22.05.2017

Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick, odcienie 03, 13, 17 – jak wiele mają wspólnego z Milani Amore Matte?

Słynne matowe pomadki Golden Rose z serii Longstay trafiły do mnie dopiero w lutym tego roku, co prawdopodobnie stawia mnie w roli najmarniej rozeznanej blogerki w historii polskiej blogosfery. Tak naprawdę w ogóle nie zamierzałam ich kupować, ale tak się złożyło...


Wiadomo, zawsze jakoś tak się składa.

Ojnooobo. Byłam ciekawa, jak się ma ich jakość w porównaniu z Milani, które zachwyciły mnie kolorami, ale rozczarowały sposobem ucieczki z ust. Wybaczam zastygającym, matowym pomadkom stopniowe blednięcie od środka, ale nie mogę wybaczyć łuszczenia i odchodzenia płatami. Nie po to robię się na bóstwo, żeby trzy godziny później stać się makeupowym klaunem. Z pewnością taka głupkowata wersja mnie poprawiłaby humor wielu osobom, ale kto chce śmieszyć, tumanić, przestraszać z własnej woli? Takie właśnie zbrodnie popełnia Milani. Czasem po niewinnym jedzeniu, czasem po wypiciu czegoś ciepłego. Bywa i tak, że po paru godzinach pomadka znika od samego używania ust (nie wnikamy, nie wnikamy...). To sprawia, że – poza najjaśniejszymi odcieniami – boję się aplikować Amore Matte, kiedy wychodzę z domu na dłużej. No to odwiedziły mnie Longstaye. Witajcie w mych nieskromnych kosmetycznych progach!


Odcienie wybrałam po obejrzeniu kilku swatchy w internecie. Nigdy nie macałam tych pomadek na żywo i zupełnie nie wiedziałam, czego się po nich spodziewać. Paleta rozszerzyła się już do 25 kolorów, więc zdecydowanie jest w czym wybierać. Dziś postawiłabym pewnie na nieco inne odcienie.


Podoba mi się nieprzekombinowane opakowanie, które nie ma tendencji do się_niszczenia. Podobny prosty design mają błyszczyki z MAC-a. Lubię. Tym, czego nie lubię, jest fakt, że jeden z posiadanych przeze mnie egzemplarzy ocieka tłuszczem. Wiem, brzmi jakoś tak eeee i yyyy, ale – ku memu wielkiemu zdziwieniu – trzynastka ufajdała mi całą kosmetyczkę tłustym, przezroczystym płynem (witamino E, czy to tyyyyy?), a po dokładnym wytarciu i jeszcze dokładniejszym zakręceniu opakowania... zrobiła to znowu. Po drugim razie postawiłam wszystkie trzy longstaye w pionie na toaletce. Ot, w celach naukowych. Numer 13 wciąż się ślinił boczkami. Jak on to robił? Dlaczego? Nie mam pojęcia. Po ostatnim wytarciu tłustej warstwy pomadka zaprzestała na razie swych niecnych praktyk, ale wciąż  nie mam ochoty zwiedzać z nią w torebce świata ani nawet pobliskiego spożywczaka. Pokazywałam na FB, jak to wyglądało: klik. Poczytałam opinie na Wizażu i okazało się, że nie tylko u mnie wystąpił ten problem, choć faktycznie nie jest to na szczęście typowe dla tego produktu.


Do płaskich, błyszczykowych aplikatorów zdążyłam się przyzwyczaić dzięki Milani Amore Matte. Nie jest to najwygodniejsza forma aplikacji, bo brakuje precyzji, ale aplikatory GR najwyraźniej są lepiej wyprofilowane, bo jestem w stanie wyrysować nimi kontur ust w taki sposób, żeby nie wyglądało, jakbym wcześniej wypiła pół litra (lub ewentualnie: nie wypiła ;)). Wpisu o Milani wciąż nie ma na blogu właśnie dlatego, że nie byłam w stanie na tyle precyzyjnie pomalować ust, żeby się później nie wstydzić. 


Formuła Longstay Liquid Matte Lipstick też przypomina mi Milani: zastygają, ale na pewno nie można ich zaliczyć do kategorii kissproof ani do betonowych, odpornych na wszystko skorup typu Lipfinity z Max Factor. Zarówno GR, jak i Milani po zastygnięciu pozostają minimalnie lepkie (czuć to przy dociskaniu górnej i dolnej wargi), ale tylko Golden Rose zostawia ślady na szklankach, a przy pocieraniu palcami – ślady koloru na opuszkach. Wbrew pozorom, nie jest to wada, bo – jak wspominałam we wstępie – Milani potrafi się brzydko łuszczyć na ustach, a Golden Rose schodzi w przyjemniejszy, dyskretniejszy sposób: stopniowo zjada się od środka, a reszta koloru powoli blednie. Kolor utrzymuje się na ustach przez wiele godzin (wersja bez jedzenia), potrafi też przetrwać picie i posiłki, ale wtedy na pewno warto będzie na bieżąco monitorować w lusterku sytuację, bo jednak co nieco może nam się popsuć. Po jakimś czasie w końcu zniknie z wnętrza warg, ale za to wszystko, co zostanie na obrzeżach, będzie trudne do zmycia przy wieczornym demakijażu. Ta – mimo wszystko – nierównomierność znikania sprawia, że Golden Rose wciąż jest typową matową pomadką w płynie, a nie ósmym cudem świata (co sugerowało wiele recenzji).

Jak to zwykle bywa w przypadku płynnych matów, pomadki Golden Rose mogą wysuszać usta, dlatego warto intensywnie nawilżać i natłuszczać wargi przy wieczornej pielęgnacji. Możemy oczywiście posmarować je pielęgnującym sztyftem przed aplikacją GR, ale wtedy trwałość będzie marna. Logiczne. Przy odpowiedniej dbałości o kondycję ust (mam tu na myśli również cukrowe peelingi), sytuacja jest do opanowania, a poziom przesuszenia powiedzmy... znośny. W innym razie Longstay podkreśli wszystkie suche skórki (nawet te, o których istnieniu nie mieliście pojęcia), a potem zrobi z Waszych ust Saharę. Właśnie z tego względu nie jestem wielką miłośniczką płynnych, matowych pomadek (tak ogólnie, bez wskazywania konkretnych marek). O wiele ładniej zjadają się aplikowane na całe usta konturówki.


Jeśli chodzi o wybrane przeze mnie odcienie, zimą najczęściej wracałam do 03. Moje serce mocno bije do chłodnych fioletów, dlatego najbardziej spodobał mi się właśnie ten odcień. Przy jasnej karnacji zawsze wygląda ładnie i elegancko – wersja GR nie jest tu wyjątkiem. Z tym egzemplarzem nie miałam żadnych większych przebojów. Trójka znika z ust, prezentując nam coraz bardziej rozłożyste ombre ;). Wydaje mi się jednak mniej trwała od pozostałych.

Mało ciekawie na moich zdjęciach przedstawiłam chłodny, jasny brąz, tudzież ciemny beż nr 13, ale jest to pomadka, po którą w zimnych miesiącach również sięgałam wielokrotnie (aaaa, nie patrzcie na ten zamaszysty obrys poza naturalnym konturem!). Myślałam, że będzie odpowiednikiem mojej Amore Matte w odcieniu 10 Adorable, ale jednak Milani jest wyraźnie ciemniejsza. Po tym, jak trzynastka wielokrotnie się wytłuściła, w końcu na niekorzyść zmieniła się jej formuła. Teraz już potrafi zaschnąć równie skutecznie co Milani i złuszczać się, powodując nieestetyczne znikanie.

Najmniej spodobała mi się nowsza propozycja Golden Rose – odcień 17. Śliczny, wiosenny koral w kontekście całej twarzy wygląda u mnie nieco sztucznie i nie tak łatwo dopasować go do reszty makijażu, żeby dodatkowo nie podkreślać pudrowego oblicza tego koloru. Ale to już moje osobiste preferencje, bo obiektywnie nr 17 jest bardzo udany. Nie mam uwag do trwałości, sposobu znikania i aplikacji.

Według mnie Lonstaye to bardzo porządne matowe produkty do ust i cieszę się, że producent poszerza gamę kolorów. Mają wiele wspólnego ze sporo droższymi Milani, a nieco gorsza trwałość wynagradzona jest bardziej uprzejmym znikaniem. Mimo wszystko po raz kolejny nie zakochałam się w płynnych matach – może po prostu nie są dla mnie? Doceniam trwałość i na pewno będę do nich wracać, ale zdecydowanie wolę komfortowe, klasyczne pomadki.

Cena: 19,90 zł
Dostępność: łatwa, wyspy Golden Rose, sklep internetowy producenta, inne sklepy online

35 komentarzy:

  1. ja wasnie sié nie mogę doczekać, kiedy wparuję na stoisku GR :) niedługo będę w Polsce i na pewno się skusze na kolejne matowe pomadki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to życzę miłych łowów! ciekawa jestem, na co polujesz :)

      Usuń
  2. Akurat 13 ani 17 nie mam więc chętnie Zapoznałam się z Twoją opinia :) ♥️

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzynastka podoba mi się najbardziej. Muszę Ci się przyznać, że osobiście jeszcze ich nie poznałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest bardzo ładna. Mogłaby tylko lepiej się sprawować :)

      Usuń
  4. ciekawią mnie te pomadki. miałam velvet matte i spisywały sie rewelacyjnie. przede mna jeszcze kredki i te, które Ty opisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, nie jestem ostatnią, która nie znała ich wcześniej, co za ulga! :)

      Usuń
    2. Polecam szczególnie kredki :) Może nie są tak trwałe jak longstaye, ale mają bardziej kremową formułę i dzięki temu nie nakładają się tak tępo, wydaje mi się też, że nie są aż tak przesuszające.

      Usuń
  5. Bardzo znane, a dla odmiany ja nigdy ich nie próbowałam choć powoli przekonuję się do matów:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, no to nie jestem jednak ostatnia :D Piona!

      Usuń
  6. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, które jeszcze tych pomadek nie miały :D 03 jest piękna, może kiedyś ją kupię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale że TY nie miałaś??? No wiesz co? ;)

      Usuń
  7. 3 jest ładna :) muszę wypróbować taki odcień u siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam 03, róż który bardzo mocno rzuca sie w oczy - w zasadzie sama nie wiem czemu go kupiłam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak to czemu? Żeby wyglądać pięknie :D!

      Usuń
  9. Golden Rose trzyma wysoki poziom jeśli chodzi o produkty do ust :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mnie po matach GR usta szczypią ;D ona nie ocieka tłuszczem tylko ślini się na Twój widok ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczypią??? ale jak to? :-O
      A że pomadka się ślini... no kurde, ta teoria mi się podoba! :P

      Usuń
  11. a pamiętasz, ile zachwytów przelało się nad rouge edition velvet? jak głupia skusiłam się na 6 sztuk... po czym się z nimi nie polubiłam :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, pamiętam i pamiętam, że popłynęłaś z zakupami. Ja kupiłam tylko jeden kolor, Nude-ist i zdziwiłam się, że jest taki ciemny (wbrew nazwie i swatchom). i jakoś później już zapomniałam o tych pomadkach i odpuściłam. Za to ostatnio skusiłam się na tę nowszą wersję Bourjois i jestem znesmaczona ohydnym zapachem :/

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. nie dziwię się, śliczny jest! :)

      Usuń
  13. Muszę przyznać, że zainteresowałaś mnie tym 03! Zwykle nawet nie zerkam w stronę podobnych, chłodnych fiolecików, bo mam wrażenie, że wydobywają z mojej cery wszelkie niechlubne niebieskości, nadając fantastycznie topielczy wygląd, ale... u Ciebie wygląda rewelacyjnie!
    BTW, ja z tej linii mam nr 04 (piękny koral złamany fuksją - zupełnie niezwykły) i osławiony nr 10, dzięki któremu wyglądam, jakbym zamiatała kurz z szafek ustami. Do trwałości nie mam zastrzeżeń, ale w moim przypadku kluczowe jest aplikowanie produktu ultracienką warstwą - wtedy ładnie się trzyma i nie robi brzydkich numerów :)

    OdpowiedzUsuń
  14. No no no ten 03 na Tobie, koleżanko... piękny!

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie taka ostatnia jesteś w temacie słynnych GR, ja póki co tylko czytam a nawet nie macałam żadnej :D Kolory jak widzę piękne, nawet powiedziałabym takie "moje". szkoda jednak że to nie taki cud miód jak się naczytałam i jak w końcu zdecyduję się jakieś kupić na pewno jedną dwie co by dużo tracić jak mi sie nie spodobają :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie mam jeszcze tych pomadek, ale sporo o nich słyszałam. Kolor 13 bardzo mi wpadł w oko :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Mam 05 którą uwielbiam, a 03 kompletnie mi nie pasuje a na wszystkich innych osobach, w internetach wygląda tak ładnie :(

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja uwielbiam maty! Z Golden Rose mam 13, ale za jasna jest dla mnie. Nr 3 mi się marzy. Lubię takie. 😊

    OdpowiedzUsuń
  19. 03 to zarówno Twój, jak i mój kolor <3 ;).
    Też uwielbiam produkty do ust w odcieniu fioletu bądź różu z nutą fioletu:).

    OdpowiedzUsuń
  20. 03 najlepsza, a może dlatego, że najbardziej w moim guście :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger