08.01.2016

Projekt denko, odc. 33

Czas jest jakiś zwariowany. Na co dzień wydaje mi się, że płynie dość wolno, a potem za każdym razem dziwię się, że nadeszła pora na fotografowanie i opisywanie śmieci. Jak to, już? Cztery tygodnie? Koniec miesiąca? Początek roku? Odcinek trzydziesty trzeci? Dziwne – zdziwił się baranek. Nie chce być inaczej, dlatego zapraszam do wspólnego zanurzenia głowy w moim śmieciowym kuble.


Organique – Basic Cleaner – Mild Cleaner Gel – resztkę tego żelu do twarzy zużyłam do mycia pędzli i sprawdził się w tej roli bardzo dobrze. Na twarzy trochę szczypał, poza tym był za rzadki, ale za to ładnie pachniał i dobrze się pienił. Okazał się zupełnie nieurzekający, więc nie planuję powrotu. /recenzja/

Pat&Rub – Tonik/Smoothing Toner – o tym toniku chciałam niedawno napisać pean pochwalny, ale potem okazało się, że w ostatnim czasie dwie inne blogerki, które czytam, wrzuciły takie recenzje i doszłam do wniosku, że jeszcze pomyślicie, że wszystkie jesteśmy opłacone i gadamy bzdury. Postanowiłam poczekać, bo to naprawdę dobry tonik i zasługuje na pochwały oraz na to, byście w nie uwierzyły. Do ideału brakuje tylko niższej ceny i wolałabym, żeby skóra się nie lepiła zaraz po aplikacji. Na szczęście w sklepie Pat&Rub często są promocje, a lepkość znika, gdy tylko twarz wyschnie. Szczegóły lejter.

Bioderma – Sensibio H2O – ostatnio bardziej podobał mi się różowy micel Garnier, ale po wywaleniu półlitrowej butli sięgnęłam do morza zapasów i wygrzebałam kolejną butelkę Biodermy. Wrażenia bez zmian: świetnie zmywa, jest łagodna, ale wstrętnie gorzka, co psuje mi radość_z. 

Apis Professional – Acai Anty-Aging – Aktywnie wygładzająca emulsja pod oczy – proszę państwa, to działa! Niestety, tylko wtedy, gdy emulsja jest codziennie aplikowana we wskazane przez producenta okolice. Sama nie nawilży i nie zabije mocą, ale w duecie z kremem (w tym wypadku z Nuxe) sprawia, że skóra pod oczami faktycznie jest gładsza, a zmarszczki prawie niewidoczne. Dla mnie to pierwszy kosmetyk pod oczy, który faktycznie robi coś sensownego z pomarszczoną skórą. Szkoda, że nie można liczyć na trwały efekt i po kilku dniach bez Apisu, w lodowatych i słonecznych słowackich Tatrach, znowu zaczęłam straszyć siebie w lustrze. 


Farmona – Jantar – Szampon z wyciągiem z bursztynu – niezły, ale niczym nie zachwycił. Słabo się pienił przy pierwszym myciu (zazwyczaj myję głowę dwa razy) i wypadało mi dużo włosów, ale nie będę go oskarżać, bo używałam tego szamponu w najgorszym dla moich złośliwych kudłów okresie ubiegłego roku. Podobała mi się miękkość i sypkość włosów zaraz po umyciu, ale efekt szybko znikał. A, denerwowała mnie nakrętka zamiast zatrzasku.

Sylveco – Balsam myjący do włosów z betuliną – to jest Coś Naprawdę Bardzo Dziwnego. Jego zachowanie nie przystoi szamponowi, bo słabo się pieni i wygląda bardziej jak odżywka. Nazwa „balsam myjący” ma tutaj sens – odżywka, dzięki której pozbędziesz się zanieczyszczeń. Czemu nie? Skład doskonały, zapach dla koneserów (mnie nie drażnił), pojemność/wydajność też okej, ale włosy były od niego nieszczęśliwe. Przyspieszał przetłuszczanie i czasem obciążał, a to dwie cechy, dzięki którym moja głowa całkowicie dyskwalifikuje dany produkt. Wielka szkoda, bo marzyło mi się coś dobrego i naturalnego.

Tołpa Botanic – Gardenia Tahitańska – Nawilżająca odżywka-maska zwiększająca objętość – w tym Miesiącu Tłustego Przyklapu sprawy nie poprawiła również odżywka-maska Tołpy. Jest moim największym rozczarowaniem dlatego, że zapowiadało się wspaniale, a wyszło jak zwykle. Po pierwszym użyciu byłam zachwycona – włosy odbiły się od nasady i było ich naprawdę dużo. Potem już bardzo w kratkę, bo Tołpa robiła to samo, co Sylveco: obciążała i przetłuszczała. Próbowałam ją nakładać tylko na długość, ale wciąż nie byłam zadowolona z efektu. Myślę, że po prostu ciężko ją domyć i gdy była niedokładnie spłukana, czyniła wszelkie zło. Warto wspomnieć, że miniatura jest bardzo wydajna (starczyła mi na chyba sześć użyć) i niestety, ani trochę nie pachnie gardenią z Tahiti. 


Joanna Naturia – Peeling myjący z kawą, wygładzający – serię kawowo-śmietankową Joanny uwielbiam za zapach. Jest tak apetyczny i cudowny, że nie wyobrażam sobie, jak mógłby się komuś nie podobać. Dobrze, że zużyłam ten peeling przed końcem roku, bo w styczniu z mężem wróciliśmy do fit-życia, a po powąchaniu tego cuda od razu mam ochotę zjeść miskę tiramisu. Peeling pod prysznic szoruje naskórek delikatnie, dlatego nadaje się nawet do codziennego używania. Jeżeli lubicie ostrych zawodników, to z serii Naturia polecam np. gruboziarnisty peeling z gorzką pomarańczą (o ile jeszcze jest w sprzedaży, dawno nie widziałam). Tu recenzja kawowego masła do ciała, a tu kawowo-śmietankowego olejku do kąpieli i pod prysznic.

SPA Vintage Body Oil – Dwufazowy cukrowy peeling do ciała, rąk i stóp – ten peeling przybył do mnie wraz z którymś boxem, kiedy jeszcze je subskrybowałam. Próbowałam się do niego przekonać, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że jest po prostu beznadziejny. Pachnie syntetyczną poziomką (znam ten zapach z przedszkola, chyba jakieś pudrowe dropsy tak pachniały) i jest tłustym, parafinowym szitem z cukrem na dnie. Opakowanie wiecznie ufajdane, naklejka od tego tłuszczu odłazi, a sam peeling – choć ściera intensywnie – wybitnie wkurza swoją tłustością. W składzie są też sensowne olejki, w tym arganowy i migdałowy, ale nie wiem po co, skoro i tak na pierwszym miejscu mamy ciekłą parafinę. Po sesji z tym czymś prysznic jest równie ufajdany co my. Jedynym plusem tego kosmetyku okazał się absolutny brak wydajności. Po trzech razach na dnie została smętna resztka, którą z przyjemnością wywalam do kosza.

Alverde – Hand-peeling – a to peeling do rąk, który powinien mieć w miarę przyjazny skład. Alverde N a t u r k o s m e t i k  kojarzy mi się z czymś takim. Niestety, zalatuje gorzałą i mocno wysusza dłonie. Plus jest taki, że działa, jednak moje suche zimową porą dłonie mówią: Das ist echt Scheiße! 


Perfecta – Femina Med – SOS Specjalistyczny preparat do higieny intymnej – mój ulubiony żel do higieny intymnej Perfecta Mama szczęśliwie się rozmnożył i teraz mamy do wyboru kilka innych wariacji. Ta ma delikatny, przyjemny zapach (wersja dla mam jest bezzapachowa), niskie pH i równie dobry skład. Mimo że producent przeznaczył ją do zadań specjalnych, używałam codziennie i byłam zadowolona. Warto sprawdzić!

The Body Shop – Blueberry Shower Gel – moje wewnętrzne głosy po raz kolejny krzyczą: „jagodowe kosmetyki – nie idź tą drogą!”. Coś w tym jest. Wszystkie śmierdzą. Nieważne, kto je produkuje. Zastanówmy się, jak pachną prawdziwe jagody? Chyba nijak, więc każda jagodowa linia będzie czymś niewłaściwym. Myślałam, że może The Body Shop... Źle myślałam.

Venus – Pianka do golenia, wersja z melonem i grejpfrutem – w pianki Venus warto inwestować. Są tanie, nie uczulają (mówię za siebie, żeby nie było), mogą się pochwalić dobrą wydajnością (albo to ja za rzadko się strzygę), działają. Wersję melonowo-grejpfrutową kupiłam pierwszy raz i mimo że pachniała ładnie, zdecydowanie wolę ichniejsze konwalie! 


Etude House – Green Tea Nose Pack – od wczesnych nastoletnich lat widywałam różne plastry oczyszczające nos. Jedne wyciągały tylko maciupkie, mało istotne niteczki sebum, inne wyrywały tak potężne wągry, że byłam pod wrażeniem. Nigdy wcześniej nie spotkałam jednak plastra, który nie wyciągnąłby z nosa absolutnie nic. Brawo, Etude House, jesteście absolutnie najfatalniejsi.

Nivea – Dry Comfort Plus – pierdylionowe butelka leci do kosza. Piękny zapach + skuteczność sprawiają, że nie chce mi się szukać niczego innego.

Pat&Rub – Relaksujący Balsam do Ciała – już w poprzednim denku narzekałam na wątpliwej urody aromat tej linii Pat&Rub. O ile żel pod prysznic pachnący tajską zupą byłam w stanie jakoś zużyć, o tyle z balsamem nie poszło mi tak dobrze. Leżał miesiącami w koszyku z otwartymi kosmetykami, używałam go tylko, gdy coś przeskrobałam i musiałam się jakoś ukarać, aż w końcu z radością odkryłam, że dwa miesiące temu minęła mu data ważności i natychmiast poleciał do torby z wyrzutkami. Właściwości balsamu całkiem w porządku, choć do głębokiego nawilżenia, jakie fundują mi masła do ciała tej firmy, droga daleka. 


L'Oréal – The Color Of Hope Wear Infinite, 415 Royal Grace – to moja ukochana czwórka chłodnych, dziennych cieni, z którą z wielkim bólem się rozstaję, bo jest babcią i ostatnimi czasy zaczęła niedomagać (opakowanie także). Żal tym większy, że już jej nie kupię, cholerna limitka. Na otarcie łez mam chłodną Naked 2 Basics, a do niej Satin Taupe z MAC-a, ale Royal Grace będę ciepło wspominać, tym bardziej że ten quad powstał w słusznej sprawie – jako część kampanii na rzecz raka jajnika.

Stila – Sheer Color Tinted Moisturizer, shade 01 – kupiłam kiedyś na Strawberry.net, bo była duża promocja, a ja chciałam poznać tę amerykańską, niedostępną u nas markę. Pierwsze spotkanie mnie rozczarowało, bo ten krem tonujący ma znikome krycie, śmierdzi i ciężko go wydusić z twardego, niewygodnego opakowania. Zero zalet.

Bourjois – Touche Healthy Mix – korektor rozświetlający z lubianej przeze mnie serii Healthy Mix okazał się bardzo fajnym kompanem porannego tapetowania. Odcień Vanilla dobrze pasuje do podkładu w tym samym kolorze (nie są identyczne, ale na twarzy wszystko się zgadza), krycie średnie, ale dla kogoś, kto nie ma wielkich cieni pod oczami wystarczające. Nie wchodzi w zmarszczki. Dwa minusy: wybitnie niehigieniczna i wkurzająca postać wykręcanego bobka z pędzelkiem oraz mała pojemność – tylko 1,5 ml.

Miss Sporty – Fabulous Eyes nr 070 Desert Beauty – cień w kredce w pięknym odcieniu chłodnego brązu z mnóstwem połyskujących drobin. Kupiłam go za ok. 2 zł w internetowym outlecie i był to jeden z fajniejszych zakupów taniej kolorówki. Trwałość ma mocno średnią, ale pięknie wygląda zarówno na powiece, jak i na dolnej linii rzęs. Wyrzucam, bo zaczął śmierdzieć. Pewnie zszedł z linii produkcyjnej, kiedy Stalin obradował na konferencji w Jałcie. Za dwa złote nie ma co narzekać.

To już wszystko w dzisiejszym odcinku. Życzę Wam miłego weekendu!

24 komentarze:

  1. Prawda! Też nie spotkałam PACHNĄCYCH JAGODAMI kosmetyków..a szukałam i w rejony TBS też zawitałam z okropnie śmierdzącym skutkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Udane denko :) Miałam olejek do kąpieli ze SPA Vintage Body Oil i byłam nim zawiedziona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie warto eksplorować oferty tej firmy.

      Usuń
  3. Też bardzo lubię pianki Venus, zwłaszcza wersję konwaliową:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam innego kosmetyku tego typu, który tak ładnie by pachniał :)

      Usuń
  4. Bardzo lubię ten kawowy zapaszek Joanny:)

    OdpowiedzUsuń
  5. zainteresowalaś mnie prasowaczem podocznych zmarszczek by Apis. muszę obczaić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w domu jeszcze jakąś drugą wersję, tylko nie mogę jej znaleźć ;) Mam nadzieję, że się nie przeterminowała, bo też chcę wypróbować. Ciekawe, czy też ma taką moc!

      Usuń
  6. Przepraszam, czy Ty byłaś na Tahiti?

    Wspaniale mówisz po niemiecku.

    Jagody to zły wybór ZAWSZE.

    Stila ma ponoć fajne eyelinery.

    Ten komentarz nie ma sensu, więc pójdę stąd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, bywam na Tahiti dwa razy w roku. Co najmniej. A moja znajomość niemieckiego jest legendarna :>

      Usuń
  7. borowkowy zel balea byl straszny, nie polecam rownie beznadziejny co ananas. Natomiast zainteresowal mnie peelig kawowy i ten plyn intymny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ananasa nigdy nie kupuję, chyba nawet nie lubię tego zapachu, czasem się jeszcze skuszę na pina coladę, ale ogólnie nie te rejony.

      Usuń
  8. Nie testowałam żadnego z tych kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  9. Większości kosmetyków nie znam ;(

    OdpowiedzUsuń
  10. Tajska zupa? Trochę mnie zmartwiłaś, bo niedawno kupiłam w ciemno masło z tej serii... :P Miejmy nadzieję, że nie będzie tak tragicznie. A balsam myjący ja nawet polubiłam, konsystencja rzeczywiście osobliwa, ale oczyszcza bardzo dobrze i sprawia, że włosy są fajnie nawilżone i nawet zyskują na objętości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo jestem ciekawa, jak Ci się spodoba ten zapach :D

      Usuń
  11. Hehe, też już się nauczyłam, że jagodowe kosmetyki śmierdzą :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Też niedawno nabrałam się na "eko". Nie sprawdziłam składu, mój błąd, dopiero po kilku użyciach zauważyłam, że po piance do mycia twarzy (też Alverde) moja skóra nosorożca piecze. A tam zaraz po wodzie - alkohol. Podrażniam swoją paszczę na wiele sposobów, ale zawsze składnikami, które mają jakieś pozytywne działanie (kwasy, retinol) a nie spirytusem.
    Mam nauczkę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Chyba i ja ulęgnę tonikowi Pat&Rub ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Miałam ten balsam myjący Sylveco i dla mnie to kompletna tragedia, nigdy nie miałam takiego przyklapu jak po tym...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger