19.06.2017

Blaski Nowego Jorku: księgarnia Strand i nasze albumowe łupy

Po obejrzeniu moich kosmetycznych zakupów z Nowego Jorku część z Was wydała się rozczarowana ich wcale-nie-tak-pokaźnymi rozmiarami. Mam w domu tyle kosmetyków, że nie widziałam sensu w kupowaniu wszystkiego, co kiedykolwiek przyszło mi do głowy. Szkoda mi było pieniędzy, które mogłam wydać na coś, co nie przeterminuje się w kontenerze z IKEI. Nie postawiłam jednak na ubrania, których kupowanie mnie męczy, tylko razem z mężem wypełniliśmy walizki tym, co naprawdę nas cieszy i będzie cieszyć przez długie lata: cudzymi genialnymi pomysłami. 



Albumy. Ze zdjęciami, ze sztuką współczesną. To, obok słowników, ostatni bastion papierowych książek w naszym domu – reszta jest czytana na kindle'ach. Obydwoje lubimy abstrakcjonizm, surrealistyczne wizje szalonych umysłów, sztukę konceptualną, ciekawe instalacje i rzeźby. Chyba nigdy Wam tego nie mówiłam, ale sama jestem w głębi duszy niespełnioną artystką – ciągle tworzę moje wielkie dzieła, ale jeszcze się nie zdarzyło, żeby któreś z nich opuściło głowę ;). Jest jak jest, a na pociechę oglądam to, co stworzyli inni.

W Nowym Jorku odwiedziliśmy trzy ciekawe księgarnie i z każdej coś przywieźliśmy. W artystycznej dzielnicy DUMBO po drugiej stronie rzeki zajrzeliśmy do The Powerhouse Arena – nowoczesnego miejsca w loftowym klimacie. Wtedy wydawało nam się, że asortyment jest tam wspaniały: mnóstwo albumów, estetyczne książki dla dzieci... Nie widzieliśmy jeszcze Stranda ;). Spodobało mi się, że nasze dwa albumy zostały zapakowane w papier i sznurek. Przyjemna wizyta.

Druga księgarnia znajdowała się w ścisłym centrum i była całkiem inna od pierwszej. W Rizzoli przenieśliśmy się do belle époque – tylko książki zdradzały, który może być rok. XIX-wieczna stylizacja obejmowała nie tylko ciężkie, drewniane regały, staroświeckie oświetlenie i meble. Równie intrygujący był sprzedawca – dostojny, szczupły starszy pan o nienagannych manierach, przy którym wypadałoby mówić staroangielszczyzną.

Pod koniec naszego wyjazdu dotarliśmy w końcu do polecanego przez wiele osób Strand Bookstore. Miałam zanotowane, że księgarnia słynie z obszernego regału z książkami za dolara, który stoi przed sklepem, i właśnie ten regał planowałam przewertować. Jakież było moje zdziwienie, gdy przekroczyłam próg księgarni i trafiłam do książkowego raju...


Strand Bookstore ma powierzchnię podobną do dużego Empiku w centrum Warszawy. Trzy piętra plus piwnica, pomiędzy piętrami też stoją regały, m.in. z bogatymi zbiorami Taschena. Strand jest jednak pod każdym względem różny od Empiku, różny od jakiejkolwiek księgarni, jaką widziałam do tej pory. Ma niepowtarzalny klimat, który trudno jest opowiedzieć.

Przede wszystkim książek jest nieskończenie wiele i stoją wszędzie: od podłogi do sufitu. Ich mnogość wynika z faktu, że sprzedawane są nie tylko nowe pozycje, ale też używki – stare, nowe, wyjątkowe. Bardzo wiele nowych książek ukrywa się na półkach z magiczną naklejką out of print. Niby już nie drukują, a jednak w Strandzie można liczyć na cud. Księgarnia jest zaopatrzona tak dobrze jak porządna, uniwersytecka biblioteka, a regały opisane są bardzo szczegółowo, np. oddzielny przypadł dadaistom. Nie, nie jedna półka,  c a ł y  r e g a ł . Na obrotowych stojakach wdzięczą się do klientów księgarni klasyczne powieści z kategorii pulp fiction. Ja odpłynęłam przy ogromnych kartonach wypełnionych starymi katalogami domów aukcyjnych. Myślę, że absolutnie każdy znajdzie tam swoje książkowe eldorado.

Kolejnym przyjemnym akcentem są opatrzone zdjęciami autorów, odręcznie pisane recenzje książkowych nowości. Na półkach widziałam bardzo wiele poleceń od księgarzy w formie: „Jeśli spodobała ci się ta książka, przeczytaj To i Śmo”. 


Tajemnicze trzecie piętro, do którego można dostać się wyłącznie windą, wygląda jak stara biblioteka, z tą różnicą, że każdą z wiekowych, rzadkich książek możemy zabrać ze sobą na zawsze do domu. Za drobną opłatą, oczywiście. Sprzedawane tam są m.in. pierwsze wydania znanych powieści, niektóre z autografami. Bardzo jestem ciekawa, co przechowywane jest w sejfie obok kasy. P. ma teorię, że Pismo Święte z autografem któregoś z apostołów, ja jestem bliższa teorii o księdze z zaklęciami z Hogwartu.

Do Stranda wracaliśmy dwa razy i obiecaliśmy sobie, że gdy znowu wybierzemy się do Nowego Jorku, spakujemy do walizek tylko majtki, koszulki i szczotki do zębów. Czterdzieści kilogramów albumów? Bardzo chętnie! A oto, co udało nam się wyłowić: 


Gabriela Kogan – New York Non-Stop. A Photographic Album 

Ten album wraz z genialnym „Sometimes Overwhelming” kupiliśmy w pierwszej odwiedzonej księgarni: The Powerhouse Arena. Autorów zdjęć jest wielu, a Gabriela Kogan tylko je wybrała. Moim zdaniem nie wyszło jej to najlepiej: mimo kilku perełek, spora część zdjęć jest bardzo marna, bez pomysłu lub warsztatu. Fajna pamiątka z Nowego Jorku, ale wszystkim zainteresowanym polecam poszukać czegoś na wyższym poziomie. 


Arlene Gottfried – Sometimes Overwhelming

Cudowna opowieść o szalonych latach 70. i 80. w Nowym Jorku. Arlene zrobiła niesamowite zdjęcia – szokujące, a zarazem pełne ciepła; od wielu z nich nie można oderwać wzroku. Najprościej mówiąc, to historia wyzwolonych, nowojorskich dziwolągów. Okładka mówi wszystko o tym mieście i o albumie: wesoły nudysta pozuje na plaży w towarzystwie chasyda. To jeden z moich ulubionych albumów w naszych zbiorach. 


Nie miałam pojęcia, że na świecie powstają tak pięknie wydane katalogi domów aukcyjnych. Jakoś się nie złożyło, żebym kiedykolwiek miała w rękach choćby jeden z nich... W Strandzie leżą tony archiwalnych wydań. Za 3$ mamy świetnej jakości duże zdjęcia współczesnej sztuki i możemy poznać artystów, którzy na świecie znaczą wiele, a w Polsce nikt nie ma pojęcia o ich istnieniu. Katalogi są wydawane na papierze kredowym o dużej gramaturze, dlatego każda sztuka jest cholernie ciężka, co sprawia, że równie ciężko jest wziąć na wynos więcej sztuk do Europy. Dwa szczególnie przykuły moją uwagę i tyle musiało wystarczyć.

Pierwszy z nich pochodzi z domu aukcyjnego Christie's i zawiera zbiór znanego kolekcjonera dzieł sztuki, Petera Nortona. Guzik się znam na aukcyjnych tematach, ale to, co miał w swojej kolekcji Peter Norton, bardzo przypadło mi do gustu. Mnóstwo współczesnych fantastycznych instalacji i rzeźb różnych autorów, wiele z nich w tonie humorystycznym. Odniesienia do popkultury,  ciekawe pomysły. Chciałabym robić taką sztukę! 


A to katalog domu akcyjnego Phillips z czerwca 2008 roku. Pod młotek poszła kolekcja zdjęć i obrazów należących do Lewisa Kaplana. Największe wrażenie zrobiły na mnie wyjęte z horrorów, psychotyczne dzieci. Okazuje się, że wszystkie dzieła i ostatecznie uzyskane kwoty możecie podejrzeć na świetnej stronie Phillipsa: klik


Hsiao Yi to współczesny, ale nieżyjący już rzeźbiarz z Tajwanu, który zaczynał jako rzemieślnik wykonujący zlecenia dla buddyjskich i taoistycznych świątyń, aż w końcu zajął się własnymi projektami, wciąż w dużym stopniu związanymi z buddyzmem. Zobaczcie, jak niesamowicie oddał prędkość motocykla w prostej, modernistycznej drewnianej rzeźbie. Dzięki cieniutkiej, czarno-białej książeczce za 3 dolary zupełnie przypadkiem odkryłam jego fascynujący świat. 


Daniel Barter & Daniel Margaix – States Of Decay: Urbex New York & Americas Forgotten North East

To album ze zdjęciami opuszczonych miejsc w USA. Wiele lat temu pasjonował mnie ten temat, mogłam godzinami grzebać w internecie w poszukiwaniu pustych budynków i ich niesamowitych historii. Coś jak odwiedzanie leżącego na dnie oceanu Titanica. Kiedy zobaczyłam „States Of Decay” w Strandzie, od razu wiedziałam, że przyjedzie ze mną do Polski. Na zdjęciach powyżej widzicie opuszczony teatr w Connecticut i równie pusty psychiatryk.


Leah Dickerman – Dada: Zurich, Berlin, Hannover, Cologne, New York, Paris

Wczesne lata 20. XX wieku należały do dadaistów, których mój mąż uwielbia. Ta pięknie wydana cegła zawiera prace wszystkich wielkich, jest więc m.in.: Max Ernst, George Grosz, Hans Arp, Hugo Ball, André Breton, Marcel Duchamp, Kurt Schwitters i inni. Album to zbiór dzieł wystawianych w Waszyngtonie i Nowym Jorku w 2005 i 2006 roku. Zawiera dużo informacji, eseje. Pozwala zrozumieć, że dadaizm to coś więcej niż pisuar Duchampa. Bardzo wartościowa pozycja. 


Richard Calvocoressi – Magritte

René Magritte był belgijskim surrealistą, który stał się później inspiracją dla artystów pop-artu.  Całkiem niedawno zakochałam się w jego realizacjach – zarówno pomysły, jak i wykonanie bardzo do mnie trafiają. Ot, estetyczny wariat. Monografia wydana przez Phaidon, oprócz obszernego wstępu, zawiera samo mięcho: zbiór prac w dużym formacie. Out of print, ale chyba istnieje jakieś nowsze wydanie.

Żałuję, że nie udało nam się znaleźć albumu dotyczącego twórczości prekursora surrealizmu – Giorgia de Chirico. Pogapiliśmy się na jego prace w Museum of Modern Art i uwieczniłam kilka obrazów telefonem. Jego zaburzona perspektywa jest urzekająca: klik.


The Age of Collage. Contemporary Collage in Modern Art

Kolaże robią wrażenie na wszystkich – nawet na tych, którzy nie interesują się sztuką. Dziwię się, że tak rzadko są udostępniane na fejsie ;). Ten album jest fenomenalny – wybór prac genialny, poznałam wielu artystów, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Polecam zarówno zaawansowanym, jak i laikom. 


George Steinmetz – New York Air. The View from Above

Pomysł może nie jest specjalnie odkrywczy, bo ziemia z nieba była grana wiele razy w różnych ujęciach, ale to jest Nowy Jork, na niego też fajnie się pogapić z góry – jeszcze wyższej od tej, którą  udało się nam osiągnąć. Na zdjęciach George'a Steinmetza można na przykład obejrzeć mikroludków, którzy zapłacili sporo kasy za to, żeby wjechać na 65. piętro Top Of The Rock i podziwiać Nowy Jork z bardzo wysoka (zdjęcie po prawej). Takich samych ludków jak my półtora miesiąca temu. W albumie można też podziwiać obiekty sportowe w czasie rozgrywek i uroczystych otwarć, Nowy Jork  o każdej porze roku, ogóły i szczegóły. Piękna rzecz, polecam.

To (prawie) wszystko, co udało nam się przewieźć przez pół świata. Polecam Wam zarówno Stranda, jak i oglądanie sztuki współczesnej. Ot tak, w ramach wieczornej czy weekendowej rozrywki. Możecie się bardzo miło zaskoczyć!


11 komentarzy:

  1. Niesamowite pozycje. Nie wiem nad czym skupić się dłużej, bo mnie wbiło we ścianę i tak lewituję. Zawsze uważałam Dada za punków tamtego okresu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaaaaak, to świetne określenie! masz rację :D

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe i originalne zdobycze 😍

    OdpowiedzUsuń
  3. a gdybyś jednak miała urzeczywistnić to, co masz w głowie, to co by to było? fotografia? malarstwo? rysunek? rzeźba? czy może jeszcze co innego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najczęściej to są instalacje, oddziaływanie pomysłem, a nie czymś wielce złożonym warsztatowo – takiego warsztatu i tak przecież nie mam. Czyli coś między kolażem, rzeźbą a performensem.

      Usuń
    2. Kiedyś robiłam dużo zdjęć ludziom, życiu miejskiemu. Teraz niestety zapał do fotografii nieco opadł, wykończyło mnie fotografowanie pudełek, tubek i szminek, na co kompletnie nie mam pomysłu...

      Usuń
    3. aaa, rozumiem :)

      może bakcyl do fotografowania życia miejskiego wróci. w najbardziej nieoczekiwanym momencie :]

      Usuń
  4. Albumy, sztuka i Nowy York oczywiście miodzio, ale i tak hitem jest teraz dla mnie Twoja artystyczna dusza. Nie ma co czekać, trzeba instalować i performować - kto jak nie Ty, kiedy jeśli nie teraz.
    Co do sztuki nowoczesnej, to ciekawi mnie ona, zaskakuje i często funduje myślówy, ale rzadko wzrusza.
    Magritte i Chirico - eeekstra :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tego Magritte'a to Ci chciałam ukraść, ale jednak postanowiłam być grzeczna.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger