06.02.2017

Projekt denko, odc. 46

W tym miesiącu nieco spóźnione, bo zupełnie nie mogłam się zmobilizować. Noworoczne śmieci, calutki worek. Smacznego! 



Ach, dorzuciłam jeszcze sporo makijażowych wyrzutków z kategorii usta, które nie są zużyte, ale już nie będą, bo zmądrzałam i wiem, że leżą tylko po to, by dokonać oficjalnego skiśnięcia. Uświadomiłam sobie, że z niektórymi ulubionymi kolorami nie potrafię rozstać się od kilku lat i mimo wielu przeglądów w szufladach z kosmetykami, zawsze były starannie omijane. No to teraz jestem już dużą dziewczynką. Papa, szmineczki, papa.


DermoFuture Precision – DF5 Woman – Szampon przyspieszający wzrost i zapobiegający wypadaniu włosów – z tym przyspieszaniem wzrostu chyba coś jest na rzeczy, bo w takim tempie włosy rosły mi tylko w czasie kuracji Biotebalem. Miałam połączyć moce szamponu i wcierki DermoFuture, ale z tym drugim jakoś się nie złożyło, więc będę testować oddzielnie. Na razie wiem tyle, że sam szampon wypadania nie ograniczy (swoją drogą: czy kiedy już się sypią, nie jest za późno na zapobieganie?), ale nie jestem tym zaskoczona, bo nie oczekuję od szamponów takich cudów. Włosy wyglądały za to świetnie (przynajmniej przez pierwszą dobę, potem tradycyjnie się przetłuszczały i prezentowały raczej dennie), podobał mi się też herbaciany zapach i gęsta, porządna piana. Chętnie wrócę.

Rituals – Brilliant Bliss (miniatura) /recenzja/ – szampon, który moje włosy pokochały. Do pełni szczęścia zabrakło tylko przedłużenia świeżości fryzury. Wpis o kosmetykach Rituals był przed chwilą: klik, więc nie będę się powtarzać.

Kallos – Banana – szampon wzmacniający z kompleksem witamin – uwielbiam bananową nutę w kosmetykach. W prawie każdym wypadku jest ona syntetyczna (wyjątkiem był duet bananowy do włosów z The Body Shop), ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Kallos oferuje nam za nieco ponad 10 zł piękny, syntetyczny bananowy aromat, obfitą pianę i nieskończoną wydajność, mającą zapewne coś wspólnego z litrową pojemnością. Włosy niewymagające, normalne, naturalnie piękne powinny być szczęśliwe. Moje niestety nie były, bo skalp przetłuszczał się o wiele za szybko: włosy umyte rano wyglądały dobrze do wieczora, ale po nocy prezentowały się koszmarnie – tłuste, oklapnięte, ohydne, jakbym wylała na nie resztki z patelni. Zwykle do zohydzenia potrzebują półtora dnia, więc Kallos kiepsko dał sobie z nimi radę. Szkoda, bo to kolejny z szamponów dających dokładnie taki efekt na włosach, jakiego oczekuję.


Caudalie – Huile Divine /recenzja/ – po moich styczniowych pustakach dobrze widać, że ostatnie miesiące w pielęgnacji ciała to faza na tłuściochy. Najmniej tłusty ze wszystkich (bo suchy!) olejek Caudalie szybko się wchłaniał, całkiem fajnie nawilżał, ciekawie pachniał (choć wolę Nuxe) i lubiłam go używać. Powrotu na razie nie planuję, ale będę miło wspominać.

Pat&Rub – Olejek do ciała Otulający – obecnie ten olejek można odnaleźć w ofercie marki Naturativ (przypominam, że Pat&Rub Kingi Rusin to nowe kosmetyki pod starym brandem, a Naturativ to stary Pat&Rub) i ja na pewno po niego wrócę, bo uwielbiam ten zapach babki cytrynowej, z walorów pielęgnacyjnych też jestem zadowolona. Olejek nie jest z kategorii suchych, ale wchłania się w tempie co najmniej przyzwoitym, skóra jest po nim gładka, zadbana, dobrze odżywiona. Zapach trzyma się blisko skóry, ale towarzyszy do pełnego wchłonięcia produktu – uwielbiam być cytrynową babką! Fajnie, że naturalne kosmetyki potrafią pięknie pachnieć.

Biolove – Body Mousse Cookie /recenzja/ – pisałam o nim niedawno. To prawdziwie sadzący ciastkami, bardzo tłusty mus, który świetnie pielęgnuje skórę. Polecam wszystkim łakomczuchom, którzy nie mają nic przeciwko paćkaniu skóry mieszanką olejów.

Biolove – Body Butter Cherry – miałam wystawić temu masłu laurkę, ale niedawno wystawiałam podobnie euforyczną ciasteczkowemu musowi, a nie chciałam Was zanudzać :). Konsystencja różni się od tej musowej i przypomina krem z białej czekolady do smarowania pieczywa. To bardzo dobra wiadomość, bo Organique pod nazwą „shea body butter” sprzedaje urzekająco pachnące kosmetyki, które trzeba sobie wyskrobywać ze słoika, co mnie zwyczajnie, po ludzku wkurza. Tu mamy mięciutkie, uleżane w temperaturze pokojowej masełko, również na bazie shea, z króciutkim składem. Zapach syropu wiśniowego, z marcepanową nutą, też na plus. Działanie na skórę świetne – podobne jak w przypadku musów Biolove i konkurencyjnego masła shea z Organique. Naprawdę nie sądziłam, że tak bardzo polubię tłuste kosmetyki do ciała. Suprajs suprajs.


Pz Cussons – Carex Splash – mydło antybakteryjne to pozycja obowiązkowa w mojej łazience w okresie grypowo-jelitówkowym. Już w poprzednim denku wspominałam, że mydło Carexa ładnie, świeżo pachnie i daje mojej głowie miłe (choć jakże złudne) zapewnienie, że tak, oto zmyłaś właśnie z rąk wszystkie paskudne zarazy tego świata i nic ci nie grozi. Konieczne było jednak dostawienie w łazience zwykłego mydła, które służy do mycia rąk w ciągu dnia, na przykład po jedynkach i dwójkach. Zbyt częste używanie Carexa skończyło się Saharą na dłoniach.

Bath & Body Works – Frosted Cranberry – Gentle Foaming Hand Soap – pianka do mycia rąk z limitowanej zimowej kolekcji trafiła do mnie przy okazji zakupu ulubionych, pięknie pachnących żeli antybakteryjnych BBW. Pianki używało się miło, ale zapach niczym mnie nie zaskoczył. Pianka nie wysuszyła dłoni i skończyła się po dwóch tygodniach. Teraz używam jabłkowej siostry i... w sumie pachnie podobnie. Trochę rozczarowujące jak na TEN Bath & Body, nie?

Rituals – Zensation (miniatura) /recenzja/ – pianka pod prysznic o zapachu gotowanego ryżu z prażonym jabłkiem. Miniatury schodzą za szybko jak na swoją cenę: 4,50 € za 50 ml, ale było to miłe doświadczenie.


Sephora – Express Nail Polish Remover For Feet /recenzja/ – najpierw nie do końca byłam przekonana do tego zmywacza, a teraz tak się do niego przyzwyczaiłam, że już mi się w ogóle nie chce zmywać lakieru z paznokci u stóp innym sposobem. Dzięki gąbce mogę zmyć go w dowolnym momencie, nawet zaraz po zrobieniu manikiuru. W epoce przedsephorowej pedikiur zawsze musiał być optymalnie zaplanowany i dopasowany do manikiurowych planów (nie wiem jak Wy, ale ja nie umiem zmywać wacikiem paznokci u stóp, nie zmywając sobie przy okazji choćby kawałka kciuka). W użyciu kolejne opakowanie.

Too Faced – Better Than Sex, wersja wodoodporna – kupiłam ten tusz mamie na urodziny, bo bardzo podoba mi się efekt uzyskiwany dzięki podstawowej wersji Better Than Sex, ale bardzo nie podoba fakt, że się cholernik okrutnie osypuje. Wydumałam więc, że wersja wodoodporna będzie tak samo pięknie malować rzęsy, ale może formuła wyeliminuje osypywanie. Zdziwienie moje i mamy było ogromne: pięknego efektu na rzęsach brak (są posklejane), wodoodporności brak, osypywanie – obecne! Tak, właśnie: sklejał, osypywał się, odbijał na łuku brwiowym i rozmazywał na dolnej powiece. A to wszystko za skromne 99 złotych. Ani ja go nie zużyłam, ani mama. Sam się wysuszył i grzecznie udał do śmietnika. W kategorii: tuszowe rozczarowanie 2016 okazał się bezkonkurencyjny.

Clinique – Chubby Stick w odcieniu Voluptuous Violet (mini) – nie może być, zdenkowałam produkt do ust! To nie było bardzo trudne, bo wersja mini, którą kupiłam z dwoma innymi odcieniami, miała króciutki sztyft. Na podstawie moich trzech miniatur nie udało mi się zauroczyć Chubby Stickami. Fiolet całkiem twarzowy (najlepszy odcień z mojej trójki), wykończenie półtransparentne, ale nieznośny posmak świecowej kredki psuł cały efekt.

Alverde – Augenbrauen Gel w odcieniu 01 Blond /recenzja/ – mimo że włosy wciąż mam jasne, coraz mniej czuję się brwiową blondynką. Nie żebym stylizowała się na Carę Delevingne, ale naprawdę coraz częściej wydaje mi się, że produkty do brwi przeznaczone dla blondynek są zdecydowanie zbyt rude (ostatnio spotkało mnie to po zakupie Brow Satin w odcieniu Dark Blonde – paskuda!). Nie wiem, może rozpuścił mnie tak Benefit Gimme Brow, ale mimo że kiedyś byłam w stanie używać Alverde (też z tych ciepłych, ale w granicach przyzwoitości), teraz wydaje mi się, że coś tu nie gra. A może po kilku miesiącach zmienił odcień? Sama już nie wiem. Na plus: mięciutka, milutka szczotka i ładny, różany aromat. Krzywdy nie zrobi, ale żebym miała specjalnie po niego wracać do DM-u? Eeee tam.

Essence – All About Matt! Fixing Compact Powder – czemu nie poświęciłam temu pudrowi osobnego wpisu? Pewnie temu, że za szybko się za niego zabrałam, nie zrobiłam zdjęć, a potem był już niewyjściowy. Opakowanie jest bardzo tanie i słabe, ale puder też jest tani, a do słabego mu daleko. Nie zapewni matu na wiele godzin, ale nie znam żadnego łatwo dostępnego kompaktu w dowolnej cenie, który by to potrafił. W tej cenie nie mam się do czego przyczepić, bo przez 2–3 h potrafi utrzymać moją cerę nieosmalcowaną, nie bieli, ładnie się rozprowadza, nadaje się pod oczy. Fajerwerków brak, ale jest okej.

Skin79 – BB Diamond Collection (mini) – zupełnie nie dla mnie. Zbyt różowy.

Wywalam też dwie wysłużone gąbki. Jedna to Beauty Blender (na zdjęciu po prawej), a druga – jajo DM-owej marki Ebelin. Za gąbkę z DM-u zapłaciłam ok. 15 zł, koszt jaja BB jest kilkukrotnie wyższy. Różnica w miękkości była wyraźna (na korzyść Beauty Blendera), ale obydwie nakładały podkład bardzo ładnie. Miękkość BB sprawiła, że w pewnym momencie przy praniu odłupałam paznokciem kawałek jajowej dupki i to był początek końca. Ebelin jest już chyba niedostępny, więc muszę spróbować jeszcze Blend It i wtedy zdecyduję, czy zdradzać Beauty Blender, czy wrócić z podkulonym ogonem do mojej pierwszej gąbkowej miłości. A może odnaleźć pędzel marzeń i zakończyć kupowanie szybko zużywających się gąbek?


Sephora – Instant Moisturizer (miniatura) – lekki krem nawilżający Sephory, który moja skóra bardzo polubiła jako bazę pod makijaż. Nie nawilżał wystarczająco intensywnie (mam ostatnio suche policzki), ale wchłaniał się ekspresowo, a każdy podkład zgrywał się z nim idealnie. Brakuje mi go teraz w kosmetyczce, a – zgadnijcie, co! – tak, tak, producent go wycofał, a na jego miejsce wprowadził „Lekki krem nawilżający z kompleksem aktywującym nawilżanie”. Aż się boję sprawdzać, co wyszło z tych ulepszeń...

Mixa – Płyn micelarny Optymalna Tolerancja pH 5.5 – to wielkie pielęgnacyjne zaskoczenie ubiegłego roku. Kiedy po genialnej różowej Biodermie odnalazłam tańszy, niegorzki, a wciąż skuteczny różowy micel Garniera, byłam zachwycona i myślałam, że nic lepszego nie da się już wymyślić. A tu proszę, z Waszych poleceń przybyła do mnie Mixa (na razie w wersji niebieskiej, ale różowa już się zadomowiła w łazience) i okazało się, że jest co najmniej tak samo dobra jak Garnier, a może nawet... lepsza? Jedno i drugie pochodzi z koncernu L'Oreal, ale przecież składy mają różne. Brawo, Mixo. A tak cię miałam w nosie przez ostatnie lata.

Sephora – Błotna maseczka oczyszczająco-matująca /recenzja/ – i tak sobie leżała w szafce tygodniami ta resztka na ostatnie dwa użycia. W końcu się zmobilizowałam i po raz kolejny nie żałuję, bo to bardzo dobra maska jest! Opakowanie wystarczyło na kilkanaście razy (nigdy nie smaruję szyi), za każdym razem po dłuższej przerwie skóra od nowa mnie piekła w pierwszych minutach po aplikacji, ale wciąż było warto, bo efekt jest cudowny: idealnie oczyszczona, gładka w dotyku, rozjaśniona cera. Maseczka w tercecie z sephorowym dyskiem myjącym i Luną Mini pomogła mi uporać się z czarnymi kropami na nosie. Z pewnością niedługo znowu się spotkamy.


Wszystkie próbki mnie rozczarowały. Cieniami Sephory z papierka zrobiłam raz makijaż, ale nie było to przyjemne doznanie (porównywalne do szorowania paznokciem po tablicy). Cień Let's Dance zostawił na powiece tylko pojedyncze grube drobiny brokatu i nie wiem, czy tak będzie z normalnym produktem, czy to tester zadziałał jak antyreklama. Super BB od Skin79 to zupełnie nie mój kolor – taki jakiś różowo-szary, a to, co wyszło z Shiseido o obiecującej nazwie Natural Light Ivory, pokazałam na fejsbukowym FP. Słoń najwyraźniej nie domył kłów. No szkoda.


Na koniec dołączam pamiątkową fotografię moich wyrzutków do ust. Z niektórymi bardzo ciężko mi się rozstać, ale większość leżała i czekała na się_zepsucie. Nie polecam ani kredek z Tchibo (fatalnie rozprowadzają się na ustach, od początku pachniały zjełczałym woskiem), ani tanich pomadek NYC (jakość jak z wczesnych lat 90.), ani słabo napigmentowanej, różowej pomadki Yves Rocher o mydlanym posmaku. Błyszczyki Bourjois musiałam pożegnać, bo przypomniałam sobie, że jeden z nich przyjaciółka podarowała mi do makijażu ślubnego (piątą rocznicę świętowaliśmy ubiegłego lata...), a drugi kupiłam chwilę później, bo pierwszy tak mi się spodobał. Mam wrażenie, że współczesne kobiety rzadko używają prawdziwych, połyskujących, łatwo schodzących z ust błyszczyków, ale jeśli wciąż doceniacie te retroklimaty, serię Bourjois Effet 3D z czystym sumieniem mogę Wam polecić.

Na zdjęciu widać jeszcze duo Sephory o nazwie Blush Me Twice, które kilka lat temu kupiłam w promocji. Różowa część wyglądała jak Orgasm NARS-a, ale na policzkach zostawał mało ciekawy róż i brzydkie, złote drobinki. Bronzer był bardzo ciepły i matowy, więc nie nadawał się do niczego. Próbowałam ostatnio używać tej dwójki, żeby nie było jej przykro i taki tam, ale to jednak bez sensu.

THE END. Kto nie doczytał do końca, ten trąba.

47 komentarzy:

  1. Znam i lubię puder od Essence.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten puder z Essence uwielbiam <3 Zużyłam już 3 opakowania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie mam czego używać, więc powrotu w najbliższym czasie nie planuję, no i nie obraziłabym się za lepszej jakości opakowanie :)

      Usuń
  3. Przeczytałam do końca! :D Świetny post! Ostatnio zastanawiałam się nad Mixą. Może się skuszę. :)

    http://szmaratka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. o tak, najbardziej zmarnowana stówa zeszłego roku :D

      Usuń
  6. Mam dwa ulubione pędzle do podkładu, ale mimo wszystko jajo BB rządzi <3 BIG LOVE i te sprawy :D Kupuję kolejne i ani mi się widzi przestać. Za to odpuściłam wszelkie "zamienniki", trzymam się oryginału.

    Kiedyś zachwycałam się błyszczolami Bourjois Effet 3D, potem jakoś mi przeszło. To chyba dlatego, że znalazłam lepsze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na niektóre podkłady, szczególnie te mocniej kryjące, faktycznie nie ma lepszego sposobu, tylko trzeba te jaja maltretować :D :D :D :D

      Usuń
  7. Kliknęłam na FB by zobaczyć tego Shiseido: tydzień temu otworzyłam swoją próbkę tego samego odcienia...taaak, to samo miałam:) Piękny pomarańczowy kolor:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładam, że – podobnie jak ja – nie masz porcelanowej cery :D

      Usuń
  8. Kuszą mnie produkty Biolove. Mają świetne wersje zapachowe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz dostęp do drogerii Kontigo? jeśli nie, to tylko wspomnę, że kosmetyki Biolove są produkowane przez Nacomi i można w ofercie tej marki odnaleźć bez problemu braci bliźniaków produktów Biolove :)

      Usuń
  9. No porządne denko :) I ile kolorówki!
    Też uwielbiam zapach bananów w kosemtykach i faktycznie duet TBS pachniał obłędnie :) A wiśniowe masło z Biolove uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zużytej kolorówki to tylko troszkę ;)
      Życzyłabym sobie, żeby duet TBS trochę lepiej dogadywał się z moją czupryną – wtedy pewnie nic innego nie chciałabym używać :)

      Usuń
  10. Muszę przejść się do Kontigo po jakiś mus ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że mimo wszystko to przebrzydłe tłuściochy! :D

      Usuń
  11. Wpisuję puder, masło i szampon na listę zakupów :) Jako naturalna blondynka łączę się w bólu - z żelów do brwi odpowiedni odcień miał dopiero L'Oreal dla szatynek, czyli ciemny, zimny brąz. Mam dość ciemną oprawę oczu, więc nałożony oszczędnie nie daje sztucznego efektu, za to wszystkie odcienie "dla blondynek" to była jakaś katastrofa.
    Uspokoiłam się, że moje maleństwo Clinique śmierdzi z natury a nie zepsucia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puder to tam wiesz, żaden wielki mistrz, ale jest bardzo przyzwoity w tej cenie, a to już spory sukces. Hmmm, ja mam bardzo spłowiałą oprawę oczu, w dodatku te moje oczy są małe, więc pewnie ciemny L'Oreal to będzie już przesada, ale rozejrzę się za nim kiedyś w drogerii (mam nadzieję, że są testery), bo w sumie nowy odcień Gimme Brow też powinien być już za ciemny dla mnie, a jest doskonały.

      Co do Clinique, to wiesz, nigdy nie mamy pewności, czy obie nie kupiłyśmy zwietrzałego starocia :D

      Usuń
  12. Biolove *-* Żałuję, że nie mam dostępu bo kuszą mnie te produkty barrrdzo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To kicaj do sklepu (choćby internetowego) po Nacomi! ten sam producent, niemal identyczne składy (różnią się chyba tylko po to, żeby nie dało się powiedzieć, że to te same kosmetyki w innej szacie :))!

      Usuń
  13. Spojrzałam na twoją kolekcję wyrzucanych pomadek i pomyślałam sobie "rany, ile by za to można było kupić sephorowych produktów do ust z -40%". Jestem już wypaczona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A teraz ja Cię zamorduję, bo sama tego nie wymyśliłam, ale już zasiałaś to obsrakane ziarenko :D

      Usuń
    2. Spokoluz, ja od jakiegoś czasu zużytej kolorówki nie wyrzucam tylko gromadzę, więc jak coś to się zgłaszaj, poratuję jakimś smrodkiem :D

      Usuń
  14. Na pewno każda z nas przechodziła przez etap błyszczyków podobnych do Bourjois. Ja na pewno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to naprawdę wdzięczne produkty! A teraz tylko te maty i maty, nuuuuuda ;)

      Usuń
  15. Kallos bananowy lubiłam, nie przetłuszczał mi włosów, ale miał w składzie SLS, więc mogłam go używać tylko raz na dwa tygodnie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, a czemu raz na dwa tygodnie? :O
      Co to za religia? ;)

      Usuń
  16. Pędzę donieść, że również zauważyłam przerudzenie blondynkowych kolorów do brwi (przeklęty pisak z Catrice - super produkt, ale ojezu, co za ruda świnia...), LECZ Essence ma tani jak barszczyk żel do brwi, który jest i-de-al-ny, nie rudzi i daje piękny, naturalny efekt ułożenia i zagęszczenia. Polecam obczajenie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że mi mówisz o tym Catrice, bo oczywiście zdążyłam obejrzeć film Maxi i się najarać, a ona przecież mówiła o ciemnym odcieniu.

      O Essence już Ci wspominałam, więc nie będę się powtarzać. Masz rację, muszę sprawdzić, kiedy tak reaguje.

      Usuń
  17. mam kilka różnych pędzli do podkładów różnych marek, w tym szczotę, flat topa, round topa, nawet tapered brush i NIC nie pobiło jajka....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, no to chyba faktycznie nie pozostaje nic innego, jak grzecznie je kupować :). Ja jeszcze nie testowałam duo fibre i tego owalnego, a tak to już chyba większość odhaczona. Kupiłam w tym tygodniu jaja Blend It, zobaczymy, czy takie świetne, jak prawią niektóre damy ;). Wkurzyłam się za to na flat topy Hakuro (mam w dwóch rozmiarach), bo nagle, jakby się umówiły, zaczęły łysieć, mimo że baaaardzo delikatnie je piorę.

      Usuń
    2. ja swoje jajo blend it bardzo lubiłam, ale niestety szybko zmasakrowałam je w praniu (choć bardzo starałam się być delikatna)

      Usuń
  18. Po wypróbowaniu kilku popularnych gąbek (w tym BB i Blend-it) używam już tylko tej pomarańczowej z Real Techniques. Bez zarzutu działa przez 3 miesiące przy niezbyt dobrym traktowaniu z mojej leniwej strony i ma najlepszy stosunek wytrzymałość-komfort aplikacji-cena. Poza tym uwielbiam ten konkretny kształt, ze ściętym dołem, aplikuje mi się tym podkład lepiej niż zaokrągloną końcówką. Ogólnie za tę cenę (5 funtów) naprawdę warto :)

    Jaki szampon poleciłabyś komuś, kto ma koszmarnie przetłuszczające się włosy? Czy masz jakieś typy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, a ja właśnie kupiłam Blend It i mam nadzieję na wielkie objawienie, a Real Techniques jakoś mnie ominęło :-O. Myślałam, że jakoś nic specjalnego, nie wiem czemu :). Na pewno chętnie wypróbuję, te gąbki schodzą i schodzą, a cena BB porażająca.

      Co do szamponu, to sama muszę się zastanowić. Planuję w najbliższym czasie przejrzeć mojego bloga i przypomnieć sobie, co zużywałam i co było świetne. Mam wrażenie, że zapominam o jakimś świetnym kosmetyku, bo dawno go nie używałam.
      Na pewno warte uwagi są szampony Equilibry (niestety, chyba niezbyt łatwo dostępne, ale warto!). Wróciłam niedawno do wersji Rebalance i przez dwa pełne dni moje włosy są w przyzwoitym stanie (zwykle jest to doba lub półtorej).

      Usuń
    2. Hmmmm, ja akurat wolę Blend it od Real Techniques, ale obie gąbki uważam za świetne :)

      Usuń
  19. Nie ma wyjścia,czas sięgnąć po Biolove :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...lub Nacomi... lub BioAmare... jeden pies ;)

      Usuń
  20. Doczytałam ;D. Fajne denko. Muszę zwrócić uwagę na te produkty do włosów.

    OdpowiedzUsuń
  21. Maska sephory kiedyś wpadnie do mego koszyka jak juz pozuzywac swoje a całkiem niezle mi idzie. Ostatnio polubiłam te czarne maski z węglem z bielendy w saszetkach naprawdę fajne i łatwo zmywalne

    OdpowiedzUsuń
  22. Skórę warto wspomóc przez picie zdrowej wody, która odżywia skórę od środka - woda ta pomaga skórze zwalczyć negatywny wpływ wolnych rodników dzięki czemu przedłuża młodość skórze i organizmowi :)

    OdpowiedzUsuń
  23. W sumie nie za wiele produktów z Twoich zużyć miałam - tylko puder Essence (lubię!), kredkę Rimmel Exaggerate (lubię!) oraz Skin79 Green (też nie pasuje mi kolor), więc trochę słabo :) Ale za to też dokonałam trochę wyrzutków w tym miesiącu, trzymanie do zepsucia naprawdę nie ma sensu :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger