26.02.2017

Czym pachnę? – moja chaotyczna kolekcja perfum /faza przemian/

Nie umiem tworzyć blogowych poematów na temat zapachu. Podczas gdy dziewczęta piszą o aromacie porannej mgły otulającej las sosnowy wczesną wiosną, ja porównuję zapach jakiegoś kosmetyku do zjełczałego tłuszczu lub (w tym optymistycznym wariancie) stwierdzam, że coś pachnie przyjemnie, świeżo, jakoś tam. Kiedy więc podejmuję się opisania mojej (nie)kolekcji perfum, czuję, jakbym znowu stanęła w glanach, bojówkach i wyciągniętym czarnym swetrze obok koleżanek z klasy, które na przerwach poprawiały makijaż, cycki w push-upie i podciągały stringi na tyłek tak wysoko, że naprawdę ciężko było oderwać wzrok od wspomnianego tyłka. To nic, spróbuję i tak. Choćby na pamiątkę.


Lata temu, jako istota zdecydowanie młoda (dziś to już dyskusyjne ;)), nosiłam wyłącznie owocowe, lekkie i świeże zapachy. Wszystko kręciło się wokół zielonej herbaty, cytrusów, ewentualnie konwalii. Współcześnie wybieram słodsze, kwiatowe nuty zapachowe. Dużo w moich perfumach białych kwiatów (jaśmin, magnolia, lilia), ale jest też miejsce dla piżma, drzewa sandałowego, a nawet słodkich, karmelowo-waniliowych nut. Lubię połączenia białych kwiatów z owocami cytrusowymi, lubię też mocniejsze, wieczorowe, bardziej otulające akcenty. Od kilku lat szukam swojego jedynego zapachu, bo poprzednie Te Jedyne wycofano. Jest za to jeden flakon, który towarzyszy mi od ponad 10 lat i zawsze mam go w pobliżu.

Nazywanie zbioru tych butelek kolekcją jest właściwie semantycznym nadużyciem. Kolekcja kojarzy mi się z czymś przemyślanym, a mój zbiór wydarzył się przypadkiem. Butelki trafiały do mnie jako prezenty, promocje życia, miniatury do zakupów, chwilowe kaprysy... Zdecydowanie za mało wśród nich tego, co najważniejsze: moich świadomych wyborów. Coraz częściej mam ochotę porozdawać większość buteleczek i... zacząć od nowa. Tym razem z sensem i po mojemu. Hm, właściwie ten proces już się rozpoczął!


Elizabeth Arden – 5th Avenue – choć nie brzmi to modnie, ciekawie ani wyjątkowo, wszystko wskazuje na to, że zapachem mojego życia jest prosta, popularna i tania (!) Elizabeth Arden w odsłonie 5th Avenue. Piąta Aleja powstała w 1996 roku, ja zaczęłam ją nosić w 2005 i tak zostało do dziś – nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej zabraknąć w moich zbiorach. Ten zapach nigdy mi się nie nudzi. Jest kwiatowo-mydlany, trochę słodki, a jednocześnie lekki i elegancki. I bardzo trwały! Kiedy zaczynałam go nosić, nie pasował mi na co dzień (wtedy wciąż bliżej było mi do zielonej herbaty), a teraz? Uwielbiam tak bardzo, że pasuje do wszystkiego! W jego towarzystwie spędziłam wiele niezapomnianych chwil w życiu, co sprawia, że mam do niego jeszcze większą słabość.

Nuty głowy: magnolia, kwiat lipy, mandarynka, bez, konwalia i bergamotka; nuty serca: gałka muszkatołowa, goździk (roślina), tuberoza, fiołek, brzoskwinia, jaśmin, ylang-ylang i róża bułgarska; nuty bazy: goździk (przyprawa), irys, ambra, drzewo sandałowe, wanilia i piżmo.


Michael Kors – Island – ten zapach poznałam około 2008 roku. Odchodziłam właśnie z redakcji „Gali” i koleżanki na pożegnanie podarowały mi flaszkę Korsa, która wystąpiła w kolumnie urodowej w najświeższym numerze naszego czasopisma. Dział beauty mieścił się w niedużym pokoju, który w całości, od podłogi do sufitu, zastawiony był pudłami pełnymi kosmetyków. Kiedy pierwszy raz odwiedziłam to miejsce, byłam w szoku, że redaktorki sekcji kosmetycznej dostają AŻ TYLE, hmmm... materiałów. Z perspektywy blogerki zakupoholiczki (na odwyku!) ten obraz kosmetycznego nadmiaru nie wydaje mi się już tak bardzo szokujący ;). Zapach Island to cały mój szczęśliwy związek. O ile wspomnienia związane z 5th Avenue grzebią głębiej w przeszłości, o tyle Island jest tylko nasz. Idealny na co dzień, lekki, a jednocześnie elegancki, naprawdę ciekawy, niepodobny do czegokolwiek, co wąchałam wcześniej, a jednocześnie nieagresywny, jak to często bywa z nietypowymi kompozycjami. Spośród nut wymienionych przez producenta najbardziej czuję te kwiatowe i drzewne, ale właśnie w lekkim, wodnym ujęciu. Mogłabym długo zachwalać Island i zachęcać Was do wypróbowania, ale – jak to bywa z wszystkim, co dla mnie kosmetycznie ukochane – pewnego dnia po prostu zniknął ze sklepów. Nie zdążyłam zrobić zapasów i oszczędzam ostatnią ocalałą butelkę, choć wiem, że to tylko odraczanie tego, co nieuniknione i że z miesiąca na miesiąc zapach coraz mniej będzie przypominać piękny oryginał.

Nuty głowy: kiwi, tony wodne; nuty serca: tulipan, wiciokrzew, imbir, lilia i róża bułgarska; nuty bazy: drzewo sandałowe, drewno z dna oceanu, kora brzozy, akord pola ryżowego, jaśmin.


Giorgio Armani – Acqua di Gioia Essenza EdP – a to zauroczenie wyniesione prosto z Sephory latem 2015 roku. Zrozpaczona po wycofaniu ukochanego zapachu Korsa, szukałam w perfumeriach produktu czekolado korsopodobnego. Nie znalazłam, ale za to Acqua di Gioia w tej wersji zwróciła moją uwagę. Z Island mają pewne cechy wspólne: oba zapachy są kwiatowo-wodne (z dominacją białych kwiatów), rześkie i jednocześnie eleganckie. W obu czuję dobrze skomponowany jaśmin, z którym niestety łatwo przesadzić. Moim zdaniem Essenza nie jest bardzo podobna do wersji podstawowej, chociaż czuć, że są z jednej matki. Jest mniej słodka, bardziej rześka, a jednocześnie na tyle mocna i elegancka, że pasuje również do kolacji ze śniadaniem. Szkoda, że to mój kolejny wycofany ulubieniec i właśnie wyprzedają się resztki magazynowe...

Nuty głowy: cytryna amalfi, różowy pieprz i mięta; nuta serca: jaśmin; nuty bazy: cedr virginia, drewno kaszmirowe i cukier.



Czas na reprezentantów marki Yves Rocher, której obecnie w moich zakupach jest już coraz mniej, ale kiedyś... łoooo, działo się! Rodzina zapachowa YR jest liczniejsza – pozostałych członków znajdziecie niżej, wśród innych miniatur.

Yves Rocher – Quelques Notes d'Amour EdP – orientalno-drzewna kompozycja z 2014 roku, którą mój nos odbiera jako elegancką, pudrową, wieczorową, choć niezbyt skomplikowaną. Ot, mało wyszukany pewniak. Pierwsze skrzypce gra tutaj róża, ale nie ta klasyczna, za którą nie przepadam, tylko damasceńska, a więc orientalna, pudrowo-miodowa, dużo piękniejsza i bardziej wytworna. Zapach jest słodki, ale nie do przesady, przyjemnie otula (znowu wśród składników widzę różowy pieprz, który pojawia się w wielu lubianych przeze mnie perfumach, a ja nie mam pojęcia, jak on pachnie i za jaki miły dla mojego nosa akord odpowiada!). Quelques Notes d'Amour będzie pasował dojrzałym, pewnym siebie kobietom na co dzień, a tym młodszym i/lub mniej nieśmiałym przyda się na wieczór. Ja bardzo go lubię, choć czasem wydaje mi się zbyt poważny jak na niepoważną mnie :).

Nuty głowy: bergamotka i różowy pieprz; nuty serca: róża damasceńska, drzewo gwajakowe i paczula; nuty bazy: cedr, amyris i benzoes.


Yves Rocher – So Elixir Purple EdP – kolejny elegancki zapach dla dojrzałych (w sensie: pewnych swej kobiecości) pań, tyle że ten daleki jest od słodyczy. Lubiłam go nosić jesienią i zimą, czułam się w nim tak wytwornie i kobieco, ale z dnia na dzień przestałam, bo gdy był jego czas, nasz syn zachorował i So Elixir Purple już zawsze będzie mi się kojarzył z Centrum Zdrowia Dziecka, ogromnym strachem i ekstremalnym stresem. Mimo całej sympatii dla tego zapachu wiem, że już nigdy do niego nie wrócę. Niedawno wyrzuciłam ten flakon, bo przy okazji przeglądu mojej kolekcji zauważyłam, że stracił świeżość. Wcześniej nie odważyłam się oddać go nikomu z moich znajomych, bo bałam się, że kiedyś spotkamy się, poczuję ten zapach i przez cały wspólny czas będę podświadomie wracać myślami do tego, o czym staram się już nie pamiętać. Niemniej jest to bardzo udana kompozycja z wyraźnie wyczuwalną, ale przyjemną dla nosa paczulą, w dodatku na mojej skórze całkiem trwała. Lubię też kadzidlaną bazę. Szkoda, że musieliśmy się rozstać.

Nuta głowy: bergamotka; nuty serca: tuberoza i wetyweria; nuty bazy: fasolka tonka, paczula, benzoes, wanilia, nuty drzewne i kadzidło.


Yves Rocher – So Elixir Bois Sensuel – ten orientalno-kwiatowy zapach, który premierę miał w 2015 roku, trafił do mnie kilka miesięcy temu drogą internetową jako gratis do zakupów, ale zanim to się stało, sprawdziłam go w sklepie stacjonarnym. Musiałam mieć pewność, że nie pachnie zbyt podobnie do wersji Purple. Na szczęście wystarczająco się od siebie różnią. Tu też czuć paczulę, ale w wyraźnym duecie z wanilią, która osładza całą kompozycję (podobno jest też irys, ale ja nie umiem go wyłapać, za cienka jestem – na razie!). Mamy więc cierpki Purple i słodziutką, cieplutką, milutką, otulającą wersję Bois Sensuel, która nie jest bardzo złożona, ale nie zawsze potrzebuję głębokich doznań, szczególnie zimą na szaliku. To nigdy nie będzie zapach mojego życia, ale z przyjemnością do niego wracam od czasu do czasu. Nie na upały – intensywny początek i ogólna ciężka, długo utrzymująca się na skórze słodycz może podduszać!


Yves Rocher – Poire Caramel EdT – limitka świąteczna z 2014 roku, którą oszczędzam, jak mogę, bo boję się ją stracić. Karmelizowane gruszki. Ni mniej, ni więcej. Czy można odmówić karmelizowanym gruszkom? Ja nie potrafię!


Yves Rocher – Pomme Delice EdT – kolejna limitka świąteczna, która ukazała się rok później, czyli pod koniec 2015 roku. Udało mi się namierzyć tylko maleńką flaszeczkę i oczywiście żal mi dupę ściska, bo zapach jest równie urzekający co starsza o rok gruszka. Tym razem YR postawiło na jabłko z wanilią. Nie od dziś wiadomo, że oba aromaty komponują się doskonale. Zarówno gruszkę, jak i jabłko trochę dziwnie nosi się na sobie, zamiast w sobie, ale to nic – i tak jestem zachwycona.


Yves Rocher – Noix De Coco de Malaisia EdT – ten zapach niedawno opuścił moje skromne progi i udał się w drogę do 20-latki kochającej wszystko, co kokosowe. Mam nadzieję, że się ze sobą dogadają – ja rozważałam ostatnio zużycie go w roli odświeżacza do WC. Lubię kokosowe nuty, ale tej nie byłam w stanie nosić. Kokos z Malezji od Yves Rocher to jednowymiarowy zapach: mamy kokos i... kokos. Raczej wytrawny, trochę duszący. Wolałabym, żeby został złagodzony wanilią, a jeszcze lepiej waniLINą i przypominał pyszny deser. Niestety. 


Rituals – No. 23 Magnolia & Pink Pepper (miniatura) – no i cóż... znowu czerwony pieprz i białe kwiaty. Obie nuty można znaleźć w moich ulubieńcach z pierwszej trójki, a i Rituals, kupiony całkiem w ciemno przez internet, zauroczył mnie swoim dziewczęcym, rześkim zapachem, mimo że ani trochę nie przypomina moich ulubieńców. Wyczuwam w nim malinowe akcenty – kto wie, może mam rację? Producent opisał nuty zapachowe dość ogólnie: owoce, magnolia, różowy pieprz i piżmo. Być może dla kogoś z Was istotny okaże się fakt, że perfumy zawierają organiczny alkohol, cokolwiek to znaczy. Dla mnie to zapach typowo wiosenny, oczywiście ze względu na lekkość sprawdzi się też w upały.


Calvin Klein – Endless Euphoria (miniatura) – świeży, lekki, radosny, kwiatowo-owocowy zapach z 2014 roku, który bardzo mi się podoba, ale ma kompletnie rozczarowującą trwałość (po godzinie już nic nie czuję, zresztą od początku trzyma się blisko skóry). Typowy młodzieżowy dzienniak, nikomu niewadzący. Ciekawe jest to, że wśród nut serca mamy – całkiem dobrze wyczuwalną – różę, za którą – delikatnie mówiąc – nie przepadam, jeśli jest dominującym akordem w całej kompozycji. Tu na szczęście zgrywa się ze sobą więcej wdzięcznych aromatów: kwiat wiśni, mój ukochany jaśmin, bergamotka, piżmo z drzewem sandałowym... W takim ujęciu róża mnie cieszy, o czym dobrze świadczy fakt, że z Endless Euphorii zostało we flakonie już bardzo niewiele.

Nuty głowy: mandarynka, bergamotka i kwiat wiśni; nuty serca: róża, fiołek i jaśminowiec; nuty bazy: piżmo, bambus i drzewo sandałowe.


The Body Shop – Lychee Blossom EdT – ten zapach był bardzo miłym prezentem od koleżanki z Kanady. Zaskoczył mnie, bo liczi w polskim TBS nigdy nie widziałam. Owocowo-kwiatowa kompozycja jest bardzo wdzięczna, dziewczęca. Prosta, ale ciekawa. To zapach na ciepłe, słoneczne miesiące, zupełnie niewieczorowy. Szkoda, że trwałość nie jest lepsza, ale w końcu to woda toaletowa, a nie perfumowana, więc nie będę się czepiać.

Nuty głowy: gujawa, liczi i mangostan; nuty serca: frezja i magnolia; nuty bazy: piżmo i drzewo sandałowe.


Caudalie – The Des Vignes – kwiatowy zapach z 2011 roku, trochę taki przeciętniak. Zużywam, ale bez przekonania. Raczej dlatego, że chcę już zamknąć temat The Des Vignes. Trwałość wody toaletowej, czyli nic specjalnego, kompozycja niby zawiera mój ukochany jaśmin, ale nie jest on dominujący. Najbardziej wyczuwalne są nuty piżma, czerwonych winogron i zielonej herbaty. No ładne, ale... nie mam wyraźnego powodu, żeby wracać.

Nuty głowy: jaśmin, kwiat afrykańskiej pomarańczy i herbata; nuty serca: imbir, winogrona i neroli; nuty bazy: piżmo, nuty drzewne i miód.


Moschino – Cheap & Chic I Love Love EdT – dostałam wielką butlę Moschino od mamy, całkiem niedawno. Zdziwiłam się, że podarowała mi zapach, który jest tak młodzieńczy i dawno-temu-mój. Mój z kiedyś, bo czuję w nim wyłącznie cytrusy i zieloną herbatę (której nie ma w składzie, jest za to róża herbaciana). Zapach rześki, lekki, głównie dla nastolatek lub na wakacje nad morzem. Nie jestem w stanie nosić go o tej porze roku, ale latem sięgałam po niego wcale nie tak rzadko. Już kiedyś dostałam od mamy tę wodę toaletową. To było z 10 lat temu, kiedy nie byłam gotowa nawet spojrzeć w stronę słodszych, bardziej eleganckich kompozycji. Świat poszedł do przodu, a ja razem z nim. Na szczęście! Bo ile można z tą herbatą i grejpfrutami... Aha, ta wersja Moschino pachnie bardzo podobnie do D&G Light Blue, o czym przekonałam się niedawno, kiedy mój mąż podarował mi Dolce&Gabbanę, bo mu się spodobała. Byłam równie zdziwiona jak w przypadku mamy vs. Moschino :).

Nuty głowy: pomarańcza, grejpfrut, czerwona porzeczka i cytryna; nuty serca: róża herbaciana, sitowie, konwalia, trzcina cukrowa i cynamon; nuty bazy: piżmo, cedr i nuty drzewne.



Calvin Klein – Secret Obsession EdP – zapach z 2008 roku, przybył do mnie w ramach „podaj dalej” i niedawno... podałam go jeszcze dalej. Podejmowałam próby i jednak nie, to nie dla mnie. Nie czuję się w nim sobą, mimo że zawiera kilka nut zapachowych, które bardzo lubię. Otrzymała go koleżanka, która uwielbia Secret Obsession i wiem, że z nią będzie mu dobrze.

Nuty głowy: egzotyczna śliwka, tuberoza, jaśmin, nuty serca: palona ambra, drewno kaszmirowe, nuty bazy: gałka muszkatołowa, wanilia, drewno sandałowe.


Benefit – So Hooked On Carmella – kolejny przypadek „podaj dalej”, którego już nie przekazywałam nikomu, bo jest niesamowity w swej absurdalności. Zapach powstał w 2010 roku i jest już niedostępny. Być może dlatego, że ciężko było znaleźć odbiorców, którzy zakochają się w tak niesamowicie słodkiej i mocnej kompozycji. Zapach w teorii jest orientalno-kwiatowy, ale ja czuję tylko duszącą, karmelowo-waniliową słodycz. Wyraźnie wyczuwalnym kwiatem jest gardenia tahitańska – jeśli znacie ten aromat (bo np. używałyście oleju monoi), wiecie, że jest hardkorowo intensywny. So Hooked On Carmella to coś bardzo ciekawego dla nosa, ale ja wolę poprzestać na wąchaniu nakrętki. Jakiś czas temu postanowiłam zaszaleć i podlałam się nim przed wyjściem z domu. W metrze ludzie się ode mnie odsuwali, jakbym co najmniej przed chwilą opuściła szambiarkę, a i ja nie byłam w stanie znieść tego, co roztaczałam wokół siebie, mimo że aplikowałam Carmellę oszczędnie. Wydaje mi się, że tej kompozycji nie da się nosić. Szkoda, że to właśnie ona jest absolutnie najtrwalszym zapachem, jaki kiedykolwiek do mnie (lub na mnie) trafił.

Nuty głowy: cyklamen, piwonia, kwiaty gardenii tahitańskiej; nuty serca: cytryna, grapefruit, rabarbar; nuty bazy: wanilia, drzewo sandałowe, ambra. 



Uwielbiam miniatury perfum. Maciupkie flakony mnie rozczulają, są też bardzo praktyczne – mogę je nosić w torebce. Gdyby posiadały również maciupkie atomizery, byłoby jeszcze wspanialej, ale nie narzekam – małe flaszeczki mają odpowiednie pojemności do tego, żeby na spokojnie wypróbować dany zapach i zdecydować, czy mamy ochotę kontynuować znajomość.

Roberto Cavalli – Paradise – och, jak mi się podoba początek tego zapachu! Jest świeżakiem na rynku olfaktorycznym: powstał w 2015 roku, ale wcale nie jest taki nowoczesny, bo coś podobnego gdzieś już wąchałam dawno, dawno temu. To absolutnie piękny, wyważony jaśmin, przełamany cytrusami, które są mocno wyczuwalne na początku, ale potem szybko się ulatniają. Najdłużej zostaje przy nas jaśminowo-drzewna nuta, która nie jest już tak bardzo atrakcyjna jak w pierwszych kilku(nastu) minutach, ale wciąż miło się nosi (przynajmniej na mojej skórze – wiadomo, że różnie bywa). Czytałam gdzieś, że przypomina zapach sklepowej alejki z proszkami do prania. Hmmm... coś w tym jest. Ale czyż świat nie oszalał w ostatnich latach na punkcie zapachu świeżego prania? Wystarczy wspomnieć popularność „proszkowych” zapachów Yankee Candle ;). Ponoszę go jeszcze trochę i zdecyduję, czy zainwestować w większą butlę. Jest w tym aromacie coś, co bardzo mnie cieszy.

Nuty głowy: cytrusy, mandarynka i bergamotka; nuta serca: jaśmin; nuty bazy: sosna, cyprys i wawrzyn.


Prada – Candy L'Eau – kompozycja z 2013 roku. Pierwsze, co o niej pomyślałam, to: „ojeeej, jaki słodki, jak karmelek”. Strzał w dziesiątkę! Karmel, razem z benzoesem i białym piżmem, stanowi bazę Candy L'Eau. Kiedyś byłoby dla mnie nie do pomyślenia nosić coś takiego na sobie. U innych takie zapachy mi się podobały, ale ja? Taka słodziutka? Nie pasowało to do moich szerokich spodni i ogólnego grunge'owego wyglądu ;). Dziś chadzam po świecie w rurkach i na obcasie, więc odczuwam dużo większą spójność z zapachami tego typu. Podobno oryginalna Candy (bez L'Eau w nazwie) jest tak słodka, że aż mdląca – dla wielu osób zupełnie nie do zniesienia. Tutaj nic takiego się nie dzieje, bo karmelowa słodycz jest przełamana cytrusową świeżością. W przeciwieństwie do So Elixir Bois Sensuel to słodziak idealny na lato. Bardzo radosny, tylko mało trwały.

Nuta głowy: cytrusy; nuta serca: groszek pachnący; nuty bazy: białe piżmo, benzoes i karmel.


Yves Rocher – Moment de Bonheur EdP – zupełnie nie moje klimaty. Cieszę się, że nigdy nie skusiłam się na zakup pełnego wymiaru w którejś z magicznych promocji sklepu online, bo byłabym srogo zawiedziona. Nie lubię różanych perfum, chyba że róża gra rolę drugoplanową i/lub jest skomponowana z czymś, co cieszy mój nos. Tu wprawdzie pierwsze akordy odgrywają nuty zielone i geranium, ale róża wciąż wygrywa, a zielone, świeżo ścięte pałąki są tylko delikatnie orzeźwiającym dodatkiem. Dla fanek róży to na pewno coś wspaniałego, ale dla mnie... uhhhh, bleeee, nieeeee. To zapach mojej babci (z czasów, gdy jeszcze się perfumowała). Podobny do Chloé EdP.

Nuty głowy: nuty zielone i geranium; nuta serca: róża; nuty bazy: paczula i cedr virginia.


Yves Rocher – Vanille Noire Secret d'Essences EdP – moja mama ma pełnowymiarowe opakowanie i prawie po nie nie sięga, ja mam miniaturę i to samo. To wymagający, mroczny zapach. Wanilia nie jest budyniowa, deserowa, tylko bardziej przypomina tę z laski – wytrawną, pozbawioną syntetycznej słodyczy. To bardzo interesująca kompozycja, ale ja siebie w niej nie lubię. Nie jestem femme fatale, nie potrzebuję mroku i aury tajemnicy. Ale wierzę, że można się w tej yves-rocherowej wanilii zakochać i odnaleźć w niej interesujące rozwinięcie, którego mnie nie chce się szukać.

Nuty zapachowe: cedr virginia, wanilia, mandarynka, mimoza i kwiat pomarańczy.


L'Occitane – Vanille & Narcisse – nutami głowy są tu czarna porzeczka i bergamotka; nutami serca – narcyz i gardenia; nutami bazy – fasolka tonka i wanilia, a ja czuję tylko to ostatnie, w wersji bardzo cierpkiej. Kompletnie nie podoba mi się to, co czuję, dlatego następnym razem będę unikać wyraźnie waniliowych kompozycji, bo ewidentnie mi nie służą.


Jimmy Choo – Jimmy Choo EdP – to jeden z tych zapachów, które zwykle nosi ktoś inny. Zupełnie sobie siebie w nim nie wyobrażałam. Faktycznie wyczuwam gruszkę i toffee, ale to zupełnie inna historia niż ta z Yves Rocher. Gruszka pojawia się zaraz po aplikacji, a potem gdzieś znika i dalej czuć głównie karmel w duecie z paczulą. To nie są typowe damskie perfumy, bardziej uniseksy. Ten zapach raczej nie zostanie ze mną na dłużej, bo jest właśnie taki nie-mój, ale kto wie... może kiedyś?

Nuty głowy: mandarynka, gruszka i nuty zielone; nuta serca: orchidea; nuty bazy: toffee i paczula


Chloé – Eau de Parfum – podobieństwo do Moment de Bonheur spore, ale jednak bez wahania stawiam na Chloé. Niby róża taka sama, niby w podobnym towarzystwie, ale jednak subtelniejsza i całość bardziej mi się podoba. Wciąż: nie dla mnie i nie wrócę, ale rozumiem, że może się podobać, bo jest taka lekka i dziewczęca.

Nuty głowy: piwonia, frezja i liczi; nuty serca: róża, konwalia i magnolia; nuty bazy: ambra i cedr virginia.


Ufff, to tyle. Pisałam ten tekst nieskończenie długo, ale kilka zapachów musiałam ponosić i sobie przypomnieć. Moja dziwaczna, niespójna kolekcja właściwie jest już nieaktualna. Od czasu gdy zrobiłam te zdjęcia (późniejsza jesień), trafiło do mnie kilka nowych zapachów (w tym uroczych miniatur), kilku się pozbyłam, a do tego zaczęłam wreszcie polewać się próbkami z pękającego w szwach próbkowego pudełka. Szukam szczęścia tam, gdzie jeszcze mnie nie było i coraz bardziej wciągam się w rozmaite zapachowe historie. Za jakiś czas na pewno dam Wam znać, co wyszło z moich perfumowych porządków i poszukiwań. Sama jestem ciekawa, jak będzie wyglądała moja nowa zapachowa kolekcja!

63 komentarze:

  1. Wow ile zapachów! Te moschino są bardzo ładne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja je lubię już tylko latem, ale kiedyś... biegałam w takich cały rok! :)

      Usuń
  2. Wow, całkiem sporo kolekcja, naprawdę dużo!
    Zapachy Yves Rocher darzę ogromną sympatią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samo wyszło, w ogóle nie planowałam mieć rozbudowanego zbioru perfum!

      Usuń
  3. Rany boskie ile zapachów :D Tyle to ja chyba miałam przez całe swoje życie, choć podejrzewam, że nawet nie, bo kupuję wyłącznie firmowe zapachy. Z Twojej kolekcji miałam Chloe i Moschino Love Love. Ani jeden ani drugi nie pozostał ze mną dłużej, bo kompletnie nie pasują do mojej osobowości. Są za świeże lub za dziewczęce. Mój ulubiony zapach to Lancome Miracle i Versace Noir. Aktualnie mam Trussardi Donna, ale jakoś średnio się lubimy :( Znaleźć idealny zapach to nie lada gratka i jeszcze te ceny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, te dwa wymienione przez Ciebie zapachy rzeczywiście najlepiej się chyba układają na młodych dziewczynach, a już taka młoda nie jestem... chociaż typowo różanych kompozycji nawet we wczesnej młodości nie lubiłam.

      Twoich ulubieńców niestety nie znam i chyba ich nawet nie mam w moich obszernych zbiorach próbkowych :(.

      Usuń
  4. Ta Elizabeth Arden to również faworyt mojej mamy. Mnie kojarzy się z pseudoelegantką w znoszonej garsonce. W ogóle nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek pachniała tym podczas któregokolwiek z naszych spotkań. Czy po prostu podświadomie blokuję nozdrza?

    Nuty Island mnie rozbroiły: drewno z dna oceanu, akord pola ryżowego... pięknie! A a propos Acqua di Gioia - może sprawdź ich nowe odsłony, Air i Sun? Może któraś z nich to będzie TO?

    Wszystko, co z różą - NIE.

    Cavalli tworzy jedne z moich ukochanych perfum, które nazywają się, tadam, Roberto Cavalli Eau de Parfum ;) uwielbiam je. Są bardzo zmysłowe, bliskie ciału. Ich lżejszą wersją jest Acqua, którą też bardzo lubię, jednak jestem zwolenniczką cięższych kompozycji, dlatego mega mnie zaintrygowałaś Vanille Noire Secret d'Essences. Można to jeszcze u Ciebie wąchnąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pseudoelegantka w znoszonej garsonce... hmmm. To nie ja, więc czemu je tak lubię? :D
      Też mnie urzekło do drewno z ryżowym akordem ;). Wiem, że Armani ma nowe odsłony, muszę koniecznie powąchać.

      Kurde, który to był ten Cavalli?? Czy ja go w ogóle wąchałam?? Nie pamiętam :/ Coś swojego mi pokazywałaś, ale to nie był on.

      Vanille Noire wciąż są u mnie, ale nie sądzę, żeby były dla Ciebie. Wypróbuj oczywiście, ale obstawiam, że nic z tej Waszej znajomości nie będzie :)

      Usuń
  5. Ło matko jak wiele flakoników :P Używasz ich w zależności od pory roku, nastroju czy dostosowujesz do sytuacji ?
    Ja mam w sumie 4 flakony i stosuje je jakoś zamiennie, gdy jeden się mi opatrzy to wyjmuje inny ;)
    W mojej "kolekcji" jest klasyczne Si Armaniego, Euphoria od CK, Pampeluna Guerlain na lato i prezent Paco Rabanne Paco :P
    Może kiedyś o tym napiszę post ;)
    Wstęp najlepszy - uśmiałam się ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Używam ich zwykle sezonowo – niektóre zapachy tylko na lato, niektóre tylko w zimne miesiące. A do tego jeszcze zimowymi i letnimi zarządzam w zupełnie dowolny sposób: czasem przez kilka tygodni używam jednego, a potem zmieniam na inny, a czasami (na przykład teraz mam taki okres) codziennie pachnę czymś innym, żeby żadnemu flakonowi nie było przykro ;)

      Si Armaniego dostałam w styczniu od mamy, bo pamiętała, jak mówiłam, że tester mi się podoba. Wykosztowała się na wielką butlę, a tu się okazało, że jest wciąż bardzo ładny, ale już nie taki czarujący!

      Euphorię właśnie psikam z próbki i bardzo, BARDZO mi teraz pasuje. Pampeluny nie znam.

      Usuń
  6. Uwielbiam perfumy od Yves Rocher, pachną przepięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jeszcze żadne nie zaczarowały w 100%, no może poza świątecznymi wodami toaletowymi :)

      Usuń
  7. Kiedyś Yves Rocher miało kilka fajnych zapachów, a nawet bardzo fajnych, teraz wszystkie nowe zapachy są takie umiarkowanie ładne, nawet te w perfumeriach. Ale można trafić na pachnące ideały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację! Mam takie samo wrażenie z Yves Rocher. Są ładne, ale do ideału jednak brakuje.

      Usuń
  8. Ale tego nazbierałaś. Mam tą miniaturkę Rituals :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Acqua di i I Love love bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli trochę rześkich, i trochę „poważniejszych” u Ciebie? Nosisz sezonowo?

      Usuń
  10. Ja tam lubię tworzyć zapachowe historie właśnie siedzę nad Burberry :D ja kocham różowy pieprz w perfumach ;D

    Yr nie znam zapachów praktycznie, miałam próbki ale miłości z tego nie było :D
    Cavalli mam 30 ml i kocham kocham <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idę obczaić Twoją opowieść o Burberry. Też bym chętnie tworzyła takie, ale nic podobnego nie przychodzi mi do głowy :D
      Ja chyba też kocham różowy pieprz, tylko cholera, który to? :P

      Usuń
    2. Rózowy pieprz jest lekko ostry, nurtujący a nawet irytujący :D

      Usuń
  11. Bardzo nie lubię YR zapachów..wszystkie śmierdzą mi starą ciotką. Próbowałam wiele razy się przekonać, ale no nie. Nie.
    Agatoo...zawsze będziesz trochę grungowa ;) to zostaje na zawsze. Chociaż trzeba trochę pielęgnować :)
    Ja swój przypadkowy zbiór przetrzebiłam znacząco. Nie chce mieć kolekcji. Chcę mieć góra cztery ukochane zapachy. na zimę, wiosnę, lato i jesień. Na zimę mam Angela (tylko, że się skończył, ale kupię) na lato mam mandarynkowo- bazyliową AG wiosna i jesień póki co zostają bezpańskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, mi żaden nie śmierdzi starą ciotką, no może poza tymi różanymi, ale to bardziej babcią zajeżdżają ;).

      Może i masz rację z tym grunge'em! Jestem takim trochę bardziej kobieco ubranym ;). Ale nie żeby zaraz modnie czy coś :D

      Też bym chciała mieć mniejszy zbiór zapachów, ale za to wszystkie ukochane. Spokooojnie. Powoli dojdę do tego etapu!

      Usuń
  12. Calkiem spora ta kolekcja. Ja uwielbiam nuty różane w perfumach takie babcine 😉. Widzę dużo zapachów z YR ostatnio wyniuchałam u nich cos fajnego właśnie z nuta róży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro uwielbiasz różane nuty, to z pewnością lepiej na Tobie leżą niż na mnie :D

      Usuń
  13. Nie pogardziłabym kokosowym zapachem od YR :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, taki prosty, oczywisty kokos może być fajny! Tylko ja siebie w nim nie lubię :)

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. Tak się jakoś nazbierało przez ostatnie lata... Cholerne yvesrocherowe promocje!

      Usuń
  15. Mimo wszystko ten Benefit brałabym w ciemno! Moje nuty, do tego często smierdzielki ładnie się układają na mojej skórze. Szkoda że już niedostępny :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to już Ci go niedługo wyślę i sama się przekonasz, czy dla Ciebie on :)

      Usuń
  16. Ja tęsknie za zapachem z dzieciństwa był to flakon przypominający liść z turkusowym korkiem i ze szkła matowego kurczę cos a"la green tea ale za Chiny nie pamietam jak to sie nazywało i co to była za firma moze ktoś pamięta ? Dodam ze to nie była żadna sławna marka tylko zapach który stał przy perfumach wykrzyknik jeśli ktoś je pamięta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego chyba nie miałam w domu nigdy, za to ja dałabym się pokroić za ten obok, zielony wykrzyknik, czyli Exclamation by Coty :) To cała moja młodość, mam niesamowity sentyment!

      Usuń
  17. mój pachnący zbiór też jest nieco chaotyczny. wiele flaszek dostałam w prezencie, kilka kupiłam spontanicznie. jedynymi planowanymi zakupami były moje ulubieńce - na cieplejsze miesiące Ange ou Demon od Givenchy oraz na specjalne okazje Coco Mademoiselle od Chanel :)

    ogólnie uwielbiam w swoich perfumach nuty bergamoty i różowego pieprzu; lubię i zapachy świeże, i słodkawe - kwiatowe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, prezenty to trudny temat. Chyba zawsze najlepiej mieć swoje ukochane zapachy i informować o tym wszystkich wokół :D

      Coco Mademoiselle... tak dawno ich nie wąchałam, że już nie pamiętam, jak pachną!
      I wytłumacz mi proszę, który to ten różowy pieprz heheh, bo też go uwielbiam i nawet nie wiem, za co dokładnie :D

      Usuń
    2. to ta lekko gryząca nuta :)

      Usuń
  18. Moje ulubione obecnie to prada candy w wersji czarno różowo złotej, lolita lempicka fioletowe jabłuszko, burberry body, dolce fabana light blue i najukochańsze knot ale niestety mam ich miniaturkę No i kocham travalo ale ogólnie jestem wrażliwcem zapachowym i perfumuje sie rzadko z uwagi na bóle głowy choc przy tych zapachach miewam je rzadko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Burberry Body kupiłam kiedyś mamie – to jej klimaty, podobało się. Też bym mogła w nich chodzić. Light Blue mają w sobie coś fajnego, ale tylko latem. Naprawdę są baaaardzo podobne do tych Moschino.

      Usuń
  19. Całkiem pokaźny zbiorek;).

    Vanille Noire z Yves Rocher jest akurat moją największą zmorą zapachową. Do dziś pamiętam tę traumę;). Bardzo źle się czułam otoczona wytrawną wanilią, natomiast w słodkiej odsłonie jak najbardziej akceptuję tę nutę, choć musi być zestawiona z ciekawymi składnikami:).

    Vanille & Narcisse z Loccitane bardzo chciałabym poznać, bo o żadnych chyba perfumach nie czytałam aż tylu pochlebnych opinii. Podobno była to jedna z najlepszych propozycji tej marki. Szkoda, że na Twojej skórze układa się cierpko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten zbiorek to przypadkiem, naprawdę! :)
      Nie dziwię się, że ta wanilia z YR Ci nie podeszła – to naprawdę ciężkie klimaty :). Naprawdę tak wszyscy chwalą to L'Occitane? Nie miałam pojęcia!

      Usuń
    2. ;)

      Powiem Ci, że ciężkie klimaty i zarazem mdłe:). Oszczędzę już opowieści na temat tego, jakie znalazłam dla tego zapachu zastosowanie;).

      Naprawdę:). Co jakiś czas widzę np. na IG, że udało się komuś zdobyć ten wycofany już zapach, po czym następuje wywód na temat jego wyjątkowości;).

      Usuń
  20. Mam podobnie.
    Mogłabym się jeszcze pokusić o jakiś tekst, który kwieciście wyrażałby to, co czuję, jednak u mnie "problem" leży w tym, że w rozpatrywanej kompozycji wyczuwam zupełnie co innego, niż osoby, które się na tym znają lub choćby interesują jako amatorzy.
    To znaczy, potrafię prawidłowo rozpoznać komplet ogółem, że dominują nuty drzewne albo kwiatowe, ale ze sprecyzowaniem co gdzie jest - tak, by każdy wiedział, co mam na myśli - jest już gorzej.

    ps:
    Uśmiechnęłam się, kiedy zjełczały tłuszcz podzieliłaś na warianty zapachowe. Przyznam, że utkwiło mi to zdanie w pamięci i teraz - jak siebie znam - będę się tego mimowolnie doszukiwać w każdym rozpracowywanym zapachu.
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, ja tak mam ogólnie z zapachami kosmetyków, jak Ty z perfumami. Często piszę na blogu, że coś pachnie mi czymś tam i nikt nie kuma, wszystkim pachnie inaczej ;).

      Usuń
  21. Z przedstawionych tutaj kocham Chloe miłością wielką i niezmienną. Za to Jimmy Choo nie znoszę, jedyne perfumy z mojej "kolekcji" które puściłam w świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudne te Jimmy Choo – nie wydaje Ci się, że właśnie są trochę męskie?

      Usuń
  22. Z pokazanych przez Ciebie zapachów znam tylko gruszkowo karmelową wodę YR;)
    Co do tego co napisałaś na początku- ja tak właśnie zrobiłam- rozdałam wszystko co mi nie pasowało i zaczęłam (prawie) od nowa. Teraz mam w sowjej mini kolekcji tylko takie perfumy które lubię. No i sporo miejsca na nowe:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak ta karmelizowana gruszka, podoba Ci się?
      Fajnie rozdać wszystko, co niepasujące. Od wielu tygodni pracuję nad tym, żeby pozbyć się z domu przedmiotów, które mi nie pasują i wszystko odgruzować, no i teraz padło na perfumy :).

      Usuń
    2. Bardzo mi się podoba:)strasznie plułam sobie w brodę, że nie kupiłam jej rok temu kiedy tylko wyszła:) aż w te święta dostałam ją od męża. Nie wiem skąd od wziął ten flakonik:P
      Co do odgruzowywania- udało mi się załatwić sprawę w jeden weekend, szybko, sprawnie i bez sentymentów- i powiem Ci że to uczucie po- bezcenne:D

      Usuń
  23. hahahah o wstęp mnie kupił od razu, nie będę już pisała poematów. Mój Tomasz również dzieli zapachy na śmierdzące i mogą być :))
    I Chloe widzę i dużo dużo wszystkiego tak naprawdę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale właśnie pisz, jak umiesz! Ja nawet gdybym chciała, żaden poemat zapachowy mi nie wyjdzie :)

      Usuń
  24. Super post! I tyle interesujących zapachów. :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Tak czytam i stwierdzam,że wcale nie najgorzej poszło Ci opisanie zapachów :) Kilka pozycji znam , wielu niestety nie natomiast Benefit to było by chyba coś dla mnie . Szkoda,że wycofany jest. Karmelowo waniliowa słodycz to coś idealnego dla takiej słodkolubnej osóbki jak ja i mimo wspomnianego zapachu szambiarki miała bym ochotę go niuchnąć sobie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję za ten komplement, wiele dla mnie znaczy :D

      Usuń
  26. Karmelowe jabłuszko Yves Rocher kupiłam, bo zachwyciłam się zapachem. Niestety absolutnie nie mogę go na sobie nosić, bo zaczyna mnie mdlić. Została mi malutka buteleczka, której używam jako... odświeżacz powietrza w mieszkaniu. Tylko w takiej formie ten zapach u mnie przechodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, naprawdę? Mnie się nosi to jabłuszko nieco dziwnie, ale jest to jednoznacznie miłe doznanie :)

      Usuń
  27. Wow, niesamowita kolekcja. Żadnych nie miałam z tych powyżej, ale YR potrafi zachwycić ♥ a cenowo też całkiem w porządku. Ostatnimi czasami króluje u mnie "Elise by Lambre" ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam tego zapachu, o którym wspominasz. Nawet o nim nie słyszałam!

      Usuń
  28. Nie miałam styczności z żadnym Twoim zapachem... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no przecież na świecie tyyyyyyle tego :D

      Usuń
  29. Wow, niezła kolekcja. Wczoraj kupiłam Elizabeth Arden.
    Ps. Ciekawy blog, oczywiście zostaję tu na dłużej.
    :*

    OdpowiedzUsuń
  30. Moschino też kiedyś uwielbiałam, teraz sama już nie wiem czy by mi się podobało :) ale dużo masz tych perfum :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger