07.06.2017

Bo jej się cieni z MAC-a zachciało. Innych niż zwykle – czyli historia z być-może-morałem

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i trzynastoma ulicami, była sobie galeria handlowa, a w niej najprawdziwsza oaza kosmetycznego przepychu: salon MAC. W salonach MAC bywałam rzadko, bo zawsze mnie onieśmielały. W sumie do dziś nie czuję się tam całkiem swobodnie, mimo że ofertę marki znam dobrze i wiem już, o co chodzi, gdzie szukać szminek, gdzie różów, że można (i warto!) przymierzyć kolor przed zakupem i tak dalej. Od zawsze najbardziej stresował mnie fakt, że śledzi mnie tam co najmniej jedna para oczu, przestrzeń salonu nie jest duża, a obsługa czeka, aż coś kupię albo sobie pójdę. Tak, do dziś mam wrażenie, że w MAC-u nie lubią... macaczy. A jeśli lubią, absolutnie nie dają tego po sobie poznać.



To był dzień z serii tych, kiedy znudzenie i zmęczenie codziennością popychają nas w stronę próżniackich, bezsensownych zakupów. W takie dni kupuję. Niczego mi nie potrzeba, ale to nic, przecież mogę improwizować! Potrafię zwizualizować sobie pustą, smutną kosmetyczkę, do której nikt nie włożył nawet tuszu do rzęs, potem nad nią zapłakać, a następnie otrzeć łezki i udać się na zakupy w celu jej wypełnienia. Poczekaj, kosmetyczko, już za chwilę nie będzie ci smutno, zaraz przyniosę ci czwóreczkę cieni z MAC-a. MAC to dobra firma, porządna, profesjonalna. Będziesz zadowolona, kosmetyczko droga, nieistniejąca ty.

Tym razem postanowiłam porozmawiać z właścicielką którejś z bacznie obserwujących mnie par oczu. W piętnaście sekund zamarzyła mi się paletka cieni MAC-a, ale – inaczej niż kiedykolwiek – zapragnęłam, żeby ktoś mi doradził w sprawie kolorów. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z faktem, że gdybym nie poprosiła o pomoc, najpewniej wróciłabym do domu z kolejną czwórką pięknych i jakże pasjonujących... beżo-brązów. Tym razem będzie inaczej – przecież obiecałam mojej nieistniejącej kosmetyczce.


Akurat była jesień. Powiedziałam, że chcę coś innego niż klasyczne nude'y, ale żeby dało się nosić na co dzień. To było trochę jak proszenie o solony kompot, ale sprzedawczyni (która w salonie MAC jest również makijażystką), dobrała mi cztery wyborne maty: średniociemny brąz (Concrete), żywy fiolet (Fig.1), wrzos (Haux) i jagodę (Blackberry). Nie byłam pewna, czy fiolety to dobry wybór przy moich przeciętnych zdolnościach makijażowych i opadających powiekach, ale pani przekonała mnie, że takie kolory ładnie podbiją zieloną tęczówkę. No racja, przecież pewnie, że tak.


Pojedyncze cienie MAC sprzedawane są w dwóch wersjach: paletowej – w kartonikach jak wyżej – i w standardowych, plastikowych, nienaruszalnych pudełeczkach. Te drugie są dużo droższe: po 75 zł za sztukę. Za jeden cień do palety zapłacimy 57 złotych. Dużo – pomyślałam już w domu, ale na wszelki wypadek nie podliczałam całego zakupu, żeby się na siebie nie zezłościć. W końcu to ma być moja kreska kosmetycznego koksu, po co sobie psuć te wspaniałe okoliczności głupią matmą.

Swatche od góry: Fig.1, Blackberry, Concrete, Haux

Cienie MAC-a dobrze się rozcierają (byłoby smutno, gdyby rozcierały się źle za te 57 lub 75 złotych, prawda?) i jak sobie roztarłam na powiekach te rozmaite fiolety, okazało się, że jest dokładnie tak, jak zwykle ze mną i matowymi fioletami. Nie czuję się w nich dobrze. Wszystko, co ciemniejsze, dodaje ciężkości moim trudnym powiekom z nadmiarowym fałdem skórnym. Dla małych oczu to żadna wielka ozdoba. Nieważne, czy obiektywnie da się tymi cieniami stworzyć ładny, wydobywający zieleń tęczówek makijaż. Ważne, że JA TEGO NIE CZUJĘ. Moja kosmetyczka też tego nie poczuła, ale prawdopodobnie miało to coś wspólnego z faktem, że nie istniała.

Cienie kupiłam dwa i pół roku temu. Tego pięknego, matowego fioletu użyłam dotychczas trzy razy. Plus czwarty dzisiaj, dla pewności, że nie. Wrzosu użyłam razy sześć, jagody pięć (być może). Dwa i pół roku później moja czwórka z MAC-a wygląda już nieco inaczej. O tak:


Fiolety trafiły do zbiorczego pierdla dla cieni mało poważanych, do którego zaglądam kilka razy w roku, żeby nie było im smutno – tak jak tej kosmetyczce, która pociągała z nieszczęścia zasmarkanym suwakiem, a ja pociągałam nosem razem z nią.


Paletka: 28 zł
Pojedynczy cień (wkład): 53 zł (kiedyś, teraz kosztuje 57)
Koszt całej imprezy: 212 + 28 = 240 zł.

Nie róbcie jak Agata.

46 komentarzy:

  1. A po co Ci mietowy cień? ;D a tak na serio nie ufaj im , znaczy sie nieistniejącym kosmetyczkom i paniom w klepach bo za przeproszeniem wcisną Ci wszysko co się da :D 'bo one wiedzą lepiej' tsaa jasne ja zawsze móię 'ja tylko paczę' ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miętowy był kiedyś w promo w szafie KOBO, to wzięłam, żeby sprawdzić efekt na oku. Bardzo ciekawy akurat, no ale... nie na co dzień :D

      Ale ja nie mam pretensji do pani, która dobrała mi cienie, tylko do siebie, że taka ze mnie durna pała ;)

      Usuń
    2. Nie Ty durna, zostałaś otumaniona ;D

      Usuń
  2. Salony MAC to mnie onieśmielają cały czas, więc do nich nie chodzę :P Za to robię zakupy przez internet, co powstrzymuje mnie trochę przed kupowaniem rzeczy, których nigdy nie użyję. A cieni tej marki to ja pewnie nigdy z własnej nieprzymuszonej woli nie kupię. Mam dwa z zestawu Look In The Box i to są najgorsze cienie jakie mam. Kredowe, zero pigmentacji, ale za to się rozcierają do niewidzialnego efektu. Rozumiem, że jak ich nie widać to tylko świadczy o tym, że blendują się jak marzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kupuję znakomitą większość MAC-owych kosmetyków przez internet i bardzo to sobie chwalę. Obecnie oczywiście też już nie kupuję na rympał, to było 2,5 roku temu, a teraz tylko przyszła smutna refleksja nad prawie nieużytymi cieniami :).

      Hmmm, nie miałam nigdy zestawu, ale słyszałam, że w zestawach MAC-a różne rzeczy wypadają słabiej, np. pędzle (sic!).

      Usuń
  3. Piękne te fiolety, piękne!
    Mi by się tam takie przydały, może moją brązowym tęczówkę by tak pięknie uwydatniły, skoro oczywiście niemal same Brązy w szufladzie. Ale ciebie to faktycznie jakoś nie widzę w tych kolorach
    Ale nie zrobię jak Agata, nie kupię kolejnych cieni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że piękne, brzydkich bym nie wzięła :D. Szkoda tylko, że na mnie takie nieciekawe, ale cóż, to było 2,5 roku temu, nic już nie poradzę. Może Ci je podesłać? ;)

      Usuń
  4. Beznadziejne są te cienie - jakieś twarde takie - mnie też wcisnęły Haux ( może się terminował), też będzie z jakieś dwa lata temu.. Mam czwórkę ale mam dwójkę, coś nie mogę się przemóc żeby dokupić ...tak zieje bezzębną pustką to opakowanie.. Tyle że Satin Taupe lubię..dla odmiany nie lubię Naked Luncha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Satin Taupe jest spoko, ale nie sięgam po niego jakoś superczęsto. Cienie MAC-a jakościowo zrobiły na mnie... przeciętne wrażenie. Nie są złe (i nawet niekoniecznie twarde, przynajmniej te moje), ale dupy nie urywają, więc za tę kasę co nieco za słabo. A Naked Lunch to Ci już mówiłam, że jest takim topperem, półtransparentnym. Da się go pokochać, tylko nie można się spodziewać, że wszystko przykryje, bo z założenia nie ma tego robić :)

      Usuń
  5. Świetny wpis - narracja! Uśmiałam się! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Wygrałam raz jakąś limitowaną paletkę MAC i była o kant stołu potłuc... Nie wiem jak ma się do klasycznych ich cieni (u mnie MACa nie) ale ta była tak słaba, że z czterech kolorów znośny był 'aż' jeden.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, a co było w nich nie tak? Ciekawa jestem, bo z kolei nigdy nie miałam takich zbiorczaków od MAC-a, a słyszałam kilka razy, że wypadają słabiej od kosmetyków ze stałej kolekcji.

      Usuń
    2. Maty były suche, kredowe i miały żenującą pigmentację. To już My Secret (za którymi też swoją drogą nie przepadam ;)) biją je na głowę. Wybronił się tylko cień perłowy. Ale i tak do wydawania grubych hajsów na MACa jestem zniechęcona ;)

      Usuń
  7. znam to spontaniczne zapełnianie nieistniejącej kosmetyczki w celu poprawienia sobie humoru. w tym roku postanowiłam tak nie robić i na razie jakoś się trzymam, choć z drugiej strony zabrałam się za zapełnianie szafy, nie toaletki. hm... na szczęście ciuchy się nie przeterminowują ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już też tak się nie rzucam na kosmetyki, to w końcu historia sprzed 2,5 roku, ale przyznaję, od czasu do czasu miewam takie dni i wtedy muszę coś kupić – wtedy tylko staram się wymyślić coś, co będzie w użytku, a nie takie cuda nie dla mnie :)

      A ciuchy to wiesz, wyższa konieczność! Przecież nie będziesz chodzić po świecie na golasa :D

      Usuń
  8. Świetny wpis :D Ja omijam te pary oczu szerokim łukiem, bo jak nie wqurwią człowieka, tak nie doradzą jak trzeba ;) Nie lubię u siebie ciemnych cieni, moje powieki wyglądają w nich ciężko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, ja nie mam pretensji do tej pani, bo wybrała naprawdę ładne cienie. Tylko sama jestem durna, że się dałam namówić na coś, co u mnie się nie sprawdza i wiem o tym. Ot, głupie, nieprzemyślane zakupy.

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. No przecież napisałam, że są :D
      To tylko ja nie przemyślałam sprawy, co dobitnie uświadamia nam, jak bardzo takie spontaniczne zakupy są głupie i niepotrzebne :)

      Usuń
  10. trochę za ciemnie, ale widzę fajną zieleń ♥

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeśli chodzi o cienie to jednak staram się słuchac głosu rozsądku. Rzadko kiedy jestem zadowolona z doradzonych odcieni. A te fiolety, które pokazałaś bardzo lubię, ale Blackberry powędrował dalej w świat. Wkurzała mnie jego twarda konsystencja i źle się z nim pracowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie zdążyłam sobie wyrobić zdania na temat Blackberry, sama rozumiesz :D :D :D
      Ja już też nie odwalam takich głupich akcji z cieniami (i nie tylko z nimi), czego najlepszym dowodem jest fakt, że mimo 10-minutowego wlepiania się w Nowym Jorku w paletę ABH Modern Renaissance, nie kupiłam jej. Z przykrością musiałam przyznać sama przed sobą, że mimo że piękna, u mnie nie będzie w użytku, a trofeum mi niepotrzebne. Chyba dorastam ;)

      Usuń
  12. Mam zupełnie tak samo- idę z zamiarem kupna czegoś np. różu mineralnego i wracam z różem matowym. Tak samo niestety jest z podkładem, kiedy sprzedawczynie zawsze wcisną mi za ciemny i jakoś nie dochodzi do nich informacja- że raczej się nie opalę na taki kolor!
    Z cieni stawiam na gotowe paletki i na razie mam ich tyle, że nie skuszę się na żaden inny zakup...
    A fioletki są niczego sobie- no ale jak się nie czujesz to nie ma rady!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się tak nie dzieje, bo nie konsultuję zakupów z obsługą. ZAZWYCZAJ :D
      A fiolety bardzo mi się podobają, tylko po prostu nie powinnam była ich kupować ;).

      Usuń
  13. Na "emotional shopping" mam przygotowaną wishlistę - poprawa humoru i brak wyrzutów sumienia gwarantowane, bo dzięki temu kupuję tylko to, co wcześniej przemyślałam i obczaiłam, że naprawdę chcę i będę używać :D
    Solony kompot w sumie brzmi spoko - jak solony karmel albo lody o smaku gruszki z gorgonzolą :D W każdym razie - fajne porównanie :D
    Fiolety, które wtedy kupiłaś całkiem ładne i eleganckie, ale też bym się w nich tak sobie czuła - wolę cienie jasne i.. pstrokate <3
    Ale bym miała "karną tiarę" za takie zakupy xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psulins, to jest genialny pomysł, który sama od jakiegoś czasu praktykuję. A przynajmniej staram się, bo jeszcze czasem zdarzają mi się wpadki:P

      Usuń
    2. Ja też mam wishlistę, tyle że... w laptopie. Czas przenieść ją do telefonu, zanim znowu zrobię coś podobnie durnego ;). Ale ale – już jestem mądrzejsza, to historia sprzed 2,5 roku!

      Usuń
  14. Może pocieszy Cię fakt, że ja też mam taką bzdurną i nieprzemyślaną paletkę Maca tyle że w wersji 15 cieni:D a także paletę 24 szminek (również MAC) zapełnioną prawie w całości kolorami na które lubię patrzeć ale nie nosić:DDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3
      Ważne, żeby już nie powtarzać własnych błędów, prawda? ;)

      Usuń
  15. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja bym Ci udowodniła, że fioletami da się fajnie wypracować makijaż. Kwestia dobrania odpowiedniego odcienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, wierzę! To po prostu historia o głupich, nieprzemyślanych zakupach :D

      Usuń
  17. Ja staram się eksperymentować z makijażem i czasami dobrze to wychodzi. Nawet w kontekście fioletów przy których kiedyś wyglądałam jakbym miała podbite oczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wykluczam, że kiedyś nauczę się pracować na moich powiekach z ciemnymi fioletami. Tylko nie sądzę, że te cienie dotrwają do tych wspaniałych czasów ;)

      Usuń
  18. Ja w salonach MACa w ogóle czuję się jakoś tak nie na miejscu :)
    Ale ta kreska kosmetycznego koksu mnie rozbawiła, u mnie takie kreski stoją sobie na półce i czekają na swoją kolej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, co masz interesującego wśród swoich kresek ;D

      Usuń
  19. A ja w przeciwienstwie do Ciebie kochana w Macu czuje sie jak ryba w wodzie, moze to tez z tego powodu ze u mnie pracownice dobrze mnie znaja hihihi Ogolnie mam cienie Mac'a i sa to jedne z najlepszych jakie mam :)
    Z przyjemnoscia zasilam obserwatorow <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, mnie sprzedawczynie nie miały okazji poznać, bo najczęściej z tego onieśmielenia robię zakupy online ;).

      Usuń
  20. Uwielbiam wpisy odradzające zakupy :D Z fioletami też mam problem. Oczy zaświeciły mi się do Haux, ale szybko przypomniałam sobie, jak to się kończy. Kolor oczu podbijają świetnie, jakoś umiem je nawet obsłużyć, ale przy podkrążonych z natury oczach (na które żaden korektor nie działa) zawsze wychodzi mi ofiara przemocy domowej zamiast vampa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja wyglądam w ciemnych fioletach, jakby ktoś położył mi na powieki kamienie i kazał mi zachowywać się przy tym zupełnie normalnie. No nie są dla mnie, a szkoda, bo bardzo mi się podobają.

      Usuń
  21. ejjjj a mi się ta czwóreczka podoba! :) cienie ładne, nie ich wina, że ich nie czujesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justynko, oczywiście że nie wina cieni, jak również nie jest to wina sprzedawczyni. To tylko wpis o byciu durną pałką :>

      Usuń
    2. jaka tam durna :) trzba probowac kolorów, a noż akurat ten fiolet podpasuje :) ja kiedys unikalam brazowych pomadek a tu sie po kilka latach okazalo, ze mi bardzo pasują :P

      Usuń
  22. Moje barwy i ten wrzos <3 Mam 4 cieni z Mac i na razie mi styknie, ja w ogóle nie jestem Macową panienką, ale ta nowa kolekcja mnie kusi...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger