01.06.2017

Projekt denko, odc. 50

Z okazji Dnia Dziecka życzę Wam, żeby dziecięca radość z nowych kosmetyków nigdy w Was nie gasła :). Ja z mojej dziecięcej radości korzystam również wtedy, gdy wywalam puste opakowania. Dlaczego? Bo to oznacza, że mogę wreszcie otworzyć coś, co czekało w kolejce, albo... wybrać się na zakupy!



W tym miesiącu zużyć było niewiele. Część z tego, co widzicie na zdjęciu zbiorczym, to wyrzutki losowych nieświeżych kosmetyków kolorowych, które akurat wpadły mi w ręce w ostatnich tygodniach. Wygląda na to, że przestałam kosmetyki zjadać i szorować nimi muszlę klozetową w czasie nocnego lunatykowania. 


Sylveco – Nawilżający żel do mycia rąk – ten zapach skądś znam, ale nie potrafię sobie przypomnieć, skąd. To naturalny aromat pomarańczowy, więc z pewnością spotkałam go w którymś z równie naturalnych kosmetyków. Tylko w którym? Pustka w głowie. Sam żel jest godny uwagi – nie przesadzałabym z wiarą w jego nawilżające właściwości, ale najważniejsze, że nie wysusza. Na tyle mocno lepi się do skóry (szczególnie między palcami), że potrzeba kilkunastu sekund więcej przy zmywaniu. Czasem było mi to bardzo nie na rękę, ale poza tym widzę same plusy: skład, delikatność, umiejętność skutecznego tworzenia piany. Chętnie do niego wrócę, zresztą chyba nie mam wyjścia. Mój syn po ostatnim pierdnięciu pompki oświadczył, że natychmiast mam kupić kolejny. Zabrzmiało jak rozkaz... 

Giorgio Armani – Si – perfumowany żel pod prysznic – oj, dawno już nie miałam do czynienia z perfumowanymi żelami, a to jednak jest prawdziwa zapachowa moc! Dostałam go w duecie z butlą Si jako (zbyt) wielki prezent od Mamy i zużyłam z wielką przyjemnością. Wydaje mi się, że trochę wysuszał, ale nie zrujnował mi skóry, więc się nie gniewam. 

Isana – Kremowy żel pod prysznic Witaminy & Jogurt (mini) – format podróżny, który kupiłam z myślą o Nowym Jorku, mimo że takie minikosmetyki kompletnie się nie opłacają. No ale liczyłam każdy wolny gram, co – jak się później okazało – było bardzo opłacalne. O moich wrażeniach z wyprawy do NYC możecie poczytać tu: klik, a jeśli chodzi o kremowy żel, to okazał się nieszkodliwym, ale też niespecjalnie czarującym zapachowo przeciętniakiem w klimacie wczesnych lat 90. Dla dwóch osób na tydzień nie wystarczył – na koniec wyjazdu posiłkowaliśmy się kosmetykami hotelowymi. 


Organique – Creamy Whip Gentle Cleanse, Africa – kolor tej pianki jest niesamowicie energetyzujący, aż chce się po nią sięgać. Interesujący jest też zapach, zmierzający w kierunku męskiego, ale pozostający jednak na granicy unisexu. Mimo że bardzo polubiłam wersje pomarańczową i mleczną, a ta zapowiadała się na faworyta, coś nie do końca zagrało. Zapach po pewnym czasie zaczął mnie męczyć – nie na tyle, żeby przestać jej używać, ale wystarczająco, żeby nie sięgać po nią codziennie. Poza tym intensywny kolor w trakcie mycia wyglądał jednak nieestetycznie, dlatego zalecam używać do tego kosmetyku gąbki, która od razu zaaplikuje nam na skórę coś bliższego różowej pianie niż kawałkom farbowanego ptasiego mleczka. Wrócę, ale do innych wersji. 

Organique – Currant Ritual Body Mousse – przyjemność z używania tego musu do ciała jest ogromna! Pięknie pachnie, ma leciutką, wilgotną konsystencję, przypominającą desery z zawartością żelatyny. Poza tym szybko się wchłania i nie roluje na skórze, a zapach towarzyszy nam jeszcze przez jakiś czas po aplikacji. Bałam się, że zawarte w musie czerwone grudki będą się trudno rozcierać i barwić skórę, ale na szczęście nic takiego się nie dzieje. Całkiem nieźle nawilża, jak na tak lekką formułę, choć oczywiście chciałoby się więcej. Zdecydowanie do powtórki. 

Innisfree – It's Real Squeeze Mask, wersja Green Tea – ta płachtowa maska bardzo mi się przydała po locie z Nowego Jorku do Polski. Wysuszona skóra pięknie wypiła maseczkowe dobroci i podziękowała w kolejnych dniach ładnym przyjmowaniem makijażu. Innisfree, chodź do Polski! 

Bielenda – Enzymatyczny peeling dotleniający – jest tak wodnisty, że przy poprzedniej saszetce podejrzewałam go o bycie zepsutym, mimo długiej daty ważności. Wymacałam jednak saszetki w Rossmannie i okazało się, że tak ma być. Sam peeling działa średnio – trochę wygładza, trochę oczyszcza, ale bez wielkiego WOW. Na szybką interwencję ok. 

Biolove – Panna Cotta Lip Butter – zbite, ładnie pachnące masełko do ust, które zużyłam w połowie, a potem straciło ważność. Nie jest to najlepszy produkt do pielęgnacji ust, jaki znam, ale za to jest naturalny i z przyjemnością po niego sięgałam. Mimo wszystko nie wrócę, bo są lepsi. 


It'S Skin – Prestige Creme d'Escargot B.B – to jest krem BB, któremu nigdy nie dowierzam po dłuższej przerwie, a potem za każdym razem pozytywnie mnie zaskakuje. Krycie ma lekkie do średniego, na początku wydaje się ziemisty, a potem nagle dopasowuje się do skóry. Trochę nawilża, bo ślimaki się napracowały i wydaliły z dupek odpowiednio dużo śluzu, a do tego ma SPF 25, więc pomaga ochronić skórę wszystkim filtrowym leniuchom. Wyrzucam resztkę, bo data produkcji mnie pogoniła. Poza tym zmienił zapach z ładnego na przypominający zbutwiały ręcznik, co okazało się nawet bardziej motywujące od wspomnianej daty. 

MAC – Prep+Prime Skin Base Visage (miniatura) – zrobiła dobre wrażenie. Mimo silikonów w składzie nie jest ciężka. Nie roluje się, podkłady ładnie się na niej układają. Nie wiem tylko, jak z efektem matującym, bo użyłam jej tylko kilka razy, zanim wyzionęła ducha, i było różnie, w zależności od pielęgnacji. 

Revlon – Colorstay dla cery mieszanej i tłustej, odcień Buff – na mojej skórze stara wersja Revlona bardzo dobrze się sprawdzała, a odcień Buff był tym najlepszym. Ta sztuka za długo leżała, dlatego się jej pozbywam. To ciężki podkład, raczej na wyjścia niż na co dzień. Nie chciało mi się po niego sięgać zbyt często ze względu na brak pompki, ale ufam jego trwałości i poziomowi krycia. Jako jeden z niewielu nie ciemniał na mojej twarzy. Jestem ciekawa nowej, pompkowej wersji, która podobno zmieniła nie tylko opakowanie, ale też formułę. 

Dior – Miss Dior EdP (próbka) – to musiała być nowa wersja z 2012 roku. Nie pamiętam starej, ale ten zapach gdzieś już kiedyś wąchałam. Na kimś. Nie mój klimat, trochę zbyt ciężki na co dzień, nie zakochałam się.  


Z kolorówki do kosza poleciały jeszcze dwa tusze: L'Oreal Lash Architect 4D i Max Factor 2000 Calorie. Wiem, że L'Oreal ma skrajne recenzje, ale u mnie sprawdził się dobrze. Szczotka fajnie wywijała rzęsy do zewnątrz, było pogrubienie. Szkoda tylko, że szybko wysechł, ale póki był w formie, moje rzęsy nie narzekały. Do 2000 Calorie wróciłam po wielu latach przerwy i nagle okazało się, że warto sięgnąć po klasyczny tusz ze zwykłą, nieprofilowaną, nylonową szczotką, bo dzięki niej mamy rzęsy pomalowane... „po prostu”, tak jak kiedyś: dobrze, ale bez fajerwerków. Po przetestowaniu wielu tuszowych niewypałów doceniam tę prostotę.

Ta pomada Calvina Kleina to błyszczyk, który okazał się w praktyce bardzo mocno napigmentowaną, pomadką w kolorze buraczano-winnym. Niestety, schodził w tempie błyszczykowym, dlatego nie znalazł u mnie zastosowania. Po czterech (?) wspólnych latach żegnamy się bez wielkiego żalu. Z tego co wiem, kolorówki CK na rynku już nie ma.

Grafitowa kredka Maybelline MNY My Pencil zepsuła się (zapach bez zmian, ale konsystencja nie do przyjęcia), ale zanim to zrobiła, służyła jako średnio miękka, nieźle napigmentowana sztuka. Nic ciekawego – ani kolorystycznie, ani konsystencyjnie, dlatego odleżała swoje i poleciała do kosza. Ten błyszczyk z brokatem to był, zdaje się, kilkuletni Sensique – tani, niemodny, ale go uwielbiałam! Niestety, nie odczytam numerka.

Krem pod oczy Vianka zużyłam w NY, całkiem nieźle się sprawdził, ale tych kilka dni to za mało, żeby go osądzić.

Tyle. Z kim się zobaczę na See Bloggers?!?!

13 komentarzy:

  1. BB z It's skin na mnie wyglada nadzwyczaj trupio :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dla jaśniejszych karnacji, na mnie latem też już nieco gorzej wygląda.

      Usuń
  2. czy dobrze rozumiem, że uderzasz na Gdynię? bo ja też niedługo sfrunę w ojczyste kąty :)

    co do zużyć, zdziwiłam się, że Organique ma musy do ciała. cały czas czytam o trudnych do rozsmarowania masłach, a tu proszę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aaa, widzę, że see bloggers w lipcu. a ja raptem za 10 dni przybywam :P

      Usuń
    2. No to szkoda, że się nie zobaczymy, a z drugiej strony zakładam, że tym razem na Gdynię będę miała mało czasu :)

      Usuń
  3. Zainteresowały mnie produkty Organique (choć jeden zjechałaś :P) i masełko Biolove :D Miałam ten tusz z L'Oreal i również byłam z jego działania zadowolona, w niedzielę ukaże się w denku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam zaraz zjechałam ;P po prostu nie jest tak wspaniały, jakbym chciała :D

      Usuń
  4. Lubię markę Isana, ma w asortymencie kilka perełek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jakoś niezbyt często korzystam z produktów tej rossmannowskiej marki, głównie są to mydła do rąk w workach.

      Usuń
  5. popmpkowa wersja Revlonu jest lżejsza :)
    sporo produktów zuzyłas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie chciałabym zobaczyć tę lekkość!

      Usuń
  6. Ja z tych używałam tylko Revlona i 2000 calorie. Tusz lubiłam, podkład średnio, bo ciężki i lepił.

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja słyszałam ze ten podkład rewelacja tyle że ciężko go dostać. sama ostatecznie mam już 3 raz lorealowy podkładzik i mega super. własnie w maju mi się opakowanie skończyło. i szampon też. więc teraz czas wypróbować coś nowego. Już się zaopatrzyłam w Seboradin Sun. idealnie na wakacyjną porę :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger