10.05.2017

Projekt denko, odc. 49

O rety, jakie powroty są trudne! Spełniłam swoje wielkie nowojorskie marzenie, o czym na bieżąco informowałam Was na Instagramie, a teraz wróciłam i nie dość, że w maju mamy zimę (wczoraj zajrzała do Warszawy poranna śnieżyca), to jeszcze słodkiego powitalnego buziaka dał mi worek kwietniowych śmieci, a pustka na blogu zasapała z poirytowania. Zabieram się więc do pracy – dziś zużycia, a już za chwilę będę Wam pokazywać, jak się udały łowy za wielką wodą i w ogóle, co tam w tym Nowym Jorku słychać :).



W kwietniu nie opuszczał mnie chaos, który głównie przejawiał się w sprawach makijażowych. Wyciągałam z tyłów szuflad kosmetyki, których bardzo dawno nie używałam, żeby sprawdzić, czy: a) jeszcze się nadają, b) wciąż są mi potrzebne. To niesamowite, ile kosmetyków może się schować w torebkach, regularnie przeglądanych szufladach, kieszeniach  płaszcza. Typowe problemy pierwszego świata – obyśmy nie miewali w życiu innych :).

Oto, co udało mi się wysłać na wieczny śmietnikowy odpoczynek:


Fitomed – Tonik oczyszczający ziołowy do cery tłustej – mój ulubieniec! Mimo zniechęcającej szaty graficznej i nieciekawego brunatnego koloru, żywię wielką sympatię do ziołowego płynu Fitomed, bo łączy w sobie skuteczność oczyszczania, doskonały skład, dobrą cenę i brak właściwości wysuszających. Moja skóra bardzo go lubi i będę do niego wracać, dopóki coś bardziej wyjściowego nie zawróci mi w głowie. 

Yves Rocher – Pur Bleuet – dwufazowy płyn do demakijażu – ależ ja go kiedyś uwielbiałam... wielokrotnie wspominałam o tej dwufazówce na blogu przy okazji rozmaitych wpisów i odsyłałam do pradawnej recenzji, w której nie ma nawet zdjęcia mojego autorstwa, tylko materiały promocyjne (niezłe średniowiecze, co? dziś nie do pomyślenia na jakimkolwiek blogu). To skuteczny żołnierz w walce o pełen demakijaż oczu, ale od wielu miesięcy pozbywam się cieni, kredek i tuszów za pomocą masła do demakijażu, dlatego Pur Bleuet poszedł w odstawkę. Jeśli jednak lubicie płyny dwufazowe, ten z czystym sumieniem mogę polecić. Szukajcie go w promocji – bardzo często można kupić nawet 50% taniej. Resztka płynu z tego opakowania pomogła mi doszorować pędzle i gąbki z podkładu.

Sylveco – Tymiankowy żel do twarzy – przez większość czasu nie byłam w stanie znieść intensywnego zapachu tymiankowego zielska, a kiedy zaczęłam się przyzwyczajać, żel wziął i się skończył. Mimo ohydnego dla mojego nosa aromatu, działał wyśmienicie. Jeśli zapach obiadu na twarzy Wam nie przeszkadza, śmiało po niego sięgajcie. 


Lancôme – Visionnaire Nuit – Beauty Sleep Perfector (miniatura) – a ten kosmetyk pokazał, że nawet ładne aromaty w dużym stężeniu potrafią być nieznośne. Sprawa przesadzonego zapachu skutecznie zniechęciła mnie do używania tego żelowego olejku na noc. I wcale nie byłam zachwycona jego działaniem – skóra była raczej zapchana, a nie odżywiona. Beauty Sleep Perfector w pełnym, 50-mililitrowym wymiarze kosztuje w Sephorze 379 złotych. Dzięki, ale nie, dzięki. 

Nuxe – Crème Prodigieuse – regenerujący krem do cery normalnej i mieszanej – krem ma chronić cerę przed stresem oksydacyjnym (moja ulubiona kosmetyczna nowomowa), ma też nawilżać, odświeżać i działać delikatnie matująco. Tu też może przeszkadzać wyraźny, kadzidlany zapach (ten sam, który znamy z suchego olejku marki), ale jest zdecydowanie subtelniejszy niż u kolegi wyżej. Sam krem... tylko poprawny. Nadaje się pod makijaż, nawilża przeciętnie, faktycznie ma lekko matowe wykończenie, ale nie trzyma tego efektu zbyt długo. Lubię markę Nuxe, ale do tego kremu nie mam ochoty wracać, szczególnie że podejrzewam go o zafundowanie mi pojedynczych, bolących, wiedźmowych parchów.  

Ahava – Time To Revitalize – Extreme Day Cream (miniatura) – rewitalizujący krem na dzień z minerałami z Morza Martwego, który również nie zrobił wrażenia na mojej cerze. Producent chwali jego bogatą, nawilżająco-odżywczą formułę, ale to, co wyłaziło z mikrotubki, było dość lekkie. Zabierałam go na wyjazdy, ale zauważyłam, że w takich krótkich strzałach nawilżenie było zbyt słabe. Za 239 zł nie ma to wielkiego sensu, więc nie planuję zakupów.  

Sally Hansen – Insta-Dri – top coat – skuteczny wysuszacz. Używam go ja, używa moja mama. Miałam nadzieję, że w Nowym Jorku znajdę w szafie NYC mojego innego ulubieńca z tej kategorii, ale najwidoczniej przestali go produkować, więc na razie pozostanę przy Insta-Dri. Kiedyś bywało, że sprzyjał powstawaniu bąbli na emalii, ale od dłuższego czasu nie widuję tego (d)efektu. 



Carex – Splash – antybakteryjne mydło do rąk – w zimnych, chorobowych miesiącach to mydło jest u nas obowiązkowe. Latem wystarcza tradycyjne. Wiele wskazuje na to, że w tym roku lato będzie odwołane, więc niewykluczone, że Carex pozostanie w użyciu przez kolejne długie miesiące...

Innisfree – It's Real Squeeze Mask, wersja Bamboo – uwielbiam maski płachtowe za prostotę użycia, dlatego kiedy Magda z bloga Kociamber w podróży zaproponowała, że kupi mi kilka takich masek i przekaże przy okazji wizyty w Warszawie, bardzo się ucieszyłam. Zużyłam do tej pory dwie różne wersje Innisfree i obie równie dobrze nawilżały. Że też u nas wszystko, co koreańskie, jest kilka razy droższe. 

Bath & Body Works – żele antybakteryjne – pewnie mam mikrobiologicznego świra, ale nie umiem już funkcjonować bez dezynfekcji rąk. Zjeść coś na mieście i nie podlać się wcześniej pachnącym żelem? Niemożliwe! Chętnie inwestuję w BBW, bo zapachy umilają codzienność, żele szybko schną, nie kleją się. 

The Body Shop – Lychee Blossom EdT – prosty, owocowo-kwiatowy zapach – świeży, miły, dzienny. Prezent od koleżanki z Kanady, w Polsce nie widziałam w ogóle tej serii. 


MELLI Care – Hand & Foot Ritual – Orange & Coconut Scrub – brawo za prosty, w pełni naturalny skład i udaną olejową kompozycję, która w połączeniu z solno-cukrowymi drobinami daje bardzo dobry efekt (choć z uwagi na tłustą formułę wolę go do rąk niż do stóp). Mało atrakcyjny był tylko zapach – pomarańcza delikatnie wyczuwalna, a po kokosie ani śladu. Przynajmniej w moim słoiku. Nie udało mi się zużyć całego opakowania, bo na dłonie i stopy potrzeba naprawdę niewielkich ilości, dlatego wydajność oceniam wysoko. 

Balea – Urea – krem do rąk – bardzo skuteczny krem. Szkoda, że wsadziłam go do torby, której od dwóch lat nie używałam. Balea po drodze straciła ważność, więc ze smutkiem wyrzucam pół opakowania. 

Nuxe – Rêve de Miel – krem do rąk – dostałam kiedyś ten krem od M. i spodobał mi się na tyle, że potem kupiłam drugie opakowanie. Z tym drugim już jakoś gorzej szło, ale to dlatego, że w ogóle odechciało mi się kremować dłonie. Trzeba się przyzwyczaić do zapachu. Na początku mi przeszkadzał, potem polubiłam.


Equilibra – Aloe Shampoo – Gentle Rebalancing – bardzo polecam szampony Equilibry, są naprawdę genialnej jakości! Po każdej wersji szamponu aloesowego tej firmy moje cienkie i łatwo klapnące włosy zyskują objętość i niesamowitą miękkość. Od wersji Rebalancing oczekiwałam ograniczenia przetłuszczania i tu niestety się zawiodłam, ale poza tym nie mam uwag: fryzura (póki świeża) wygląda świetnie. 

Original Source – Coconut Shower Gel – mleczny kokos, bardzo przyjemny w odbiorze. Dobrze się pieni, tylko jakoś za szybko się zużywa. 

Vaseline – Intensive Care Essential Healing – balsam do ciała – nie spodziewałam się po nim niczego szczególnego, bo nie mam zbyt dobrego zdania o wazelinie. Myślałam, że będzie tłusto, ciężko i nieskutecznie, a tu niespodzianka. Balsam jest jednocześnie leciutki i treściwy, i... całkiem fajnie nawilża! Najwyraźniej kompozycja składników aktywnych jest udana, a sama wazelina zapobiega uciekaniu wilgoci z naskórka. Nie wrócę do niego tylko dlatego, że zapach jest zbyt mało zachęcający, a ja lubię pięknie pachnące kosmetyki. Inaczej mam słabą motywację do smarowania odwłoka :). 


Z szuflad z kolorówką musiały się wyprowadzić: 

resztka podkładu Maybelline Affinimat – bardzo rzadki, średnio kryjący, nie pomagał ograniczać przetłuszczania strefy T, zdziwił mnie też jasny odcień (miałam 03 i zastanawiam się, czy komuś powaliły się naklejki, czy numerki 01 i 02 są po prostu białe). Na zimę był ok, ale moja cera jakimś cudem już odrobinę złapała słońce, a do następnego zimowego sezonu nie będę go trzymać, bo podkład mieszka ze mną już ze trzy lata.

Hean – Stay On Eyeshadow Base – baza straciła ważność pod koniec ubiegłego roku, ale używałam jej do teraz, bo nie zmieniła właściwości. Kiedyś uznawałam ją za przeciętniaka i wracałam tylko od czasu do czasu, jednak od kilku miesięcy dużo lepiej trzymała cienie. Nie wiem, czy powieki z jakiegoś powodu mam już mniej tłuste, czy może używam tak doskonałych cieni, że nawet na średniej bazie są w stanie trzymać się cały dzień. Znam lepsze bazy (choć też dużo droższe), ale ta na pewno jest warta uwagi. 

Skin79 – Hot Pink Collection, Super BB (miniatura) – kremy BB marki Skin79 akurat do mnie nie trafiają kolorystycznie, z tym nie jest inaczej: ma szaro-różowy odcień. Słyszałam, że marka zmieniała coś w tonacji na korzyść europejskich, żółtawych karnacji, ale nie wiem, czy dotyczyło to również tego BB. Moja wersja na pewno jest przed zmianami i nie pasuje do mojej skóry – co poradzić? Same właściwości bez zarzutu: odpowiednio gęsty, niezłe (jak na koreański BB) krycie, przyzwoity filtr przeciwsłoneczny. 

Benefit – Gimme Brow, odcień 03 – wciąż najlepszy żel do brwi, jakiego używałam. Wciąż za drogi, żebym z radością biegła do Sephory po kolejne opakowanie. Ale biegam. Tylko się nie raduję. 

Catrice – Made To Stay – długotrwały cień w kremie – ostatni z mojej zbyt długo przetrzymywanej kolekcji. Minęło tyle lat, cienie nie wyschły i wciąż tak samo pięknie wyglądały. Ostatni właśnie odszedł do Krainy Wiecznych Cieni. Niechże Catrice je z powrotem wrzuci do oferty, przecież i tak już nie mają pomysłów na nowe kolekcje.

GlamBrush O8 – włosie się odkleiło i wypadło. Bywa. Używałam go do korektora, a i tak wolałam Zoevę. Hania wypuściła niedawno nową kolekcję pędzli, więc nie ma sensu pastwić się nad tym, szczególnie że zły nie był. 


L'Oreal – Volume Million Lashes – So Couture – tusz, który zachwycił miliony, a na moich rzęsach nie zrobił wielkiego wrażenia. Nie jest zły, ale szukam pogrubienia i to nie to.

Wet'n'Wild – Mega Protein Mascara – fatalny tusz. Nie maluje. Użyłam go tylko dwa razy, bo śmierdzi paloną gumą. Cena niska, więc nie spodziewałam się fajerwerków, ale żeby aż tak marnie?

Miss Sporty – Fabulous Lash – dla moich rzęs najlepszy z całej trójki. Klasyczna, nylonowa szczotka, która maluje, jak trzeba. Bez fajerwerków, ale też bez sklejania. Za tę cenę: bajka.

Tyle. Pozdrawiam Was wiosennie! Mimo wszystko.

48 komentarzy:

  1. a ja polubiłam tymiankowy żel Slveco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja go cenię za skuteczność, ale zapach.. ech, wolałabym, żeby nie miał żadnego :)

      Usuń
  2. A u mnie ten krem Bela Urea w dużej ilości przesuszał ;x zaś balsam Vaseline bardzo ale to bardzo lubiłam ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mocznik jednym pomaga, a innym nie – podobnie jak olejek rycynowy i parę innych wynalazków uchodzących za skuteczne ;). No widzisz, Vaseline naprawdę ma moc, a po opakowaniu, zapachu i nazwie kompletnie bym go o to nie podejrzewała!

      Usuń
  3. Kurde, chyba sobie kupię ten tymiankowy żel. Ostatnio używałam normalizującej maski Tołpa Green, która ma w składzie tymianek i mój ryj mnie powalił.

    Insta-Dri spoko, ale polecam wysuszacz z Miss Sporty za ósemkę. Działa identycznie (wg mnie nawet lepiej), a tańszy! Choć najbardziej kochałam taki z NYC. Zniknął.

    Amerykanie zakazali mydeł antybakteryjnych. Jak ja się mam tam teraz przeprowadzić...

    Żele BBW <3 Nobla im!

    Też lubię te szampony Equillibry, w ogóle ich rzeczy do włosów. Są super i czadowo pachną. PS Twój szampon z Rituals, którego resztkę mi kopsnęłaś, był boski.

    Tak gadam o tym Brow Artist z L'Oreal, ale Gimme Brow najlepszy i kropa. Może sobie sprezentuję bez okazji.

    So Couture jest w porządku, ale nie powalił mnie też. Na zawsze będę wierna oryginalnej wersji VML, najchętniej ultra black. Czy extra black. Jak to tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam przecież o tym z NYC i że zniknął :P Miss Sporty chętnie wypróbuję, bo po co przepłacać w tak mało istotnych sprawach. Spodobałby Ci się nasz hotel w Chinatown (Marriott dla uboższych): przy windzie wisiał pojemnik z żelem antybakteryjnym <3.
      Szampon Ritualsa możesz sobie już kupić w PL w Sephorze, więc skoro taki fajny, to zawijaj po niego :).

      Usuń
  4. U mnie So Couture z kolei sklejał na potęgę... Też będę tęsknić za jednym cieniem Catrice w kremie! A Insta Dri mnie denerwuje trochę, bo mi się pod nim pajączki robią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Catrice ma zaskakująco dobre cienie w kremie, a temat w ogóle nie poszedł w świat. Dziwne!

      Usuń
  5. w Blackpool nie ma śniegu, ale wiosenne temperatury i tu nie chcą przyjść... :/

    bazę Hean bardzo lubię, u mnie sprawdza się bez zarzutu

    w ogóle maskary L'Oreal ogólnie są w moim oczuciu bardzo rozczarowujące

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam znajomą w Szkocji, która twierdzi, że od dwóch tygodni mają upał. Hmmmm :)
      Czytałam Twoją recenzję Heana. Ja w sumie też jestem z niego zadowolona, on mi tylko tych słabszych cieni nie trzyma przez cały dzień, ale z tego co pamiętam, też chyba wspominałaś, że tak masz (?).

      Ja mogę tylko powiedzieć, że u mnie maskary z serii VML się nie sprawdzają. Kiedyś kupowałam tę podstawową, złotą i ją lubiłam (wtedy nie było jeszcze innych), ale teraz jestem prawie pewna, że też narzekałabym na sklejanie.

      Usuń
    2. heh, dawno już pozbyłam się słabych w moim odczuciu cieni, więc bazy mają łatwiej ;)

      Usuń
  6. Spore to Twoje debko:) Zkuratnie nic z niego nie mialM hah
    Pozdrawiam ciepło Agata:*

    OdpowiedzUsuń
  7. denko* Akuratnie*
    Przepraszam za byki - klikam z komórki;)

    OdpowiedzUsuń
  8. spore denko1 i bardz dobrze, bo zrobilo sié miejsce na podukty przywiezione z hameryki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie udało mi się o nich przed chwilą napisać :D

      Usuń
  9. Tusze L'Oreala, szampony Equilibra kremy Nuxe i żele BBW bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajna wycieczka i na pewno wspaniałe wrażenia :) czekam na relacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie wrzuciłam relację z zakupów :]
      Ale o samym Nowym Jorku też będzie!

      Usuń
  11. ja nie dałam rady znieść smrodku tymiankowego żelu Sylveco i po kilku użyciach wylądował w koszu :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się nie poddałam i naprawdę okazało się, że z czasem śmierdział coraz mniej... nos w magiczny sposób się przyzwyczaja, ale wiem dobrze, że początki mogą być bardzo trudne.

      Usuń
  12. Stres oksydacyjny... to, no to jest TO:)))). Czekam na opowieści z podrózy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na razie pojawiły się opowieści z... zakupów :D

      Usuń
  13. Bardzo ciekawe zuzycia :) Kiedys w koncu musze wyprobowac tonik Fitomed, ale zawsze, kiedy jestem w PL, jakos o nim zapominam ;) Aktualnie uzywam zelu rumiankowego do twarzy z Sylveco i bardzo go lubie :) Ten tymiankowy, mimo smrodku, tez mnie kusi.
    Znam tu jeszcze krem do rak z Nuxe oraz wysuszacz Insta Dri - obydwa produkty fajnie sie sprawdzaly :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę warto spróbować z Fitomedem. Żel rumiankowy jest na mojej liście produktów do wypróbowania.

      Usuń
  14. Lubię to uczucie, kiedy stare opakowania lądują w koszu :) robi się miejsce na nowe :) 💕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też to lubię! Podobnie jak mój syn, który z lubością wywala po kolei wszystkie kosmetyczne śmieci do kosza i wyciska z tubek ostatnie kropelki ;)

      Usuń
  15. Nie ma to jak wiosenne porządki :D Też lubię tę dwufazę z YR :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas wiosenne porządki level extreme. Nie dość, że lecą kosmetyki, to jeszcze meble rozkręcamy i kontynuujemy mój projekt pozbywania się wszystkiego, co nieidealne!

      Usuń
  16. Znam w sumie tylko insta dri i to mój wielki, wieeeeeeelki ulubieniec :) Zaciekawił mnie mocno tusz miss sporty - muszę kiedyś się skusić skoro warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja używałam jeszcze Seche Vite i też dobrze się sprawdzał, ale bardzo szybko zgluciał, a InstaDri długo trzyma formę.

      Tusz Miss Sporty lekko pogrubia i ładnie wyczesuje. Za tę cenę naprawdę ładny efekt.

      Usuń
  17. Ja nie byłam w stanie tolerować zapachu tego kremu do rąk Nuxe :P

    OdpowiedzUsuń
  18. Żele Original Source mają to do siebie, że nie są dość wydajne. Szkoda, bo wersje zapachowe są przyjemne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyny paskudny zapach, jaki pamiętam, to była brytyjska truskawka. Limitowany, ale kto wie, może wróci(ł)??

      Usuń
  19. Spore denko :) Zainteresował mnie tonik od Fitomed. Myślę, że dla mojej tłustej cery byłby dobrym rozwiązaniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tonik polecam, właśnie do tłustej i mieszanej. Nie wysusza i jest delikatny, a kosztuje niewiele.

      Usuń
  20. afinimat byl koszmarny dla mnie, swiecilam sie juz po godzinie. Nie lubilam tez vaseline ktory owszem nie byl tlusty ale kompletnie nie zawilzal mojej skory :) Za to zakochalam sie w miniaturze gimme brow ktora juz ledwo zipie i musze kiedys nabyc:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, masz rację, ja też szybko się po nim świecę.
      Vaseline mnie zaskoczył, ale oczywiście znam lepsze nawilżacze.
      A Gimme Brow jest debeściakiem!

      Usuń
  21. Fajnie, że jesteś zadowolona z masek.
    A Nowego Jorku zazdraszczam :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem też zadowolona z takiego mleczka z zieloną herbatą, którego 10-mililitrową miniaturę mi dorzuciłaś. Akurat starczyło na Nowy Jork. I pachnie jak zielona herbata od Elizabeth Arden!

      Usuń
  22. Matko, jakie duże denko! :) Ja z tych rzeczy miałam tylko dwufazówkę YR (też ją lubię) i tusz Loreala (też nic specjalnego na moich rzęsach nie robił).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, bywały tutaj o wiele większe :D

      Usuń
  23. W kwestii top coat. Jeśli nie próbowałaś, polecam Orly Polishield All-in-One Ultimate Top Coat. Jest absolutnie najlepszy na świecie ;) Ale serio. To, że szybko wysusza i przedłuża trwałość lakieru to pikuś. Pokrywa każdy lakier błyszczącą taflą, która przykryje niemalże wszystkie niedoskonałości - od linii papilarnych po bąbelki i "przyklepane" zadarcia. Próbowałam znaleźć zamiennik, ale nic się nie równało. Używam od paru lat i jak przestaną produkować, to chyba przestanę malować pazury.. ;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  24. Właśnie niedawno kupiłam ten płyn z Yves Rocher na próbę, mam nadzieję, że podzielę wszystkie zachwyty ;))

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger