29.05.2017

10 powodów, dla których warto odwiedzić Nowy Jork (a potem do niego wrócić)

Moja euforia z powodu majówki w Nowym Jorku jeszcze nie zgasła i wciąż nie mogę się nacieszyć tym, że przez tydzień spacerowałam po nowojorskich ulicach po kilkanaście godzin dziennie. To bardzo dziwne: spacerować po Manhattanie. Po TYM Manhattanie. Dziwne i niesamowite! Ale Nowy Jork to nie tylko Upper East Side i 5th Avenue – to również Włochy, Chiny, Korea, Bliski Wschód i niezbyt chlubny kawałek Polski. I ojczyzna hipsterów. Długo zastanawiałam się, jak Wam pokazać to, co zobaczyłam. Mam na dysku kilka tysięcy zdjęć, a w głowie setki wspomnień. Pomyślałam, że przybliżę Wam to niesamowite miasto w kilku odsłonach, a zacznę od tego, co najbardziej mnie w Nowym Jorku zachwyciło.

co warto zobaczyć w Nowym Jorku?
Widok na Lower Manhattan od strony Brooklynu.

Po pierwsze: przestrzeń 

Gdy człowiek z Europy po raz pierwszy stawia kroki na nowojorskiej ziemi, jest oszołomiony wysokością tego miasta i jego ogólną atmosferą. Pierwsze chwile w centrum NYC są niezwykłe, a najlepsze jest to, że... kolejne również! Za każdym razem, gdy spacerowałam po gwarnym, wysokim, dostojnym Manhattanie, uśmiech nie schodził mi z paszczy. No, może poza tym jednym zdjęciem ;).


Jestem typowo miejskim stworzeniem, więc zachwyt przyszedł naturalnie. Równie klimatyczne,  wielkomiejskie i piękne są ulice z niższą zabudową. Można spacerować i spacerować... co najmniej do czasu, aż nogi będą się trzymały tyłka na słowo honoru. Niestety, zdjęcia nie są w stanie oddać nowojorskiej głębi, dlatego... koniecznie musicie zobaczyć to wszystko na żywo. Odkładanie do skarbonek: czas start! Ja już napełniam swoją na kolejny wyjazd.


Kiedy trochę oswoiłam się z tym nietypowym otoczeniem, wybraliśmy się na wycieczkę do Financial District i... znowu to samo. Wszystko jeszcze mocniej, wyżej, bardziej. Okazało się, że okolice Wall Street to gęsto zabudowane miasteczko, które pnie się w górę do nieprzyzwoitości i z tego powodu do wielu miejsc nigdy nie dociera słońce. Mimo że nie brzmi to najlepiej, wygląda niesamowicie, a piorunujący efekt jest pogłębiony przez fakt, że pomiędzy drapacze chmur z lat 20. wpasowano ultranowoczesne, szklane giganty.


Na prawym zdjęciu powyżej widzicie nową wieżę 1 World Trade Center, którą zbudowano bardzo blisko miejsca zamachu z 11 września 2001 roku. Na pamiątkę po dwóch zniszczonych wieżach zostało to:


Zamiast budować pomnik upamiętniający tragedię z 2001 roku, Amerykanie postawili na przejmującą prawdę. W miejscu dwóch wież zostały dwie ogromne dziury, do których złowieszczo spływa woda. Jest to miejsce smutne, przejmujące, z ponurą akustyką. Dla wzmocnienia efektu, wokół dziur-pomników wygrawerowano imiona i nazwiska wszystkich ofiar 11 września. Tuż obok stanęło 9/11 Memorial Museum – nie odwiedziliśmy go, ale podobno robi druzgocące wrażenie.


Po drugie: ludzie

O nowojorczykach mogłabym napisać książkę. Zacznijmy od tego, że w ciągu tygodnia w Nowym Jorku usłyszałam więcej pytań o to, czy nie potrzebuję pomocy, niż przez całe życie w Polsce. Nowojorczycy dbają o turystów, ale też o siebie nawzajem: w metrze (brudnym jak cholera, ale co zrobić) pomagają zagubionym, wspólnie debatując nad optymalizacją trasy; w Central Parku pani pyta chłopaka, który siedzi na trawie ze zwieszoną głową, czy dobrze się czuje; w księgarni Strand elegancki wielbiciel dadaizmu grzebie ze mną w pudłach z przecenionymi książkami o sztuce i doradza, co warto przywieźć do Europy z dziedziny, która mnie interesuje, a co bez problemu kupię na Amazonie. Takich przykładów mam kilkadziesiąt. Z siedmiu dni.


Poza tym wszyscy są uprzejmi, otwarci i chętnie opowiadają swoje historie. Starszy pan zapytał nas pierwszego dnia, w którą stronę ma wsiąść, żeby dojechać na Dolny Manhattan, a po pięciu minutach wiedzieliśmy już, dlaczego od niedawna jeździ metrem i że jego wielką muzyczną miłością jest Chopin. Kiedy kupowałam coś w sklepie i wysypałam na dłoń monety z prośbą, żeby dziewczyna pomogła mi wygrzebać resztę, zainteresowała się polskim bilonem. Zapytała o dolarowy przelicznik i końcówkę mojego rachunku zapłaciłam dwuzłotówką, bo bardzo chciała zachować taką nietypową monetę. Kto wie, może często postępuje tak z turystami i, wykorzystując swoją mało pasjonującą pracę, udało jej się zebrać kolekcję monet z całego świata?

Focus na buty!

Fantastyczne jest również to, że w Nowym Jorku naprawdę można poczuć się sobą, ponieważ nikt NIE OCENIA. Dla nowojorczyków wszystko jest normalne: kolor skóry, zielone włosy, kość w nosie, brzydki, dziurawy sweter, garnitur od Armaniego, trampki do sukni wieczorowej, Twój beznadziejny angielski akcent i garnek, który właśnie masz na głowie. Słyszałam o tym wcześniej i nie do końca chciałam uwierzyć, ale naprawdę tak to wygląda. Metro, którego jeszcze kilkanaście lat temu lepiej było unikać, obecnie jest miejscem krzyżowania się kultur, statusów majątkowych i poglądów politycznych.


Po trzecie: miasto w łaty

Nowy Jork wygląda jak artystycznie uszyty patchwork: składa się z różnej wielkości miast w mieście, przy czym każdy z rejonów jest bardzo dokładnie wydzielony, a autochtoni niechętnie wybierają się poza granice swojej małej ojczyzny. 



Kilkakrotnie zszokował mnie ten przeskok międzykulturowy. Na przykład Chinatown sąsiaduje z Little Italy, co w praktyce oznacza, że możemy spacerować pomiędzy włoskimi knajpkami, do których najserdeczniej zapraszają potomkowie Vita Corleone, a potem przejść na drugą stronę ulicy i zupełnie bez ostrzeżenia znaleźć się w centrum chińskiego miasta. Pójście w jeszcze inną stronę sprawi, że za chwilę trafimy do bardzo amerykańskiego SoHo i możemy przespacerować się wśród butików Chanel, Louis Vuitton czy Versace. A z hipsterami, w nieco przereklamowanym moim zdaniem Williamsburgu, sąsiadują chasydzi.

Sąsiedzi: chasyd ze smartfonem, modna dziewczyna na longboardzie (bo przecież nie na deskorolce :P) i chasydzkie kobiety (wszystkie identycznie skromne, w ohydnych, sraczkowatych rajstopach i spódnicach za kolano).


Po czwarte: Chinatown

Nasz hotel znajdował się w chińskiej dzielnicy, więc szybko zwiedziliśmy tę okolicę. Okazało się, że nie trzeba lecieć na drugą stronę świata, żeby zobaczyć azjatycką kulturę. Wystarczy bilet do Nowego Jorku i za jednym zamachem możemy oblecieć całą kulę ziemską.


Przeniesienie się ze stolicy mody, sztuki i zakupów do capiących rybimi flakami Chin jest tak absurdalne, że aż śmieszne. Z butiku Alexandra Wanga szybko możemy przewędrować na targ z chińskimi smakołykami i obok papierowej torby z sukienką za kilka tysięcy dolarów zawiesić na palcu siatkę z marynowanymi kurzymi stopami lub solonym, gotowanym kaczym jajem. Smakołyki, które zobaczyłam w Chinatown, zasługują na oddzielną opowieść. Ostrzegam, są zdjęcia!


Chińska dzielnica jest naprawdę... chińska. Większość napisów nie ma angielskich odpowiedników, zamiast aptek przy ulicy dumnie stoją podejrzanie pachnące sklepy zielarskie (te najbardziej podejrzane mieszczą się w piwnicach), a na ulicach stoją podejrzanie wyglądający tajniacy, którzy szepczą do każdego osobnika, niezawierającego azjatyckiej krwi: „Prada? Versace? Bags? Watches?”.

Na obrzeżach Chinatown jest równie chiński park, który należy do seniorów. W czasie gdy ich dzieci i wnuki zajmują się odważaniem 200 gramów solonej ryby o zapachu bezdomnego i usuwaniem flaków z kalmara, oni integrują się na niewielkim skwerze, grając w te wszystkie prastare gry logiczne, o których ludzie z Europy nie mają bladego pojęcia. Nie, to nie było Go. Chinatown jest naprawdę urzekające. Na swój sposób.


Po piąte: don't walk or... walk

Wiecie, jak wiele ułatwia legalne przechodzenie na czerwonym świetle?


Samochody (wciąż jeszcze) mają w Nowym Jorku pierwszeństwo i jeśli wbiegniecie komuś pod koła, kierowca nie omieszka zatrąbić i wysłać Was do stu diabłów, ale jeżeli nic nie jedzie lub pojazd jest daleko, na zupełnym luzie można wybrać się spacerowym tempem na drugą stronę ulicy, nawet jeśli tuż obok policjant kieruje ruchem (sprawdzone!).


Po szóste: wszędzie sztuka

To, że nie odwiedziłam wszystkich muzeów i galerii, które bym chciała, było od początku zaplanowane i bardzo się starałam przyjąć ten fakt bez żalu. 

Wystawa czasowa Louise Lawler „Why Pictures Now” w MoMA

Wszelkiego typu atrakcji kulturalnych w Nowym Jorku jest tyle, że od samego myślenia o nich miękną nogi, a w długą drogę ku stopom wyrusza łezka wzruszenia. Mieliśmy tylko tydzień, więc trzeba było dokonać ostrej selekcji. Obejrzeliśmy Metropolitan Museum of Art (MET) i Museum of Modern Art (MoMA). I to musiało wystarczyć.

Rzeźby z Oceanii, Madagaskaru i Nigerii zrobiły na mnie największe wrażenie w MET

Część muzyczną ogarnęliśmy w metrze, na peronach. Muzycy znoszą na stację pełne nagłośnienie, profesjonalny sprzęt i za cenę biletu oraz tradycyjnego co łaska można usłyszeć naprawdę dobre rzeczy. My w ciągu tygodnia trafiliśmy na: jazzmanów, raperów, perkusistów, występy rockowe, folkowe i zupełnie abstrakcyjne. Wszyscy próbowali w ten sposób co nieco zarobić, poza jedną Afroamerykanką, która użyła swojego nie-sa-mo-wi-tego, mocnego, gospelowego głosu dla własnej przyjemności. Bo nudziło jej się, gdy czekała na metro, a przecież tam taka dobra akustyka...


Po siódme: ludzie z sektora usługowego

O ludziach już Wam trochę opowiedziałam, ale warte uwagi jest jeszcze zachowanie tych, którzy zarabiają najniższą krajową. Podobno według nowojorczyków ich miasto jest najwspanialszym miejscem do mieszkania na całym świecie i powiem Wam, że kiedy patrzyłam na obsługę kolejki do Observation Deck na 65. piętrze Rockefeller Center, byłam w stanie w to uwierzyć. 

Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedy znajdę się w Nowym Jorku, zrezygnuję z odwiedzenia tarasu widokowego na Empire State Building. A jednak wybraliśmy zdecydowanie mniej obleganą wieżę Rockefeller Center, z której widoki były niesamowite, a Empire State Building machał do nas oświetloną iglicą z naprzeciwka. 

Ci ludzie po prostu bawili się swoją durną pracą, polegającą na tłumaczeniu tłumowi, że ma stawać w kolejce w parach, ramię przy ramieniu. Byli zaangażowani, sympatyczni, uśmiechnięci, żartowali. Przypomnijcie sobie, jak u nas wyglądają np. panie pilnujące eksponatów w muzeum. No właśnie, w muzeum MET też trafiliśmy na ochroniarza dóbr kultury. Zdradził nam sekretne przejście do ciekawej sali, zapytał, skąd jesteśmy, bo nie umie rozpoznać języka, a na koniec życzył nam miłego zwiedzania.

Jedynym miejscem, w którym trafiłam na znudzoną ekspedientkę, była Sephora przy Times Square, ale nawet tam usłyszałam oklepaną formułkę: „Hello, how are you today?” – i to wcale nie na odwal. Mimo że takie zachowanie czasem powiewa sztucznością, uwierzcie, naprawdę jest sto razy fajniejsze od tego, co na co dzień spotyka się w Polsce. 


Po ósme: sprawny sanepid

Bliska memu sercu jest sprawa jedzenia, które człowieka nie otruje i które przygotowywane jest ze świeżych składników, bez asysty gryzoni i owadów synatropijnych.



W Nowym Jorku każdy lokal usługowy ma (lub powinien mieć) wywieszoną w widocznym miejscu przy wejściu ocenę od instytucji przypominającej sanepid. Nie znam dokładnych zasad, ale zdaje się, że poza czystością,  brane jest pod uwagę, czy lokal korzysta ze świeżych składników, czy z mrożonek i jak długo przechowywane jest gotowe jedzenie. Jeśli wyrok brzmi: A, to znaczy, że można śmiało wchodzić. Oczywiście to nie gwarantuje dobrego smaku. Widzieliśmy sporo ocen B i ani jednego C. Od czasu do czasu trafia się „grade pending”, czyli ocena niewiadoma, co może oznaczać dwie rzeczy: albo lokal jest nowy, albo właściciel oprotestował przyznaną ocenę i cała procedura jest przeprowadzana ponownie. Jak myślicie, czy ktokolwiek oprotestowuje A? No właśnie. Do „grade pendingów” na wszelki wypadek nie zaglądaliśmy... Sam projekt oceniania to moim zdaniem świetny pomysł. Nowojorczycy też tak uważają: “New Yorkers are using the grades to motivate restaurants to create a better dining experience for everybody”. To działa: większość lokali mimo wszystko zasługuje na A. 

Trzecia Aleja – naszym zdaniem dużo fajniejsza od słynnej Piątej. 

Po dziewiąte : Nowy Jork jest... Nowym Jorkiem

O tym naprawdę nie sposób zapomnieć: przechadzanie się po TYM Nowym Jorku jest niezapomnianym przeżyciem. Byłam tam po raz pierwszy, ale momentami miałam wrażenie, że całkiem nieźle się znamy. Dwudziestokilometrowy spacer pozwala połączyć te wszystkie znane miejsca w logiczną całość. Niektóre na żywo są naprawdę zaskakujące!


Przechadzkę przez Most Brooklyński wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, a to, co zobaczyłam, przewyższyło moje wyobrażenia (nie licząc mas turystów). I mimo że wiele razy widziałam na zdjęciach słynny Flatiron, na żywo w kilka sekund mnie w sobie rozkochał (tak mocno, że zrobiłam mu z pięćdziesiąt zdjęć z różnych stron, pod różnym kątem).


Żółtych taksówek jest pełno, a ulice są jeszcze piękniejsze niż na filmach. Rozczarował mnie trochę Central Park, ale o tym innym razem.



Po ostatnie: wszystko jak u nas, tylko lepiej

To widać zarówno w sprawach wielkich, jak i drobiazgach. W sklepie firmowym Lego można kupić samodzielnie zmontowanego ludzika i klocki na wagę. Koktajle z sieciówki Pret-A-Porter są równie zdrowe i pełne dziwnych, modnych składników, co te sprzedawane w Polsce, ale tam jakoś lepiej smakują. Kolejki do kas w większych sklepach często ustawiane są jako długie zygzaki. Kiedy człowiek z Polski w nich staje, jest przekonany, że już za chwilę zmarnuje co najmniej godzinę swojego cennego nowojorskiego życia. Ale nie marnuje, bo do kasy dociera w ciągu kilku minut. Jak to możliwe? Ano na przykład tak, że kasjerów jest dwudziestu trzech. Ktoś skorzystał kiedyś z matmy i tak to sobie sprytnie obliczył. A kiedy sprzedawca opuszcza stanowisko pracy w tylko sobie wiadomym celu, zamiast kartki z nicniemowiącym „zaraz wracam”, zostawia to:


Najbardziej oczarował mnie Whole Foods Market – idealny sklep spożywczy. Mogłabym zostać jego twarzą, bo wszystko mi się w nim podobało. Żywność jest organiczna, pochodzi z lokalnych gospodarstw, wszystkiego jest oczywiście po amerykańsku: dużo, a produkty są zaprezentowane w taki sposób, że naprawdę zaczynamy je zjadać oczami. Uwierzcie, gdyby moje oczy były w stanie przeżuwać, z pewnością wróciłyby do Polski z nadwagą. Z drugiej strony, mając do dyspozycji Whole Foods Market, można by też stać się fit bez wielkiego wysiłku:


Ciekawostką jest fakt, że w absolutnie każdym odwiedzonym przeze mnie nowojorskim sklepie, oferującym półprodukty spożywcze, można było kupić gotowy obiad. W przypadku Whole Foods – na ciepło. W przeciwieństwie do polskich naleśników, pierogów i krokietów, tam czekały na zabieganych ludzi trzy rodzaje zup (kupowanych na wagę), apetyczne drugie dania (mięsne, bezmięsne, bezglutenowe i z pewnością bez parabenów). Wszystko na podgrzewanej półeczce, na którą obsługa na bieżąco donosiła świeże potrawy.

Cóż mogę rzec? Wróciłam zachwycona. I Wam też życzę podobnego zachwytu. Aha, jest jeszcze punkt jedenasty, który łączy się z tym, co napisałam wyżej. To Strand – najświetniejsza księgarnia w kosmosie, którą podejrzewamy o posiadanie w sejfie na trzecim piętrze Biblii z autografem ;). Opowiem Wam o Strandzie w osobnym wpisie, w którym pokażę też, jakie albumy udało nam się dodźwigać z centrum Nowego Jorku do warszawskiego Ursynowa. 


Oczywiście istnieje możliwość, że polecicie do NYC i będziecie mieć zupełnie inne odczucia. Któregoś razu w czasie hotelowego śniadania przypadkowo usiedliśmy przy stoliku obok Polaków. Jeden z nich, wielki bywalec świata, w klapkach i (dla odmiany czarnych) skarpetach, perorował na temat tego, jaki Nowy Jork jest beznadziejny i rozczarowujący. „Nie to co Egipt”, powiedział. Faktycznie nie to co.

54 komentarze:

  1. zacieram ręce na tę serię. jak Ty świetnie opowiadasz! więcej NYC oczami Agaty!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odkąd pooglądałam wszystkie sezony "Seksu w wielkim mieście" to marzy mi się zwiedzenie tego miasta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie „Seks w wielkim mieście” tylko upewnił w tym, że koniecznie muszę odwiedzić Nowy Jork :D

      Usuń
  3. Kurcze, to ostatnie zdjęcie pobudziło mój apetyt :D Przepięknie ułożone warzywa i owoce :) Cała opowieść fascynująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam zachwycona sposobem prezentacji warzyw! Wystarczy w odpowiedni sposób ułożyć, wyeksponować i już człowiek ma ochotę wsuwać liście na surowo i robić z tych pięknych marchewek surówki i soki :).

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Teraz to ja już sama tamtej sobie zazdroszczę :-O

      Usuń
  5. NYC to moje marzenie <3 Póki co oczarowana Azją wracam tam co roku, ale z tyłu głowy wciąż mam to moje marzenie, które na pewno zrealizuję. Zazdroszczę Ci tych wszystkich wspaniałych przeżyć i chwil!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to zamiast w stronę Azji, ruszaj w przeciwnym kierunku! Jak widzisz, po drugiej stronie też jest Azja – przynajmniej kawałek ;)

      A poza tym... marzenia się spełniają :D

      Usuń
  6. Teraz jeszcze bardziej mam ochotę tam polecieć :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to wrzucaj dzielnie do świnki ;)

      Usuń
  7. My mamy w planie NYC. W tym roku, a jak nie, to już na bank w przyszłym! Trzymaj kciuki by się udało :)

    OdpowiedzUsuń
  8. chciałabym pojechać chociaż na weekend o Nowego Yorku:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, weekend to za mało. Bardzo by Ci było żal opuszczać to miasto po dwóch dniach! Lepiej chyba poczekać dłużej i zostać tych kilka dni więcej. Ale rozumiem Cię doskonale :)

      Usuń
    2. Oj, weekend to za mało. Bardzo by Ci było żal opuszczać to miasto po dwóch dniach! Lepiej chyba poczekać dłużej i zostać tych kilka dni więcej. Ale rozumiem Cię doskonale :)

      Usuń
  9. Moim marzeniem jest odwiedzić kiedyś Stany :) Zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim pierwotnym marzeniem było polecieć do Stanów przynajmniej na miesiąc i zwiedzić wszystko, co się da. Ale zanim bym znalazła na to czas i środki, mogłabym już być swoim czternastym wcieleniem, więc warto zacząć od spraw nieco łatwiej dostępnych ;)

      Usuń
  10. Fascynująca relacja. Świetne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  11. "Uwierzcie, gdyby moje oczy były w stanie przeżuwać, z pewnością wróciłyby do Polski z nadwagą." - leże sobie i kwiczę :roft
    Agata, NYC w pigułce, aż zachciało mi się zbierać do skarbonki ;)
    :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo! Wrzucaj pieniążki do prosiaka i leeeeeeeć!

      Usuń
  12. od dawna mam ochotę się tam wybrać :) może kiedyś... :) chcę wiecej poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie więcej, a wybrać się musisz koniecznie <3

      Usuń
  13. Nowy York to moje marzenie! Może kiedyś się ziści :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja jakos nigdy nie marzyłam o tym żeby zwiedzic Nowy Jork :P Za to Barcelona jest moim marzeniem, no i może Meksyk :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w Barcelonie przez jeden dzień, więc to za mało, żeby coś powiedzieć. Meksyk też bym chętnie odwiedziła!

      Usuń
  15. Fantastyczna wyprawa, zafundowałaś mi zupełnie inne wyobrażenie o NYC niż miałam. Najbardziej zaskakuje podejście ludzi do ludzi, zresztą rozmawiałyśmy o tym. Dużo o tym myślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też cały czas mam w głowie to, jak bardzo inni są ludzie w NY i ile nam do nich brakuje.

      Usuń
  16. Moim marzeniem jest nowy york, Japonia i Nowa Zelandia - zazdroszczę wycieczki. Chetnie poczytam ile trzeba mieć kasy na taka wycieczkę tzn taki średni standard. Maz sie ze mnie śmieje ze jak tam pojadę to juz w ogole szlafroka nie zdejmę tylko bede w nim śmigać po ulicy. I tego wlasnie mi w Polsce brakuje takiego luzu i nie oceniania po pozorach. Swoją droga kiedyś w jakimś programie pokazywali te kontrole sanepidu u nich. A jak zniosłas lot ? I czy Tomasz był z wami ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę spróbować oszacować koszty, jeśli to ciekawe, chociaż nie jestem pewna, czy chcę dokładnie wiedzieć, jak dużo na to poszło ;).
      Tomek został z dziadkami, jeszcze nie czas. Ale chętnie zabierzemy go następnym razem :). Lot bardzo dobrze, w zagłówkach foteli są telewizory, a tam filmy, seriale, muzyka. Ja jeszcze dodatkowo przeczytałam przewodnik po Nowym Jorku. A w Stanach nawet nie miałam jet laga. W Polsce już tak, ale to już jakby mniej istotne :D.

      Usuń
  17. Nowy Jork to moje marzenie! :) Świetny wpis!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! I... nie odkładaj marzeń w nieskończoność :)

      Usuń
  18. Pięknie, napewno niezapomniane wrażenia ! Z wielką chęcią odwiedziłabym kiedyś Nowy Jork :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Z ogromną przyjemnością przeczytałam Twoją relację z NYC :) Byłam tam wprawdzie przez kilka godzin spacerując po Manhattanie, ale wstawanie o 4:30, żeby zdążyć na autobus, odczekiwanie w konsulacie i kilka godzin marszu dały mi się tak we znaki, że ostatecznie nie pamiętam tyle, ile bym chciała. Pamiętam za to wrażenie, że wydarzył się cud, że jestem w miejscu, które do tej pory oglądałam na filmach (z resztą za każdym razem mam takie wrażenie, bo jestem ogromnie wdzięczna za to, że mogę mieszkać w tym kraju).
    Twój opis Chinatown przypomina mi do złudzenia bostońską chińską dzielnice. Ten sam brud, Ci sami szepczący sprzedawcy, napisy, śmierdzące ryby i "miejsca spotkań starszyzny". Tylko targ jest raz na jakiś czas.
    To przechodzenie na czerwonym nazywa się "J walk" i jest powszechne w całych Stanach, ale w NY jest zbyt dużo samochodów, żeby to dobrze działało ;) W razie czego zawsze możesz wyskoczyć na kierowcę z buzią, co często się zdarza.
    O amerykańskiej sympatii do nieznajomych pisałam u siebie na blogu, ale tak jak Ciebie dalej mnie to zadziwia. Wprawdzie Amerykanie po prostu są mili i uśmiechnięci, bo tak są wychowywani, to jednak sprzedawcy mają w tym trochę interes - napiwki albo dodatki do pensji.
    Whole Foods Market jest piękny i uroczy, ale potwornie drogi. Równie fajny jest Trader Joe's :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, bardzo Ci dziękuję za miłe słowa <3
      J walk? Naprawdę?! To już wiem, skąd nazwa pewnego wykonawcy ;). Człowiek codziennie dowiaduje się czegoś nowego, dzięki!

      Szkoda, że nie natrafiłam na żadnego Trader Joe's :(

      Usuń
  20. wow przeczytałam posta jednym tchem i chyba nie muszę Ci pisać jak bardzo Ci zazdroszczę :)i nie wiedziałam wcześniej jak Amerykanie upamiętnili tragedię z 11 września, ale naprawdę zrobili to w sposób wydaje mi się "adekwatny" miejsce do zadumy, upamiętniające tą tragedie :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak doszłam do strefy zero, miałam dokładnie takie same przemyślenia: że wow, nie wiedziałam, że te dziury tu istnieją, oraz: noooooo, idealny pomnik!

      Usuń
  21. Z przyjemnością przeczytałam Twoją relację :)
    Czy wyjazd był samodzielnie zorganizowany?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Tak, wyjazd organizowaliśmy sami.

      Usuń
  22. Czytając Twój post mimowolnie porównywałam NYC do Seulu, kurczę chyba wiecej różnic niż podobieństw, może oprócz wielkiej przestrzeni! Mam nadzieję, że i my kiedyś jeszcze do NYC wrócimy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja chętnie odwiedziłabym Seul i przekonała się, jak bardzo miesza się tam kultura Azji z kulturą Zachodu.

      Usuń
  23. Cudowna opowieść,przez chwilę prawie poczułam się jakbym tam była...
    Szkoda że PRAWIE robi różnicę...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, dziękuję Ci bardzo za miłe słowa! <3
      i życzę, żeby PRAWIE zamieniło się w DOKŁADNIE TAK SAMO :)

      Usuń
  24. To jedna z najciekawszych i najbardziej konkretnych relacji z NY jaką czytałam. Dzięki niej, poczułam, że przez chwilę wyobraźnią byłam tam. Z pewnością przeczytam kolejne. :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 bardzo, bardzo Ci dziękuję za te miłe słowa! I cieszę się, że mnie odwiedziłaś :)

      Usuń
  25. To musi być rewelacyjne uczucie,ze przez filmy, YT etc, niektóre miejsca, ławki, krzaki, uliczki wydają się takie znajome. A jednak perspektywa na żywo robi kolosalną różnicę na plus. :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I masz rację, to bardzo dziwne, rozpoznawać miasto, w którym nigdy się nie było. Podobne wrażenie miałam w Londynie miejscami :)

      Usuń
  26. Wróciłam miesiąc temu z NY i chciałabym tam wrócić! ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger