30.01.2016

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 9

Moje kosmetyczne pomyłki, odc. 9
Witajcie w klubie recenzji zapomnianych. Mam na dysku tak wiele zdjęć, których nigdy nie ozdobiłam tekstem i nie opublikowałam, że aż wstyd wstyda wstydem pogania. Przeglądam te stare katalogi z trwogą godną pająka, nad którym zawisł wielki, ubłocony but. Z częścią żenujących fotografii już się pożegnałam, o części kosmetyków już nic nie napiszę, bo zbyt słabo je pamiętam. Udało mi się jednak zebrać grupę kosmetyków pielęgnacyjnych, które w mej pamięci wciąż są żywo beznadziejne. Zapraszam do weekendowej lektury!


Lirene – Peeling enzymatyczny delikatnie złuszczający

Kupiłam go kiedyś na wyprzedaży u wakacyjnej Magdy – byłam wtedy na etapie żałoby po peelingach mechanicznych i próbowałam zorientować się w ofercie delikatniejszych, enzymatycznych odpowiedników. Wiedziałam już, że peeling z Organique całkiem fajnie działa i byłam ciekawa, jak się mają do tego tańsze, łatwo dostępne odpowiedniki. No i niestety, nijak się mają, a przynajmniej ten jeden do niczego sensownego się nie nadaje. Na trzecim miejscu w składzie stara, nielubiana na twarzy znajoma – parafina. Nie uprzedziłam się do niej od razu, bo zdarzają się kremy do twarzy, które – mimo parafiny – lubią się z moją cerą. Wygląda jednak na to, że tutaj jest jej o wiele za dużo, przez co produktu Lirene peelingiem właściwie nazwać się nie da. Zamiast efektu idealnie oczyszczonej, rozjaśnionej cery, dostajemy tłustą, „brudną” warstwę, którą ciężko domyć. Peeling-niepeeling nie oczyszcza porów, nie odświeża i nie przygotowuje cery do dalszych pielęgnacyjnych zabiegów. Co więcej, może przyczyniać się do powstawania nowych ropnych suprajsów, a czy nie o ich eliminację tak bardzo walczymy? Piękny, delikatny, kwiatowy zapach niczego tu nie naprawia. Szejm on ju, Lirene.

75 ml, ok. 17 zł 


Jadwiga – Seria Polska – Krem matująco-antybakteryjny

Polska Papka do cery trądzikowej od Jadwigi zachęciła mnie kiedyś do dalszych eksperymentów z produktami marki. Niestety, krem matująco-antybakteryjny okazał się śmierdzącym, postpeerelowskim bublem. Współcześnie moja cera rzadko mierzy się z tłustymi zmianami zapalnymi. Jest to zasługa dobrej, przemyślanej pielęgnacji i mniejszej liczby kremowych wpadek. Ten krem poznałam jeszcze w mrocznych czasach, kiedy myślałam, że przetłuszczająca się cera i regularnie pojawiające się na niej wypryski to mój dożywotni wyrok. A wystarczyło przestać kupować produkty do cery, którą miałam i nie szukać na siłę matu w ciężkich, zapychających kremach. Krem Jadwigi jest wyjątkowo ciężki, toporny i do tego śmierdzi (i się roluje). Daje kilka chwil matu, a potem sebum przeciska się z trudem przez jego warstwę i zalewa cały twarzowy wszechświat. Nie sądzę, by pomagał cerom trądzikowym uporać się z problemem. Dla mnie jest absolutnym wstręciuchem.

50 ml, ok. 30 zł


Shiseido – Benefiance – Enriched Balancing Softener

W czasach kosmetycznych boxów udało mi się zebrać aż dwie butle tego... no właśnie, czego? Toniku? Miał to być tonik z kompleksem przeciwstarzeniowym – cokolwiek to oznacza. Miał „głęboko nawilżać skórę i widocznie poprawiać jej strukturę”.  No nie wiem, moim zdaniem duża ilość alkoholu denaturowanego  (drugie miejsce w składzie) gwarantuje raczej wysuszenie i podrażnienie. Nie rozumiem, czemu producenci drogich kosmetyków z uporem leją do swoich toników ten beznadziejny składnik. Nie bez powodu w 2016 nie używamy już azulanu. Podobnie jak w przypadku peelingu Lirene, ładny zapach nie jest dla mnie wystarczającym argumentem do zakupu i polewania twarzy tonikiem Shiseido.

150 ml, ok. 200 zł 


First Aid Beauty – Anti-Redness Serum

To dość ciekawy przypadek. Serum FAB na mojej cerze sprawował się fatalnie, przejęła go ode mnie Lu i... była zachwycona. Można go nabyć na Strawberrynet za nieco ponad 100 złotych (36$ w Sephorze), ale mnie się udało kupić go w promocji za 1/3 tej ceny. Producent zachęca do używania obietnicami o uspokojonej, wyciszonej cerze. Moja jaśnie panienka naczynkowa była więc żywo zainteresowana. Na opakowaniu widnieje jak byk, że serum jest bezpieczne dla wrażliwej skóry. Wszystko się zgadza. No to dlaczego moje policzki były dalekie od zadowolenia, żeby nie powiedzieć: poirytowane? Okazuje się, że w składzie odnaleźć można co najmniej dwa potencjalnie drażniące składniki: siarkę i wyciąg z korzenia imbiru. Nie wiem, jak to się ma do uspokajania rumieńca, ale według mnie to się nie mogło udać. Czerwieńsza niż kiedykolwiek, przekazałam Luizie gorącego kartofla i ze zdumieniem wysłuchiwałam jej późniejszych zachwytów. Istnieje też wersja Intense. Jescze więcej imbiru i siarki? Strach się bać.

50 ml, ok. 120 zł

26.01.2016

Jak umyć najbrudniejszy pędzel świata? /reportaż/

Jak umyć najbrudniejszy pędzel świata? /reportaż/
– Wiesz, ten pędzel Hakuro do podkładu stracił kształt. Nie jest taki puszysty jak na początku, ma w środku dziury i nie maluje już tak fajnie. Nie wiem, co się z nim stało. Szorowałam go szamponem, ostatnio nawet kilka razy, i nic się nie zmienia. 
– Pokaż go.


bohater dramatu: pędzel Hakuro H51 / czarny charakter: Revlon Color Stay / klasa robotnicza: mydło bananowo-kokosowe z Pszczelej Dolinki, płyn do mycia pędzli z Japonii, płyn do mycia pędzli MAC, Bioderma Sensibio H2O, olejek do demakijażu MAC, Lirene Physio-Micelarny do oczyszczania twarzy, dwufazówka Sephory.

Właścicielka pędzla Hakuro myła go na bieżąco, choć niekoniecznie zaraz po zrobieniu makijażu. To jej pierwszy pędzel do podkładu. Mówiłam kiedyś, że często zdarza mi się myć moje pędzle szamponami. No to myła i ona. Mówiłam, że Hakuro H51 to bardzo fajny pędzel do podkładu. Mówiłam, że ten Revlon bardzo ładnie wygląda na jej cerze. Niestety, zapomniałam powiedzieć, że może się tak zdarzyć, że... TEN szampon NIE BĘDZIE DZIAŁAŁ na TEN podkład na TYM pędzlu. Mocno kryjący, zastygający na beton Revlon Color Stay to twardy zawodnik. O tym, jak bardzo twardy, przekonacie się już za chwilę.

Na początek pobiegłam z H51 do łazienki, a leciałam, jakbym co najmniej wyciągnęła z muszli klozetowej wciąż żywego szczura, który wytaplał się właśnie w niespuszczonej kupie. Z tych rzadszych. Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to leżące na umywalce mydło kokosowo-bananowe z Pszczelej Dolinki. Myłam nim ostatnio pędzle Maxineczki i całkiem fajnie sobie poradziło. Hakuro pozostał niewzruszony. Z pędzla nie spłynęło nic, nawet lekko przybrudzona woda. W tym kontekście faktycznie zachowywał się jak umyty. Tylko kolor się nie zgadzał. I fakt, że wyglądał, jak szczur wyciągnięty przed chwilą z rzadkiej sraki. Dobrze, że pachniał.

Postanowiłam zmierzyć go z alkoholowym płynem do mycia pędzli, który dostałam od przyjaciółki z Japonii. Pędzle zwykle ogarniał w trymiga. Tutaj nic. Zero. Lekko zabrudziła się woda, mimo że pędzel kąpał się w niej dobrych kilka minut.


Opór złamała Bioderma Sensibio H2O, czyli absolutny klasyk w rozpuszczaniu makijażu na oczach i twarzy. Okazuje się, że z zakisłymi pędzlami również dobrze daje sobie radę, co ostatecznie potwierdza jej wspaniałość. Brawa dla Biodermy!

Niestety, po podwójnej kąpieli w Sensibio pędzel wciąż był sztywny i zasyfiony po koniuszki syntetycznych nitek. Postanowiłam przechytrzyć tłustego, kleistego revlonowego dziada i zniszczyć go jego własną bronią. Tak oto trafił do kąpieli w... olejku do demakijażu MAC. Jednofazowym, tłustym absolutnie.


No i wtedy się... ekhem... jakby... zrzygał. Do miski spływały całe podkładowe farfocle. Olejkowe SPA powtórzyłam. Skutek podobny. Pędzel wciąż daleki od czystego puchacza.


– Kupiłam dziś żel do mycia twarzy Lirene, może on się nada? – właścicielkę Hakuro chwyciło sumienie po tym, co zobaczyła. Do zlewu popłynęło już sporo Biodermy i MAC-owych złotówek.
– Skład ma ch**owy, ale daj. Zobaczymy – odrzekłam przemądrzale.

Wielkich sukcesów nie było, ale przynajmniej udało nam się zmyć w miarę skutecznie tłusty olejek. „Może to już końcówka? Ta woda jest dość jasna...” – pomyślałam, pełna nadziei. Okazało się, że niewiele wiem o Bardzo Brudnych Pędzlach. Kolejne dwie kąpiele w Biodermie pozbawiły mnie złudzeń.


Co robić? Pędzel wciąż brudny i sztywny, Biodermy trochę mi już szkoda, olejku MAC-a tym bardziej. Przypomniałam sobie, że mam w kosmetyczce miniaturę dwufazówki Sephory, która słabo się u mnie sprawdziła i już dwa razy na wyjazdach nie domyła mi oczu.


To był strzał prosto w revlonowe dupsko! Z pędzla polało się coś przypominającego caffè latte zmiksowaną ze szpinakiem i spiruliną. No to jeszcze raz. Do dna, Sephoro!


Sephora do oczu się nie nadaje, ale do ostatniej fazy usuwania szamba z pędzla Hakuro – jak najbardziej! Lekko przybrudzona, tłusta woda zwiastowała finał tej kąpieli miesiąca.


Pędzel został oczyszczony z tłuszczu odrobiną Biodermy, a na koniec wykąpał się w płynie MAC-a.  Parsknął zadowolony i zabrałam go na wypoczynek koło kaloryfera, aby w spokoju mógł dojść do siebie.

Oby wszyscy żyli długo i szczęśliwie. I czysto.



24.01.2016

Nieee chceeee miii sięęęęę... myśleć, czyli mój zimowy makijażowy niezbędnik

Nieee chceeee miii sięęęęę... myśleć, czyli mój zimowy makijażowy niezbędnik
W ostatnich tygodniach rzadko miałam ochotę na eksperymenty w makijażu. Głównie dlatego, że nie znoszę mrocznej, syfiastej zimy i nie mam wtedy energii do niczego (sama również jestem do niczego). Był też drugi powód: wyjazdy. Tak oto, poniekąd przypadkiem, powstała kosmetyczka pełna kolorówki, będącej moją makijażową bazą, do której z łatwością mogę dobierać pojedyncze kosmetyki według potrzeb. Fajnie, dla zniedźwiedziowanej, zimowej mnie – ideał!


Gdy rano mi się spieszy lub się nie chce, po prostu wyciągam tę całą rupieciarnię zamkniętą w jednym miejscu, stawiam lusterko, obok niego ikeową osłonkę doniczki Skurar, wypełnioną po brzegi pędzlami (czy ktokolwiek używa tego czegoś zgodnie z przeznaczeniem??) i rozpoczynam codzienną procedurę numer dwieście czterdzieści osiem. Kiedy mam więcej czasu, zapału lub czegoś tam, zaglądam do niezliczonych kolorówkowych zbiorów i poszukuję w nich makijażowego szczęścia.

A co takiego zalega od tygodni w mojej, wcale nieidealnej, kosmetyczce? Taaadaaaaaam:


Kolejność omawianych kosmetyków mniej więcej zgadza się z kolejnością proceduralną.

1. Guerlain – Lingerie de Peau w odcieniu 01 Beige Pale – to akurat nówka sztuka, którą kupiłam, bo bardzo byłam ciekawa, o czym mówią wszystkie pozytywne recenzje, a poza tym używany przeze mnie wiosną i latem podkład Guerlain o tym samym numerze z serii Tenue de Perfection jest ciemniejszy (i jeszcze się utlenia), więc nie nadaje się na tę porę roku. W Lingerie de Peau czasem brakuje mi krycia. Mimo że wygląda naturalnie, to jednak zwykle zostawia moje odnaczynkowe czerwoności na widoku. Nie rzucają się w oczy, ale ja je widzę i to wystarczy, by nazwać go nieidealnym. Pewnie za jakiś czas wysmażę mu bardziej szczegółową recenzję, podobnie jak koledze Tenue de Perfection, którego ostatecznie bardzo polubiłam, mimo że nasze początki były oburzające. Plusem Lingerie de Peau jest SPF 20 – to załatwia sprawę zimowego filtra, o którym pewnie i tak bym zapominała.

2. Flormar – Perfect Coverage Liquid Concealer nr 01 Fair – jeden z moich ulubionych korektorów pod oczy – tu w odcieniu z różowymi podtonami. Pasuje zarówno do żółtawych, jak i różowawych podkładów, i naprawdę jest jasny – wbrew temu, co możecie obejrzeć na fotkach w recenzji (zdjęcia były robione przy zachodzącym słońcu, totalnie przekłamane, niestety). Należy do grupy dobrze kryjącej, może zbierać się w zmarszczkach. Jedynym sposobem, by tak się nie działo, jest dobre nawilżenie skóry pod oczami i wklepanie odrobiny korektora w jeszcze nie całkiem wchłonięty krem.

3. Smashbox – Second Skin Long Wear Concealer, odcień light – wrzuciłam do kosmetyczki ten korektor, bo od dawna grzeje miejsce w mojej szafie (hmmm... regale? magazynie?) z kolorówką i postanowiłam sprawdzić, czy jest do zużycia, czy do wywalenia. Byłam pewna tego drugiego, bo pamiętałam, że moje z nim początki nie były najlepsze: zbierał się w zmarszczkach (miałam wrażenie, że nawet tworzy nowe, specjalnie po to, by się w nie wcisnąć) i ze dwa razy doprowadził mnie do łez (podrażnienie). Mniej więcej półtora roku później zachowuje się przyzwoicie, co niezmiernie mnie dziwi. Mimo że wciąż jest gęstym, wymagającym porządnego nawilżenia złośliwcem, doceniam jego trwałość i bardzo fajny, uniwersalny kolor, który przede wszystkim dobrze zgrywa się z podkładami w żółtych tonacjach.

4. MAC – Blot Powder, odcień Medium – na razie nie poznałam lepiej matującego pudru w kompakcie. Latem wciąż za słaby, by nazwać go idealnym, ale w chłodnych miesiącach daje radę. Nie przestaję szukać czegoś lepszego, a póki co z Blotem żyję w symbiozie. Odcień Medium zdecydowanie dla bladziochów.

5. Grashka – baza pod cienie – znam lepsze bazy pod cienie, ale ta jest na tyle dobra jesienią i zimą (gdy pot nie spływa mi po dupie i powiekach także), że postanowiłam ją zużyć do końca. Może to baza zimowa? Hej, powinniście to zaznaczyć na opakowaniu! PS Przypomniałam sobie, że producent przeznaczył ją również do gruntowania ust. Please, do not try this at home.

6. MySecret – matowy cień nr 505 – kupiłam go wiele miesięcy temu po przeczytaniu kilku pozytywnych recenzji i miał mi służyć do gruntowania powieki. Służy w istocie, choć do zachwytów daleko, bo mimo że kolor odpowiednio cielisty, to pyli cholerstwo okrutnie.

7. Urban Decay – Naked 2 Basics – pokochałam tę paletę od pierwszego wejrzenia, mimo że już na starcie złamała mi serce, bo przyjechała do domu lekko ukruszona. Sześć bajecznych matów, w większości chłodnych, którymi codziennie robię delikatne, acz zauważalne cieniowanie oka i nawet gdy rozetrę wszystko byle jak i na odwal, wyglądam zadowalająco. Da się nią zrobić wszystko: zagruntować powiekę, pomalować oko delikatnie i mocniej, rozetrzeć najciemniejszy cień na dolnej powiece, a nawet wykonturować twarz (zdarzyło mi się kiedyś), choć to ostatnie z oczywistych względów idzie ciężko (hmmm, trójkącik nie pasuje do prostokąta?)

8. Sephora – wodoodporna kredka do oczu nr 03 – 5th Avenue – niesamowicie kremowy, matowy grafit. Używam głównie do dolnej linii rzęs, ładnie się rozciera lub – według potrzeb – zastyga na wieki. Uwielbiam kredki Sephory (zarówno te cienkie, jak i grubasy Jumbo) i gorąco polecam.

9. Sephora – Ourageous Curl Dramatic Volume And Curve Mascara, odcień Ultra Black – ma poważną wadę: jest całkowicie niewodoodporny, ale to jedyna znana mi maskara, na którą ludzie reagują euforią i pytaniami: „Co to?!”. Jeżeli robię lekki makijaż dzienny, nie potrzebuję aż tak intensywnie zaznaczonych rzęs i wtedy stawiam na mniej pogrubiające, ale lepiej wyczesujące tusze, jednak przy mocniej zrobionym oku nie wyobrażam sobie użyć czegoś innego. PS Fotki w recenzji w ogóle nie oddają pięknego efektu. Zapytajcie Luizę, jak ten tusz działa naprawdę!

10. Philosophy – Divine Volumizing – tusz idealny, ale nie ma o czym gadać, bo już wycofany. Zużywam przedostatnie schomikowane opakowanie.

11. Hean – Giga Shock XXL Volume – właściwie już powinien leżeć w koszu, ale jeszcze używam, bo wciąż ładnie maluje dolne rzęsy. Jest suchy, ale nie wysuszony, nie skleja, lubimy się, choć nie jest bez wad.

12. Benefit – Gimme Brow w odcieniu light/medium – nie ma prostszego i szybszego sposobu na skuteczne podkreślenie i wyczesanie rzęs. Idealna, mikra szczoteczka, trwałość i dobry, chłodny odcień sprawiają, że to mój kosmetyk do brwi pierwszego wyboru. Dopiero kiedy mam czas i ochotę na jakieś większe brwiowe swawole, wyciągam z szuflady np. duo Catrice. Ach, to się może zmienić w najbliższym czasie, bo dzięki przyjaciółce z Kanady kilka dni temu w moje ręce wpadła Anastasia Beverly Hills!

13. NYX – róż w odcieniu Taupe – chyba nikt nie używa tego różu jako różu, bo to idealnie chłodny, matowy bronzer, świetny do konturowania bladych twarzy. Kupiłam go na wyprzedaży u Ani z bloga Po tej stronie lustra i jestem bardzo zadowolona z mojego nabytku. Nie jest to odcień dla wszystkich, bo jest tak chłodny, że może wydawać się szary. Pigmentacja średnia, więc zły dotyk nie boli.

14. Astor – Pure Color Perfect Blush w odcieniu 008 Brown Berry – jeśli chodzi o róże Astor, moje serce należy do kolegi z tej samej serii: 006 Golden Sand. Udało mi się nawet rozkochać w nim wakacyjną Magdę. Golden Sand niestety został już wycofany ze sklepów (to nic, to nic, mam jeszcze trzy w zapasie), ale w sprzedaży wciąż dostępny jest odcień Brown Berry – urokliwy, jasny róż o satynowym wykończeniu. Okazało się, że bardzo ładnie komponuje się z moją bladą, zimową cerą, a jego wykończenie (bez brokatu, piękna tafla) pozwala pominąć etap rozświetlania kości policzkowych.

15. Catrice – Bouncy Eyeshadow w odcieniu C01 Strike A Rose – cień w kremie z limitki Sense Of Simplicity u mnie występuje wyłącznie w roli kremowego rozświetlacza. Jest chłodny i daje efekt idealnej tafli bez wściekłych brokatowych drobinek. Rzadko go używam, bo połysk od różu Astor plus moje naturalne pokłady smalcowego blasku w zupełności wystarczają, ale od czasu do czasu pozwalam sobie na pełen odlot (np. gdy wyjmę z kosmetycznego magazynu matowy róż). Moim zdaniem ten cień Catrice to kremowy rozświetlacz idealny. Jeżeli zobaczycie go jeszcze gdzieś w sprzedaży (limitka weszła latem, więc jest spora szansa, że zalega w odpadach w Naturze), bierzcie koniecznie.

16. MAC – Patentpolish Lip Pencil w odcieniu Spontaneous – uwielbiam te kredki do ust! Mają mokre wykończenie i dzięki temu chronią przed wiatrem i, od biedy, nawet mrozem. Odcień Spontaneous idealnie komponuje się z moim chłodnym zimowym makijażem.

17. MAC – Satin Lipstick, odcień Faux – to równie chłodny jak reszta, półmatowy beż, który do opalonej twarzy nie bardzo pasuje, ale na teraz wydaje się akurat. Przy mocniejszym oku mile widziany. Nie polecam kobietom dojrzałym i właścicielkom suchych skórek, bo mam wrażenie, że podkreśla zmarszczki wokół ust i ogólnie postarza. Królewny Śnieżki powinny być zachwycone.

18. Golden Rose – Velvet Matte nr 12 – tyle już o tych pomadkach napisano na blogach, że nie będę się rozwodzić. Dwunastka to piękny, brudny, ciemny róż, który na mnie prezentuje się jako bardzo intensywny odcień. Dodaje pewności siebie i pozwala cieszyć się kolorem przez pół dnia, mimo picia, jedzenia i gadania. Niemożliwe, że kosztuje tylko 12 złotych. Jedyna wada: wysusza usta, dlatego nie używam jej zbyt często.

To już wszystko. Pokażcie swoje zimowe kosmetyczki! Jeżeli blogujecie i wrzucałyście już tego typu wpis u siebie, koniecznie zostawcie link w komentarzu.

19.01.2016

M Brush by Maxineczka – pierwsze wrażenia

M Brush by Maxineczka – pierwsze wrażenia
Pędzle Maxineczki to gorący temat. Czekała na nie rzesza fanek naszej naczelnej beauty-vlogerki, a potem nastąpiło masowe jęknięcie niezadowolenia, kiedy ujrzały światło dzienne i ujawniły swoją cenę. Zestaw 7 pędzli w tubie kosztuje w Minti Shop 689,90 zł. To dużo. To bardzo dużo. Pewnie sama zastanawiałabym się długo nad zakupem i możliwe, że nigdy bym się nie zdecydowała, bo moja pędzlowa gromada już teraz jest pokaźna. Z pomocą przybył Piotr, znany również jako Najfajniejszy Mąż W Kosmosie. Akurat na początku roku wypadło moje coroczne oficjalne się_zestarzenie, a tak się składa, że Piotr słucha, co do niego mówię i nawet wie, kim jest Maxineczka (sic!). I że wydała na świat te pędzle. I że w sumie to bardzo bym chciała je przetestować. Wysypał więc z worka ciężko zarobione dukaty i tak oto na natolińskie włości dotarła przesyłka z Minti Shopu, a w niej:



Na kanale Maxi można podziwiać komentarze wypełnione po brzegi pretensjami o cenę czy niepotrzebnie pozłacane skuwki i podejrzliwymi pytaniami o jakość. No to, moi drodzy, muszę Was zmartwić. Co prawda złocenia mnie również nie są do szczęścia potrzebne, ale w tubie odnalazłam siedem doskonale wykonanych pędzli, które są tak miękkie, że prawie nie da się uwierzyć, że włosie pochodzi z szorstkiego koziego tyłka, a nie z fabryki milusińskich, syntetycznych niteczek*. Być może nikt tak naprawdę nie potrzebuje aż tak miękkich pędzli, ale stało się, zaistniały, japońskie dłonie poskładały je do kupy złotych skuwek (bez przycinania!), a potem zostały wysłane do Polski, by cieszyć autorkę i przyszłych nabywców. Tych samych, którzy zaopatrują się w pędzle MAC-a, Hakuhodo, Toma Forda. Ceny przestają wydawać się aż tak kosmiczne, jeśli porównacie je z tymi markami. A potem niech każdy sam zadecyduje, czy bierze na klatę taki wydatek, czy nie.


Po dokładnych oględzinach całej gromady mogę Wam powiedzieć, że niekoniecznie warto inwestować w komplet pędzli M Brush. Warto za to sprawdzić pojedyncze egzemplarze, bo mimo że każdy z nich jest świetnej jakości i wprawnej ręce się przyda, pewnie nie do wszystkich Wasze serce zabije mocniej. Oczywiście na szczegółowe opinie przyjdzie czas po kilku miesiącach użytkowania, ale już teraz mogę Wam opowiedzieć co nieco o tym, jaki w nich drzemie potencjał według mojej skromnej, nieprofesjonalnej osoby.

W kolekcji Maxi znajdują się cztery większe pędzle, które w naturalny sposób można wytypować do twarzy, i trzy mniejsze, stworzone do makijażu oczu (choć to nie jest obowiązkowy podział). Pędzle do twarzy na żywo wydały mi się mniejsze niż na zdjęciach czy filmie Maxineczki, tak więc nie spotkacie tu ogromnego puchacza, którym w trzy sekundy omieciecie całą twarz (no chyba że akurat pudrujecie świnkę morską, ale zakładam, że nieczęsto się to zdarza :P). 


W internecie można już znaleźć opinie, że M Brush nr 06 (69,90 zł) jest łudząco podobny do słynnej MAC-owej 217 (105 zł). Mam obie sztuki i faktycznie, trudno się nie zgodzić. Kształt mają niemalże identyczny (zaokrąglony, spłaszczony), a różnią się długością trzonka (Maxineczkowy jest o 1,5 cm krótszy) i gęstością – 217 jest mniej zbita, ale mam ją już ze dwa lata i nie dam sobie ręki odciąć, że była taka od nowości (możliwe, że po wielokrotnym myciu trochę mniej się spina). Pędzel nr 06 nadaje się do wszystkiego, co związane z nakładaniem i rozcieraniem cieni. Wszystkie pędzle Maxi są bardzo przyczepne i nabierają więcej cieni niż moje Hakuro, Zoevy czy nawet wspomniany MAC. Ma to prawie same plusy, no może poza tym, że jeśli nie czujecie się mocne w malowaniu powiek, zbyt intensywny atak kolorem może być trochę stresujący.

Moim faworytem jest M Brush nr 05 (74,90 zł) – idealny pędzel do blendowania. Mam już jeden ukochany w swojej kolekcji (Hakuro H74, chociaż mniejszy H77 też jest świetny) i cieszę się, że zamieszkał ze mną jego godny zamiennik. Jestem bardzo przyzwyczajona do H74, dlatego na początku trochę przeraziło mnie wyraźnie dłuższe włosie M Brush 05, ale po pierwszym przeniesieniu cienia na powiekę i roztarciu już wiedziałam, że stworzymy z zero-piątką szczęśliwy związek. YouTube'owe królowe makijażu uczą, że żeby dobrze rozetrzeć cień, trzeba niezwykle delikatnie i lekko masować powiekę pędzlem, najlepiej trzymając go za koniec trzonka. Do tej pory średnio udawała mi się ta sztuka, ale ten pędzel idealnie współpracuje z powieką, jeśli będziemy rozcierać właśnie w taki sposób.

M Brush 07 (64,90 zł) jest najmniejszy i najbardziej precyzyjny z całej kolekcji. Oczywiste zastosowania dla niego to precyzyjne, punktowe nakładanie cienia (również w wewnętrznym kąciku) i rozcieranie dolnej powieki. Właśnie do rozcierania kilkakrotnie go wyznaczyłam i... to jest to! Rzadko rozświetlam wewnętrzny kącik, za to regularnie grzebię przy dolnej linii rzęs. Nie miałam takiego pędzla w swojej kolekcji, więc jestem nim oczarowana. Moje dotychczasowe kulki marki Kozłowski nie zachwycają mnie ani trochę – mam wrażenie, że są nieco za krótkie i za rzadkie. M Brush 07 jest od nich szerszy, ma więcej włosia i dopiero nim jestem w stanie zrobić jakiekolwiek sensowne smokey (musicie jednak wziąć pod uwagę, że w malowaniu jestem mocno przeciętna, a marnej baletnicy...). Pewnie da się znaleźć tego typu pędzel z niższej półki, ale mnie się nie przytrafił, więc ten bardzo mnie ucieszył.


Duże pędzle też trzymają wysoki poziom i zachwycają miękkością. Akurat wspomnianą miękkość bardziej doceniam w pędzlach do oczu, bo to właśnie tam, przy ekstremalnie wrażliwej skórze na powiekach, wszelkie szorstkości są beznadziejnie nieprzyjemne. Mam pędzel Zoevy nr 225 do blendowania, który nie budzi zastrzeżeń przy muskaniu nim dłoni, ale gdy zaczniemy pracować na powiece, okazuje się, że kłuje, a wspomniana praca to w istocie... szorowanie. Wróćmy jednak do wielkoludów. Podobnie jak maluchy, wszystkie mają wygodne, krótkie trzonki

M Brush nr 01 (179,90 zł) to taka 217 (lub 06) w wersji gigant. Jest tak samo uformowana – zaokrąglony brzeg i boczne spłaszczenie. Nie widziałam wcześniej podobnego pędzla. Jest gęsty i świetnie nakłada się nim puder (jego nietypowy kształt pozwala też precyzyjnie przypudrować okolice nosa i oczu. Na razie używałam go tylko do pudru, ale myślę, że równie fajnie można nim konturować twarz. 

Do konturowania wytypowałam M Brush nr 03 (129,90 zł) – skośnie ścięty, nieco mniej gęsty od 01. To był mój pierwotny zryw, bo właśnie taki kształt ma pędzel do bronzera Kozłowski, którego używam na co dzień (i w którym wybitnie wkurza mnie fakt, że w nieskończoność gubi włosie :/). Numerem 03 nie da się zaznaczyć ostrych krawędzi, które potem można by było rozetrzeć, dlatego jeśli ktoś stosuje taką metodę konturowania, ten pędzle się nie sprawdzi. Aplikuje bronzer w postaci jednolitej, łatwej do roztarcia plamy. Dla mnie to najbezpieczniejszy sposób. W najbliższym czasie zamierzam przetestować 03 do nakładania różu – ten kształt z pewnością świetnie się do tego nada. Można by było aplikować nim również rozświetlacz, ale szkoda mi go brudzić w ten sposób :).

Największym dziwolągiem jest M Brush nr 04 (99,90 zł). Ma bardzo nietypowy kształt: wąski, a przy tym ma długie włosie, które w dodatku jest dość luźno zebrane. Na pierwszy rzut oka widać, że będzie świetny do mocno napigmentowanych produktów. Myślałam, że będę po niego rzadko sięgać, ale po pierwszym użyciu w roli aplikatora różu zakochałam się! Aktualnie używam średnio napigmentowanego różu Astor, który wygląda przepięknie po roztarciu tym pędzlem. Jest subtelny, ale widoczny, coś wspaniałego. M Brush 04 na pewno sprawdzę też jako aplikator rozświetlacza.

Mniej wyjątkowy jest M Brush 02 (139,90 zł), bo takich puchatych kulek odnajdziemy na rynku sporo. Jest też najmniej milusiński z całej gromady, choć to oczywiście nie oznacza, że w jakikolwiek sposób drażni skórę. Czytałam gdzieś słowa krytyki, w których porównano ten pędzel do bliskiego kształtem GlamBrush T8 (zaprojektowanego przez inną vlogerkę – digitalgirl13) i wskazano, że tamten też jest z włosia kozy, a kosztuje tylko 28 złotych. Tak się składa, że mam T8 w domu i rzadko po niego sięgam, bo jest nieprzyjemnie kłujący. Dobrze wykonuje swoją pracę, ale uwierzcie, to naprawdę inna półka i inna jakość. M Brush 02 został przeze mnie użyty na razie tylko raz, do różu. W tej roli jest klasycznie poprawny. Na pewno sprawdzi się też przy aplikacji bronzera. Ze wszystkich pędzli Maxineczki on najbardziej mi pasuje do aplikacji płynnych i kremowych kosmetyków. Zobaczymy, jak sobie da z nimi radę. 

Warto podkreślić, że autorka nie wyznaczyła swoim pędzlom konkretnych zadań. Możecie używać ich według uznania – ja przedstawiłam tylko własną wstępną wizję. 

Mam za sobą pierwsze pranie pędzli M Brush. Jeśli chcecie, żeby włosie po kąpieli było tak samo białe jak zaraz po zakupie, musicie się bardziej postarać przy myciu. Do prania użyłam naturalnego mydła z Pszczelej Dolinki, które dobrze poradziło sobie z zabrudzeniami. Zastanowię się jeszcze, czym myć je w przyszłości. Tak jak mówiła Maxineczka, niezbędne jest formowanie kształtu pędzla zaraz po umyciu, bo inaczej mogą się z nich zrobić czupiradła. Są tak samo miękkie jak przed kąpielą. Chyba każdy z pędzli w trakcie mycia zgubił pojedyncze włoski. Na razie to nic złego, bo najczęściej tak się dzieje z nowymi pędzlami, ale będę je bacznie obserwować pod tym kątem.

Na koniec jeszcze kilka słów o tubie, w której przyjechały. Jest wykonana z twardego, matowego kartonu i zdecydowanie za lekka, żeby trzymać w niej pędzle ot tak, na toaletce – łatwo o wywrotkę. Jeśli potrzebujecie takiego opakowania do transportu, to oczywiście będzie dobre, ale jeśli planujecie zakup i wyobrażacie sobie, że pędzle będą dumnie stały na widoku, uprzejmie zalecam wsypać do środka trochę ozdobnego piasku (np. z IKEI), który obciąży tubę i przy okazji podniesie walory estetyczne (na jednym z moich zdjęć możecie zobaczyć, jak mało wyjściowo wyglądają te pędzle w tubie bez ulepszeń). Jeżeli planujecie kupić kilka pędzli M Brush, ale niekoniecznie wszystkie sztuki Was zachwycają, nie bierzcie kompletu tylko dlatego, że dołączone jest do niego to kartonowe opakowanie. Nie jest ani luksusowe, ani wyjątkowe, no chyba że jego wyjątkowość rozpatrzymy w takich samych kategoriach, w jakich oceniamy bootlegi ulubionego zespołu wydane w komplecie z jakimś fanowskim gadżetem.


Nie, nie znamy się z Maxineczką i nie jestem jej potajemnym rzecznikiem. Myślę, że Maxi nie ma bladego pojęcia o moim istnieniu, a ja nie należę do grona jej wyznawczyń. Po prostu jeśli coś jest dobre, warto to pochwalić, zanim ludzie, którzy nie mieli w rękach tych pędzli, dokonają publicznej defekacji i zaleją tym swoim kupskiem cały internet. Jeśli coś jest drogie i takie sobie lub słabe, jestem pierwsza w kolejce do obsmarowania, ale o świetnej jakości kozich futrzakach do makijażu na razie złego słowa nie powiem. Oczywiście zobaczymy, co z nich zostanie za rok, ale pierwsze wrażenie totalnie na plus!


*W kolekcji mam tylko jeden równie miękki i puchaty pędzel. To GlamBrush T16. Syntetyczny. Nie jestem z niego zadowolona, bo wsysa płynne podkłady, a pudrowe formuły słabo nabiera. Używam go czasem do omiatania twarzy pudrem rozświetlającym (takim śnieżkowym, ze srebrnym pyłkiem), ale poza tym leży i się kurzy.

16.01.2016

Apis – Acai Anty-Aging – aktywnie wygładzająca emulsja pod oczy /recenzja/

Apis – Acai Anty-Aging – aktywnie wygładzająca emulsja pod oczy /recenzja/
Mój aparat jest w stanie terminalnym (dzięki, syneczku!), a do tego NIE MA SŁOŃCA. Czy Wy umiecie żyć bez słońca? Ja nie potrafię, nie czuję się wtedy sobą + dołóżcie wszystkie standardowe dyrdymały o niedoborze szczęścia i braku energii do podbijania świata (między nami: gdyby to było takie proste, wszyscy bylibyśmy ludźmi sukcesu w letnich miesiącach, także tego). No i w związku z tym, że mój aparat jest w stanie terminalnym oraz nie ma słońca, blog przez jakiś czas będzie zakwitał fotograficznymi niewypałami z przeszłości. Możecie podrzeć ze mnie łacha, proszę uprzejmie. Żeby było Wam łatwiej, uściślę, że na pierwszym zdjęciu w tle jest otwarta szafa, a w niej kosz ze skarpetami. W pierwotnej wersji fotografii wszystko było wyraźnie widoczne, ale nałożyłam trzynaście filtrów i zrobiło się bardziej klimatycznie. W tym miejscu płynnie przejdę do bohatera pierwszoplanowego. Proszę Pań(stwa), oto emulsja Apis. Warto poświęcić jej uwagę, ponieważ jest mało znana, a posiada rzadką umiejętność tymczasowego prasowania zmarszczek pod oczami


Polski Apis zainteresował mnie trzy lata temu, ale wtedy testowałam serie arbuzową i żurawinową, które przewidziano dla ludu. Dla gabinetowych specjalistów jest linia Professional, która ma bardzo wielu reprezentantów do twarzy i ciała. Oczywiście jedyne, co mogę o sobie powiedzieć, to że profesjonalnie aplikuję sobie krem pod oczy, ale skoro da się kupić tego typu produkty w detalu, w dodatku w dobrej cenie, jak mogłabym nie skorzystać? Tak oto, zupełnie w ciemno, bez czytania opinii w internecie, kilkanaście miesięcy temu postanowiłam ponownie zgłębić temat marki Apis, tym razem pod hasłem: „kosmetyki PRO trafiają pod strzechy”. 


Aktywnie wygładzającą emulsję pod oczy należałoby potraktować jako serum. Ma wodnisto-kremową, lekką konsystencję, jest bezzapachowa, dobrze się wchłania i doskonale nadaje się pod makijaż. Jest też piekielnie wydajna. Według słów producenta to wysokoskoncentrowany preparat, którego działanie opiera się na magicznych antyoksydacyjnych mocach brazylijskich jagód acai. Oprócz soku z gumijagód w recepturze odnajdziemy wiele innych dobroci i tylko trochę składników ogólnie niekochanych.
Żeby nie było, że na mojej cienkiej fotce widać tylko blablabla zamiast pełnej informacji o składzie, wklejam INCI:

Aqua, Carbomer, Glycerin, Macadamia Oil, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Caffeine, Arnica Montana Extract, Avocado Extract, Cetearyl Alcohol & Ceteareth 20, Mineral Oil, Cyclopentasiloxane, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Cyclohexasiloxane, Triethanoloamine, Isohexadecane, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Benzyl Alcohol.

Preparat samodzielnie nie jest w stanie odpowiednio nawilżyć/wypielęgnować wymagającej skóry pod oczami, ale przez kilka miesięcy używałam go razem z kremem pod oczy Nuxe, który jest dobrym, choć lekkim nawilżaczem. No i cóż, wyobraźcie sobie, że w temacie zmniejszania zmarszczek już istniejących Apis COŚ zrobił, a przecież takie rzeczy to zwykle bajki producentów! Po długich tygodniach codziennego wklepywania duetu Nuxe+Apis pewnego dnia odkryłam, że nie widzę tych bruzd, które widziałam wcześniej i że korektor, który zwykle zbierał się nawet w zmarszczkach, o których istnieniu nie miałam pojęcia, nagle przestał to robić. Od razu mówię: to nie jest działanie trwałe, ale... moim zdaniem lepiej się nie da. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że jakiś kosmetyk może wygładzić na zawsze coś, co wcześniej było pomarszczone, ale jeśli się mylę, to koniecznie wyprowadźcie mnie z błędu.

Tutaj jest jak jest: Apis i Nuxe dały mi podobną gładkość pod oczami, do jakiej byłam przyzwyczajona dobrych 10 lat temu. Niestety, nadszedł dzień, w którym butelka wydała z siebie ostatnie kremowe pierdnięcie i wtedy kontynuowałam wklepywanie samego kremu Nuxe (btw, mówię o Creme Prodigieuse). Potem wydarzył się wyjazdowy sylwester, w ogóle zapomniałam o kremie pod oczy i natychmiast z powrotem zaczęłam się marszczyć niczym shar pei, a sam Nuxe nie był w stanie nic na to poradzić. To oznacza, że szlak zmarszczkowy został przetarty, więc z ogłaszaniem cudów należy się wstrzymać. I to właściwie cała historia. Warto wcierać, nie warto przestawać. Nie wiem, czy skóra w końcu nie przyzwyczai się do takiej emulsji i nie przestanie reagować gładkością, ale cieszmy się chwilą. Odkorkowałam dziś drugi produkt pod oczy od Apisu – zobaczymy, co on potrafi.

Z irytujących technikaliów Acai Anty-Aging mogę tylko wymienić pewną upierdliwość w wydobywaniu produktu ze stosunkowo twardej, plastikowej butelki (szczególnie pod koniec), a także fakt, który będzie mnie drażnił zawsze i w każdych okolicznościach: ścierające się napisy. Poza tym wad nie odnajduję, no może poza błędną nazwą produktu. Powinno być anti-ageing lub anti-aging. Dlaczego? Moja polonistyczna miłość, prof. Bańko, wytłumaczył tutaj: klik.

Pojemność: 30 ml
Cena: 35 zł (obecnie na stronie producenta w promocji za 28 zł)
Ocena: 5/6
Dostępność: sprzedaż internetowa


11.01.2016

Catrice – Pure Shine Colour Lip Balm – 010 Rose & Woody

Catrice – Pure Shine Colour Lip Balm – 010 Rose & Woody
O rety, dotarłam do starożytnych kopii roboczych. Projekt, który właśnie odkryłam, leżał w Bloggerze od jesieni 2014 roku i zawierał niepiękne fotografie pozbawione mej kwiecistej mowy. Pomyślałam, że z okazji nowego roku i nowego wszystkiego trochę tu ogarnę. Już miałam wyrzucać ten post i zdjęcia, ale sprawdziłam i okazało się, że Pure Shine Colour Lip Balm w odcieniu 010 Rose & Woody wciąż jest w sprzedaży, a w przypadku Catrice to dość nadzwyczajna wiadomość – Cosnova regularnie wymienia asortyment w szafach Catrice i Essence. 


No dobrze, to mamy pielęgnującą kredkę do ust Catrice. W tej chwili producent podaje na stronie, że dostępnych jest sześć odcieni Pure Shine Colour Lip Balm. Nie sprawdzałam innych kolorów, ale jeśli chodzi o jakość mojego egzemplarza, jestem z niego bardzo zadowolona. Mam porównanie z kredkami Color Boost Bourjois, Soft Sensation Lipcolor Butter Astora i Chubby Stickami Clinique, i moim zdaniem Catrice w niczym im nie ustępuje. Kto wie, może nawet jest równie dobry co kredka Astor, bo używałam ich równie często.  


Formułę ma podobną do Chubby Sticków i Color Boostów, czyli coś w stylu kredki świecowej, która pod wpływem ciepła rozpływa się na ustach i zostawia maślaną, barwną kołderkę. W przeciwieństwie do wspomnianych konkurentów pachnie i smakuje bardzo przyzwoicie, a milsza w użyciu jest tylko kredka Astor, która intensywnie zalatuje waniliną.

Producent mógłby się bardziej przyłożyć do opakowania – napisy starły się szybko, a chyba każdy wie, że powycierane literki wypalają wzrok, powodują choroby serca i wywołują skręt kiszek. Catrice nie odstaje jednak od konkurencji, bo w tej dziedzinie wszyscy delikwenci niebędący drogimi Chubby Stickami wyglądają, jakby ktoś pieczołowicie zeskrobywał z nich literki i nagle został nakryty, więc nawiał i zostawił rozgrzebaną robotę. Nie lubię tego, ale cóż począć?


Na szczęście dużo lepsza jest treść właściwa, zamieszkująca plastikowe, wytarte opakowanie. Odcień Rose & Woody to ciemniejsza wersja naturalnego koloru moich ust, dlatego często używam go, kiedy nie mam pomysłu, czym wykończyć makijaż. To miks brązu, śliwki i zgaszonego różu. Bezdrobinkowy, o mokrym wykończeniu (podobnie jak pozostałe kredki do ust). Na tle moich jasnych włosów jest widoczny i zauważalny – u brunetek pewnie byłaby idealnym nude.


Pomadkę nosi się bardzo komfortowo. Nie wysusza ust, a może nawet (zgodnie z ideą balsamów koloryzujących) delikatnie je pielęgnuje. Wiadomo, że nie ma co liczyć na głębokie nawilżenie i odżywienie, ale nie wysusza, a to w sezonie grzewczo-mroźnym bardzo dobra wiadomość. Schodzi równomiernie i przy odrobinie wprawy można poprawiać ją bez lusterka (półtransparentna formuła wiele wybacza).

To jedna z moich ulubionych kredek – neutralny kolor powinien pasować każdemu (no, może poza Luizą – wielkim ustom i porcelanowej cerze trochę trupio i smętnie w takich kolorach).

Ile: 2,5 g
Cena: ok. 20 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: szafy Catrice w Hebe, Naturach i niektórych Rossmannach, sklepy internetowe

08.01.2016

Projekt denko, odc. 33

Projekt denko, odc. 33
Czas jest jakiś zwariowany. Na co dzień wydaje mi się, że płynie dość wolno, a potem za każdym razem dziwię się, że nadeszła pora na fotografowanie i opisywanie śmieci. Jak to, już? Cztery tygodnie? Koniec miesiąca? Początek roku? Odcinek trzydziesty trzeci? Dziwne – zdziwił się baranek. Nie chce być inaczej, dlatego zapraszam do wspólnego zanurzenia głowy w moim śmieciowym kuble.


Organique – Basic Cleaner – Mild Cleaner Gel – resztkę tego żelu do twarzy zużyłam do mycia pędzli i sprawdził się w tej roli bardzo dobrze. Na twarzy trochę szczypał, poza tym był za rzadki, ale za to ładnie pachniał i dobrze się pienił. Okazał się zupełnie nieurzekający, więc nie planuję powrotu. /recenzja/

Pat&Rub – Tonik/Smoothing Toner – o tym toniku chciałam niedawno napisać pean pochwalny, ale potem okazało się, że w ostatnim czasie dwie inne blogerki, które czytam, wrzuciły takie recenzje i doszłam do wniosku, że jeszcze pomyślicie, że wszystkie jesteśmy opłacone i gadamy bzdury. Postanowiłam poczekać, bo to naprawdę dobry tonik i zasługuje na pochwały oraz na to, byście w nie uwierzyły. Do ideału brakuje tylko niższej ceny i wolałabym, żeby skóra się nie lepiła zaraz po aplikacji. Na szczęście w sklepie Pat&Rub często są promocje, a lepkość znika, gdy tylko twarz wyschnie. Szczegóły lejter.

Bioderma – Sensibio H2O – ostatnio bardziej podobał mi się różowy micel Garnier, ale po wywaleniu półlitrowej butli sięgnęłam do morza zapasów i wygrzebałam kolejną butelkę Biodermy. Wrażenia bez zmian: świetnie zmywa, jest łagodna, ale wstrętnie gorzka, co psuje mi radość_z. 

Apis Professional – Acai Anty-Aging – Aktywnie wygładzająca emulsja pod oczy – proszę państwa, to działa! Niestety, tylko wtedy, gdy emulsja jest codziennie aplikowana we wskazane przez producenta okolice. Sama nie nawilży i nie zabije mocą, ale w duecie z kremem (w tym wypadku z Nuxe) sprawia, że skóra pod oczami faktycznie jest gładsza, a zmarszczki prawie niewidoczne. Dla mnie to pierwszy kosmetyk pod oczy, który faktycznie robi coś sensownego z pomarszczoną skórą. Szkoda, że nie można liczyć na trwały efekt i po kilku dniach bez Apisu, w lodowatych i słonecznych słowackich Tatrach, znowu zaczęłam straszyć siebie w lustrze. 


Farmona – Jantar – Szampon z wyciągiem z bursztynu – niezły, ale niczym nie zachwycił. Słabo się pienił przy pierwszym myciu (zazwyczaj myję głowę dwa razy) i wypadało mi dużo włosów, ale nie będę go oskarżać, bo używałam tego szamponu w najgorszym dla moich złośliwych kudłów okresie ubiegłego roku. Podobała mi się miękkość i sypkość włosów zaraz po umyciu, ale efekt szybko znikał. A, denerwowała mnie nakrętka zamiast zatrzasku.

Sylveco – Balsam myjący do włosów z betuliną – to jest Coś Naprawdę Bardzo Dziwnego. Jego zachowanie nie przystoi szamponowi, bo słabo się pieni i wygląda bardziej jak odżywka. Nazwa „balsam myjący” ma tutaj sens – odżywka, dzięki której pozbędziesz się zanieczyszczeń. Czemu nie? Skład doskonały, zapach dla koneserów (mnie nie drażnił), pojemność/wydajność też okej, ale włosy były od niego nieszczęśliwe. Przyspieszał przetłuszczanie i czasem obciążał, a to dwie cechy, dzięki którym moja głowa całkowicie dyskwalifikuje dany produkt. Wielka szkoda, bo marzyło mi się coś dobrego i naturalnego.

Tołpa Botanic – Gardenia Tahitańska – Nawilżająca odżywka-maska zwiększająca objętość – w tym Miesiącu Tłustego Przyklapu sprawy nie poprawiła również odżywka-maska Tołpy. Jest moim największym rozczarowaniem dlatego, że zapowiadało się wspaniale, a wyszło jak zwykle. Po pierwszym użyciu byłam zachwycona – włosy odbiły się od nasady i było ich naprawdę dużo. Potem już bardzo w kratkę, bo Tołpa robiła to samo, co Sylveco: obciążała i przetłuszczała. Próbowałam ją nakładać tylko na długość, ale wciąż nie byłam zadowolona z efektu. Myślę, że po prostu ciężko ją domyć i gdy była niedokładnie spłukana, czyniła wszelkie zło. Warto wspomnieć, że miniatura jest bardzo wydajna (starczyła mi na chyba sześć użyć) i niestety, ani trochę nie pachnie gardenią z Tahiti. 


Joanna Naturia – Peeling myjący z kawą, wygładzający – serię kawowo-śmietankową Joanny uwielbiam za zapach. Jest tak apetyczny i cudowny, że nie wyobrażam sobie, jak mógłby się komuś nie podobać. Dobrze, że zużyłam ten peeling przed końcem roku, bo w styczniu z mężem wróciliśmy do fit-życia, a po powąchaniu tego cuda od razu mam ochotę zjeść miskę tiramisu. Peeling pod prysznic szoruje naskórek delikatnie, dlatego nadaje się nawet do codziennego używania. Jeżeli lubicie ostrych zawodników, to z serii Naturia polecam np. gruboziarnisty peeling z gorzką pomarańczą (o ile jeszcze jest w sprzedaży, dawno nie widziałam). Tu recenzja kawowego masła do ciała, a tu kawowo-śmietankowego olejku do kąpieli i pod prysznic.

SPA Vintage Body Oil – Dwufazowy cukrowy peeling do ciała, rąk i stóp – ten peeling przybył do mnie wraz z którymś boxem, kiedy jeszcze je subskrybowałam. Próbowałam się do niego przekonać, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że jest po prostu beznadziejny. Pachnie syntetyczną poziomką (znam ten zapach z przedszkola, chyba jakieś pudrowe dropsy tak pachniały) i jest tłustym, parafinowym szitem z cukrem na dnie. Opakowanie wiecznie ufajdane, naklejka od tego tłuszczu odłazi, a sam peeling – choć ściera intensywnie – wybitnie wkurza swoją tłustością. W składzie są też sensowne olejki, w tym arganowy i migdałowy, ale nie wiem po co, skoro i tak na pierwszym miejscu mamy ciekłą parafinę. Po sesji z tym czymś prysznic jest równie ufajdany co my. Jedynym plusem tego kosmetyku okazał się absolutny brak wydajności. Po trzech razach na dnie została smętna resztka, którą z przyjemnością wywalam do kosza.

Alverde – Hand-peeling – a to peeling do rąk, który powinien mieć w miarę przyjazny skład. Alverde N a t u r k o s m e t i k  kojarzy mi się z czymś takim. Niestety, zalatuje gorzałą i mocno wysusza dłonie. Plus jest taki, że działa, jednak moje suche zimową porą dłonie mówią: Das ist echt Scheiße! 


Perfecta – Femina Med – SOS Specjalistyczny preparat do higieny intymnej – mój ulubiony żel do higieny intymnej Perfecta Mama szczęśliwie się rozmnożył i teraz mamy do wyboru kilka innych wariacji. Ta ma delikatny, przyjemny zapach (wersja dla mam jest bezzapachowa), niskie pH i równie dobry skład. Mimo że producent przeznaczył ją do zadań specjalnych, używałam codziennie i byłam zadowolona. Warto sprawdzić!

The Body Shop – Blueberry Shower Gel – moje wewnętrzne głosy po raz kolejny krzyczą: „jagodowe kosmetyki – nie idź tą drogą!”. Coś w tym jest. Wszystkie śmierdzą. Nieważne, kto je produkuje. Zastanówmy się, jak pachną prawdziwe jagody? Chyba nijak, więc każda jagodowa linia będzie czymś niewłaściwym. Myślałam, że może The Body Shop... Źle myślałam.

Venus – Pianka do golenia, wersja z melonem i grejpfrutem – w pianki Venus warto inwestować. Są tanie, nie uczulają (mówię za siebie, żeby nie było), mogą się pochwalić dobrą wydajnością (albo to ja za rzadko się strzygę), działają. Wersję melonowo-grejpfrutową kupiłam pierwszy raz i mimo że pachniała ładnie, zdecydowanie wolę ichniejsze konwalie! 


Etude House – Green Tea Nose Pack – od wczesnych nastoletnich lat widywałam różne plastry oczyszczające nos. Jedne wyciągały tylko maciupkie, mało istotne niteczki sebum, inne wyrywały tak potężne wągry, że byłam pod wrażeniem. Nigdy wcześniej nie spotkałam jednak plastra, który nie wyciągnąłby z nosa absolutnie nic. Brawo, Etude House, jesteście absolutnie najfatalniejsi.

Nivea – Dry Comfort Plus – pierdylionowe butelka leci do kosza. Piękny zapach + skuteczność sprawiają, że nie chce mi się szukać niczego innego.

Pat&Rub – Relaksujący Balsam do Ciała – już w poprzednim denku narzekałam na wątpliwej urody aromat tej linii Pat&Rub. O ile żel pod prysznic pachnący tajską zupą byłam w stanie jakoś zużyć, o tyle z balsamem nie poszło mi tak dobrze. Leżał miesiącami w koszyku z otwartymi kosmetykami, używałam go tylko, gdy coś przeskrobałam i musiałam się jakoś ukarać, aż w końcu z radością odkryłam, że dwa miesiące temu minęła mu data ważności i natychmiast poleciał do torby z wyrzutkami. Właściwości balsamu całkiem w porządku, choć do głębokiego nawilżenia, jakie fundują mi masła do ciała tej firmy, droga daleka. 


L'Oréal – The Color Of Hope Wear Infinite, 415 Royal Grace – to moja ukochana czwórka chłodnych, dziennych cieni, z którą z wielkim bólem się rozstaję, bo jest babcią i ostatnimi czasy zaczęła niedomagać (opakowanie także). Żal tym większy, że już jej nie kupię, cholerna limitka. Na otarcie łez mam chłodną Naked 2 Basics, a do niej Satin Taupe z MAC-a, ale Royal Grace będę ciepło wspominać, tym bardziej że ten quad powstał w słusznej sprawie – jako część kampanii na rzecz raka jajnika.

Stila – Sheer Color Tinted Moisturizer, shade 01 – kupiłam kiedyś na Strawberry.net, bo była duża promocja, a ja chciałam poznać tę amerykańską, niedostępną u nas markę. Pierwsze spotkanie mnie rozczarowało, bo ten krem tonujący ma znikome krycie, śmierdzi i ciężko go wydusić z twardego, niewygodnego opakowania. Zero zalet.

Bourjois – Touche Healthy Mix – korektor rozświetlający z lubianej przeze mnie serii Healthy Mix okazał się bardzo fajnym kompanem porannego tapetowania. Odcień Vanilla dobrze pasuje do podkładu w tym samym kolorze (nie są identyczne, ale na twarzy wszystko się zgadza), krycie średnie, ale dla kogoś, kto nie ma wielkich cieni pod oczami wystarczające. Nie wchodzi w zmarszczki. Dwa minusy: wybitnie niehigieniczna i wkurzająca postać wykręcanego bobka z pędzelkiem oraz mała pojemność – tylko 1,5 ml.

Miss Sporty – Fabulous Eyes nr 070 Desert Beauty – cień w kredce w pięknym odcieniu chłodnego brązu z mnóstwem połyskujących drobin. Kupiłam go za ok. 2 zł w internetowym outlecie i był to jeden z fajniejszych zakupów taniej kolorówki. Trwałość ma mocno średnią, ale pięknie wygląda zarówno na powiece, jak i na dolnej linii rzęs. Wyrzucam, bo zaczął śmierdzieć. Pewnie zszedł z linii produkcyjnej, kiedy Stalin obradował na konferencji w Jałcie. Za dwa złote nie ma co narzekać.

To już wszystko w dzisiejszym odcinku. Życzę Wam miłego weekendu!

06.01.2016

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było (dużo zdjęć)

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było (dużo zdjęć)
Witajcie w nowym roku! Nie mogę się doczekać powrotu do regularnego blogowania, stęskniłam się :). Dziś będzie o tym, co robiliśmy okołosylwestrowo i jak to się stało, że przestałam mieć odruch wymiotny na myśl o wystawianiu dupska na kilkunastostopniowy mróz.

Mój mąż bardzo lubi zimę (mówiąc „zima”, mamy na myśli minus kilka, śnieg i optymistyczne słonko). Przez lata jeździł na desce, lubi ślizgać się samochodem po zaśnieżonych drogach, więc dla niego to dobry, wartościowy czas, na który warto czekać cały rok. Ja jestem na drugim biegunie: nie cierpię marznąć, nie uprawiam sportów zimowych, a zima kojarzy mi się z tym, że w Polsce trwa pół roku, jest szara, ponura i wietrzna, wszyscy chorują (od kiedy mamy Tomasza, to uczucie jest milion razy silniejsze, ciekawe, dlaczego...), ciągle jest ciemno, a słońce wychodzi zza chmur tylko po to, żebym mogła jeszcze bardziej się pokrzywić na gębie i ukształtować zupełnie nowe zmarszczki w okolicy oczu.

Na wieść o tym, że – suprajs suprajs! – nowy rok przywitamy w Tatrach, byłam z jednej strony szczęśliwa, a z drugiej – przerażona, bo jak tu spacerować u stóp kochanych gór, kiedy zęby zgrzytają, a od mrozu chce się sikać? Z uwagi na potencjalne trudności z utrzymaniem odpowiedniej ciepłoty, zainwestowałam w puchate termoaktywne kalesony i równie puchatą bluzkę z długim rękawem, i ruszyliśmy... ku przygodzie. I słowackiej zimnocie. I wiecie co? Zakochałam się w tym, co tam zobaczyłam! (a galoty okazały się nadzwyczaj ciepłe)

Tatry na Słowacji wyrastają niemalże znikąd. Coś na zasadzie: Idę, patrzę, a tu góry. Widok niesamowity i tak różny od tego, co znane po polskiej stronie. I ta idealna pogoda!
Największe wrażenie zrobiła na mnie Łomnica. Pierwszy raz w życiu podziwiałam z bliska stok narciarski (jak Wy to robicie, ludzie?!), a w perspektywie miałam trzyetapową podróż na sam szczyt. To był mój drugi raz. Poprzednio Lomnický Štít odwiedziłam 17 lat temu (o matko, aż tyle??) i widoczność kończyła się na czubkach butów.
Tatry zimowe są piękne, ale żal dupę ściska, że nie ma się jak wspinać. My uprawiamy tylko trekking letni, ale po tym, co zobaczyłam, nie jestem pewna, czy to się kiedyś nie zmieni...
To najwyższy, najbardziej stromy odcinek trasy narciarskiej. W tym miejscu wyciąg krzesełkowy był nieczynny, ale dla niektórych to żaden problem! Jeśli dobrze się przyjrzycie, zobaczycie przynajmniej jedną szaloną istotę ludzką, która wspina się na piechotę po tej oblodzonej stromiźnie tylko po to, żeby kilka godzin później dokonać rytualnego zjazdu. Tych hardkorów widzieliśmy co najmniej kilkunastu. Przy nich poczułam się jak rasowy, kanapowy baleron.
Kingdom Of Heaven?
A taki jest widok z samiutkiej góry. 2634 m n.p.m., 50 minut zachwytów, a potem wypad na dół, by zrobić miejsce dla następnych rozdziawiających otwory gębowe turystów. 
Istnieją szaleni ludzie, którzy tym czymś zjeżdżają na sam dół. Kłaniam się w pas wszystkim narciarzom i snowboardzistom. Mnie na samą myśl pocą się stopy. PS Mój mąż fachowym okiem ocenił, że stok jest tutaj świetny – długi i o różnych poziomach trudności (i idealnie naśnieżony, oryginalnie śniegu w dolnych partiach nie było wcale). Jeśli jeździcie i nie znacie, warto sprawdzić. 
KAŻDY musi mieć tu zdjęcie.
I ja, i ja!
Niezmiennie dziwi mnie przywiązanie ludzi do alkoholu. Wjechać za 44€ na szczyt Łomnicy na jedyne 50 minut po to, by w minus pierdylionie stopni napić się o wiele za drogiego zimnego piwa z koniakiem? Co kto lubi :). Z ciekawostek: na szczycie Łomnicy jest kilka miejsc noclegowych dla wybrańców. Niezapomniana noc dla dwojga kosztuje 650€ (w cenie podróż w obie strony). 
Tu już piętro niżej. Meteorologiczny raj i część pieszej trasy na szczyt. Podobno Słowacy coraz poważniej myślą o otwarciu szlaków m.in. na Łomnicę i Gerlach bez konieczności zatrudniania przewodników. Szlak od góry wygląda fenomenalnie, ale jest niewyobrażalnie trudny. Nie wiem, czy to taki dobry pomysł. 
W Nowy Rok przed południem, kiedy imprezowicze leczyli kaca, my pojechaliśmy na polską stronę i odwiedziliśmy Dolinę Strążyską. Było ślicznie, kameralnie i cicho. Spotkaliśmy dwie zawiedzione panie, które planowały zjeść zupę grzybową w SCHRONISKU, a tu SCHRONISKO zamknięte! Panie nie wiedziały, że budka u stóp Giewontu to nie schronisko, tylko szałas i że naprawdę nie ma sensu, by ktokolwiek gotował w nim zupę 1 stycznia. 
Specjalnie na naszą arcytrudną zimową wyprawę zaopatrzyliśmy się w termos z herbatą. Przyjemnie było ją wypić, ale najlepsza wiadomość jest taka, że termoaktywne rajty i bluzka fantastycznie chronią przed zimnem, więc nawet nie zdążyłam zmarznąć. Spore wrażenie robią za to zamarznięte na kość wodospady, które słychać, ale się nie poruszają. Równie imponujący byli wycieczkowicze w wieku Tomka (ten po dotarciu do końca doliny niestety się rozpłakał, ale wcześniej był bardzo dzielny ;)). 
1. Możecie popodziwiać nasze sylwestrowe zapasy. Jedynym widocznym na zdjęciu alkoholem jest miniaturowy szampan, a zdrowa żywność wesoło przeplata się z junk foodem. Kiedy robiliśmy zakupy jedzeniowe, nie mieliśmy pojęcia, że w ciągu całego wyjazdu tylko raz uda nam się zjeść ciepły posiłek w knajpie. Takie tłumy! (i kolejki) 2. Miłym gestem ze strony gospodarzy była wielka butla szampana i dwa kieliszki. 3. Któregoś razu, po trzech godzinach szukania wolnego miejsca w jakiejkolwiek jadłodajni (głównie po polskiej stronie), wróciliśmy do pokoju i na obiadokolację zjedliśmy... mleko z razowymi płatkami przewidziane na śniadanie. Ach, te góralskie zachwycające kulinaria.
Okazało się, że nocowaliśmy w domu saneczkarza – wielokrotnego reprezentanta Słowacji w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Jego dzieci na placu zabaw mają do dyspozycji oryginalny wagon kolejki na Łomnicę, w domu jest pełno medali i dyplomów, ale sam gospodarz raczej unikał gości – nami zajęła się jego urocza żona. Na koniec wrzuciłam jeszcze zdjęcie jedynego ciepłego dania, jakie udało mi się zamówić w galerii handlowej w Popradzie. Powiem tylko tyle, że na zdjęciu w menu wyglądało nieco inaczej – miał być parmezan, papryka, fasolka szparagowa, zapiekane pieczarki... W tym samym lokalu udało mi się też wypić najgorszą kawę w historii. Jestem prawie pewna, że byłam co najmniej trzecią osobą, która dostała napar z tych samych, ohydnie kwaśnych fusów. 


Słowacja nie jest naszym wymarzonym miejscem na Ziemi, ale wycieczka do Krainy Lodu okazała się niesamowita. A Wy lubicie zimę choć trochę?

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger