24.01.2017

Jeśli jesteś na diecie, nie czytaj tego. Biolove – Ciasteczkowy mus do ciała /recenzja/

Gdybym trzy lata temu powiedziała Agacie, która smaruje, wciera i tak dalej, że pokocha pielęgnację opartą na olejach, wyśmiałaby mnie i zapytała, jaki jest sens używania kosmetyków, które są tłuste i długo się wchłaniają, skoro na rynku są skuteczne i szybko wysysane przez skórę kremy i masła do ciała. Tamta Agata miałaby dużo racji, bo do dziś tłusta powłoka na skórze raczej mnie irytuje niż cieszy. Mimo wszystko od półtora roku moja pielęgnacja zdominowana jest przez tłuściochy. Jak do tego doszło?



Jak to często bywa: powoli. Najpierw zmierzyłam się z Mix Masełkiem shea migdałowym od Lawendowej Farmy /recenzja/ i... było ciężko. Skutecznie, ale ciężko. Dużo później kupiłam jeden z pięknie pachnących, obrzydliwie tłustych balsamów Organique z masła shea i zaczęłam go używać. Początki były szokujące: masło wcierało się topornie, zalewało skórę tłuszczem na dziesiątki minut – w porównaniu z łatwymi w obsłudze, przyjacielskimi kosmetykami uwarzonymi w laboratorium to była masakra. Ale na skórę działało wyśmienicie, w dodatku czarowało zapachem. W podobnym czasie dałam szansę suchym olejkom – tu poszło lepiej, bo okazało się, że pięknie pachną, szybko się wchłaniają (mimo że też przecież tłuste) i dużo przyjemniej suną po skórze. Niestety, działanie nawilżające i odżywcze było wyraźnie słabsze, więc olejki do dziś pozostały moimi umilaczami i nie daję im w pielęgnacyjnej hierarchii wysokiej pozycji. Mogę powiedzieć, że polubiłam naturalną pielęgnację opartą na olejowych formułach przede wszystkim dzięki kompozycjom zapachowym, którymi nęcili mnie producenci. Jestem pewna, że gdyby te masła i musy pachniały brzydko lub wcale, ciężko byłoby mnie zmusić do wcierania tłustych mikstur – nawet tych najbardziej odżywczych. Życie składa się z tylu nieprzyjemności i upierdliwych obowiązków... Nie byłabym w stanie walczyć o zadbaną skórę za pomocą cuchnących, trudnych do rozprowadzenia paciek. Naturalna pielęgnacja brzmi całkiem sexy, ale umówmy się: są pewne granice.


Kosmetyki Biolove odkryłam w Kontigo nieco ponad rok temu – w momencie, gdy nie miałam w swojej aktualnej pielęgnacji żadnego mocno nawilżającego kosmetyku z drogeryjnej półki, a masła Organique wciąż pozostawały w mojej pamięci jako te, które świetnie działają, ale rozprowadzają się koślawo. Biolove zaczarowało mnie etykietami, zapachami i... obiecującymi formułami. Tłuste musy? Naturalne pianki? I to wszystko pięknie opakowane i podane? Wchodzę w to! I weszłam. Wchodzenie było na bogato: od razu kupiłam dwa musy i jedno masło. Ledwo wyrobiłam się ze zużyciem w terminie. 

Do wersji ciasteczkowej producent zachęca tymi słowy:
„Lekki mus do ciała wzbogacony naturalnymi olejkami i ekstraktem z kakaowca intensywnie nawilża, ujędrnia i wyrównuje kolor skóry. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów, alergenów”. 
O wyrównywaniu kolorytu nic Wam nie powiem, bo nie używałam musu regularnie, ale intensywne nawilżanie to coś, dla czego warto poświęcić swój komfort bycia nietłustym.

Musy różnią się kompozycjami olejowymi. Wersja mango /tu recenzja/ bazuje na shea i oleju macadamia. Body Mousse Cookie powstał na bazie shea i oleju z pestek winogron. Poza tym mamy jeszcze: olej słonecznikowy, arganowy, glicerynę, wosk z liści wilczomleczu (który często dodawany jest do pomadek) i wspomniany wcześniej ekstrakt z ziaren kakaowca. Dzięki temu, że w składzie brakuje bardzo tłustego oleju z orzechów macadamia, ciasteczkowy tłuścioch wydaje się mniej tłusty od mango kolegi. No i szybciej się wchłania. Nie zmienia to faktu, że posmarowanie się nim to wciąż doznanie porównywalne z wtarciem w siebie solidnej porcji oleju do smażenia. Naturalna pielęgnacjo, jesteś bezlitosna.


Ciasteczkowy zapach jest niesamowicie prawdziwy! Naprawdę mam wrażenie, że nacieram się musem ze zmielonych ciastek widocznych na etykiecie. Kompozycja pachnie równie naturalnie co żele pod prysznic greckiej marki Bodyfarm. Najdłużej na skórze zostaje nuta wanilinowa (nie mylić z waniliową) – jeśli posmarujemy się rano, będzie nam towarzyszyć przez większość dnia. Wielbiciele masochistycznej pielęgnacji opartej na zapachach deserowych będą zachwyceni, ale z pewnością nie jest to aromat dla wszystkich.

Konsystencja nie różni się od tej, którą poznałam w wersji mango. To puszysta pianka, która w trakcie rozsmarowywania zamienia się w pielęgnujący olejek. Body Mousse Cookie absolutnie zjawiskowo nawilża moją skórę. Pod koniec opakowania odkryłam coś jeszcze: jeżeli posmaruję musem nogi o poranku, a potem wciągnę na tyłek grube rajstopy, zafunduję nogom cały dzień z odżywczym kompresem. Po zdjęciu rajstop wieczorem skóra jest niesamowicie gładka i tak nawilżona, że nie sposób przestać głaskać się po własnych salcesonach. Potwierdza to mój mąż, który któregoś wieczoru naprawdę mocno się zdziwił :).

Mus zużyłam w drugim tygodniu stycznia. Mimo że był dwa tygodnie po terminie, nie działo się z nim nic złego. Oczywiście nie polecam tego rozwiązania, ale warto wiedzieć, że spokojnie może być wykorzystany do ostatnich dni ważności i do tego czasu nie zmieni konsystencji, zapachu i właściwości. Wydajność też oceniam wysoko.


Ciekawostka nr 1: wszystkie kosmetyki Biolove, których używałam lub wciąż używam, pochodzą z okresu, gdy marka była na rynku świeżynką. Na etykietach moich kosmetyków widnieje wielki napis: „100% natural”, który obecnie zamieniono po prostu na „natural”.

Ciekawostka nr 2: producentem Biolove jest właściciel marki Nacomi. W ofercie Nacomi znajdziecie odpowiedniki produktów Biolove z niemal identycznymi składami. Odpowiednikiem ciasteczkowego musu jest to: klik. Dlatego jeżeli nie macie dostępu do Kontigo, a tym samym do kosmetyków Biolove, wiedzcie, że tak naprawdę macie do nich... prawie 100-procentowy dostęp. O tym, jak bardzo kosmetyki Biolove i Nacomi mogą być do siebie podobne, pisałam w analizie porównawczej tu: klik.

To jak, komu tłuste ciasteczko?

Pojemność: 150 ml
Cena: 25 zł
Ocena: 5+/6
Dostępność: drogerie Kontigo

24 komentarze:

  1. W takim razie chętnie spróbuję Nacomi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Nacomi. Bardzo kocham. I chyba sobie kupię właśnie mus ciasteczkowy, będzie się idealnie komponował z moim kombinezonem z kapturem do spania i kocykiem w hello kitty. I tą cholerną zimą. ;_;

    OdpowiedzUsuń
  3. Aktualnie kończę opakowanie tego musu i jestem uzależniona od zapachu. Za masłem shea nie szaleję, w moim przypadku nie zawsze się ono sprawdza tak, jak powinno. Natomiast nakładam ten mus na wilgotną skórę i rozkoszuję się absolutnie rewelacyjnym aromatem podczas masażu :))
    Moja sucha skóra jest zadowolona. Może nie na tyle, by używać go ciągle, ale od czasu do czasu, jak najbardziej. Mam kilka innych rzeczy z Biolove i zobaczymy, czy także mnie zachwycą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, jakoś nie kojarzyłam, że lubisz takie żarciowe klimaty w kosmetykach :). Masaż z tym musem to też ciekawy pomysł. Z Biolove używam teraz balsamu do ust, ale u mnie wypadł tylko przeciętnie, za to zapach panna cotty... o mamusiu, to jakiś odlot!

      Usuń
    2. Hihihi od zawsze uwielbiam kategorię gourmand w kosmetykach z perfumami na czele.

      Usuń
  4. zapach zdecydowanie dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też nie przepadam za tłuściochami, no ale co zrobić, skoro tak dobrze działają :DDDD
    Jak mus to mus :DDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, no właśnie :D Mus używania musu... :)

      Usuń
  6. Ja ci polecam purite masło afterparty sun składy znakomite a zapach jeden z najpiękniejszych autentycznie chodziłam i wąchałam do łazienki przy każdej okazji. Przy czym zapach nie jest sg mnie sztuczny taki maślany ciężki do opisania. Nawilżenie na bardzo wysokim poziomie jedynie cenowo dość drogie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze słyszę :-O
      Ale to marka Purite?

      Usuń
    2. Tak w moim ostatnim denku nawet sie znalazło :)

      Usuń
  7. Oj jak ja nie lubię takich tłuściochów, ale chyba jeszcze nie trafiłam na ten właściwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się przekonywałam stopniowo, choć nie ukrywam, że wciąż wolałabym, żeby te kosmetyki miały tak dobre działanie bez efektu tłustej skóry przez pół dnia.

      Usuń
  8. Zdecydowanie łatwiejszy dostęp mam do Nacomi więc fajnie wiedzieć,że to w zasadzie to samo:) Kiedyś nawet przymierzałam się do tych musów ale myslałam że będą za lekkie- tak mnie ten mus zmylił. A tu proszę, konkretne nawilżenie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się mus kojarzy z leciutką mgiełką. Z drugiej strony, taki czekoladowy do jedzenia też jest... tłusty :D

      Usuń
  9. Oglądałam ostatnio ofertę Biolove w Kontigo i obiecałam sobie, że jak mi się skończą zapasy to sobie coś zakupię i przetestuję. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja poproszę to ciasteczkowe cudo :) Nacomi uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo interesujące jest to co piszesz zwłaszcza o marce Biolove, do której dostępu nie mam ;)
    Masz świetne podejście do siebie i swojego ciała - tak trzymać ;)
    pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger