29.02.2016

Sephora – Brow Thickener – liner zagęszczający brwi /recenzja/

Sephora – Brow Thickener – liner zagęszczający brwi /recenzja/
Przed świętami potrzebowałam wrzucić do sephorowego koszyka produkty za minimum 200 złotych, żeby otrzymać kolejną odsłonę ich wspaniałego pudła z miniaturami (o rety, to strasznie wciągające!). Do zamówienia brakowało mi kilkunastu złotych, więc dołożyłam puder do brwi w formie ciekawego linera. Uwielbiam efekt, jaki daje Gimme Brow z Benefitu, ale byłoby miło znaleźć coś równie dobrego w niższej cenie. No cóż, nie tym razem.


Wersja dla blondasów, czyli numer 01, okazała się niestety kolorystycznym nieporozumieniem, co ze smutkiem przyznała nawet Karolina z Brow Baru w Złotych Tarasach. To moje pierwsze spotkanie z produktem do brwi od Sephory i zdziwił mnie jego nieprzyjemnie ciepły odcień. Polubiłam wiele kosmetyków tej marki, więc nie podejrzewałam, że może tak bardzo nie wyjść. Karolina nie była jednak zdziwiona – podobno stylizacja brwi to Sephorowa pięta achillesowa (no to chyba musi być piętą z niezłym odciskiem). 

Sam produkt ma bardzo ciekawą formę. Posiada mięciutki, gąbeczkowy aplikator, którym bardzo przyjemnie manewruje się zarówno po brwiach, jak i po ręce w celu zrobienia swatcha. Niestety, jak to bywa z sypkimi, mocno napigmentowanymi produktami, łatwo o zbyt intensywną aplikację i rozsypanie brązowego proszku tu i ówdzie, przy czym ówdzie zwykle mieści się w okolicach dolnej linii rzęs, policzka lub jasnych spodni. Ewentualnie czarnej bluzki.


Na moich blond brwiach z daleka puder wygląda dość ciemno i intensywnie i na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać pomarańczowych tonów, ale gdybym wypróbowała ten odcień w stacjonarnym sklepie, na pewno nie zdecydowałabym się na zakup. Problem zaczyna się, kiedy podziwiamy brwi z bliska lub, co gorsza, zrobimy im zdjęcie. Nie da się też nie zauważyć rudawych refleksów, jeśli – tak jak ja – macie mocno przerzedzone włoski od wewnątrz i chcecie te pustaki wypełnić pigmentem.


Niełatwo też uzyskać tym produktem efekt subtelnego, naturalnego zagęszczenia. Da się, ale mile widziana byłaby tu lekka ręka, której ja do produktów tego typu nie posiadam (czytaj: kituję w nadmiarze, mimo że staram się nie). Jeżeli jednak właścicielce Brow Thickenera uda się w satysfakcjonujący sposób podkreślić swoje nieidealne brwi i przymknąć oko na drażniące odcienie rudości, może być spokojna o trwałość pudru na włoskach. W ciągu dnia kolor nie blednie, nie znika, nie osypuje się.

Ciekawe, jak prezentuje się odcień 02, czyli średni brąz. Wiem, że najciemniejsza trójka jest w zasadzie czarna – raczej nie znajdzie zbyt wielu zwolenników. Czym najchętniej podkreślacie brwi? Ja szukam szybkich, łatwych rozwiązań, bo mimo że u mnie ładnie wygląda zarówno duo z Catrice, jak i Color Tattoo w odcieniu Permanent Taupe, nieczęsto po nie sięgam. Zwykle wygrywa 2w1, czyli koloryzujący żel z grzebykiem. Właściwie takie manualne miernoty jak ja powinny regularnie odwiedzać kosmetyczkę, która i wyreguluje, i pokoloruje henną. Niestety, z jakiegoś powodu tego typu spotkania nie udają mi się zbyt często i potem chodzę sobie po świecie taka ruda i niewyregulowana...

Ile: 1 g
Cena: 39 zł
Ocena: 2+/6 (oceniam tylko odcień 01 Blonde)

26.02.2016

O dwóch takich, co walczyli z wypadaniem: Equilibra Strengthening Anti Hair-Loss / Farmona Radical Med

O dwóch takich, co walczyli z wypadaniem: Equilibra Strengthening Anti Hair-Loss / Farmona Radical Med
Jak każdą opowieść o produktach do włosów, tę również powinnam zacząć od: cholera, niech one przestaną już wypadać! Wypadanie towarzyszy mi, od kiedy noszenie biustonoszy nabrało sensu, a podpaski stały się nieodzownym towarzyszem codziennych wypraw do szkoły. Zwykle nadmierne linienie było okresowe, ale od kiedy jestem dużą dziewczynką i mam w życiu duże stresy, sypiące się włosy towarzyszą mi ciągle, z krótkimi przerwami na: „o rety, jest lepiej!”. Smutne to zarówno dla duszy, jak i fryzury, więc robię, co mogę, by „o rety, jest lepiej!” działo się możliwie często i długo. Niestety, ci, którzy mają problem podobny do mojego, wiedzą, że walka z wypadaniem jest nierówna i przygnębiająca


23.02.2016

3 hity blogosfery, które się u mnie nie sprawdziły: Topshop / Kallos / NYX

3 hity blogosfery, które się u mnie nie sprawdziły: Topshop / Kallos / NYX
Dziś o kosmetykach, które nie są jednoznacznie beznadziejne, bo w wielu zakamarkach internetu widziałam pozytywne opinie na ich temat. U mnie z różnych względów koegzystencja się nie powiodła, a żałoby po rozstaniu nie stwierdzono.


Po pierwsze: kolorówka Topshop

Niejednokrotnie obiło mi się o oczy, że w Topshopie znajdę ciekawe kosmetyki kolorowe. Co prawda kolorówki u mnie dostatek, ale przy okazji zeszłorocznych jesienno-zimowych zakupów ubraniowych postanowiłam przyjrzeć się topshopowej kosmetycznej szafie. Zrobiła na mnie spore wrażenie, bo wybór był naprawdę duży. Spodziewałam się kilku produktów na krzyż, a zobaczyłam dobrze wyposażony stand, którego nie powstydziłaby się żadna makijażowa marka stacjonująca w drogeriach. Mój zapał nieco ostygł, gdy przy bliższym zapoznaniu okazało się, że prawie wszystkie produkty do makijażu oczu są... brokatowe lub perłowe. Wybrałam kilka rzeczy, które możecie zobaczyć na zdjęciu, i najbardziej jestem zadowolona z żelowej dwustronnej kredki, bo ta dysponuje piękną, głęboką czernią i całkiem ciekawym, mocno iskrzącym się srebrem. Poza tym nic ciekawego. Delikatnie mówiąc. Kredka do ust w świetle dziennym okazała się niemodną i na moich ustach nieszczególnie urodziwą perłą, wykręcane sztyfty cieni wypadają z opakowań, paleta do makijażu smokey niczym się nie wyróżnia, jeszcze tylko dam szansę różowi w kremie, bo na razie za mało było spotkań, abym mogła wiążąco go oblać szambem. Nie wiem, może miałam pecha i wybrałam najgorsze produkty w asortymencie, ale to wszystko nie wygląda dobrze, a już na pewno nie powinno wywoływać u Was westchnień pożądania. Jeżeli chcecie, w wolniejszej chwili pokażę z bliska, jak wyglądają moje topshopowe zakupy. Tak czy inaczej: nie polecam zawracać sobie nimi głowy.


Po drugie: Kallos Latte

O mlecznej masce do włosów Kallosa było głośno dawno temu, ja też od dawna jej nie mam w domu, ale pewnie jeszcze pamiętacie, jak przeszła po blogach fala zachwytów, która dopiero w drugim rzucie przeplotła się z pełnym rozczarowania postękiwaniem. Akurat tutaj za szybki rozpad nieudanego związku w dużym stopniu mogę winić siebie, bo zdaje się, że w ogóle nie powinnam się wikłać w tę znajomość (szczególnie z tak tanich pobudek jak – podobno piękny – słodki zapach). Maska przeznaczona jest przede wszystkim do włosów suchych, zniszczonych i farbowanych, a ja mam na głowie oryginalny blond, nietraktowany stylizatorami, a do niedawna nietknięty nawet suszarką. Moim największym problemem jest wyłażące pierze, dlatego zwykle nie czynię włosom tego, co im niemiłe (stąd brak pianek, lakierów, suszarek). Maska Kallosa okazała się do bani, bo nie dość, że zamiast olśniewającego blasku za każdym razem fundowała mi na głowie chorobliwy mat, to jeszcze wcale nie pachniała tak pięknie, jak się tego spodziewałam. Na domiar złego zapach utrzymywał się na włosach w nieskończoność. Z daleka to faktycznie aromat słodkiego, mlecznego deseru, ale gdy nos przebywał w pobliżu słoika, wyczuwał fałszywe nuty zapachowe pochodzące w prostej linii od namoczonego kartonu. Ech, nosie przebrzydły, zawsze wszystko musisz zepsuć! Mój mąż potrafi nie wyczuć sraki Tomasza, której odór unosi się w całym pomieszczeniu – nawet nie macie pojęcia, jak mu zazdroszczę. Wracając do maski Kallosa: dla mnie zdecydowanie nie, ale część z Was wciąż ma szanse ją pokochać. 


Po trzecie: NYX Jumbo Eye Pencil w odcieniu 604 Milk

A to już naprawdę gwiazda blogosfery. Idealnie biała, miękka, dobrze napigmentowana, grubaśna kredka do oczu, którą blogerki wykorzystują z powodzeniem na linię wodną i jako bazę pod cienie. U mnie w żadnej z tych ról się nie sprawdziła. Na linii wodnej wygląda wybitnie nienaturalnie, kuriozalnie, a może po prostu idiotycznie? Naprawdę 100 razy lepszy efekt otwarcia oka dają kredki w kolorze cielistym (np. świetna Max Factor Kohl Pencil w odcieniu Natural Glaze). No i nawet grubość Milka nie jest tu zaletą – łatwiej manewruje się przy gałce ocznej cienką kredką Max Factor, niż tym kulfonem, który lubi sobie przejechać swą idealną bielą również po dolnych rzęsach. Jeśli chodzi o Jumbo Eye Pencil w roli bazy pod cienie, nie byłaby taka zła, gdyby nie to, że jest... biała. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej kredki. Tyle dobrych baz na rynku, tyle transparentnych lub beżowych... dlaczego więc Milk?? I jeśli nawet u kogoś sprawdza się jako baza, to czy wciąż nie lepiej kupić bazę tradycyjną, której – zapewniam Was gorąco – nie trzeba będzie TEMPEROWAĆ?

19.02.2016

Aaaaaby schrupać Złote Jabłko

Słuchajcie, sprawa jest następująca. Istnieje w blogosferze urodowej człowiek, który części z Was jest na pewno znany. To Michał – autor bloga Twoje Źródło Urody, organizator spotkań blogerów urodowych Secrets of Beauty, a na co dzień kosmetolog i zapewne bardzo fajny facet (no halo, interesuje się kosmetykami!), ale akurat nie miałam jeszcze okazji spotkać go na żywo. 

Michał wymyślił ranking Złote Jabłko, który ma wyróżnić Wasze ulubione blogi urodowe w różnych kategoriach, niezależnie od odsłon, ilości komentarzy czy innych cyferek. Pomysł zacny i ciekawy, sama chętnie wysłałam swoje typy w pierwszym rozdaniu. Niedawno Michał ogłosił finałowe piątki iiiii.... tam tadadaaaaaaam: Smaruję, wcieram, maluję został wyróżniony w kategorii „Blog pisany lekkim piórem”!

To jest naprawdę super, wzruszyłam się, dostałam motywacyjnego kopa w zadek i w wolnych chwilach latam pod sufitem. To przecież Wasze głosy, dziękuję! Jeszcze fajniejsze jest to, że w pierwszej turze nie było żadnych wytycznych, tylko same kategorie, a blogi trzeba było typować prosto z głowy. I gdzieś w Waszych głowach po zobaczeniu hasła „lekkie pióro” pojawiłam się ja... O rety, to znaczy, że nawet pisanie o pradawnych kosmetykach, których nikt już nie produkuje, ma sens. Świetnie, mam ich jeszcze kilka w kopiach roboczych :).

Jeżeli chcecie wesprzeć mój blogowy kawałek podłogi, zachęcam Was do wzięcia udziału w głosowaniu finałowym. Michał wyjaśnił na swoim blogu, co trzeba zrobić, a ja pozwoliłam sobie podprowadzić fragment jego tekstu:

Do 29 lutego 2016 roku możesz oddać głos na swojego ulubieńca - po jednym z każdej kategorii. Swoje głosy wyślij na adres e-mail: porozmawiajmy.o.urodzie@gmail.com Aby głos był uznany za ważny, wiadomość musi być zatytułowana: Złote Jabłko dla najlepszych 2016. Najpierw się przedstaw (jakiego bloga prowadzisz). Jeżeli nie prowadzisz bloga to napisz kilka słów o sobie. Następnie oddaj po jednym głosie na bloga/vloga w każdej kategorii. Pamiętaj: jedna kategoria - jeden blog/vlog. Wyniki ogłoszone zostaną podczas Wiosennego Secrets of beauty podczas wręczenia statuetek „Złote Jabłko” dla najlepszych 2016. Warto również krótko uzasadnić wybór choć jednego bloga/vloga ponieważ dla kilku osób oddających swój głos w rankingu mamy nagrody w postaci świec od Fabryki Świec Light.

Odsyłam Was do wpisu Michała, w którym podane są blogi wybrane we wszystkich kategoriach. Myślę, że warto zagłosować w każdej z nich, bo pojawiło się w zestawieniu parę naprawdę wartościowych miejsc. 

Miłego weekendu! Nie wiem jak Wy, ale ja zamierzam sobie trochę... polatać.

17.02.2016

Wiosno, chodź! M・A・C Velvetease Lip Pencil w odcieniu Frolic /swatche/

Wiosno, chodź! M・A・C Velvetease Lip Pencil w odcieniu Frolic /swatche/
Dobrze być Agatą i mieć imieniny piątego lutego. Będąc Agatą, która ma imieniny piątego lutego, można na przykład dostać od męża matową kredkę do ust z kolekcji Velvetease. W wybranym przez męża kolorze. O, takie to mogą być imieniny piątego lutego, kiedy jest się Agatą. 


Oczywiście mogłabym przestać już wychwalać szanownego męża, bo pewnie to już nudne, ale problem w tym, że jemu wcale nie chce się być mniej fajnym, mniej zaskakującym i mniej uważnym. Skupmy się na chwili, w której P. dowiedział się o istnieniu kredek Velvetease. Przeglądałam swatche Temptalii, a on przechodził koło mnie z herbatą. Zatrzymał się i rzekł: „O, jej to się chyba przytyło?”. Tak, wie, kim jest Temptalia. Mhm, rozmawiamy o wielu sprawach. W każdym razie mąż, zaraz po oględzinach nieco pełniejszej twarzy Temptalii, cichaczem poczynił odpowiednie notatki i przy imieninowej okazji poleciał do sklepu, a tam samodzielnie wybrał dzienny, wiosenny i optymistyczny odcień Frolic. Brawo, mężu! <3


Na początku myślałam, że kredka nie jest wykręcana, tylko temperowana, bo: hej, MAC-u, dlaczego po zużyciu nie można jej zaliczyć jako jednego z sześciu skończonych kosmetyków, których opakowania potem wymienia się w salonie na wybraną przez siebie szminkę? 

Ostatecznie okazało się, że da się nią kręcić i skutecznie coś wykręcić. I chwała jej za to! Nie wiem, czy chciałoby mi się temperować nawet najpiękniejszą na świecie kredkę do ust. Temperowanie ssie. 


Na pierwszy rzut oka odcień Frolic wydał mi się bardzo jasny. Widziałam, że to koral, brzoskwinia lub coś podobnego, ale czy nie przesadnie lolitkowato-nienaturalna? Test na nadgarstku trochę mnie uspokoił, chociaż tu z kolei pojawiła się nowa wątpliwość: czy to nie jest jakiś zdradziecki, żarówiasty odcień, który będzie nadmiernie zwracał uwagę, kiedy opuszczę nasze natolińskie apartamenty? Takie żarówy są świetne, ale używam ich bardzo rzadko, więc umartwianiu nie było końca. 

Jak zwykle w takich przypadkach, jedynym sensownym rozwiązaniem było przymierzenie pomadki na ustach. Na szczęście wpadłam na to jeszcze tego samego dnia. Brawo, żono!


No i cóż, kolor jest piękny! Wiosenny, brzoskwiniowo-łososiowy (?), zresztą po co mam się męczyć z opisem, skoro wszystko widać na zdjęciach? Niestety, widać na nich również to, jak bardzo podkreśla suche skórki, co nie powinno nikogo dziwić, albowiem nie znam matowych pomadek, które tego nie robią. Odcień nie jest łatwy i bezmyślnie codzienny, nie do wszystkiego będzie pasował, ale w połączeniu z ciepłym różem wygląda doskonale. No i na pewno pasuje jasnym blondynkom!

Plusem kredki Velvetease jest jej odpowiednia twardość, a także gładka, przyjemna tekstura – aplikuje się milej niż Velvet Matte z Golden Rose, choć jest podobnie pudrowa i lekka. Trwałość kilkugodzinna, nie zostawia śladów na szklankach, ale zauważalnie łatwiej się ściera od wspomnianej niezniszczalnej GR. Frolic schodzi niezbyt pięknie, bo czepia się wszystkich nierówności i suchości, a potem w nich zostaje, podczas gdy cała reszta stopniowo blednie, ale moje usta są ostatnio w kiepskim stanie – na zadbanych powinno to dużo lepiej wyglądać. Pocieszające jest to, że przy tak jasnym odcieniu, pozostając w bezpiecznej odległości od innych przedstawicieli gatunku homo sapiens sapiens, nie musimy się martwić o obciachowy wygląd naszych ust – z daleka nic niepokojącego nie widać, a diabeł tkwi w (zbyt bliskich) szczegółach.

Podoba Wam się? Oglądałyście pozostałe odcienie z kolekcji Velvetease?

Ile: 1,5 g
Cena: 84 zł
Ocena: 5/6
Dostępność: sklep internetowy MAC i firmowe sklepy stacjonarne

13.02.2016

Nie wiem, co się dzieje, bo zużywam zapasy

Nie wiem, co się dzieje, bo zużywam zapasy
No i wreszcie mamy realne negatywne skutki chomikowania tony kosmetyków i odkładania wszystkiego na później. Cóż z tego, że od wielu miesięcy nie znoszę siatek towaru do domu, skoro za dawne grzeszki trzeba zapłacić? Zawsze trzeba. Nie wierzcie, że nie trzeba. 

Ja zapłaciłam tak. 

Zapragnęłam napisać post, w którym coś ekspresyjnie wychwalę. Potrzeba wychwalenia czegoś była bardzo silna, ponieważ ostatnimi czasy zalewałam Was wpisami o tym, co jest beznadziejne lub średnio nadziejne. Pogrzebałam więc w starych zdjęciach i znalazłam doskonale nadające się fotografie toniku do cery wrażliwej z Yves Rocher. Toniku nie używałam wprawdzie od dawna, ale doskonale pamiętam, co mi się w nim podobało.


Wybornie! – myślę ja, a potem obrabiam fotki i klikam „Nowy post”. No to zanim napiszę tekst, jeszcze tylko sprawdzę cenę... Trzydzieści trzy złote bez promocji ale ups, jest niedostępny. Ups, krem z tej samej serii także. Ups, jest jakaś nowa seria. Yyyyy... czyli że co, mojego świetnego toniku już nie sprzedajo? Upewniłam się u źródeł – nie, nie sprzedajo. No trudno, niech ich cholera. Lubiłam go, post się nie napisze, ale zawsze jest jakieś wyjście.

Znalazłam zdjęcia inne, nieco brzydsze, ale za to był na nich przeciwzmarszczkowy krem do twarzy, i pod oczy, którego właśnie używam i powoli dobijam dna. Krem dostałam od koleżanki dawno temu i TROCHĘ POLEŻAŁ W ZAPASACH... Wiecie, jak jest. Wyborny krem, Corine de Farme, prawie sama natura, nie świeci się po nim gęba, ideał dla tłustej strefy T. O, taki:


Okazało się przy okazji, że ma świetne opinie na Wizażu, czemu wcale się nie dziwię. Tylko zaraz, zaraz... dlaczego jest w kategorii „Kosmetyki zapomniane”? Szybka wycieczka na stronę producenta nie pozostawiła złudzeń: producent wycofał krem w tej szacie, a zamiast niego proponuje przeciwzmarszczkowy krem do twarzy w słodziasznym, różowo-białym opakowaniu. Na oko wygląda na ten sam kosmetyk w odświeżonej wersji (i być może z udoskonalonym składem), no i widać, że Corine de Farme wycofało się z pomysłu polecania go jako krem do wrażliwej skóry wokół oczu. Wszystko fajnie, ale ja już przecież o nim nie napiszę, bo jaki sens ma pokazywanie Wam „prawie tego samego, ale innego” kremu, w dodatku w zupełnie innym opakowaniu?

Ostatecznie postanowiłam podzielić się wrażeniami dotyczącymi mojego pielęgnacyjnego pupilka ostatnich tygodni – śliwkowego masła do ciała z The Body Shop. Wszystko się zgadzało: seria Frosted Plum pojawiła się na rynku w ostatnim jesienno-zimowym sezonie, no i – mimo że nie weszła do stałej sprzedaży – widziałam ją jeszcze niedawno w salonie TBS. Napisałam, opublikowałam, a kilku z Was pociekła ślinka po moich – zaplanowanych przecież – zachwytach. Odwiedziłam salon TBS dwa dni temu i... zgadnijcie. Tak, Frosted Plum już tam nie ma.

No to teraz możecie mnie oficjalnie nazwać najbardziej niedoinformowaną i bezużyteczną przedstawicielką polskiej blogosfery. Na pocieszenie (chyba głównie moje) powiem, że seria Frosted Plum tak dobrze się sprzedawała, że najprawdopodobniej ponownie pojawi się w sklepach już za... dziewięć miesięcy! Dzieląc się z Wami tą informacją, najprawdopodobniej właśnie wróciłam do gry i jestem do przodu bardziej niż ktokolwiek, więc jeżeli przepowiednia o śliwkowych kosmetykach się sprawdzi, pamiętajcie, że BYŁAM PIERWSZA!

10.02.2016

The Body Shop – Frosted Plum Body Butter /recenzja/

The Body Shop – Frosted Plum Body Butter /recenzja/
Noooo, wreszcie The Body Shop w formie! Po wątpliwie przyjemnej dla nosa linii makowej straciłam wiarę w nowe kompozycje zapachowe marki, aż tu nagle stała się jasność i z bodyshopowej taśmy produkcyjnej zeszły ślicznie pachnące kosmetyki śliwkowe. Uff. Co za ulga. No to... smarujemy!


Śliwka jest tu podobno oszroniona cukrem, ale moim zdaniem to wersja fit. Wyczuwam całkiem świeży zapach, może nawet do owoców ktoś dorzucił kwiaty? Nasze nosy zimą przyzwyczajone są do świątecznych otulających aromatów korzennych, z wanilią, karmelem, czekoladą, szarlotką z cynamonem... Ślina cieknie do pasa, ale w gruncie rzeczy to nudne i wtórne. Nie żeby mi ta wtórność przeszkadzała, ale propozycja TBS jest naprawdę miłą odmianą. Okej, przyznaję, kiedy pierwszy raz usłyszałam o śliwkowej serii, miałam nadzieję, że pachnie świątecznym kompotem z cynamonem i goździkami lub może nawet śliwką z marcepanem. Nos był więc zaskoczony tym, co wywąchał, ale z pewnością nie był rozczarowany!

Tym razem smarowania będzie niewiele (właściwie nasza przygoda już dobiega końca), bo moje masło ma tylko 50 ml pojemności. Te kurdupelki dało się kupić przed świętami w jakiejś fajnej-nie-pamiętam-szczegółów-promocji razem z żelami pod prysznic i smarowidłami do ust. Z bólem serca zdecydowałam się na tak małe opakowanie, ale cierpliwie zmierzam ku minimalizacji zapasów (wieczne pitu pierdu blogerek urodowych, nie?), więc muszę się JAKOŚ pilnować.


W składzie zaraz po wodze mamy olej babassu, dalej jest też wygładzający dimethicone. Ekstraktu śliwkowego dolano dosłownie kilka kropel. Masła The Body Shop dzielą się na dwa rodzaje: zbite, przypominające konsystencją stężały olej kokosowy i gładkie, miękkie niczym masło, które od kilku godzin stoi na stole koło wódeczki na imieninach u cioci Gieni. Wersja Frosted Plum pochodzi z imieninowego stołu cioci, co mnie akurat bardzo cieszy.

Nawilżanie oceniam na 4+. Dla mocno wysuszonej skóry będzie pewnie niewystarczające, ale moja normalna, regularnie pielęgnowana (chwalipięta mode_on) jest zadowolona. Masło nie roluje się na skórze, nie bieli i wchłania się szybko, co sprawia, że chętnie po nie sięgam i bezwiednie robię minę basseta, kiedy widzę, jak bardzo go już nie ma w tym malutkim słoiczku.

EDIT: to limitowana seria świąteczna, ale podobno jest duża szansa, że wróci do nas za rok!

Pojemność: 50 ml lub 200 g
Cena: odpowiednio 22,90 zł i 75 zł
Ocena: 5/6

07.02.2016

Rozczarowująco nieukochana: szminka M・A・C w odcieniu Lustering

Rozczarowująco nieukochana: szminka M・A・C w odcieniu Lustering
Pomadki MAC-a kocham, mam ich o wiele za dużo i niebawem pokażę mój zbiór, niech no tylko wyjdzie słonko, zakwitną jabłonie... czy coś tam. Dziś, zupełnie przewrotnie, zostawię Was z MAC-ową szminką, do której nie czuję ni mięty, ni rumianku (ach, taki czerstwy żarcik na koniec weekendu). To nie jest zła pomadka, ale czegoś jej brakuje (hmmm, na przykład pigmentu?). Zupełnie nie wiem, dlaczego wyszła z tego aż tak mało emocjonująca znajomość, bo lubię malinowe pomadki. Ta jest jednak źle-malinowa. Nic nie poradzę. 

Po wykręceniu wydała mi się śliczna. Pachniała jak zawsze waniliną i uśmiechała się zachęcająco. Dostałam ją przy okazji zakupów w galerii handlowej, które to zakupy poczyniłam z czasopismem kobiecym, wypełnionym po brzegi kuponami rabatowymi. Znacie to, prawda? No więc raz skorzystałam, perspektywa darmowego maczka wydała mi się absolutnie doskonała i nie zniechęcił mnie nawet fakt, że to MAC decyduje, jaką szminkę dostanę. Do wyboru były tylko trzy kolory, wybrałam jedyny dla mnie sensowny, a potem radośnie przebierałam kopytkami w drodze do domu. Na miejscu okazało się, że nie jest aż tak pięknie, jakbym tego chciała, załkałam więc żałośnie, po kilku godzinach zmyłam makijaż, a Lustering trafiła do drewnianego pudełka z resztą MAC-owego towarzystwa i z jakiegoś powodu nie cieszyła się zainteresowaniem przez kolejne długie miesiące.  Wróciłam do niej niedawno, bo pomyślałam, że pewnie jest jej przykro tak ciągle przegrywać z innymi kolorami. Wyobraziłam sobie, jak otwieram pudełko z MAC-owymi szminkami, a one wszystkie przekrzykują się: „weź mnie!”, „ja jestem piękniejsza!”, „nie bierz tamtej, ten kolor był modny w latach 90.”. Użyłam więc Lustering kilka razy i może nawet trochę bardziej ją lubię, ale wielkiego uczucia nigdy z tego nie będzie. 


Na zdjęciu kolor wyszedł nieco ciemny (tak wygląda w ponury dzień). Lustering to żywy, malinowy róż, który prezentuje się na moich ustach dość... byle jako. Podejrzewam, że wszystkiemu winne jest wykończenie lustre – mało przebojowe, bo pigmentację mamy tu średnią, a całość nosi się jak balsam koloryzujący. Ma to oczywiście pewne zalety: dyskretnie ściera się z ust, nie wysusza, jest komfortowa. Niestety, ja w niej czuję się mało komfortowo, bo – mimo że odcień jest całkiem urokliwy – nie jestem w stanie precyzyjnie go zaaplikować, a tłusta, nieco świecowa formuła utrudnia dotarcie do zakamarków, które przynajmniej do zdjęcia chciałabym wypełnić kolorem. W związku z mało zobowiązującą formułą przypominającą kredki do ust, nie ma co liczyć na dobrą trwałość. Lustering ściera się szybko, zostawia ślady na szklankach, policzkach Tomasza i wszystkim, co tylko. Uwielbiam pomadki MAC między innymi za trwałość i pigmentację. Tym bardziej Lustering wydaje się rozczarowująca i niewarta 86 złotych. Na szczęście w stałej ofercie jest tyle kolorów i wykończeń do wyboru, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś miał problem ze znalezieniem idealnego dla siebie rozwiązania. Lub kilku. Kilkunastu?

...tylu, ile potrzeba.

Ile: 3 g
Za ile: 86 zł
Dostępność: salony MAC, sklep internetowy producenta

04.02.2016

Projekt denko, odc. 34

Projekt denko, odc. 34
Hurra, luty! Jedziemy z tym śmieciowym koksem i byle do wiosny. Mam po dziurki w nosie (i po wszelkie inne otwory) tej pory roku i każda komórka mnie pragnie słońca i ciepła. Ostatnio zużywam mniej kosmetyków, bo nawet w tej kwestii czuję się wypalona, ale czas kopnąć się w zadek i wypatrywać optymistycznych marcowych promyków słońca w wersji zadbanej. No, postaram się. Tymczasem zionący zgniłymi wyziewami kosz na śmieci zaprasza w swe skromne progi tych oto państwa:


Organique – Fresh'n'fruity Pineapple&Papaya Shower Gel – żel pachnący świeżo, choć mało ekscytująco (i mało ananasowo, ale to akurat dobrze). Z mało upierdliwymi drobinkami. Nie wysuszał, pozostawiał skórę gładką i raczej zadowoloną. Był okej, ale tęsknić nie będę, bo znam wiele kosmetyków o dużo ciekawszym zapachu.

Love2Mix Organic – żel pod prysznic w wersji arbuzowej – bardzo lubię arbuzowe kosmetyki i wcale nie przeszkadza mi, że w 99% przypadków kosmetyczny arbuz jest słodki i sztuczny (moje ulubione arbuzowe wynalazki to te, które pachną wielkim, czerwonym lizakiem z dzieciństwa). Po żelu Love2Mix spodziewałam się czegoś podobnego, a tu bach, niespodzianka – do nosa docierają całkiem naturalne arbuzowe nuty! Jeśli naturalne, to znaczy że świeże i z akcentem ogórka. Jeżeli ktoś lubi, to bardzo polecam. Lepiej by było zużyć go latem, no ale. Zawiera wyciąg z eukaliptusa (zapachowo niewyczuwalny), wyciąg z aloesu i – rzecz jasna – ekstrakt z arbuza. Producent oszczędził nam potencjalnych niedogodności SLS-owych, parafinowych, glikolowych. Chwali się też, że nie dolał parabenów, lanoliny i ftalanów. Fajny rosyjski żel, chętnie bym do niego kiedyś wróciła. 

Bath&Body Works – żel antybakteryjny Pink Chiffon – wrzuciłam go tu tylko jako przykład, bo po wakacjach żele BBW zyskały w mojej torebce ciepłą posadkę i sporo ich zużyłam. Wszystkie pachną naprawdę przyjemnie – o wiele lepiej od klasycznych antybakteryjnych wysuszaczy. Kupowane w promocji po 5 (a może 6?) sztuk, nawet się opłacały. Niestety, ostatnio producent zrobił nas w wała, bo zmienił opakowania, zostawił tę samą pojemność (29 ml), zlikwidował promo i podniósł cenę – o ile dobrze pamiętam, teraz to 13 zł za sztukę (a może niefajne ceny to tylko kwestia niepomyślnego kursu dolara?).


Pervoe Reshenie – Receptury Babuszki Agafii – Maska drożdżowa do włosów – jak wiecie, mam duży problem z włosami, bo są cienkie, szybko się przetłuszczają i do tego wypadają na potęgę z byle powodu (lub bez powodu). Jest ich już bardzo mało, więc pomyślałam, że przyspieszenie wzrostu to dobry pomysł. Kto nie słyszał powiedzenia: rosnąć jak na drożdżach? Niestety, nie dowiedziałam się, czy maska Agafii skutecznie przyspiesza wzrost, bo oprócz niej w tym samym czasie stosowałam różne inne specyfiki. Wam mogę powiedzieć tylko tyle, że pachniała ciasteczkami z nutą kwiatową (bardzo dziwne połączenie) i dla cienkich włosów okazała się niewystarczająco lekka. Wydaje mi się, że przyspieszała przetłuszczanie. Nie podobała mi się też lejąca konsystencja w kontekście słoikowego opakowania. Nie planuję powrotu.

Batiste – suchy szampon w wersji Light & Blonde – tu z kolei nie planowałam wracać do suchych szamponów (już naprawdę niczym nie chcę obciążać tych nędznych, wymagających, wiecznie za tłustych cienizn), ale po kilku kosmetykach okazało się, że moja głowa zalewa się smalcem tak szybko, że musiałabym ją myć codziennie (każde mycie to kolejna garstka włosów do spuszczenia w kiblu). Kilka razy przeczekiwałam do planowego następnego mycia (myję co drugi dzień), ale wtedy natychmiast okazywało się, że muszę pilnie wyjść z domu, a potem – że spotykam kogoś znajomego i palę się ze wstydu. Przy kolejnej tego typu historii wyciągnęłam z ostatniego rzędu łazienkowej szafki poczciwy Batiste i... nagle stała się jasność. Przypomniałam sobie, że ten wynalazek naprawdę dobrze działa! Wciąż wolę mieć czyste niż zasypane wysysaczem tłuszczu włosy, ale dla własnego dobra postanowiłam uzupełniać zapasy Batiste, żeby zawsze był pod ręką. Wersja Light & Blonde niczym szczególnym się nie wyróżnia, chociaż cieszy mnie brak konkretnego zapachu typu kokos czy wiśnia, po którym mogłabym zostać zdemaskowana jako ta, która psika zamiast umyć. Bo przecież wolę umyć! A to psikanie to tak tylko...


Borghese – Botanico Eye Compresses – recenzja plus kilka przemyśleń na temat zakupów na Stawberrynet.com pojawią się już za chwilę, a na razie powiem tylko, że ociekające wodą płatowe kompresy służące do likwidacji opuchlizny i do nawilżania to bardzo fajny pomysł. Z opuchlizną wyszło tak sobie, ale właściwości nawilżające rewelacja. Szkoda, że na Truskawce często sprzedają stare kosmetyki. Musiałam wywalić ponad pół opakowania. Pogadamy o tym później. 

Yasumi – Shine Off Purifying Express Shaker Mask: Stop Błyszczącej Skórze – do maski dołączony był plastikowy shaker, który natychmiast został ukradziony przez Tomasza, a potem nieodwracalnie uszkodzony. Do wymieszania proszku z wodą użyłam szklanki do koktajli, przykryłam ją idealnie dopasowaną pokrywką od oryginalnego shakera i udało mi się wykonać wszystko zgodnie z planem (Adam Słodowy stajl). Maska zastyga na twarzy jak algi, zawiera m.in. węgiel aktywny i kompleks pomagający usuwać toksyny. Skóra była po niej oczyszczona i gładka, ale nie zauważyłam zmniejszonego wydzielania sebum. Ciekawa przygoda, ale wolę stare, dobre algi Bielendy i Organique. Taka jednorazowa, mało spektakularna przygoda za dwie dychy to jednak trochę słaby interes.

Nuxe – Crème Prodigieusekrem na dzień do skóry normalnej i mieszanej – na początek dobra wiadomość: pachnie tak samo pięknie jak suchy olejek do ciała (i tak samo jak krem pod oczy), co stanowiło miłą odmianę od niepachnących niczym ładnym mazi, których używałam w ostatnich miesiącach. Pewnie co wrażliwszych uczuli, ale mnie się to nie przydarzyło, więc dobra moja. Bardzo polubiłam ten krem, chociaż nie jest idealny. Po nałożeniu czuć go na twarzy, jest dosyć ciężki jak na krem na dzień, ale za to pomaga ograniczać przetłuszczanie strefy T i dobrze nadaje się pod makijaż.

Sephora – miniatura dwufazówki – do oczu zupełnie się nie sprawdziła, ale do mycia pędzli... klik.


Balea – After Shave Pflege-Gel Sensitive – krótką recenzję tego kremo-żelu po goleniu wrzuciłam pod koniec zeszłego roku, więc powtórzę tylko, że jest lekki, ma przyjemny zapach i szybko się wchłania. Dobry, kieszonkowy produkt.

Pat&Rub – Home Spa – Bogaty Balsam do Stóp – muszę bliżej się przyjrzeć serii Home Spa, bo zapach ziół i drzew iglastych jest interesujący, a balsam do stóp zachęcił mnie do kolejnych spotkań. Porządny nawilżacz, którego największą wadą jest niska wydajność. Warto wypróbować.

Pat&Rub – Hipoalergiczny Olejek do Ciała – znalazłam resztkę tego olejku w najciemniejszym kącie łazienkowej szafki i odkryłam ze zdziwieniem, że mimo iż butla ma półtora roku, zawartość wciąż pachnie tak samo doskonale! Ciekawość zachęciła mnie nawet do wysmarowania starożytnym olejkiem nóg i... nic złego im się nie stało. Działał ciągle tak samo, chociaż producent sugerował zużyć go w ciągu sześciu miesięcy od otwarcia. 100% naturalnych składników i takie coś? Niebywałe. A olejek uwielbiam za zapach i działanie. To moja ulubiona linia kosmetyków Pat&Rub, chociaż o pół kroku za nią jest seria Otulająca. 

próbka Balsamu dla Mamy Pat&Rub – zapach ładny, działanie w porządku. Jak kiedyś mi się skończą balsamy do ciała i akurat będzie promocja w sklepie internetowym, chętnie wypróbuję pełen wymiar.


Dove – antyperspirant Silk Dry – bardzo lubię serię Dove Go Fresh (szczególnie wersję z granatem i werbeną, różowa zatyczka), a ten aerozol trafił do mnie przypadkiem. Ma pudrowy zapach i użyty zbyt blisko ciała zostawia równie pudrową warstwę pod pachą. Tak, brudzi. Do działania nie mam zastrzeżeń, ale nie planuję powrotu.

L'Occitane – krem do rąk o zapachu kwiatu wiśni (miniatura) – uroczo pachnący przeciętniak. Zapach znałam wcześniej z mało trwałych perfum L'Occitane w pomadzie, więc ucieszyłam się z tego spotkania. Był tak mały, że aż gubił się w torebce. Nie spotkamy się ponownie, bo kiedy już sięgam po krem do rąk, zwykle potrzebuję mocniejszych zawodników.

Anida – Krem do rąk i paznokci z woskiem pszczelim i olejem makadamia – o, a ten śmiesznie tani krem do rąk występuje w przyrodzie w 100-mililitrowych tubach i jest bardzo dobrym nawilżaczem dłoni. Na początku nie podobał mi się jego zapach, ale potem się przyzwyczaiłam i teraz wydaje mi się całkiem miły. Wakacyjna Magdo, dziękuję, że mnie z nim zapoznałaś :). 

Giorgio Armani Si EdP – to tylko próbka, ale chciałam o niej wspomnieć, bo zupełnie przypadkiem odkryłam, że to idealny zapach dla mnie! Sam tester mnie rozbawił. Naciskasz kartonik, a on robi psik. Hihi, hyhy.


Kolorówka tym razem skromnie: wreszcie dobił dna puder ryżowy Mariza Selective, który bardzo polubiłam, ale wytarte opakowanie i niewygodna aplikacja trochę mnie umęczyły. To chyba pierwszy produkt sypki, który zużyłam do ostatniego pyłku (uczciwie należy jednak przyznać, że porcja była dość skromna). Dawał bardzo przyjemny, kilkugodzinny mat, tylko od razu mówię, że nie ma sensu zawracać sobie głowy załączonym aplikatorem, bo ten pseudopuszek jest równie tandetny co reszta opakowania. Najważniejsze, że zawartość na poziomie – pudry ryżowe na razie wygrywają u mnie w konkursie matowienia. Szkoda, że występują w przyrodzie w formie sypkiej – moje czarne bluzki i ciemne dżinsy bardzo tego nie lubią. Korektor Re-Touch Light Reflecting z Catrice miał ładny, jasny odcień (rozświetlenia nie zauważyłam), średnie krycie i nadawał się pod oczy, ale któregoś dnia zaczął paskudnie cuchnąć zgnilizną, więc natychmiast poleciał do śmieci. Kupiłam go w wakacje, a otworzyłam kilka tygodni temu. Niniejszym gorąco sobie obiecałam trzymać się z daleka od wykręcanych korektorów z niehigienicznym, pędzelkowym aplikatorem. Brrrrrr. Jeśli koniecznie musicie takich używać, polecam Bourjois Healthy Mix.

To już wszystko. Do następnego!

01.02.2016

Khadi – Olejek stymulujący wzrost włosów – nie dla każdego

Khadi – Olejek stymulujący wzrost włosów – nie dla każdego
Do dziś żal mi dupę ściska na myśl o tym olejku. Dobry skład, dobre opinie, wysoka wydajność i do tego ciekawy, orientalno-leśny zapach. Niestety, robiłam do niego dwa podejścia i na moich włosach kompletnie się nie sprawdził. Powitajcie go więc w smutnej, deszczowej scenerii i zapłaczmy razem nad losem nieszczęsnych włosów i niewystarczającą mocą olejku Khadi. 


Próbowałam uratować nim moje sypiące się na potęgę smętne kłaczki, ale zupełnie nic z tego nie wyszło. Co więcej, zauważyłam ze smutkiem, że w dniach, w których aplikowałam olejek na skórę głowy (nieważne, czy dużo, czy tylko odrobinę i czy robiłam to delikatnie, czy szybko i niechlujnie), liniałam jeszcze intensywniej. Skórę głowy traktowałam olejkiem co drugi, trzeci dzień, więc wyobraźcie sobie, jak mnie frustrowało to JESZCZE INTENSYWNIEJSZE wypadanie. Dałam sobie i włosom czas na przyzwyczajenie, nauczona wieloma opiniami o różnych produktach ratunkowych, których używanie najpierw wzmaga wypadanie, a potem następuje przełom, odrodzenie i spektakularny finał. Faza przyzwyczajania trwała ponad sześć tygodni, potem stopniowo zmniejszałam częstotliwość aplikacji, w końcu zrezygnowałam. Zero nadziei, naprawdę. 

Próby olejowania włosów na całej długości odpuściłam już dawno, bo nie jest mi to chyba do szczęścia potrzebne. Po olejku Khadi włosy szybciej zbijały się w nieestetyczne strąki, a ja zazwyczaj robię wszystko, żeby temu zapobiec (szkoda, że tak rzadko pamiętam w ciągu dnia o pociągnięciu ich szczotką). Olejowanie dawało efekt mięsistych, gładkich i błyszczących włosów, więc nie dziwię się, że ten olejek ma wśród Was wielu zwolenników. Niestety, dla moich cienizn na razie lepsze są miękkość, lekkość i sypkość, czyli efekt... hmmm... zdrowego puchu? 


A co ze stymulacją wzrostu? Jest zauważalna, ale u mnie nie była spektakularna. Lepsze efekty dało regularne łykanie biotyny, tranu i skrzypu z pokrzywą (polecam ten miks jako trzymiesięczną terapię – bardzo poprawia kondycję włosów!). I cóż.
Uwielbiam jego orientalno-leśny zapach, jestem też zachwycona bogatym, obiecującym składem i bardzo wysoką wydajnością. Szkoda, że u mnie się nie sprawdził, ale widocznie nie tędy droga do odnowy mojej czupryny.

Pojemność: 210 ml
Cena: 40–60 zł
Ocena: 3/6

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger