17.08.2016

Kiedy twoja przyjaciółka wyprowadza się na drugi koniec świata, przysługuje ci... nagroda pocieszenia!

Martę znam od pierwszego dnia w szkole. Chodziłyśmy do jednej klasy, mieszkałyśmy w tym samym bloku, potem poszłyśmy nawet do tego samego liceum i tej samej klasy dziennikarskiej. Nasza przyjaźń miewała wzloty i upadki, czasem wybierałyśmy inne kręgi znajomych, ale nigdy nie urwał nam się kontakt. Ani wtedy, gdy Marta wyjechała na studia do Krakowa, ani później, gdy wyprowadziła się do Japonii i założyła tam rodzinę. Do dziś jesteśmy ze swoimi sprawami w miarę na bieżąco, dlatego kiedy dwa lata temu wybrała się do Polski, przywiozła mi różne dziwne kosmetyczne gadżety. Po co? Wiadomo: żebym mogła pokazać je Wam na blogu!



O tym, że japońskie wynalazki czekają na blogowe pięć minut, przypomniałam sobie, kiedy przez blogosferę przetoczyła się fala tekstów o rozmaitych koreańskich cudach. Pogrzebałam w folderze ze zdjęciami, potem w jednej z Tych Zawalonych Szuflad i odnalazłam moje japońskie ciekawostki. Na pewno część z nich znacie już z Korei, ale może coś Was zaskoczy? Są wśród nich przedmioty należące do mojej ulubionej kategorii: nie masz pojęcia, że są ci potrzebne, dopóki ich nie zobaczysz


Pierwsza grupa jest zupełnie niezaskakująca, a jedyne, co mnie zadziwiło, to pomysł, by takie sztuczne rzęsy zamontować... na sobie. Nigdy tego nie robiłam, choć niejednokrotnie po mocniejszym umalowaniu oka miałam w głowie tę myśl: rzęsy za mało widoczne, PRZYDAŁOBY SIĘ... Do tej pory na przydawaniu_by_się kończyłam, aż tu nagle dostaję do rąk różne kosmiczne modele. Spróbowałam raz, na szczęście zabrakło świadków. Sztuczne rzęsy w wersji japońskiej są tak samo specyficzne, jak stylówa młodych Japonek. Na pewno kojarzycie te wszystkie niesamowicie wyglądające dziewczynki-lalki, tzw. styl Gyaru. No cóż. To nie jest styl matki Tomasza, ale co się pośmiałam, to moje. Rzęsy zostawiam sobie na okoliczności karnawałowo-imprezowe (kto wie, może kiedyś jeszcze wybiorę się na imprezę przebieraną?), a próbę wyczarowania firanek do wieczorowego makijażu podejmę w towarzystwie poczciwych połówek Ardell. 

Ach, oprócz intrygujących sztucznych rzęs, na zdjęciu widzicie jeszcze klej, delikatnie pachnące chusteczki higieniczne (czekolada!) oraz ozdoby do paznokci, które chętnie kiedyś wypróbuję – szczególnie fascynują mnie te koralikowe łańcuszki. Czy jest na sali ktoś, kto ma pojęcie, jak się tego używa? Normalnie nie robię takich rzeczy, ale jestem bardzo ciekawa, jak można funkcjonować w życiu codziennym z odstającymi/wiszącymi artefaktami na paznokciach, więc chętnie podejmę wyzwanie paradowania z czymś takim choćby przez jedną dobę. 


Dalej mamy japońskie odpowiedniki znanych koreańskich patentów urodowych, czyli wymoczoną w różnych tajemniczych substancjach maskę płachtową (bardzo przyjemna) i skompresowane do formatu dropsa płachty, które należy samodzielnie nasączyć tym, co tylko nam się wymyśli. Mojej znajomej wymyśliło się na przykład kozie mleko – inspiracja Kleopatrą ewidentna – ale ja zdecydowałam się łączyć je z podarowanymi przez Martę kosmetykami (nie ma ich na zdjęciach, ale halo, przecież nie są dziwne), potem eksperymentowałam również z innymi produktami, które akurat miałam w domu. W sumie nie do końca rozumiem, po co producenci z taką starannością prasują te płachty akurat do formatu pastylki, a nie na przykład maciupkiego sześcianu lub piramidy. Ta ostatnia przynajmniej pasowałaby do koziego mleka.  

O wieloetapowej azjatyckiej pielęgnacji na pewno już słyszeliście. Mogę tylko potwierdzić to, o czym można przeczytać tu i tam: teściowa Marty również traktuje swoją twarz z rytualną starannością, używa też tych wszystkich mikstur i metod pielęgnacyjnych w odpowiedniej kolejności. Kiedy Marta przywiozła mi wielkie siatki japońskich dobroci, tłumaczyła, co mam nalewać na moje pastylki, czym traktować twarz na początek i pewnie jeszcze parę innych świetnych rad, ale dostałam tyle informacji i bodźców naraz, że już po naszym rozstaniu wszystko mi się pokićkało i stosowałam kosmetyki japońskie według uznania, które można by ewentualnie nazwać intuicją. Wśród mniejszych lub większych dziwadełek znalazł się duet Sake Skin Toner i Sake Milky Lotion. Toner zużyłam jako tonik, ale z lotionem miałam problem... To takie mleczko, które próbowałam stosować jako nawilżacz w maskach, ale po pierwszym użyciu mnie wypryszczyło, więc dałam sobie spokój. Szybkie zerknięcie na skład dało do myślenia: olej mineralny zaraz po wodzie. Może to on? I jeszcze jedno: to miały być kosmetyki na bazie sake. Czy pomożecie mi wskazać, który składnik INCI jest ową ryżową wódką? Nie mogę jej znaleźć...


Tutaj mamy dwa patenty, których nie widziałam nigdzie indziej. Pierwszy (ten pomarańczowy) to Mascara guard – przyrząd chroniący skórę wokół oczu przed uwaleniem się maskarą. W moim przypadku całkiem to niegłupie, bo mam rzęsy mocno wywinięte do góry, więc czarne tuszowe stempelki to normalka. Częstszym problemem jest jednak paćkanie sobie dolnej powieki i do tego Mascara guard nadaje się bardzo dobrze! Instrukcję macie na zdjęciu – brzmi łatwo, ale moje początki wcale takie nie były. Czarujący jest ten plastikowy grzebyk do rozczesywania posklejanych włosków. Cóż za wspaniale przemyślana konstrukcja! Oczywiście na co dzień nie pamiętam o moim... yyy... przeciwmaskaratorze (przeciwmasakratorze?), ale przydał mi się ze dwa razy, kiedy napracowałam się nad makijażem i nie chciałam go skaszanić nieplanowanymi czarnymi akcentami.

Drugi wynalazek przewidziany jest między innymi dla tych, którzy nie używają pierwszego. Nie nadaje się jednak w opisanej przeze mnie sytuacji. To korektor makijażowych niedoskonałości, którego podstawowym składnikiem jest wosk pszczeli, co oznacza ni mniej, ni więcej ponad to, że jest... tłusty. Nie można go użyć do korygowania źle pociągniętej kreski na pięknie wymalowanej powiece, ale na golasie... czemu nie? Jego metody pracy możecie obejrzeć tutaj. Ja powiem tylko, że jest przydatny przy naprawianiu wszystkich zwalonych jaskółek, ale jeśli poprawiacie kreskę na powiece bez cieni, równie dobrze możecie użyć patyczka kosmetycznego nasączonego micelem. Sensowne mogłoby być usuwanie tym korektorem zła, które zadziało się na dolnej powiece (o, na przykładu po użyciu wściekle osypującego się tuszu Too Faced). Wygodną kredką można łatwo dotrzeć pod dolne rzęsy, rozsmarować woskowego tłuściocha, a potem suchym patyczkiem wszystkiego się pozbyć. Hm, muszę wypróbować to rozwiązanie.


Moim absolutnym ulubieńcem jest ten prosty, niepozorny przyrząd do masażu... twarzy. Rolka masująca, model „double flower type”, na początku wywołała głupawy uśmiech na moim licu, ale kiedy dwuletni wówczas Tomasz pokazał mi, jak to ma działać i zrobiłam pierwszą próbę, zachwytom nie było końca. Kawałek plastiku z dwoma masującymi kwiatkami to absolutny geniusz! Kwiatki są podwójne, łączący je pałąk idealnie giętki, a efekt – wyborny. Kwiatki masują intensywnie i delikatnie zarazem, jest to przyjemne i skuteczne. To doskonała prewencja przeciwzmarszczkowa i otwarta wojna przeciw powodującej obwisy grawitacji. Często sięgam po moje kwiatki i gdy tylko pamiętam, podrzucam je Tomkowi. Matki dzieci z problemami sensorycznymi: szukajcie tego typu wynalazku, bo do stymulacji buzi taki masażer jest naprawdę świetny.


Nie do końca jasne jest dla mnie działanie szablonów do stylizacji brwi. Producent w niezbyt oczywisty sposób tłumaczy, że musimy przyłożyć wybrany kształt, a potem wypełnić luki kredką/cieniem/pudrem do brwi. Nie wyjaśnia tylko, czy wszystko, co będzie niepomalowane, należy wyrwać jak chwast z doniczki na balkonie, czy też może nie jest to konieczne, bo samo kreowanie looku kolorem okaże się wystarczające. Obejrzałam film na YT, w którym dziewczynka przykłada do brwi coś podobnego innej firmy, potem męczy się z przytrzymywaniem zbyt sztywnego szablonu i jednoczesnym malowaniem, potem zdejmuje szablon, widzimy stylizacyjną kupę, więc już po chwili dziewczynka koryguje linię brwi samodzielnie, bez szablonu, a tym samym i bez sensu. Dwa inne filmy pokazują podobnie nieudane eksperymenty. Moich szablonów jeszcze nie użyłam, ale może Wy macie to już za sobą i potraficie ocenić, czy to się w ogóle może udać?

Ostatnim wynalazkiem, który mnie zdziwił, jest silikonowa maska wielokrotnego użytku do nakładania na... maskę płachtową. Ma przytrzymywać tę mokrą płachtę i tym samym umożliwiać normalne poruszanie się po domu w trakcie się_upiększania, a oprócz tego maksymalizować pielęgnacyjny efekt. Sprawdziłam: działa! To znaczy ta część z niespadaniem. Mokra płachta trzyma się dzielnie twarzy, bo silikon zaczepiamy za uszami (wyglądamy przy tym podwójnie idiotycznie: po pierwsze, z powodu samej maski; po drugie, bo silikon ciągnie nam uszy do przodu, dzięki czemu pięknie odstają). Efekt kosmetyczny zależy oczywiście od tego, jakiego rodzaju płachtę zamontujecie pod spodem, chociaż miło jest wierzyć, że działanie składników aktywnych będzie dzięki silikonowej masce jeszcze intensywniejsze.


Wszystkie (albo prawie wszystkie) pokazane cudaki pochodzą ze sklepu Daiso – japońskiego odpowiednika naszych prężnie działających biznesów pod banderą „wszystko za pięć złotych”. Chciałabym zobaczyć sklep z bogatym asortymentem Daiso na żywo. To musi robić wrażenie. Myślę, że nie warto brnąć w pielęgnację Daiso – tanie kosmetyki najczęściej mają marne składy, co potwierdzają moje eksperymenty. Ale poszukiwanie zmyślnych dziwactw mających nam ułatwiać codzienne czynności, przy okazji totalnie je udziwniając, to może być całkiem fajna zabawa!


34 komentarze:

  1. Ja te maseczki w kapsułkach moczę w sobie w toniku różanym z Evree, albo w wodzie zmieszanej z octem jabłkowym - mega oczyszcza cerę :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Śmieszne cudaki ☺, ale super, że ten masażer tak dobrze sie u Was sprawdził! Muszę się kiedyś wybrać do Daiso, gdzieś mi mignęło, pośmieję się i pooglądam. A te maseczki-kapsułki planuję kupić i używać ze swoimi różnymi miksturami, albo tak jak pisze Pink Lipstick powyżej, oczyszczenie cery zawsze mile widziane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, masz dostęp do Daiso? No to koniecznie zasuwaj i potem opisuj na blogu, co tam zobaczyłaś :D

      Usuń
  3. Wiele fantastycznych gadżetów. A post przecudny. Uśmiałam się serdecznie matko Tomasza:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobało :))) dziękuję!

      Usuń
  4. wow, bardzo ciekawe gadżety, śledziłam kanał -Azjatycki Cukier i część z nich znam, też chodziłam do klasy dziennikarskiej w liceum w Toruniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, super, że też byłaś w dziennikarskiej. My na warszawskim Ursynowie. Bardzo fajne doświadczenie – zresztą potem szłam przez lata medialną drogą, aż doszłam do tego miejsca :)

      Usuń
  5. Jakie świetne wynalazki - zwłaszcza Mascara guard :D Chyba sobie muszę sprawić takie cudo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to naprawdę fajnie działa, przede wszystkim na dolne rzęsy :)

      Usuń
  6. Ale bym miała radochę szukając pomysłów jak to sie wszystko używa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie dla niektórych gadżetów dałoby się znaleźć parę innych ciekawych zastosowań, niż tylko te przewidziane przez producenta ;)

      Usuń
  7. Tak opisałaś ten cały czado-szajs, że chciałabym każdy jeden produkt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 dla Ciebie to chyba najprędzej osłonkę na kilometrowe rzęski :)

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. No właśnie, a ja się tyyyyyyle czasu ociągałam z ich pokazaniem. Prawdziwa ze mnie mistrzyni: co masz zrobić jutro, zrób za dwa lata :P

      Usuń
  9. hahaha rewelacja ;D nie mogę normalnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty pewnie też masz jakieś tajne azjatyckie gadżeciki w domu, co? :)

      Usuń
  10. Ja, ja powiem gdzie jest sake! Ukryło się pod "fragrance" :D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie widzę w składzie ani śladu po sake ;) Może wyparowała :D Szkoda, że nie dostałaś czegoś porządnego z tego przedziału, bo można w Japonii poszaleć.
    Mascara guard, miałam i ja. OMG, nigdy więcej. Nie dla mnie to ustrojstwo, zostaję przy pałeczkach kosmetycznych. Mimo wszystko.
    Maski w płachcie w formie pastylki uwielbiam. Kupuję nałogowo te z P&R, na wyjazdy i nie tylko jak znalazł. Nie jeden raz uratowały mi skórę w połączeniu z tonikiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak nie jestem ślepa! 0% sake w sake ;). P&R ma maski pastylkowe? nawet nie wiedziałam.

      Usuń
    2. Są :D jeżeli lubisz, korzystasz i potrzebujesz - polecam. Kupiłam do testów taniznę z Hebe, ale tam widnieje jak byk "made in china" - na twarz tego nie nałożyłam, jedynie namoczyłam z ciekawości i niestety porażka. Dlatego nie kombinuję.

      Usuń
  12. Tomasz już w młodym swym wieku wie, do czego służą matczyne gadżety <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, a jako że umie też płynnie czytać, zadaje mi coraz bardziej specjalistyczne pytania ;). Rozróżnia też pędzel do pudru, te małe do powiek, wie też, którym aplikuje się róż. Ciekawe, czy w przyszłości zacznie rozwijać swoje kosmetyczne zainteresowania, czy to po prostu typowy człowiek renesansu, który lubi wiedzieć wszystko na każdy temat :D

      Usuń
    2. ani jedno, ani drugie nie jest niczym niepożądanym ;)

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Tylko tak ciężko je wpasować w taki sposób, żeby wyglądały naturalnie :D :D :D

      Usuń
  14. Uwielbiam azjatyckie kosmetyki, szczególnie lotiony (takie do wklepywania w skórę) i maski w płacie. Polecam My Beauty Diary i My Scheming, są świetne :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger