29.07.2016

it'S SKIN – Prestige Crème d'Escargot B.B /recenzja/

Krem BB Prestige Crème d'Escargot towarzyszy mi już drugi rok i wciąż uwielbiam go tak samo. Myślałam, że kiedy moja skóra złapie trochę słońca, zmienię zdanie i wrócę do niego w okolicach listopada, ale nie. Zapomniałam, że nie ma potrzeby.

Zaczęło się od solidnych rozmiarów miniatury. Zupełnie nie pamiętam, skąd ona się u mnie wzięła, ale pamiętam, że po zużyciu tej jednej, kupiłam kolejną (10 ml za 30 zł), a gdy i ona dobiła dna, przestałam się cackać i zamówiłam pełnowymiarowe opakowanie. W tych moich zakupach byłam dość bezmyślna, bo całkiem pominęłam fakt, że to jest krem BB ze śluzem ślimaka. Czyli że dziwny i nadzwyczajny, może nawet luksusowy? Czytałam kiedyś o kosmetykach z glutem prosto ze ślimakowego tyłeczka, ale nie wpadłam na to, że sama takiego używam. Może dlatego, że na opakowaniu nie ma żadnego kolesia z muszlą na plecach, a małe literki informują o zawartości MUCIN extract, co zupełnie nic nie znaczy dla kogoś, kto nie zna się na wydzielinach zwierząt w kosmetykach?


To, co mnie interesowało i radowało, to fakt, że mój krem BB ma sensowny filtr SPF 25, PA++ i lekką, nawilżającą formułę. Tubka z pompką też mi się spodobała, bo taka inna od nudnych, europejskich butelek. Producent wspomniał też coś o wybielaniu i liftingowaniu, ale od razu mówię, że nic mi o tym nie wiadomo, bo nigdy nie używałam tego kremu przez kilka tygodni ciągiem. Nie zdziwiłabym się, gdyby to jednak była prawda i gdyby potrafił rozjaśniać przebarwienia. Wygląda na takiego, co lubi i umi.


Hm, wybaczcie ufaflonione zdjęcie dozownika. Przysięgam, na żywo wyglądało bardzo przyzwoicie (podobnie wygląda zazwyczaj moja cera przed zgraniem fotek na komputer; w wersji „po” okazuje się, że pory są ogromne, nos kartoflany, a ja jestem nadzwyczaj owłosiona, cóż – życie). Wróćmy do tego, co istotne, czyli składu. Jak pokazuje INCI, nie ma tu ściemy ze składnikową układanką. Woda zmieszana ze śluzem ze ślimaka (podobno stężenie 21%), a potem dopiero reszta, z której powstaje kolorowa maziajka do twarzy. Wieść niesie, że krem It'S Skin skutecznie walczy z niedoskonałościami skóry, w tym ze zmianami trądzikowymi. Producent obiecuje też nawilżenie i... o rety, ten krem BB naprawdę to robi! Co za niespodzianka po wielu innych, gęstych, treściwych i nienawilżających azjatyckich formułach, z którymi miałam do czynienia.

No właśnie, krem jest lekki i dosyć rzadki, co ma swoje nawilżająco-aplikacyjne zalety, ale z drugiej strony nie zapewnia konkretnego krycia. Robi jednak coś innego, co bardzo mi się podoba: pięknie wtapia się w skórę, jest prawie niewidoczny i daje bardzo naturalny efekt. Cera jest wyraźnie ujednolicona, krycie nie jest takie znowu nędzne – możemy z powodzeniem udawać, że w te góry to my oczywiście, że bez makijażu. No, rzęsy jedynie maźnięte tuszem!


Kolor po nałożeniu niejednokrotnie wydawał mi się zbyt bury, chłodny, jasny, a potem w magiczny sposób dopasowywał się do tego, co zastał. Na zdjęciu kropli powyżej zupełnie tego nie widać, bo robiłam je w asyście zachodzącego słońca. W ogóle te moje zdjęcia jakieś takie beznadziejne, więc posiłkujmy się słowami, bo one dadzą nam większą precyzję. Jakby ta kropla nie wyglądała, fakt jest taki, że krem ma neutralnie beżowy kolor, ale jest jasny i ciemniejszym karnacjom na pewno dobrej roboty nie zrobi. Nie sądzę jednak, żeby jakakolwiek opalona buzia miała ochotę poszukiwać swojego podkładowego ideału pośród kremów BB, wymyślonych przecież dla Azjatek, wielbiących na twarzy biel i pragnących za wszelką cenę się rozjaśnić. No więc tak, krem It'S Skin jest jasny, ale... nie aż tak. Zimą moja cera wygląda w nim doskonale, ale teraz, mimo tego, że ściemniałam co najmniej o ton, a może i półtora, Prestige Crème d'Escargot B.B potrafi się z tą ciemniejszą wersją mnie całkiem fajnie dogadać. Na pewno ma to wiele wspólnego z faktem, że przez całe lato moja szyja absolutnie się nie opala (tak, mam białą szyję, zakończoną przypieczonym na różowo dekoltem, jestem latem taka piękna, że czasem przechodzi to ludzkie pojęcie). W każdym razie kolor tego BB powinien być odpowiedni zarówno dla chłodnych, jak i tych nieco cieplejszych (choć wciąż jasnych!) karnacji. Nie jest różowy ani ewidentnie szary i za to chwała mu. A nawet pochwała.

Skóra oddycha, jest szczęśliwa, nie przetłuszcza się nadmiernie (bo i po co, skoro jest nawilżana zarówno kremem robiącym za bazę, jak i samym BB). Ja jestem szczęśliwa, bo kiedy potrzebuję, mam naturalnie wyglądającą cerę, która jednak nie jest pełna plam, przebarwień i innych pomniejszych wkurzających przeszkadzajek. Wszyscy toną w szczęściu, jest pięknie. Jedyne, co odrobinę psuje efekt, to subtelna nuta niezbyt świeżej skarpety, którą można wywąchać po kilku(nastu?) miesiącach od otwarcia opakowania (na zużycie produktu mamy 18 miesięcy od pierwszego pierdnięcia pompki). Poza tym zapach jest bardzo przyzwoity. Hm, może nawet ładny?

Tak oto przedstawiłam Wam jedyny azjatycki krem BB, który zrobił na mnie prawdziwie dobre wrażenie. Należy jednak uczciwie przyznać, że nie przetestowałam ich jeszcze zbyt wiele.

Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 120 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: sklepy internetowe

39 komentarzy:

  1. Kurczę, tak mnie ta bebikowa Azja kusi - ale hamuje mnie fakt, że kolor musiałabym dobierać po samych swatchach w internecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, dobór koloru przez internet to rzecz prawie niemożliwa, trzeba ryzykować, a ceny nie zawsze zachęcają do tego, żeby kupować w ciemno.

      Usuń
  2. no i teraz kusi :P ale mazideł do twarzy w tym momencie u mnie nie brak. wręcz przeciwnie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie też sporo podkładów w szufladzie, ale ostatnio zabrałam się za przegląd i po kolei ich używam, żeby odsiać to, co się nie sprawdza. Nie mogę tylko przesadzać, bo jak codziennie zarzucę coś nowego, to się skończy wysypem bolących gul :)

      Usuń
  3. U mnie króluje mishha BB ale zaczynam ja podejrzewać o zapychanie. Na wybielanie twarzy mam wrażenie ze najwieksza chęć maja czarnoskórzy. Choćby taka beonce - co okładka gazety to ona jaśniejsza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tę Misshę, ale dla mnie była za szara i faktycznie za ciężka. Możliwe, że i Ciebie zapycha, miałam podobne wrażenie u siebie.

      Usuń
  4. Muszę poznać, lubię naturalny efekt, lubię też śluz ślimaka w kosmetykach, ale więc to coś dla mnie. A zdjęcia bardzo ładne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem ciekawa jeszcze pielęgnacji ze śluzem. Nigdy nie próbowałam, a tyle pozytywów się naczytałam!

      Usuń
    2. Ja mam krem pod oczy z tym śluzowym wynalazkiem i jestem bardzo zadowolona.

      Usuń
    3. Dobry krem pod oczy zawsze w cenie :) dzięki za rekomendację, Basiu :)

      Usuń
  5. Muszę poznać, lubię naturalny efekt, lubię też śluz ślimaka w kosmetykach, ale więc to coś dla mnie. A zdjęcia bardzo ładne :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przecież masz napisane "creme d'escargot", od razu wiadomo że to ze ślimaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, jak się ogarnia ślimakowe kosmetyki, to faktycznie wiadomo... :). Jakby było SNAIL w nazwie, na pewno bym się szybciej zorientowała :D

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. :) no właśnie – jeśli tylko stan cery pozwala mi na mniejsze krycie, chętnie korzystam z tego naturalnego efektu.

      Usuń
  8. Ja na razie tylko ze Skin79 się polubiłam, ale już czaję się na inny od Steblanc :) It's Skin widzę pierwszy raz, ale ostatnio jest taki wysyp azjatyckich kosmetyków, że nie idzie się w nich połapać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam miniatury kilku Skin79 i żaden mnie nie zachwycił, więc odpuściłam. Były za jasne, za szare lub za różowe. Jeden wyglądał dobrze, ale nie pamiętam, który, więc musiałabym testy rozpoczynać od nowa... ;)

      Usuń
    2. Skin79 Orange (on się bodajże Vital coś tam nazywa:DDD) ma żołtawe tony, cała reszta jest mniej lub bardziej szarawa :)

      Usuń
    3. A wiesz, że właśnie tego Orange nie miałam?

      Usuń
  9. Jaki kartoflany nos! Co najwyżej młody ziemniaczek ;D kolor mnie przeraża ale to norma z BB u mnie ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha, młody ziemniaczek :D no dobra, brzmi jakoś lepiej, a wciąż oddaje istotę rzeczy :D

      Usuń
  10. Czytałam już o nim gdzieś wcześniej, że ma taki chłodny odcień, także darowałam sobie, bo u mnie nie ma czegoś takiego, że "się dopasuje", nie dopasuje się. Próbowałam z podkładami i różnymi kremami BB. Po prostu jak coś ma chłodne tony, to moja cera będzie wyglądała chłodno, a uważam, że wygląda znacznie lepiej, jeśli nałożę na nią coś z delikatnie żółtym podtonem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Twój problem, ja też raczej szukam wśród żółtasów. Ten wyjątkowo mi podpasował, właśnie mimo moich preferencji, dlatego tak miło mnie zaskoczył.

      Usuń
  11. Ja mam krem bb skin 79 ze śluzem ślimaka, jestem fanką prawdziwych kremów bb. Przetestowałam ich już 6 nie licząc pseudo bb. cena tego jest jak najbardziej do zaakceptowania. Za swój pierwszy właśnie ślimakowy krem bb skin 79 zapłaciłam 150 zł. plus przesyłka. chcę teraz poznać it'S SKIN

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to koniecznie wypróbuj tego it'S Skin, skoro jesteś koneserką. Powinnaś być zadowolona!

      Usuń
  12. Ja miałam jak na razie tylko jeden prawdziwie azjatycki bebik i byłam bardzo zdziwiona, że może być taka duża różnica (na plus) pomiędzy nim, a tym co się u nas jako BB sprzedaje w drogeriach. Teraz, mając okazję wszystko dokładnie obmacać, czaję się na BB cushion, zwłaszcza, że producenci wprowadzili już wersje dla tłustolicych, jak ja :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie nie dałam się porwać modzie na poduchy, ale to pewnie kwestia czasu :)

      Usuń
  13. Z azjatyckich BB to najbardziej lubię Misshę Perfect Cover, ale też nie testowałam zbyt dużo. A kremy ze śluzem ślimaka próbowałam dwa, ten z Mizona mnie zapchał, a z The One Ingredient okazał się genialny, ale cholernie drogi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie Missha niestety się nie sprawdziła – okazała się za różowo-sina i zbyt ciężka :(

      Usuń
  14. Azjatyckie kremy BB są teraz naprawdę popularne i wszyscy się nimi zachwycają. Ja na razie podchodzę do tematu na spokojnie, ale pewnie kiedyś sobie wypróbuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Azjatyckie BB są popularne już od kilku lat :) teraz po prostu weszły do drogerii i trafiły do szerszego grona konsumentów :)

      Usuń
  15. oj z chęcią przerzuciłabym sie na kremy bb z Azji, ale strasznie cięzko mi dobracw nich odcien. a tak w ciemno to juz w ogole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, ja też nie lubię tak w ciemno kupować podkładów. Akurat tego z It'S Skin miałam najpierw w wersji mini i mogłam na tej podstawie zdecydować, co dalej, ale rzadko kiedy jest szansa na tego typu testy...

      Usuń
  16. ta marka ma świetne kremy wodne, polecam! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Muszę przyznać, że nie do końca czułabym się komfortowo ze śluzem ślimaka na swoim buziaczku. Ale moja mama raczej by to olała. Może jej kupię, z Twojego opisu brzmi jak coś idealnie do jej typu cery.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie znam tego kremu, ale trzeba przyznać, że bardzo ładnie się prezentuje na Twojej cerze :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja przepraszam, że zasunę totalnie nie na temat, ale OJAKIETYMASZBRWIDZIEWCZYNO <3

    OdpowiedzUsuń
  20. Nie miałam okazji testować tego BB :) Na razie poim ulubieńcem jest Hot Pink Skin79 ;) A jeśli chodzi o wersję po zgraniu zdjęć na komputer (gdzie przed było całkiem przyzwoicie!), to ja mam dokładnie to samo :P Zawsze to, co u Ciebie, plus często jeszcze beznadziejna mina, albo zez :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger