04.10.2016

Projekt denko, odc. 42

Mam wrażenie, że poprzednie kosmetyczne śmieci opisywałam w zeszłym tygodniu. Czy to możliwe, żeby czas leciał tak szybko? 


No cóż, skoro czas przyspieszył, to znaczy, że szybciej przyjdzie wiosna. Czekam z utęsknieniem. Na razie wywleczmy śmieci ze śmieciowego worka i wspólnie napawajmy się ich widokiem. W dzisiejszym odcinku możemy podziwiać ostatnie tchnienia tych oto dam i kawalerów:



Eucerin – pH5 – olejek pod prysznic dla suchej skóry – jeśli chodzi o działanie, zupełnie nie widzę różnicy między Eucerinem a moim odrażająco drogim ulubieńcem z L'Occitane. Ale, w odróżnieniu od migdałowego L'Occitane, ten ma mało przyjemny zapach (podobny do żółtego olejku Nivea, tylko gorszy), więc niechętnie po niego sięgałam. Gdzieś przeczytałam, że to aromat starej opony rowerowej. Hm, dawno nie wąchałam, ale pamięć zapachowa podpowiada mi, że coś w tym jest! Ostatecznie skończył jako doszorowywacz pędzli (głównie po podkładach), a i tak wywalam niecałkowicie zużyty, bo stał i stał, i w końcu nawet pędzle strach było w nim maczać. Nie planuję powrotu, cena też nie zachęca (kilkadziesiąt PLN). 

Organique – Creamy Whip, Lavender & Lemon – płyn do mycia naczyń, pasta do podłogi... taki jest miks zapachów, jakie przywodzi mi na myśl ta wersja pianki myjącej Organique. Tak w ogóle to ja te pianki uwielbiam i każda inna wersja mniej lub bardziej mnie zachwyca. Niestety, tutaj z zapachem coś nie wyszło i bardzo odstaje od kolorowej, aromatycznej reszty. Do pianek wracam regularnie, ale Lavender & Lemon będę omijać. 

Rituals – The Ritual Of Dao – pianka pod prysznic (miniatura) – gdzieś tam powoli i leniwie powstaje post zbiorczy na temat moich ritualsowych doświadczeń, dlatego napiszę tylko tyle, że The Ritual Of Dao to udany, raczej męski aromat i żałuję, że nie kupiłam pełnowymiarowego opakowania (wersja mini kończy się, zanim zdążycie policzyć do stu i ogolić nogi pod prysznicem). 


Garnier – Płyn micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – z powodzeniem zastąpił moją ulubioną różową Biodermę H2O, bo zmywa równie skutecznie, a nie jest gorzki. Już myślałam, że będzie mi towarzyszył przez kolejne długie lata, ale dałam się namówić na płyn micelarny Mixy i... jestem zachwycona! Za wcześnie na wiążące wyznania, ale na razie wiele wskazuje na to, że Mixa jest od Garniera lepsza. W razie czego kasa i tak się zgadza, bo zarówno Garnier, jak i Mixa należą do koncernu L'Oréal (podobnie jak Maybelline, Essie, Vichy, La Roche-Posay, Lancome, Giorgio Armani, YSL, Biotherm, Helena Rubinstein i kilka innych, znanych Wam marek... Wiedziały? Nie? Też się kiedyś zdziwiłam!). 

Tołpa – Dermo Face / Strefa T – matujący płyn micelarny-tonik 2w1 do mycia twarzy – pisałam o nim ostatnio, więc nie będę się powtarzać. Płyn pozytywnie mnie zaskoczył, choć i tak wolę rozdzielać dwa kroki pielęgnacji. 

Daiso – Sake Milky Lotion – różne dziwne wynalazki, jakie moja przyjaciółka Marta przywiozła mi z Japonii, pokazywałam Wam tu: klik. Oprócz dziwolągów miałam okazję poznać kilka kosmetyków  pielęgnacyjnych i makijażowych, w tym Sake Milky Lotion. Mleczko ładnie pachniało i miało fajną konsystencję, ale od razu mnie po nim wysypało, więc dałam sobie spokój. Ach, i mimo nazwy, w składzie ani śladu sake. Wywalam prawie pełną butelkę – znalazłam ją wreszcie w najgłębszym zakątku mojej łazienkowej szafki.


Caudalie – Eau de Raisin – do skorzystania z wyjątkowych właściwości wody winogronowej namówiła mnie Magda na wakacjach. Na początku byłam raczej sceptycznie nastawiona, bo wody termalne totalnie nie robią na mnie wrażenia, ale ta z winogron... ojej, to naprawdę inna para kaloszy!  Zachęcam do przeczytania recenzji – tam wszystko jest ładnie wytłumaczone. 

La Roche-Posay – woda termalna – no tak, a tu właśnie mamy do czynienia ze zwyczajną wodą termalną, którą – w przeciwieństwie do nietermalnej wody Caudalie – należy zetrzeć z twarzy zaraz po opryskaniu (bo inaczej podobno wysusza zamiast nawilżać). Dla mnie to po prostu zwykła woda, nie widzę tu żadnego kosmetyku. I to dotyczy wód termalnych ogółem – wśród nich wyróżnia się jedynie Uriage (której nie trzeba zmywać). LRP zużywałam miesiącami, w bólach, głównie do opryskiwania zbyt szybko zastygających maseczek. 

Yves Rocher – Serum Vegetal – krem na dzień – pachniał pudrowo i staroświecko, nie był szczególnie lekki i niczym się nie wyróżniał. Ostatecznie zużyłam do szyi. Chyba już nie występuje w przyrodzie.


A tu fragment odysei o sparciałych stopach.

Flos-Lek – Dr Stopa – Sól imbirowa relaksująca – sól zmiękczała i pozwalała skuteczniej pozbywać się zgrubień (za pomocą tarki) i na chwilę odetchnąć od widoku suchych paluchów i pięt. Pachniała imbirem, wydajna. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale od kiedy się skończyła, zaczęłam myśleć o nabyciu wersji cynamonowej. A więc jednak coś!

Epilfeet – Natural Silky Feet – skarpety złuszczające... znowu dałam się namówić. Tym razem Kindze (simply_a_woman), która przekonywała, że gdzieś tam, głęboko pod warstwą grubego, beznadziejnie twardego i wysuszonego naskórka kryje się ona, upragniona, wymarzona... mięciusia skóra zadbanych stópek. Kupiłam Epilfeet, bo miałam te skarpety od dwóch lat na wishliście i jeszcze się nie złożyło. No to użyłam. Stopy zaczęły się złuszczać po ponad tygodniu i... złuszczają się do dziś. Mimo kremów, tarek, namaczania. Procedura rozpoczęła się ponad dwa tygodnie temu. No nie mogę z tymi skarpetami, mimo że tak bardzo bym chciała. Na razie najlepsze okazały się skarpety Purederm, ale do ideału sporo brakuje. O innym, bardzo nieudanym eksperymencie, pisałam tu: klik. Podejrzewam, że tym razem skończy się tak samo. Czas potulnie powrócić do serum Podopharmu.  

Yves Rocher – Beaute des Pieds – lawendowy balsam do stóp – bardzo lubię ten krem za lekkość, zapach i uczucie świeżości po aplikacji. Lawenda w tym ujęciu jest piękna i niemęcząca. Niedawno odkryłam serum Podopharm i to ono zajęło pierwsze miejsce na podium, ale lawendowy YR też ma prawo stanąć na pudle. 


Donegal – Zmywacz do paznokci w żelu o zapachu mango – wiem, że ma wiele zwolenniczek, ale ja go nie polubiłam. Ani świetnie nie zmywał, ani nie przekonywała mnie konsystencja galaretki. Coś poszło nie tak. Wyrzucam pozostałą resztkę, bo stała długo i mango zgniło. 

Delia – Sponge Nail Polish Remover – a to akurat bardzo skuteczny zmywacz bez acetonu. Z pewnością zostałby moim ulubieńcem, gdyby był łaskaw mieć gąbkę, która nie łuszczy się po trzech użyciach. 

Eveline – 3w1 60-sekundowy wysuszacz, utwardzacz, nabłyszczacz – pomaga wysychać lakierom, ładnie nabłyszcza, ale i tak jest do bani, więc leci do kosza prawie w całości. Do bani, a nawet do bąbla – no właśnie, tworzy bąbelki na absolutnie każdym lakierze, niezależnie od ceny, gęstości i jakości. Już mu mówiłam, że to do dupy i żeby tego nie robił, a on twierdzi, że bąble są ekstra i... bąbluje dalej. Niech sobie robi bąble na skórce od banana, pustym kubku po jogurcie i starym, przepoconym kapciu. Miłego urlopu na wysypisku, Eveline!

Z lakierów w tym miesiącu do kosza lecą: żółta Delia Coral Prosilk (myślałam, że czasem fajnie mieć żółte paznokcie, ale przez trzy lata nie miałam żółtych ani razu, więc to chyba mniej fajnie, niż zakładałam); czerwony brokat do zdobień Delia Decoration Art (świetny, trwały, z wygodnym, wąskim – jak do linera – pędzelkiem, kosztował grosze) i bardzo ładny, seledynowy lakier Hean, który miał wyjątkowo nędzne krycie, więc użyłam go raz i leżał w pudle zapomniany. 


Na ostatniej rodzinnej fotografii widzimy zagubioną miniaturę kremu Palmer's, który działał dobrze, ale w teoretycznie pięknym zapachu wyczuwałam wyraźną, nieprzyjemną nutę. Raczej nie kupię pełnego wymiaru, bo składy Palmer's są mocno takie sobie. Żegnam też moich dwóch ulubieńców: żel do utrwalania brwi Eyebrow Filler z Catrice /recenzja/ i absolutli fabjulus, więc oczywiste, że od dawna niedostępny, róż Astor Pure Color Perfect Blush w odcieniu Golden Sand. To idealny, słoneczny, subtelny róż, który kocham i nie mogę wybaczyć Astorowi, że już go nie widuję w szafach. Zostały mi dwie ostatnie (na świecie?) sztuki – jedną już otworzyłam, a drugą wysłałam wakacyjnej Magdzie, która również docenia jego walory. Zużyjemy i będziemy wspominać z łezką w oku i glutem w nosie.

Próbka bazy pod cienie Urban Decay Eyeshadow Primer Potion nie zrobiła na mnie wrażenia. Cienie nieporównywalnie lepiej trzymają się u mnie na bazie Lime Crime, więc jeśli już będę inwestować w coś z wyższej od Heana czy Artdeco półki, z pewnością wybiorę Lime Crime (który – przy okazji mówiąc – jest nieprzyzwoicie, do znudzenia wydajny). O Lip Bullecie z Topshop litościwie nic więcej nie powiem (wszystko było tu: klik), a miniatura tuszu do rzęs False Lashes Extreme Black podpowiedziała mi, że MAC zna się na różnych kosmetycznych trikach, ale akurat o efekcie sztucznych rzęs i prawdziwym pogrubianiu nie ma najmniejszego pojęcia. Ten tusz w wersji mini dawał na moich rzęsach ładny, naturalny efekt. Ładnie je rozczesywał, był trwały. Ale żeby pogrubiał? Nic nie widziałam, nic nie słyszałam i nic nie powiem.

Tyle na dziś.

A teraz trzymajcie kciuki za Tomasza, bo właśnie przechodzi krup (tak, tę XIX-wieczną chorobę zapalną krtani, znaną z Ani z Zielonego Wzgórza) i ostatniej nocy mało się nie udusił. Ciężki to czas dla kurdupląt. Trzymajcie się, przedszkolaki i szkolniaki! Byle do wiosny...


33 komentarze:

  1. ciekawe produkty :) ciągle waham się przed kupnem płynu micelarnego z Garniera, cholera. ;)
    trzymam kciuki za Tomasza!
    pozdrawiam, tysiatestuje.blogspot.de

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. spróbuj Garniera lub Mixę – na pewno będziesz zadowolona!

      Usuń
  2. krup? krup?! jejusiu..... dużo zdrówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękujemy! na szczęście kryzys szybko został zażegnany, a teraz został tylko upierdliwy suchy kaszel :)

      Usuń
  3. Duże i fajnie opisane denko, a tą piankę Organique będę omijać, chociaż pasta do podłogi o tym zapachu może być ciekawa. Skarpet złuszczających boję się używać, jeszcze koty będą polować w nocy na moje piętki, wystarczy że podgryzają palce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może trzeba zasugerować marce Organique, żeby wprowadziła linię lawendowo-cytrynową do sprzątania mieszkań? :D

      a koty po skarpetach kwasowych miałyby bardzo dużo frajdy!

      Usuń
  4. ojej, ojej, mocno trzymam kciuki za Tomka. no co za choróbsko!

    miałam cynamonową sól w flos leku. zdecydowanie warto :) ich sole moje stopy zmiękczają o wiele bardziej niż np. taniutkie sole z biedronki...

    jakby się uprzeć, na kilka użyć jeszcze Ci tego różu zostało :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To kupię sobie cynamonową, postanowione! Teraz nie mam w domu żadnej i jakoś mi dziwnie... w ogóle to dziwne, że nie mam czegoś w zapasach ;).

      Różu nie da się już niestety używać, bo skamieniał na amen, a to, że się pokruszył, jest efektem mojego intensywnego szorowania po nim pędzlem. Mogłabym z niego zrobić róż sypki, ale... przecież mam jeszcze jedno opakowanie ;)

      Usuń
  5. Nienawidzę takich śmierdzących olejków pod prysznic, a niestety trudno trafić na normalnie pachnący:) Ale np mam olejek Biodermy i pachnie normalnie, bez żadnych dziwnych nut:) Jeśli żałujesz, że nie kupiłaś większego Ritualsa to jakby co są one dostępne w sklepie hania.com (a przynajmniej były ponad 2 miesiące temu gdy kupowałam cały zestaw Sakura;)).
    Zdrówka dla Tomasza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie lubię, jak coś pod prysznic śmierdzi – przecież to ma umilać nam czas! (a przynajmniej nie powinno go obrzydzać, skoro na rynku tyle pięknie pachnących produktów). Olejku Biodermy nie znam, ale dobrze, że mówisz, bo się kiedyś zastanawiałam, czy warto.

      Widziałam sklep, o którym mówisz, ale jak tam kiedyś byłam, to były same braki. Moją tonę Ritualsów (właśnie głównie też w zestawach) kupowałam prosto od producenta :)

      Usuń
  6. Mam przyśpieszacz wysychania lakieru od Eveline w formie sprayu i działa,ratuje akurat wtedy kiedy pomaluję paznokcie i muszę iść na siusiu(zawsze tak jest!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a ja byłam przekonana, że takie spraye (obojętnie, jakiej firmy) nigdy nie zadziałają tak dobrze, jak wysuszacze w pędzelku. Dobrze wiedzieć! I tak, oczywiście motyw z sikaniem znam doskonale, ale muszę się pochwalić, że opanowałam do perfekcji technikę zdejmowania i zakładania spodni w taki sposób, żeby jak najmniej naruszyć niewyschnięty manikiur ;)

      Usuń
  7. Brawo! Nieźle! I mój ukochany różowy Garnier <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Odpowiedzi
    1. No, ale trochę wyrzutków niezużytych się w tym miesiącu pojawiło :)

      Usuń
  9. spore tego, a znam tylko micela Garniera :)
    życzę dużo zdrówka dla małego :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Miałam dr stopę i lubiłam a caudalie za mna chodzi i nie moze wychodzić. Do mycia pędzli polecam moje ostatnie odkrycie - czarne mydło. Tzn czarne mydło znam od dawna ale ze tak szybkimi skutecznie myje pędzle to aż sie gęba śmieje na ten widok

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Caudalie najlepiej capnąć w promocji, ja tak zrobiłam. Czarnego mydła już dawno nie było w moim domu, ale mnie jakiś czas temu zdziwiło ogólnie mydło :D (z tych naturalnych). Człowiek kombinuje, czym tu te pędzle doszorować, a tu zwykła kostka daje świetnie radę!

      Usuń
  11. Ładnie Ci poszło. Różowego Garniera nie miałam, ale obecnie stosuję wersję zieloną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielona, zielona... to ta do skóry tłustej? Ona ma chyba coś niefajnego w składzie?

      Usuń
  12. Wodę LRP miałam i wydałam dawno temu, bo nie widziałam sensu tego produktu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie. Też nie widzę sensu, czasem mam wrażenie, że z tymi wodami termalnymi jest jak w „Nowych szatach cesarza” – wszyscy widzą, że król jest nagi, a nikt się nie odważy powiedzieć ;)

      Usuń
  13. Ps. Jak mozna zrobic tak zamazane zdjęcie z napisem ? Chodzi o pierwsze zdj z posta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja używam do obróbki zdjęć programu Fotor, ale możliwe, że jest tylko na Maca.

      Usuń
    2. Fotor Photo Editor kupiłam w AppStorze (nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że była też wersja bezpłatna albo demonstracyjna). A jak Ci się odpali ekran główny, to wybierasz Edit, potem odpalasz wybrane zdjęcie i w zakładkach po prawej stronie masz opcję Focus, a tam są różne przesłony do wyboru i wybierasz F/1.4 albo F/2 i sobie wybierasz, co ma być rozmyte, a co ostre. Ten punkt ostrości też możesz zwiększać lub zmniejszać (większy/mniejszy okrąg). Ogólnie bardzo polecam ten program. Nie potrzeba mi nic więcej do blogowego szczęścia :)

      Usuń
  14. To-masz! *klap klap klap* To-masz! *klap-klap-klap*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przejęłam w postaci przeziębienia. Jeża diabli nie biorą!

      Usuń
  15. Muszę się skusić na sól do stóp Flos-Lek, ale w wersji cynamonowej:).

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger