25.08.2016

Przegląd produktów theBalm dzięki palecie In theBalm Of Your Hand

Paleta... wszystkiego od theBalm już zniknęła ze sklepowych półek, bo była edycją limitowaną (jasne, jasne, po co komu takie rzeczy w stałej ofercie), ale postanowiłam Wam ją pokazać, bo została złożona z kosmetyków, które są dostępne w ciągłej sprzedaży w pełnych wymiarach. Nie ma już sensu jarać się faktem, że coś tak wybornego pojawiło się na rynku (bo przecież to było dawno i już prawie nieprawda), ale pomyślałam, że pokażę Wam mój mały theBalmowy skarb i przy tej okazji omówimy pokrótce, co fajnego (lub niefajnego) oferuje ta wesoła, młodzieżowa marka. 


Pełna nazwa palety to: In theBalm Of Your Hand – Greatest Hits vol. 1, co – mam nadzieję – zwiastuje prędkie pojawienie się drugiej edycji. Na przyciągającym wzrok kartonowym opakowaniu pokazane są etykiety kosmetyków, które nie pojawiły się tym razem, więc liczę na to, że w drugiej odsłonie będzie równie ciekawie. Dla mnie takie miniatury to świetna opcja, bo przy rozbudowanej domowej kolekcji różów, bronzerów, cieni i rozświetlaczy i tak nie trzeba się martwić o szybkie zużycie takich małych produktów. Właściwie często mam wrażenie, że moje kosmetyki kolorowe cichutko pochlipują w szufladzie z rozpaczy, że dawno nikt ich nie używał, a przecież są takie piękne! No są. No nie używał. No wiem.


Wspomniana „paleta wszystkiego” to w praktyce prawie same gwiazdy w miniaturowych rozmiarach. Mamy tu trzy znane i lubiane róże, bronzer Bahama Mama, dwa cienie z palet Shady Lady, jeden z Nude'tude, dwa produkty do ust, z których jeden robi również za róż w kremie, i oczywiście największego theBalmowego celebrytę: rozświetlacz Mary-Lou Manizer. Ten bogaty zestaw można było zdobyć za około 160 zł. Moim zdaniem całkiem dobry interes.


Trzy róże theBalm zostały dobrane w bardzo rozsądny sposób. Mamy tu więc opalizujący na złoto koral Hot Mama, klasyczny dziewczęcy, matowy róż Instain w odcieniu Argyle i śliwkowy, delikatnie połyskujący Cabana Boy. Poza Instainem wszystkie kosmetyki są przeznaczone również do oczu, co daje nam dodatkowe odcienie przy komponowaniu makijażu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby również Argyle trafił na powiekę, a jeśli mamy ochotę, może tam trafić nawet w towarzystwie rozświetlacza i bronzera. Standardowa praktyka przy pudrowych produktach, wiadomo.

Cała trójka jest dobrze napigmentowana, dlatego zalecam ostrożność przy aplikacji. Najprzyjemniej współpraca układa mi się z Hot Mamą – piękna złota brzoskwinia łatwo się aplikuje, dobrze rozciera, nie robi plam. Przypomina mi Coralistę z Benefitu, ale jest odrobinę ciemniejsza i ma ciekawszy złoty shimmer. Jako cień dobrze nakładać ten róż palcami – pięknie ożywia i rozświetla mój codzienny brązowo-beżowy makijaż. Pięknie też komponuje się z szarościami.

Mniejszy zachwyt wywołał Instain w odcieniu Argyle, bo jest mocnym, cukierkowym różem, którym łatwo robię sobie kuku. Rzadko przydaje mi się taka klasyczna różowość na poliku, ale to tylko moje preferencje – jakość Argyle jest bardzo dobra.

Zamiast zbyt ciemnego dla mnie Cabana Boy, wolałabym przetestować Down Boy, ale – jak to w życiu bywa – nie można mieć wszystkiego. Cabana Boy to śliwkowy, satynowy róż, który jasna karnacja przyjmie z godnością tylko przy użyciu wyjątkowo delikatnego pędzla. Moim zdaniem na jasnych cerach ma szansę wyglądać ładnie przede wszystkim zimą, kiedy skóra nie ma na sobie nawet grama ciepłej opalenizny. Do chłodnych, śnieżkowych make-upów – czemu nie? U mnie zdecydowanie lepiej wygląda na powiekach. W odpowiednim natężeniu to piękny, elegancki kolor.


Cienie theBalm poznałam dzięki palecie Nude'tude. Wiedziałam więc, że należy się spodziewać miękkich, dobrze napigmentowanych formuł. W międzyczasie kupiłam jeszcze paletę matów Meet Matt(e), co dało mi pełen obraz theBalmowych możliwości. Maty z Meet Matt(e) nie są już tak miękkie, ale zazwyczaj cienie o tym wykończeniu różnią się fakturą od dobrej jakości perłowych, satynowych i brokatowych egzemplarzy. W In theBalm Of Your Hand mamy trzy połyskujące błyskotki i jeden ciemny, śliwkowy mat ze wspomnianej Nude'tude. Rzadko używam tak ciemnych cieni, dlatego skupiłam swoją uwagę na dwóch absolutnych pięknościach: oliwkowo zielonym Lead Zeppelin z palety Balm Jovi i Insane Jane z zestawu Shady Lady vol. 2. Oba są bardzo w moim typie, ale Insane Jane szczególnie mnie zachwycił. Trudno mi nawet opisać jego kolor – na szczęście zdjęcie całkiem dobrze go oddaje. To taki chłodny, brązowy szarak z metalicznym, złotym połyskiem. Śliczny, dobrze wykonany, używam go z wielką przyjemnością.

Mniejsze zainteresowanie wzbudził we mnie odcień Mischevious Marissa (również Shady Lady) – to ciepły, lekko przygaszony pomarańczowy cień o wykończeniu frost, który jest czymś pomiędzy złotem a miedzią. Bardzo ładny i oryginalny, ale w moim przypadku mało funkcjonalny – stosuję go właściwie tylko na środek powieki. Najmniej przydatny okazał się matowy, ciemnobordowy cień Sexy z palety Nude'tude. Służy mi do przyciemniania zewnętrznych kącików, ale użyłam go w moich mało wyszukanych makijażach może ze trzy razy – w oryginalnej palecie też rzadko po niego sięgałam. Nie można mu jednak odmówić mocy i urody, po prostu w moim świecie takie fiolety nie mają wzięcia.

Cienie theBalm są świetnej jakości: bardzo dobrze się rozprowadzają, blendują i przyjemnie się ich używa. Na moich tłustych powiekach bez bazy prezentują się dobrze przez większość dnia (nie uwzględniam gromadzenia się pigmentu w zmarszczkach, bo na tłustych powiekach z fałdkami zawsze spodziewam się tego typu efektów specjalnych). Na bazie trwają nienaruszone aż do zmycia makijażu. Jedynie róż-nie-cień Argyle potrafił zblednąć na środku powieki.


Czas na dwie największe gwiazdy theBalmowej palety: bronzer Bahama Mama i rozświetlacz Mary-Lou Manizer. Ciekawostka: moje pierwsze spotkanie z Mary-Lou odbyło się zaledwie dwa tygodnie przed otrzymaniem palety In theBalm Of Your Hand (jak to możliwe? nie bardzo wiadomo). Pod choinką znalazłam trio rozświetlaczy theBalm z limitowanki, którą miałam na celowniku, a poczciwy starzec w czerwonym uniformie dobrze o tym wiedział i postanowił spełnić moje życzenie. Nie zdążyłam dobrze się zaznajomić z Mary-Lou i jej koleżankami, a już wydarzyły się moje urodziny, a wraz z nimi przybyła Mama nr 1 i wręczyła mi przepiękny prezent z Mary-Lou nr 2, o którym dziś tu sobie radośnie do Was nadaję. Myślę, że palecie rozświetlaczy theBalm poświęcę osobny post, ale już tutaj zaznaczę, że w przypadku Mary-Lou Manizer milion much faktycznie się nie myli. W ostatnich kilku latach poznałam kilka bardzo dobrych rozświetlaczy i nie jestem chyba w stanie stworzyć ich rankingu, ale jedno jest pewne: Mary-Lou wraz ze swoim szampańskim blaskiem natychmiast trafiła do czołówki. Jest doskonała pod każdym względem: ma odpowiedni kolor, konsystencję, daje subtelny, bezdrobinkowy połysk, wygląda perfekcyjnie w wewnętrznych kącikach, a do tego jest trwała. Wiecie, to nie jest tak, że mamy na rynku Mary-Lou Manizer, a potem długo, długo nic. Podejrzewam, że w swojej (nie tak znowu obfitej) kolekcji produktów rozświetlających znalazłabym coś porównywalnie genialnego, ale nie zmienia to faktu, że theBalm słusznie jest chwalony na milion sposobów za ten konkretny rozświetlacz.

Nieco inaczej sprawa się ma z bronzerem Bahama Mama, który moim zdaniem aż tak genialny nie jest. Tu dla odmiany mam pełnowymiarowe opakowanie od kilku lat, więc miałam okazję przetestować ten kosmetyk w wielu sytuacjach. Kiedyś jego odcień wydawał mi się idealnie chłodny i perfekcyjny do konturowania zarówno jasnych, jak i nieco ciemniejszych karnacji. W międzyczasie poznałam jednak kilka innych pudrów brązujących, które sprawę konturowania rozwiązują dużo lepiej. Bahama Mama nie jest wcale aż tak chłodna (zdaje się, że po prostu była chłodna jak na ceglane standardy sprzed kilku lat), a przynajmniej nie w ten miły sposób, jaki oferują np. pudry Kobo. Trwałość theBalm jest świetna (tutaj Kobo może się schować pod najbliższą paprotkę), pigmentacja również zabija, ale to akurat wcale nie jest takie dobre, bo łatwo przesadzić, a gdy już się przesadzi, trudno rozetrzeć i zbyt łatwo zrobić sobie brzydkie plamy. Bahama Mama ma wręcz kremową konsystencję – jak dobre, porządne, miękkie cienie do powiek – i to również nie jest dla mnie zaletą, bo jeśli cera jest nieidealnie przypudrowana, plamy i problemy z rozcieraniem mamy zagwarantowane. Na pewno nie nada się dla bardzo jasnych i chłodnych karnacji, na wielu innych kolor wyda się brudny i nieładny. Na mojej dość jasnej cerze wygląda dobrze właściwie tylko latem, a to za mało jak na ten rozsławiony brązujący geniusz.


Na koniec dwa produkty do ust. Niestety, nie do końca dobrze wyszedł swatch pomadko-różu How 'Bout Them Apples w odcieniu Caramel. Robiłam go w dziennym świetle i jest trochę za jasny. Moc Caramel lepiej widać u simply w jej recenzji palety /klik/. Bardzo mi się podoba zarówno kolor, jak i kremowo-pudrowe wykończenie tego produktu, tylko żal za każdym razem odrywa mi kawałek tyłka, kiedy okazuje się, jak bardzo mój śliczny Caramel jest nietrwały. Szkoda, szkoda, szkoda. W roli kremowego różu nie próbowałam.

Ciekawa jest kwestia drugiego mazidła. Warto przypomnieć, że ja nie noszę czerwonych pomadek. Czuję się w nich dziwnie, niekomfortowo, mam wrażenie, że ten kolor kompletnie do mnie nie pasuje. Pomadkę theBalm zniosłam całkiem dzielnie i bardzo się tym zdziwiłam. TheBalm Girls w odcieniu Mia Moore w przyrodzie występuje jako standardowy sztyft. W palecie przymusowo stała się płaskim smarowidełkiem, które wymusza aplikację palcem (lub pędzelkiem). Nigdy nie nakładam pomadek w ten sposób, a tu nie miałam wyjścia. Okazało się, że dzięki takiej aplikacji moje usta w czerwieni wyglądają podejrzanie świeżo i... właściwie nie ma się z czego nabijać. No dobrze, możecie się ponaśmiewać z nieidealnej aplikacji, ale jak na rozcieranie palcem, bez użycia konturówki, i tak uważam, że wyszło bardzo przyzwoicie! Aha, trwałość Mii też jest lepsza od marniutkiego Caramela, ale wiadomo: schodzi z ust tak, że da się to zauważyć. Więc uwaga.

Paleta wyborna. Mam nadzieję, że marka theBalm nie przestanie eksperymentować z tego typu limitkami.


48 komentarzy:

  1. Paletka idealna, moje marzenie to mieć jakikolwiek produkt z tej firmy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że mój wpis przyda Ci się przy ewentualnych zakupach :)

      Usuń
  2. Paletka całkiem sprytna :) ja Mary oddałam siostrze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja z kolei chętnie oddam Bahama Mamę :)

      Usuń
  3. tego już chyba nie ma w sprzedaży, nie?

    OdpowiedzUsuń
  4. No brałabym, brała. Najbardziej te róże i bahama mama mnie interesują :)
    Zastanów się, czy nie chcesz się tej Bahamy pełnowymiarowej pozbyć za jakiś normalny piniondz, ja chętnie przejmę, bo interesuje mnie ten bronzer od dawien dawna, ale regularna cena już mniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę Ci wysłać moją Bahamę, ale na pewno jej nie sprzedam, bo leży już pewnie ze 2,5 roku, więc wiesz, pewnie wieczna nie będzie. Poza tym jest poskrobana przez Tomasza – musisz ją doprowadzić do ładu!

      Usuń
    2. Podejmuję się wyzwania!
      Senkju:*

      Usuń
  5. Paletka ma cudne kolory! Zazdroszczę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam nadzieję, że za jakiś czas marka wypuści coś podobnie fajnego!

      Usuń
  6. in the balm of your hand vol. 1 pojawiła się pod koniec roku i liczę na drugą edycję przez tegoroczną gwiazdką. byłoby fajnie :)

    moja paletka została naczelną paletką wyjazdową na wizyty w Polsce. ma dobre gabaryty plus świetny wybór różów - to lubię! w sumie to róże, mary-lou i cienie insane jane i mischievious marissa są odpowiedzialne za moją sympatię do tego produtu. jeśli chodzi o pomadki, nie lubię formy aplikacji,a same mazidła są dość krótkotrwałe, więc sięgam po nie od wieliego dzwonu. bronzer ostatecznie też nie wkradł się w moje łaski, bo wygląda na mnie dobrze tylko nałożony w minimalnej ilości. jeśli zdarzy mi się użyć go na szybko w zbyt dużej ilości, wygląda na mnie dziwnie. ja lubię jaśniejsze i bardziej biszkoptowe bronzery :) cień lead zeppelin to nie mój kolor, nie pasuje do mojej tęczówki, a mam go w palecie balm jovi, więc ten tu zdepotowałam i oddałam przyjaciółce (swoją drogą produkty the balm bardzo łatwo się depotuje z tych kartonowych opakowań), a fiolet wlaściwie służy mi tylko do kresek, bo skubany ciężko się rozciera.

    paleta nie jest bez wad, ale dla różów, rozświetlacza i dwóch cieni było warto znaleźć ją pod choinką :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przepraszam za literówki, pisałam komentarz na szybko, bo już dość późno, a ja muszę wcześnie do pracy wstać ;) nie mogłam jednak odmówić sobie przyjemności lektury Twojego wpisu :*

      Usuń
    2. Racja, te pomadki słabo się trzymają, ale myślę, że matowe longstainy trochę zmieniły nasze podejście do trwałości :D. Też tak mam z Bahamą – jak delikatnie zaaplikuję, to wygląda okej, ale często macham za dużo (o co nietrudno, bo przecież to taka mocno napigmentowana cholera!) i jest... okropnie.

      O właśnie, zapomniałam napisać, że te produkty depotuje się AŻ ZA ŁATWO. Dwa wypadają, bo się po prostu odkleiły :/.

      Jak zawsze, dziękuję za komplement, moja kochana, wierna Czytelniczko <3

      Usuń
  7. Bardzo mi się podobają takie palety, bo nie dość, że można wypróbować produkty danej marki, to jeszcze jest szansa na zużycie ;) Z theBalm mam Mary Lou-Manizer. To był mój pierwszy rozświetlacz, po który pojechałam na drugi koniec miasta, a potem się bałam otworzyć, bo to był najdroższy produkt w mojej kosmetyczce w tamych czasach. Abstrahując od moich wspomnień, to naprawdę rewelacyjny kosmetyk! Ma piękny kolor, niesamowitą pigmentację, trwałość i cudowne wykończenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam takie historie o kosmetycznych skarbach! :)

      Usuń
  8. Przepiękna paleta! Mam Mary - Lou, z którą jakoś nie mogę się dogadać oraz paletkę Nude Tude, którą kocham :) Cienie the Balm ma obłędne, zresztą w ogóle produkty prasowane ma świetne i muszę dokupić kilka palet jeszcze bo czuję mega niedosyt teraz po Twoim wpisie haha :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie wiem, że Mary-Lou to nie jest ósmy cud świata. Zanim ją wymacałam, byłam pewna, że wszystkie dotychczas poznane rozświetlacze są dużo słabsze, bo przecież to taki kultowy produkt... a jednak nie! :)

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. to prawda, ale w podróż też się dobrze nada :)

      Usuń
  10. Fajna paletka. Skondensowana zawartość :-) można popróbować prawie wszystkich hiciorów tej marki :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetna jest ta paletka :) Dzięki Tobie mam Mary <3 :* No i mam jeszcze Bahame Mame, ale myśle, ze taka paletka lepsza niż kupowanie wszystkiego osobno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, no tak, zapomniałam, że to Ty ją sobie wybrałaś :))
      Tak mnie korciło wtedy, żeby pomacać :P

      Usuń
  12. ta paleta jest niesamowita, jest tu dosłownie wszystko. same kultowe róże , bronzer, produkty do ust i cienie! Super.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy ją dostałam i tak bardzo zmartwiłam, jak się okazało, że jest limitowana.

      Usuń
  13. Ja planuję kupić tę nową paletę 5 róży, którą wypuścili *_*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zamiast niej kupiłam Zoevę. Muszę zrobić fotki i wreszcie się zabiorę za najprzyjemniejszą część programu :D

      Usuń
  14. No to nie kupię już Bahama Mama, a Mary-Lou miałam, ale puściłam w świat. Jakoś te miliony świecących drobinek mi nie odpowiadały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, na Twojej jasnej cerze Bahama Mama nie będzie dobrze wyglądać. Ja nie widzę w Mary-Lou tych drobinek :O. No chyba że po prostu Ty najbardziej kochasz rozświetlacze, które są totalnie dyskretne. Mam taki jeden z ArtDeco, polecony kiedyś przez Hexxanę (już chyba nie do kupienia) i czasem jak go nakładam, to muszę kilka razy obracać twarz w lusterku, bo się zastanawiam, gdzie się podziało moje rozświetlenie ;)

      Usuń
  15. genialne rozwiązanie dla chcących wypróbować bestsellery marki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda, tylko dlaczego limitowane? :(

      Usuń
  16. Brązer Bahama Mama i rozświetlacz Mary Lou znam. Pierwszego kosmetyku pozbyłam się, ponieważ wymagał ,,lekkiej ręki" i trzeba się było wykazać nieco większą cierpliwością, by uzyskać zadowalający efekt - w przeciwnym wypadku plamy gwarantowane. Kiedy trafiłam na brązer z bareMinerals, który ma miękką teksturę i świetną formułę, nie mam już problemów z rozcieraniem, poradzi sobie z nim dowolny pędzel;). Mary Lou mam, podoba mi się efekt, ale po zużyciu poszukam czegoś, co wyczaruje mi idealną taflę:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze to ujęłaś: lekka ręka – do Bahamy Mamy absolutnie niezbędna! Jak się przesiadłam po kilku tygodniach z delikatnymi pudrami do konturowania z Kobo na Bahamę, to sobie zafundowałam tak okropne plamy, że się zastanawiałam, gdzie wcięło moje wszystkie umiejętności do wykonywania na sobie makijażu :D. O nie, nie słucham już o kolejnych cudach do konturowania, nie nie nie nie nie! :P

      Usuń
  17. Bardzo przyjemna paletka :) Kosmetyki TheBalm bardzo mnie kuszą, chętnie kupię jakąś paletkę, gdy zużyję obecnie używane mazidła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno warto wypróbować właśnie theBalmowe kosmetyki pudrowe, czyli cienie, róże, rozświetlacze. Wszystkie mają mocną pigmentację i zdecydowanie są warte uwagi!

      Usuń
  18. Bardzo żałuję, że nie było takiej palety, gdy byłam na początku swojej drogi z TheBalm - może oszczędziłabym sobie rozczarowań. A tak Mary leży i się kurzy, a Bahamę wcisnęłam mamie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czemu Mary-Lou tak Ci nie podeszła? Moja Bahama ostatecznie leci do Magdy na wakacjach. Nie będę się dłużej oszukiwać, że jeszcze będzie z tego miłość, chmurki i gwiazdeczki :D

      Usuń
  19. Fantastycznie Ci w tej czerwieni, noś noś!
    Co do bronzera - to był mój pierwszy tego typu kosmetyk i na początku naszej przygody rzeczywiście wydawał się idealny. Później przyszedł Taupe od NYXa, pudry do konturowania z Inglota i Mamuśka trafiła gdzieś na dno szuflady na długo. Niedawno próbowałam odświeżyć tę znajomość, ale z zupełnie innym punktem odniesienia czułam się jak z cegłą na twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cooooś Ty :-O. Ja i czerwień? Przecież jak to? Ty to świetnie wyglądasz w takich mocnych kolorach, ale masz zupełnie genialną urodę do takich tematów. A ja? No nie wiem, nie wiem (ale wiedz, że zasiałaś w głowie to ziarenko :P).

      I Twoja historia z bronzerami jest również moją historią. Moja Bahama też była w miarę na początku, potem pojawiło się na rynku mnóstwo fajnych burasów i jak wróciłam po miesiącach (latach?) do theBalm, miałam identyczne odczucia jak Ty. No, może nie nazwałabym tego cegłą, ale czymś zupełnie nieidealnym na pewno.

      Usuń
    2. Bo cegłą to to nie jest, ale ja się czułam jak z takową :D Mam na celowniku człowieka na którym BM będzie się lepiej prezentowała, jeszcze tylko muszę dojrzeć do rozstania. Wspominać będę jednak dobrze, czułam się wtedy jak ktoś kto przypadkiem odnalazł własne kości policzkowe.

      We, we mnie nie łechtaj :P Chwilowo nie bawię się w królewny śmieszki bo po hennie mi włosy porudziały (ciepłe tony BRRRRRRRRRRRRRRRRR) i dopóki nie ogarnę tej strasznej sytuacji nie maluję ust wcale, bo mam wrażenie że mi żadna śminka nie pasuje. O.

      Usuń
  20. Pomysł sam w sobie świetny ale mnie ta firma nie kusi jakoś jak widze kartonowe palety to nie mam ochoty ich mieć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te kartony są właśnie ekstra! I jeszcze zamykane na magnes <3

      Usuń
  21. Ech, teraz żałuję że zamiast jednej takiej palety, kupowałam kilka tańszych (bo jak to tak, wydać tyle piniondza na jedną paletę, 3 po 40 zł to coś zupełnie innego :D ). A takie palety to dla mnie idealne rozwiązanie - przecież całego opakowania Mary Lou nie zużyłabym do śmierci ;)
    Mary Lou strasznie długo za mną chodziła, testowałam kolejne tańsze odpowiedniki (MUR - koszmar, jak nie żółte to różowe, Wibo, Lovely - oba trochę zbyt brokatowe), aż trafiłam na MySecret, który do mojej karnacji pasuje nawet lepiej niż oryginał (z którego na mojej cerze wyłazi żółć).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiemy dobrze, że czasem potrzebne jest wydanie 3x40 złotych zamiast jednorazowego puszczenia 120 :D.

      Lovely też mam (oba odcienie) i rzeczywiście dużo w nim brokatu, byłam zaskoczona i nie mogłam zrozumieć, skąd aż tyle zachwytów wokół. Ładne odcienie, ale do tafli daleko – na środek czoła czy brodę już bym sobie tego nie zapodała :)

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger