Nuxe na razie wymiata konkurencję i jako nocna kuracja naprawcza jest niezastąpiony. Mały słoiczek przy mojej wątpliwej systematyczności wydaje się nie do zużycia, dlatego fakt, że musiałam zapłacić za niego kilkadziesiąt złotych ani trochę mnie nie boli. Rano usta są miękkie, niepopękane i idealne do wycałowania. Moim zdaniem warto.

La Roche-Posay – Anthelios XL Stick 50+ – bardzo wygodny wynalazek: filtr pięćdziesiątka w sztyfcie! Do prędkiego zakrywania pieprzyków wszelakich i smarowania niecierpliwego Tomasza, w tym słodkich polików jego – jak znalazł. Z pewnością będę wracać. 


The Body Shop – Aqua Lily EdT – zapach miał premierę w 2008 roku i właśnie wtedy dostałam tę flaszeczkę w prezencie od mamy. Pamiętacie? Pisałam niedawno, że robię w domu generalne porządki... Mhm, w torebkach też. Co ciekawe, pozostała resztka wciąż ładnie pachnie, ale mimo wszystko nie mam ochoty wypsikiwać jej do ostatniej kropli. Zresztą: zapach totalnie letni i młodzieżowy. Ciekawe, czy jeszcze go sprzedają. 

Joko – Exclusive Eye Shadows Base – przyzwoita, pachnąca chlorem baza pod cienie, która jest łudząco podobna do bazy z Ingrid, ale jednak jakościowo lepsza (mimo wszystko dla moich tłustych powiek to wciąż trochę za mało). Tę, jakże ekskluzywną, bazę możecie nabyć za 20-kilka złotych, także tego. Wywalam, bo się przeterminowała (wiwat, bezsensowny ShinyBoksie, jakże się cieszę, że już cię nie ma w moim życiu). 

Essence – Stay All Day Long Lasting Eyeshadow – cienie w kremie lubię, ale po czterech latach mają prawo nie działać najlepiej. Ten stwardniał, więc z żalem wysyłam go do kosza. Szkoda, bo seria udana, trwała i ładna kolorystycznie. 

Tym sposobem dotarliśmy do końca listy wyrzutków. Wytrwałym Czytelnikom gratuluję przebrnięcia przez mojego śmieciowego tasiemca, a wszystkim życzę miłej wolnej środy!

41 komentarzy:

  1. mnie niestety pielęgnacja Korres mocno zawiodła :(
    z kolorówki to jeszcze mam kilka fajnych egzemplarzy ale pielęgnacji nie kupię więcej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też już nie zamierzam wracać do pielęgnacji Korresa. tylu innych, lepiej rokujących kandydatów czeka...

      Usuń
  2. Bardzo fajny post, szczególnie podoba mi się uwaga dotycząca Garniera :)
    Pytanko, jakiej bazy pod cienie używasz, mam tłuste powieki i ostatnia baza (Hean) nie radziła sobie zbyt dobrze, może coś mi polecisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) ja używam bazy Lime Crime, pisałam o niej dawno temu na blogu. jest niestety droga i trudno dostępna, ale za to bardzo wydajna i trzyma cienie przez cały dzień na swoim miejscu.

      Usuń
  3. Ten balsam z Nuxe wygląda super, tylko gdyby miał inną formę niż słoiczek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no tak, słoiczek nie kwalifikuje się do wypraw na zewnątrz. właściwie dziwię się, że Nuxe jeszcze nie wymyśliło jakiejś wersji w sztyfcie lub chociaż w tubce.

      Usuń
  4. Balsam do ust Nuxe to mój must have od dawna, a żele Philosophy...na szczęście nie mam do nich dostępu, bo moje zapasy żeli pod prysznic na pewno znacząco by się powiększyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja na pewno będę wypatrywać w TK Maxx żeli Philosophy – w ogóle ta marka bardzo mi podeszła, wydali na świat m.in. mój ukochany tusz. niestety, należy im się kocówa, bo już go wycofali, chyba w ogóle wycofują się z kolorówki :(

      Usuń
  5. Chcę! Muszę! Pragnę! zgłębiać temat zła koniecznego...Philosophy widziałam właśnie w Tikeju...nie wedziałam czy brać..teraz wiem...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dajesz, maleńka :D Philosophy naprawdę wart uwagi, chociaż nie wiem, jak jego zapachy bardziej owocowe. podejrzewam, że też super dają radę :)

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. jak co miesiąc, a w szafkach z zapasami wciąż kolejka do wyjścia ;)

      Usuń
  7. Muszę przyznać, że bardzo ciekawe jest to denko :D A zwłaszcza zabawne, bo w trakcie czytania Twoich recenzji szybko na moich ustach zagościł grymas zwany uśmiechem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) bardzo mi miło, dziękuję za miłe słowa!

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. ech, mnie też, robiłam prezent mężowi, więc sobie pomyślałam: a co, niech zobaczy, że dbam o jego mordkę, no i... tak zadbałam, że wstyd :(

      Usuń
  9. Też polubiłam ten pseudoolejkowy żel z Isany :). Uwielbiam balsam Nuxe.
    Co do Garniera i Biodermy - nie przepadam za oboma, do której grupy się łapię :D?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To który micel u Ciebie króluje, skoro nie żaden z różowych wojowników???

      Usuń
  10. Czy jestem jedyną osobą na planecie, której ten Nuxe nie zrobił z ustami nic nowego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a zostawiałaś go na noc? u mnie po takiej nocy z tym kolesiem rano usta są po prostu BOSKIE!

      Usuń
  11. Znam tylko pseudo-olejek Isana i nawet lubię :) a balsamik do ust NUXE uwielbiam, właśnie mi się skończył, ale miałam chyba ponad rok :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój też ponad rok siedział na toaletce i nawet teraz wywaliłam nie całkiem zdenkowane opakowanie, bo już kupiłam sobie nowe :)

      Usuń
  12. Bardzo się cieszę, że tak żel przypadł Ci do gustu. A 350 F to jedyne 180 C, pieczmy razem!

    W ten tonik z Korres nadal uwierzyć nie mogę, bo oni jawili mi się jako firma wręcz idealna. Niech spadają na greckie drzewko oliwne.

    Te drożdże nie brzmią dobrze (hehe).

    Czy zaczęłaś używać tej pomadki Balei ode mnie? (Pytanie w sumie idiotyczne, wiem.) Dla mnie to ona jest ideałem! Zresztą ten miód... sama wiesz.

    Denko niepodległościowe. Pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobra, wpadnij kiedyś do mnie i upieczemy według przepisu tę cholerę.
      jeszcze chyba dam szansę Korresowej masce (miałam próbkę kiedyś i mnie zachwyciła), a potem naprawdę koniec.

      Baleę używam, jest spoko, masz rację. przełożę ją sobie do kieszeni płaszcza, gdy tylko zaszyję wielkie dziury, które po obu stronach bytują.

      Usuń
  13. Nuxe rzeczywiście fajnie radzi sobie z ustami, ale mimo iż zużylam już prawie cały słoiczek, nie mogę jakoś przyzywczaić się do tych grudek w formule. sa dziwne jakieś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli u Ciebie też są grudki... właśnie się zastanawiałam, czy ja mam jakiś zwalony egzemplarz, czy one wszystkie tak mają. kompletnie mi to nie przeszkadza, bo Nuxe działa u mnie bosko, ale zastanawiałam się od dawna, o co chodzi.

      Usuń
  14. Znam tylko maskę Latte, ale zupełnie się u mnie nie sprawdziła. Zaciekawiło mnie mleczko Dermacolu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam Ci żele pod prysznic Dermacolu, zapachów tyle, że naprawdę jest w czym wybierać! arbuzowy jest świetny, a z bardziej zimowych – kawowy, jest też zapach delicji pomarańczowych, akurat ja nie lubię, ale pachnie 1:1 – jakbyś rozsmarowywała delicje po ciele ;)

      Usuń
  15. Stri mi kiedyś podarowała wydłubkę Nuxa, rewelacja. Zużywam zapasy i pędzę do apteki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czasem można dorwać ten balsam w niezłej promo, więc poszperaj, mnie się udało za pół ceny jakiś czas temu wynaleźć

      Usuń
  16. Bardzo lubię micela z Graniera, a Bioderma u mnie zmywa opornie.
    Ale napisałaś do niej komentarz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po zużyciu Garniera wyjęłam ostatnio z zapasów Biodermę i u mnie właściwie zmywają tak samo, są tak samo łagodne dla oczu, tylko ta beznadziejna goryczka Biodermy totalnie mnie zniechęca :(

      Usuń
  17. szkoda, ze Pharmaceris nie sprawdził się u Ciebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szkoda, że NIC się na razie skutecznie nie sprawdziło w temacie wypadania :(

      Usuń
  18. zainteresowal mnie zapach The Body Shop :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a co, lubisz zbierać eksponaty muzealne? ;)

      Usuń
  19. Jakoś tak się stało, że podczytując Twojego bloga zaczęłam zaglądać do DM'u a że do granicy mam kilka razy bliżej niż do stolicy (ha, nawet się zrymowało) to przetestowałam już sporo kosmetyków Balea. Wniosek jest taki, że balsamy do ciała mają the best, czy te w słoikach czy w normalnych butelkach. Jestem alergiczką i wszystko co pachnie teoretycznie jest mi zakazane ale co tam! Po Balei nic a nic mi nie dolega. Agranowy w słoiku jest najlepszy z najlepszych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, właśnie przygotowuję post z minirecenzjami kilku kosmetyków Balei, a Ty tu piszesz o niej w miłych słowach :). Arganowy krem jest cuuuudownyyyyy i ma taki śliczny zapach! ceny też zachęcają – nic, tylko kupować i cieszyć nos i skórę :)

      Usuń
    2. Bardzo mnie ta zapowiedź cieszy, bo mam zamiar jeszcze w tym roku odwiedzić południowych sąsiadów :) zapachy są rewelacyjne, nawet kokos który choć lubię w kosmetykach bywa straszny w baleowskim balsamie do ciała jest obłędny.

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger