08.04.2016

Projekt denko, odc. 36

Moje śmieci w tym miesiącu spóźnione, bo zamiast je opisywać, odbywałam 30-kilometrowe spacery po Trójmieście i zajmowałam się szeroko pojętym bumelanctwem. Bardzo odświeżające wydarzenie sportowo-kulturalno-randkowe. W dodatku gdzieś między Gdynią a Sopotem przywitała nas prawdziwa wiosna z przebłyskami lata. Miło sobie powspominać w ten kolejny zimny dzień, których, kochana wiosno, masz coraz mniej do zużycia! 


Powót do domu był trudny, wszystko mnie w środku bolało i wołało: zawracajcie! jeszcze tyle jest miejsc do odwiedzenia! Niestety, zamiast nich, czekały mnie już tylko odwiedziny na prywatnym kosmetycznym śmieciowisku i z tej właśnie wyprawy zdam Wam dziś relację. Zakładam, że z Waszej perspektywy to ciekawsze od widoczków z Gdyni i Helu, więc zabieram się do pracy.


Po pierwsze: Balea. Wydawało mi się, że baleowe szaleństwo już za mną, ale nie, daleka droga – na szczęście nie przez mękę. Radosne opakowania DM-owych kosmetyków wciąż mnie tak samo cieszą – to dobra, niemiecka szkoła etykietowania. Zapasy już się mocno skurczyły, ale kilku reprezentantów czeskich DM-ów wciąż czeka na swoją kolej. 

Balea – Sheabutter Arganöl Handlotion – rzadkie, ale treściwe mleczko do rąk, które polubiłam za zapach (znany wcześniej z kremu do ciała z tej samej serii) i za fajne opakowanie z pompką. Gdy leżało w szafce, nie używałam prawie wcale. Po przeprowadzce na łazienkową półkę wystrzelało się do ostatniej pompki. Nie jest to jakiś mocny nawilżacz, ale przy regularnym używaniu poprawił stan dłoni. Gdyby miał konto na fejsie, z pewnością dałabym mu lajka. 

Balea Professional – More Blond Spülung – odżywka do włosów – właściwie linia profesjonalna w dużej, popularnej drogerii trochę mnie dziwi, bo przecież DM sprzedaje dla ludu, a nie dla wysoko wykwalifikowanych pracowników kosmetycznych upiększalni. Nie sądzę, żeby jakiś specjalista z branży włosowej postawił akurat na te kosmetyki w swoim salonie, ale może czegoś nie wiem o świecie? Odżywka do włosów naturalnie i nienaturalnie jasnych pachniała pięknie, kwiatowo, miała odpowiednio gęstą konsystencję, zapach utrzymywał się na włosach zachęcająco długo, ale niestety, okazała się dla mnie za ciężka. Ładnie wygładzała włosy i dodawała im mięsistości, ale w moim przypadku wyglądało to jak nieszczęście już po kilku chwilach od umycia głowy. 

Balea – Caribbean Dreams – pianka do golenia – pianka o właściwościach piankowych: po naciśnięciu... pianą się staje. Gęstą, bo to pianka do golenia. Pianka pomaga golić. Cóż więcej mogę napisać poza tym, że zapach ładnie kokosowy, a wydajność przyzwoita?

Balea – Atem Pause  – relaksujący żel pod prysznic – ładny, elegancki aromat, którego nie da się z niczym porównać, bo to autorska kompozycja Balei, więc rozmowa o zapachu przypominałaby śpiewanie o czarnym kwadracie na białym tle. Żel pienił się zacnie jak zwykle, był dosyć rzadki, zużyłam go z przyjemnością, ale specjalnie tęsknić nie będę. 


Perfecta Mama – Probiotyczny żel do higieny intymnej – mimo zmian, jakie zaszły w portfolio firmy kilka miesięcy temu (Perfecta poszerzyła ofertę żeli do mycia cipek o kilka nowych produktów), to wciąż mój ulubiony żel do higieny intymnej. Bezzapachowy, nie podrażnia, nie uczula, nie utrudnia. Wystarcza mi na 3-4 miesiące, a opakowanie z pompką bardzo dekomplikuje użytkowanie. To wersja przeznaczona dla matek świeżynek, więc trochę się postarali, żeby skład był odpowiedni. I jest. I w ogóle warto. A jeśli wolicie żele cipkowe z zapachem, przyjrzyjcie się ofercie niematkowej – do wyboru, do koloru. 

Carex – Pure Blue – mydło antybakteryjne w płyniemoja droga Luizka ubóstwia te mydła, ponieważ nie może znieść faktu, że świat zdominowany jest przez mikroby. Do tej pory myślałam, że do zachowania higieny rąk wystarczy mi zwykłe mydło, ale Lu wyprowadziła mnie z błędu. Jako że okres chorobowy trwa w naszym kraju około sześciu smętnych miesięcy, a srakorzygowirusami i innymi paskudami łatwo zarazić się między innymi poprzez nieodpowiednio zdezynfekowane dłonie, postanowiłam zwiększyć nasze szanse w tej nierównej walce z wirusami i na koniec jesienio-zimy dołączyłam do domowej antybakteryjnej pielęgnacji mydła Carex. Czyn był chyba słuszny, bo czuję się jakoś bezpieczniej, kiedy takie mydło stoi na umywalce obok zwykłego. A że do tego ładnie, rześko pachnie i dobrze się pieni, to już w ogóle szał macicy. Będą następne, na pewno. 

Isana – Mango & Pomarańcza – mydło do rąk w płynie – okazuje się, że wcale nie trzeba szukać mydlanego szczęścia za czeską czy niemiecką granicą, bo w polskich Rossmannach mieszka opakowanie uzupełniające płynnego mydła w przyjemnej dla nosa wersji z mango i pomarańczą. Nie jestem pewna, czy czuć tam faktycznie to mango, ale efekt końcowy jest bardzo dobry, a do tego cieszy mnie stan dłoni po regularnym użytkowaniu (zupełnie jak po płynie do mycia garów w glutowatej wersji balsam). Śmieszna cena również zachęca do powrotu, dlatego kolejne spotkanie wydaje się być nieuniknione. 


Ziaja – Tonik ogórkowy do cery suchej i normalnej – znany od lat przeciętniak, którego kupiłam z braku innych sensownych rozwiązań na jakimś weekendowym wyjeździe. Tonik Ziai krzywdy mojej cerze nie robi, ale też nie czyni jej nie wiadomo jakich wspaniałości. Do zachwytów daleko i nie jestem pewna, czy ogórkowy zapach jest super, czy do bani. W ogóle niczego nie jestem pewna w przypadku tego toniku. Plus za to, że nie lepi się po nim skóra.

Bioderma – Sensibio H2O – płyn legenda. Zmywa wszystkich, wszystko i w dowolnych okolicznościach, ale odkryłam dwie jego wady, które przeszkadzają mi w nazwaniu go ideałem. Po pierwsze: gorzki smak, o którym wielokrotnie wspominałam. Nie, zazwyczaj nie popijam miceli z gwinta, a jednak dociera do mnie ta gorycz. Po drugie: są takie dni, kiedy pozbywanie się wyjątkowo opornego makijażu oczu jest nieprzyjemne, bo trwa długo i kończy się lekkim pieczeniem, zupełnie jakbym ścierała tusz i kredkę tarką do stóp, a nie wacikiem. No ale może za mocno trę, prawdopodobieństwo jest spore, bo z natury jestem niecierpliwa i jak coś łatwo nie schodzi, to pewnie podświadomie wykonuję nerwowe ruchy i trę tak, jakbym wycierała kupę z tyłka Tomasza. Tak, tak, zdecydowanie jest taka możliwość. Bioderma jest przecież świetna i wszyscy to wiedzą.

Yves Rocher – Sebo Végétal – serum zwężające pory – w międzyczasie zmieniło opakowanie i kto wie, może też skład. Robiłam do niego wiele podejść, ale ostatecznie wywalam pół butelki, bo nie umiaem znaleźć mu dobrego zastosowania. Serum po wchłonięciu zostawia skórę pięknie matową, ale a) nie na długo, b) nie da się na nią nałożyć podkładu – wszystko się roluje. Na noc też nie było sensu aplikować czegoś takiego (mimo że producent to zaleca), bo wieczorami inwestuję w głębokie nawilżanie i odżywianie, a nie w jakieś rolujące się mazie, przypominające wykończeniem zasypkę do niemowlęcego tyłka. Wątpię, żeby to serum realnie zwężało pory. U mnie efekt wygładzonej skóry wynikał raczej z zatkania ich tą tajemniczą substancją. Myślę, że przy regularnym używaniu może zapychać. Ale zapach piękny.

Organic Therapy – Pore-Minimiser Face Serum – tu właściwie podobna sytuacja jak u kolegi wyżej. Marzyły mi się zwężone pory, lubię kosmetyki w formie serum, ale wygląda na to, że to się jakoś słabo komponuje. Serum rosyjskiego Organic Therapy ma lepszy skład od YR, wydaje się też lżejsze, ale niestety, nie dało mojej skórze niczego pozytywnego. Rolowało się tak samo intensywnie jak Sebo Végétal, a przy tym nie dawało matu ani ściągnięcia porów. Zero wygranych w tym losowaniu. 


Yves Rocher – Tradition de Hammam – balsam do ciała – pisałam o nim przed chwilą, więc nie ma sensu się powtarzać. Kosmetyk do zapomnienia. 

Yves Rocher – Pure Camille – krem do ciała i twarzy – fajny, mały słoiczek do zabrania w podróż,  konsystencja przyjemna, bo maślana, działanie raczej przeciętne, a zapach fatalny (w sumie zalatuje kwiatem gorzkiej pomarańczy, zupełnie jak koleś wyżej). Do ciała wystarczył na cztery razy, do twarzy nie próbowałam. Dawno niedostępny, bo to edycja limitowana.

Vichy – Aqualia Thermal – nawilżający krem do twarzy w wersji light dla skór wrażliwych – to wszystko brzmi pięknie i zachęcająco, a ja dałam się porwać jakiejś odjechanej promocji w Super-Pharmie i kupiłam go za mniej więcej 1/3 ceny, nie wchodząc w szczegóły. Dotychczas zupełnie nie było mi po drodze z pielęgnacją Vichy (dłuższą przygodę zaliczyłam tylko z żelem do mycia twarzy Normaderm, a i to zdarzyło się stosunkowo niedawno), dlatego ucieszyłam się, że dzięki dzikiemu rabatowi poznam którykolwiek z produktów do twarzy. Krem od początku zachwycił mnie cudnym, estetycznym, ciężkim słoikiem ze szkła, leciutką formułą i piękną, kwiatową nutą zapachową, ale niestety, przez te kwiaty przebijał się aromat alkoholu. Szybki rzut oka na skład i wszystko jasne. Jest mój wielki wróg. Zaraz po wodzie i glicerynie. Zapał opadł bezpowrotnie, zresztą zaraz okazało się, że alkoholowa formuła – zgodnie z przewidywaniami – nie działa dobrze w praktyce. Moja mieszana w kierunku tłustej cera szybko świeciła się jak psu jajca, a krem zdecydowanie nie nadawał się z tą swoją flaszką spirytusu dla wrażliwej lub/i podrażnionej cery. Smutna dyskwalifikacja, 2/3 słoika leci do kosza, co oznacza, że zapłaciłam pełną kwotę za zużytą część. 

Nuxe – Nirvanesque Light – krem do twarzy (miniatura) – zapowiadał się super, bo był naprawdę lekki i jednocześnie przyjemnie nawilżał. No ale Nuxe zmieniło w międzyczasie logo, nazwy swoich produktów i składy tych starych, dlatego nie ma o czym mówić, tylko trzeba wypróbować nową odsłonę. 

Na zdjęciu nieśmiało wychyla się wosk zapachowy Organique w wersji grejpfrutowej, który dostałam kiedyś od M., ale może lepiej niech się nie wychyla, bo był cienki, mało intensywny i ogólnie rozczarowujący. Ciekawostka: jako jedyny wypadł z kominka sam – nie musiałam korzystać z pomocy zamrażalnika. 


Na koniec szybki rzut oka w stronę wywalanej (bo przecież nie zużytej) kolorówki. Po pierwsze, postanowiłam rozstać się z kolekcją flamastrów do ust, które były moim chwilowym kaprysem, ale na dłuższą metę się nie sprawdziły. Inny niż zwykle efekt nie był w stanie wygrać z faktem, że malowanki schodziły z ust bardzo nierównomiernie i na dłuższą metę bardzo wysuszały. Obok flamastrów do ust widać czarny flamaster NYC do kresek – pomysł jeszcze gorszy od poprzedniego. W praktyce produkt NYC nie różni się niczym od zwykłego, ostro zakończonego markera. Nie da się go ani poprawić, ani zmyć – zachowuje się prawie jak makijaż permanentny. Do kosza idą też dwa podkłady: Revlon Colorstay w wersji Whipped, który wypada o wiele gorzej od normalnego Colorstaya i White Perfect Pearl od L'Oréal. Możliwe, że kupiłam Colorstaya w wersji do skór normalnych i suchych, bo na mojej tłustej bardzo źle leżał, z kolei White Perfect Pearl był w odcieniu ceglastej pomarańczy (Nude Beige – po nazwie nie spodziewałam się takiego dramatu), więc nie ma dla mnie absolutnie żadnego zastosowania. Oba podkłady kupiłam przez internet, w ciemno, w którymś z tanich sklepów typu eZebra, i wiem już, że nie należy tego czynić. Na zdjęciu widzicie jeszcze: wyschnięty czarny eyeliner żelowy z Sephory (kupiony na wyprzedaży, wysechł bardzo szybko); zupełnie nieużywany, sypki puder mineralny L'Oréala, który po sprawdzeniu na Check Fresh okazał się być z 2009 roku; jakieś totalnie kupowate rozświetlająco-brązujące kulki Glazel (?) z ShinyBoxa (nie dało się ich używać, były KOSZMARNE); zepsutą pomadkę Joko w odcieniu idealnie nudziakowym (kupiona przez internet, zaczęła śmierdzieć łojem po trzech miesiącach); pomadkę Clinique High Impact Lip Colour w niemodnym, brokatowo-złoto-brązowym kolorze Metallic Sand (kupiona dwa lata temu, pochodzi z 2010) i wreszcie mój ukochany korektor do twarzy i pod oczy Smashbox Second Skin Longwear Concealer, który leży u mnie zdecydowanie za długo, więc ze smutkiem go żegnam (zdaje się, że bezpowrotnie).

Wyrzutki kolorówkowe to dopiero początek. Niezależnie od denka zebrałam torbę kolejnych i zamierzam Was z nimi zapoznać już za chwileczkę oraz momencik. Tymczasem miłego weekendu, smyki! Wiecie, że mój blog skończył niedawno trzy lata? Będzie impreza :D


46 komentarzy:

  1. Jakie duże to denko i ile Balei! :) Biodermę też uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jak sobie myślę, że już mam dość Balei i że to już koniec zakupów w DM-ie, to nagle wypada okazja, trafiam do jednego z ich sklepów i przynajmniej kilka buteleczek zgarniam ;)

      Usuń
  2. gratuluję blogowego stażu :) i nigdy nie przestawaj pisać, bo uwielbiam Cię czytać :)

    co Vichy ma z tym laniem wódy do swoich kosmetyków? krem i serum z serii Idealia miały wódę na drugim miejscu w składzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Simply, ach, dla takich Czytelniczek jak Ty warto pisać <3 :)))

      Co do Vichy, to dobrze, że mi mówisz o tej Idealii, bo swego czasu miałam ją na wishliście i jakoś ciągle żałowałam, że nie wypróbowałam, a tu proszę, nie ma sensu. I kasa w kieszeni na inne atrakcje ;)

      Usuń
  3. Ja dokładnie z tego samego powodu - alkohol - nie sięgam po kremy Vichy. Z jednej strony świetnie nawilżają, ale za to czerwone policzki po aplikacji mam gwarantowane. Nie wiem z jakiego powodu firma produkująca dermokosmetyki, które powinny być bezpieczne dla wrażliwców, upycha ten składnik w swoich produktach, i to prawie we wszystkich...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz już mi lżej, że nigdy nie zaprzyjaźniłam się z marką Vichy. Ciągle wypadało coś innego do wypróbowania i miałam z tyłu głowy to moje zaniedbanie, a tu proszę, jednak nie ma czego żałować!

      Usuń
  4. NAjpierw Vichy było dla mnie zapoorowo drogie, a teraz - gdy łatwo kupić miniaturki online jestem już w stanie coś tam zrozumieć z listy składników i zrozumieć, że to nie ma sensu :p Więcej składników aktywnych ma zwykle pierwsza z brzegu Bielenda. Miałam serum z tej serii (wygrałam, nie kupiłam) i był to silikon z brokatem (tęczowym, serio!), który wysuszał na wiór, ukrywając to sprytnie dzięki pseudowygładzeniu jakimś dimethiconem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, ale beznadzieja. Po Waszych komentarzach zupełnie straciłam ochotę na dalsze zapoznawanie się z produktami Vichy.

      Usuń
  5. skład nuxa się nie zmienił, tylko opakowanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. ile śmieciuszków! :D czekam aż mi się kiedyś nadarzy taka okazja żeby narobić zakupów w DM... serce mi się kraja jak oglądam tyle produktów Balei na blogach !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno warto się tam wybrać chociaż raz, mi za pierwszym razem ślina ciekła do podłogi i wyszłam ze sklepu nie tyle z siatką, co z ogromnym workiem :D

      Usuń
  7. miałam ten krem do rąk Balea, rzadki, ale całkiem fajny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, rzadki, więc wydawałoby się, że będzie słaby i w ogóle nijaki, a tu miłe zaskoczenie.

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, coraz bliżej do odgruzowania szuflad :D

      Usuń
  9. Też lubię mydełka z Isany. Teraz mam fioła na punkcie tego z rabarbarem <3 Gratuluje trzech latek :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam wersji z rabarbarem, koniecznie muszę nadrobić!

      Usuń
  10. Świetne denko :) Niedawno robiłam porządek w swojej kolorówce i oddałam przyjaciółce wiele produktów, które jeszcze były w stanie przydatności a mi nie odpowiadały :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten żel do mycia rąk mango i pomarańcza pachnie obłędnie <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Tonik ogórkowy Ziaji to moje love-love i choć teraz zdradzam go z oliwkową wodą tonizującą, pewnie i tak wrócę do ogóra. Za zapach, odświeżenie i lekkie działanie rozjaśniające. Ja tam więcej od toników nie oczekuję.

    Z Organic Therapy miałam krem pod oczy i też się rolował. Może tak ma być? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, kto wie, może jeszcze dopłacamy za to rolowanie? ;)

      Usuń
  13. Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy. :) Ja micela z Biodermy bardzo polubiłam, ale ciężko było zmyć nim wodoodporny tusz do rzęs. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      A micel Biodermy potrafi czasem gorzej się sprawować, ale z drugiej strony do betonowych makijaży od razu powinnyśmy wysyłać dwufazówki lub olejki do demakijażu :)

      Usuń
  14. Zawsze mnie satysfakcjonują Twoje zużycia kolorówki, dunno why.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio-serio! Zaczynam wierzyć że też pozużywam


      a później przychodzi kolejny dzień i znowu wychodzę z domu saute.

      Usuń
  15. Tez muszę zrobic porządek w mojej kolorowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam! od razu się robi miejsce na nowe grzechy :D

      Usuń
  16. Ze wszech stron mnie ostatnio kuszą pianki do golenia Balea - aż mi się ich chce, takich kolorowych i pachnących... Tym bardziej, że ciepło się robi i trzeba będzie się bliżej zaprzyjaźnić z maszynką, bo już nic się pod spodniami nie ukryje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, coś wiem o tym ukrywaniu ;) Może nigdy nie zapuszczam się krytycznie, ale dużo więcej sobie wybaczam zimą niż latem :D

      Usuń
  17. Mam dla Ciebie niemiecką niespodziankę. Chyba się ucieszysz, koleżanko od mikrobów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, ogromna butla antybakteryjnej Balei? (jest w ogóle taka?) :D

      Usuń
  18. A ja vichy nie lubię jak na te ceny to masa silikonu i alkoholu w tych składach wola o pomstę do nieba. Choć ostatnio słyszałam o purete termal i chetnie bym spróbowała. Ja stałam sie Danka Carexu jakoś tak moje sumienie jest spokojniejsze a tez wszędzie widze mikroby. Polecam te wersje różowa dla dzieci

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różowej jeszcze nie testowałam, ale chętnie wypróbuję, o ile nie pachnie gumą balonową ;)

      Usuń
  19. Mydła do rąk Carex i Isana uwielbiam, toniku z Ziaji używam - nie szkodzi :D a reszty kosmetyków nie było mi dane spróbować ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Świetne denko :) Mam pytanie co do Biodermy - gdzie ją kupujesz? Chodzi mi o ceny, bo niestety nie należy ona do tanich. Ostatnio zamawiałam w Melissie dwupak 2x250 ml za 46 zł i zastanawiam się, czy można ją dostać jeszcze taniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez promocji w ogóle się nie opłaca. Taniej chyba już się nie da w takiej pojemności, ale szukaj dwupaków 2x500 ml – wtedy wychodzi jeszcze lepiej, np. w Aptece Gemini, w której najczęściej robię zakupy, litr Biodermy jest za 73 złote, ale może coś podobnego dałoby radę dostać stacjonarnie?

      Usuń
  21. Niestety w moich osiedlowych aptekach wcale nie mieli takich promocji na dwupaki, znalazłam je tylko w sieci. A za info o dwupaku 2x500 ml dziękuję - nigdzie wcześniej go nie zauważyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ciekawe wykończenia, nic nie znam! :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger